Radykalna teoria nie ma nic do stracenia i do szanowania. Krytykuje siebie, jak i wszystko inne. Nie jest doktryną, którą trzeba przyjąć na wiarę, ale prowizorycznym uogólnieniem, które wymaga ciągłej weryfikacji.
Ken Knabb

W obronie ludzi-ślimaków

Marek Wasilewski

Untitled-1Poniżej publikujemy polemikę z autorskim tekstem Marka Piekarskiego

 

Nie ukrywam, że z dużym zażenowaniem i goryczą przeczytałem tekst Marka Piekarskiego na temat jubileuszu 30-lecia „Czasu Kultury”, którego jestem redaktorem naczelnym. Obok uzasadnionej do pewnego stopnia krytyki dyskusji pod tytułem „Czas kultury w Polsce: konsumpcja czy partycypacja?” tekst ten zawierał zbyt wiele zwyczajnych złośliwości i insynuacji, aby spokojnie przyjąć jego treść. Z jego lektury można bowiem wysnuć wniosek, że zorganizowaliśmy ku uciesze gawiedzi bal u senatora na lokalnym polu golfowym. Rozumiem złość i poczucie bezsilności, jakie środowisko Marka Piekarskiego odczuwa wobec powszechnej w mediach negatywnej stereotypizacji anarchistów, lokatorów squatów i radykalnych grup lewicowych. Nie rozumiem, dlaczego autor tekstu bezwiednie przyjmuje ten sam pogardliwy język agresji, której również bywał i będzie jeszcze wielokrotnie ofiarą. W swoim sprostowaniu postaram się po kolei odnieść do przeinaczeń i insynuacji, które w tej chwili wydają mi się najbardziej jaskrawe.

Trzeba dużej dawki złej woli i ignorancji, aby – tak jak pisze Marek Piekarski – stwierdzić, że Ogród Botaniczny UAM w Poznaniu jest zwykłym miejscem przechadzek dla mieszczan. To teren otwarty, gdzie może wejść każdy, za wstęp nie są pobierane żadne opłaty. Założony w 1922 roku jako Szkolny Ogród Botaniczny, miał z założenia służyć potrzebom dzieci ze szkół powszechnych i średnich. Obecnie jako część UAM jest przestrzenią działalności naukowej, społecznej (między innymi wspierając dzieci z oddziałów opieki paliatywnej) i dydaktycznej (organizując otwarte szkolenia i warsztaty dla różnych grup zawodowych i społecznych). Jego pracownicy wykonują też ekspertyzy dotyczące organizacji terenów zielonych, z których wszyscy korzystamy. Jest szeroko otwartym miejscem nauki, kultury i wypoczynku, którego istnienie powinno być bliskie ludziom o wrażliwości lewicowej. Decyzja o organizacji jednego z wydarzeń jubileuszowych „Czasu Kultury” w poznańskim Ogrodzie Botanicznym była związana ze świadomością społecznej, edukacyjnej i kulturowej roli tego miejsca. Trywializacja przestrzeni, która dla laika jest tylko ładnym parkiem, a w istocie stanowi jedno z najbardziej wartościowych pod każdym względem miejsc naszego miasta, jest zwyczajnie szkodliwa społecznie.

Ponieważ gospodarzem Ogrodu Botanicznego jest UAM, patronat nad spotkaniem objął rektor uczelni. Był to gest naturalny, zważywszy na fakt, że wielu współpracowników pisma pracuje na poznańskim uniwersytecie. Patronat ten otrzymaliśmy wiele miesięcy przed momentem, w którym Jego Magnificencja wprawił nas w osłupienie, stając w jednym szeregu z „Naszym Dziennikiem” i Telewizją Trwam. Niemniej jednak twierdzę, że pan Rektor Bronisław Marciniak powinien raczej się wytłumaczyć ze wsparcia dla tak zwanego „Marszu dla Życia”, a nie z patronatu nad jubileuszem „Czasu Kultury”.

Opis dyskusji w relacji Piekarskiego jest tak samo nierzetelny jak pełen insynuacji. Faktem jest, że dyskutanci mówili dużo i szybko, i nie wszystko można było zapamiętać. Jednak stwierdzenie, że męscy dyskutanci – gdyby nie uczestniczące w debacie kobiety – daliby „samczy popis akademickiej wyższości” ma taką samą wartość poznawczą jak stwierdzenie, iż kobiety – gdyby nie obecność mężczyzn – „dałyby suczy popis akademickiej niższości”. Ja także odczuwam pewien niedosyt w związku z tą debatą, ale rozmowy takie z natury rzeczy nie rozwiązują problemów, które stawiają. Nie to jest ich celem. Nie jest jednak prawdą, że „celebrowaliśmy swoje zakwasy sprzed trzydziestu lat”. Dyskusja dotyczyła wyłącznie czasu teraźniejszego i żeby tego nie dostrzec, trzeba było chyba drzemać. „Akademicka tyrada” trwała niecałą godzinę, kolejną poświęciliśmy na dyskusję z wszystkimi obecnymi na sali. Szkoda, że przysypiający i oburzony Marek Piekarski nie skorzystał z okazji, nie zabrał głosu i nie skierował dyskusji na interesujące i ważne tematy. Zapewne wszyscy byśmy na tym skorzystali, ale jak mniemam, byłoby to poniżej jego godności.

Nieuprawnioną insynuacją jest także rzekomo wyrażona w dyskusji pretensja, jakoby ludzie nie głosowali na Platformę Obywatelską. Pisanie w stylu „chyba o to chodziło” kiepsko maskuje zwyczajne mijanie się z prawdą. Tak samo zarzucanie nam obecności na sali polityków PO: Prezydenta Miasta i Przewodniczącego Rady Miasta jest co najmniej dziwaczne. Gdzie mieli być? Na jubileuszu najdłużej wydawanego w Wielkopolsce pisma kulturalnego czy na kibolskiej ustawce? Ja bym raczej zapytał, gdzie się podział przewodniczący komisji kultury, profesor Szczuciński z SLD?! Zupełnie bezsensowne jest natrząsanie się z faktu, że pożegnałem prezydenta Jaśkowiaka i insynuowanie, iż zrobiłem to z dbałości o dotacje. Prezydent osobiście odrzucił nasz wniosek o dofinansowanie jubileuszu, który organizowaliśmy bez pewności, czy uda nam się pozyskać na jego przeprowadzenie jakiekolwiek fundusze. Prezydenta Jacka Jaśkowiaka pożegnałem jako gospodarz, który szanuje swoich gości. Jak pisze jednak autor tekstu, dziękowałem zapewne za coś, co być może dostanę w przyszłości. (Czuję w tym stylu retoryczny ślad mistrza opluwania – Jarosława K.)

Nie to jest jednak w felietonie Marka Piekarskiego najgłupsze i najgorsze, to dopiero wstęp do uderzenia na oślep z grubej rury. Oto opis bankietu, kwintesencja pogardy: „Na około pełzają «ludzie-ślimaki». Zaznaczyć swoje miejsce, poślinić jak najwięcej, popodgryzać to tu, to tam” (zachowano oryginalną pisownię). Pośród nich zniesmaczony pojada i popija autor tekstu, nie wahając się następnego dnia obrażać ludzi, z którymi rozmawiał i których wielu dobrze zna. Otóż „ludzie-ślimaki” to nasi współpracownicy, autorzy i autorki, artyści i artystki, projektanci i projektantki, korektorzy i korektorki i wiele innych ślimaków i ślimaczyc, którym chcieliśmy wyrazić wdzięczność za trzydzieści lat często bezinteresownej pracy. Wśród tych ślimaków – nie ludzi – jeden człowiek, który nie chciał załatwić tu żadnych interesów, autor relacji z tego straszliwego jubileuszu.

Numer ze ślimakami to jednak małe piwo w porównaniu z efektownym chwytem na koniec. Nie wiem, dlaczego Marek Piekarski przykleił do naszego jubileuszu KontenerART i swoją bohaterską akcję uwalniania wody w kamienicy na Chwaliszewie; nie wiem, dlaczego pisze o czyścicielach kamienic. (Wy tu popijacie wino na bankiecie, a tam ludzie nie mają wody? – zapytajcie się o to siebie samych na Rozbracie za każdym razem, kiedy pijecie piwo albo bawicie się na koncercie.) Wiem jednak, że w efekcie czytelnik tego tekstu zapamięta, że czyściciele „Liberkowscy, Gawrońscy” to nasi koledzy, których mamy w swoich telefonach i których nie chcemy z nich wywalić ani wam ich udostępnić. „Czas Kultury” to czas czyścicieli kamienic – taka jest wymowa nieprzypadkowego pytania: „ich czas?”.

Nie będę stosował tu żadnych chwytów retorycznych, napiszę tylko jedno: uważam, że takie insynuacje są zwyczajnie podłe. I tak z zapowiadanych na początku wyrazów szacunku został tylko bezmyślny hejt.
Marku Piekarski, po przeczytaniu Twojego tekstu zrozumiałem, że masz w Poznaniu tak wielu przyjaciół, że dobre myśli i współpraca ze strony „ludzi-ślimaków” z „Czasu Kultury” nie jest Ci do niczego potrzebna. Wiadomość przyjęta.

Tego samego autora

Brak pasujących artykułów


Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Reklama

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian