Hierarchiczna armia jest w stanie wygrać wojnę, nigdy rewolucję; niezdyscyplinowana horda nie wygrywa ani jednej, ani drugiej. Chodzi więc o to, żeby organizować, nie hierarchizując; innymi słowy, czuwać, żeby prowodyr nie przerodził się w przywódcę.
Raoul Vaneigem

Herstory zapomnianych kobiet

Łukasz Weber

minatura recZapewne każdy zna ów jakże prawdziwy truizm, mówiący o tym, że historię piszą zwycięzcy. Właśnie, dlatego tak wcześnie poznajemy imiona królów, daty ich koronacji, prowadzonych przez nich bitew, a dalej daty utworzenia nowych rządów, dymisji, puczów, nazwiska prezydentów czy premierów. Wszystko, co nie dotyczy istoty sprawowania władzy, pomnażania kapitału, uzyskiwania czy tracenia ziemi, jest spychane na margines historii i staje się historią nieopisaną, zapominaną. Na szczęście podejmuje się wysiłki, by pisać o minionym czasie inaczej, starając się wydobywać dzieje zapomnianych i odrzuconych. Do takiej kategorii na pewno można zaliczyć trzy, polecane dziś przez zemnie pozycje. Ich wspólnym mianownikiem są kobiety. Kobiety odsuwane od pierwszych stron dziejów przez patriarchalny system, przez dominację męskiej wizji dziejów, przez miejsce i pozycję, jakie przyznaje się im w systemie ekonomicznym.

Pierwszą proponowaną pozycją jest książka Joanny Kuciel-Frysryszak „Służące od wszystkiego”. Już na pierwszej stronie autorka dedykuje swoją pracę „Pamięci zapomnianych kobiet”. Kuciel-Frysryszak zamyka swoją opowieść w ramach czasowych, obejmujących okres od początku XX wielu do pierwszych lat po zakończeniu II wojny światowej i terenu Polski. Zajmuje się specyficzną kategorią służących „do wszystkiego”, czyli tej najliczniejszej grupy w większości kobiet, które w odróżnieniu od wyspecjalizowanej służby zatrudnionej w domach bogatej arystokracji rodowej czy finansowej (lokajów, kucharek, sprzątaczek itp.), pracowała w wielu domach nawet średnio zamożnych mieszczan, czasem wręcz lepiej sytuowanych robotników, a swoją pracą musiała zapewnić dobre funkcjonowanie całego gospodarstwa domowego. Obszerna monografia przeplatana jest autentycznymi fragmentami z poradników dla służących. Poznajemy świat, który dla wielu mieszkanek wsi był swoistym sposobem, jeśli nie na awans społeczny, to przynajmniej na wyrwanie się od ciężkiej pracy na wsi, związanej z pełną zależnością od rodziny, czy sposobem na zdobycie pierwszej własnej pracy i własnych pieniędzy. Jednak życie na służbie to ciężki kawałek chleba, już samo znalezienie się w mieście to odkrywanie nowego niebezpiecznego i nieznanego świata. A trzeba jeszcze znaleźć pracę i spełnić oczekiwania chlebodawców. Zaczynamy rozumieć, czym są zachowane do dziś w niektórych kamienicach osobne drewniane schody, właśnie dla służby, sutereny czy dziwny układ małych pokoi gdzieś na poddaszu. To właśnie architektoniczne pozostałości czasów, gdy miało się służbę. Poznajemy też historię całkowitej zależności od „jaśniepaństwa” ograniczenia czasu wolnego, lub jego całkowity niemal brak, kilka godzin snu, spanie i życie w kuchni na kilku metrach kwadratowych, bo osobny pokój, nawet ciemnica to rzadki luksus służących. Jest też mroczniejsza strona tych wspomnień, o paniczach czy jaśniepanach przekradających się do pokojów czy kuchni, w których śpią służące. Mamienie obietnicami ślubu, czy zwykłe zastraszanie, gwałty, niechciane ciężę, niechciane dzieci, zwolnienie z pracy, co wiązało się z utratą dachu nad głową i wylądowaniem na bruku – powtarzający się schemat. A z drugiej strony lęki, którymi żyli jaśniepaństwo o służących, które kradną, nieumiejętnie obsługują kuchnie gazowe (co przecież może i czasem doprowadza do tragedii), a może przez swą naiwność czy premedytację wpuszczą do domu złodziei, albo morderców, lub ten największy strach, czyli służące-morderczynie. Nastawienie do służby zmienia się z czasem, również w związku z ich walką o poprawę bytu, uznania prawa do odpoczynku, czy też wielu apeli tzw postępowców. Jednak nawet w środowiskach postępowych dostrzega się dystans w podejściu do służby, klasową barierę tak trudną do przełamania. Zapewne wiąże się to też z postępowaniem samych służących, tak bardzo przywiązanych i oddanych i zaangażowanych w życie swoich pracodawców, nie każdy dostrzega, że ma to związek z niemal całkowitym brakiem własnego życia prywatnego. To oddanie ulega sprawdzeniu w trudnych czasach okupacji. Znajdujemy opowieści o heroicznej pomocy, serdeczności i ratowaniu życia, często dawnym chlebodawcą o żydowskim pochodzeniu. Biorąc pod uwagę wcześniej omawiany antysemityzm, jaki szerzy się w Polsce, także w środowisku służących – ogłoszenia zawierające adnotację o chęci pracy jedynie w katolickim domu – wspomniana pomoc zasługuje na wyjątkowe uznanie. Powojenne lata wieszczą kres okresu „służących do wszystkiego”, nadchodzi nowy ustrój, a ci, którzy w tym ustroju mogą pozwolić sobie, na zatrudnianie pomocy domowej stanowią nieliczną grupę. Jest to jednak właśnie forma zatrudnienia, umowy na określoną pracę i na określonych warunkach, zdecydowanie oddala się to od poznanej wcześniej rzeczywistości służących. Świat służby od wszystkiego odchodzi. Odchodzą ostatnie kobiety pamiętające swoją ówczesną służbę z jej cieniami i blaskami, rzadko spisują wspomnienia i rzadko wspominają, Dzięki autorce książki udało się zebrać w całość ślady po tamtym życiu, zapomnianych dziś kobiet.

Kolejna książka prowadzi nas Aleją Włókniarzy w Łodzi, po to, by poznać prawdę o tym, dlaczego owa aleja nie odnosi się do kobiet-włókniarek. Marta Madejska i jej „Aleja Włókniarek” to doprawdy mocny i wciągający reportaż ze świata łódzkich fabryk i świata łódzkich kobiet. To często odległe historię, bo cofamy się do początków łódzkiego przemysłu lekkiego, początków kapitalizmu obrazów rodem z „Ziemi obiecanej” (przywoływanej zresztą w swej formie książkowej, jak i filmowej adaptacji). Ponownie uświadamiamy sobie jak wyrwanie się do pracy do miasta, było często jedynym ratunkiem dla kobiet mieszkających na wsi, bo wieś nie zapewniała pracy, lub zapewniał w niewystarczającej ilości, nie starczało na wykarmianie córek. Praca przy krosnach nie należy jednak do łatwych i lekkich, o czym tak łatwo zapomnieć. Hałas czy unoszący się pył z tkanin, do tego tempo pracy, bo obowiązuje akord, praca w systemie zmianowym, ciągłe podkręcanie tempa. W fabryce zatrudnienie znajdują już bardzo młode dziewczęta czy w zasadzie dziewczynki, przymyka się oko na ich młody wiek, fałszuje metryki, bo siła robocza jest potrzebna. Niestety, mimo że to kobiety podtrzymują włókniarski przemysł, to ich los leży w rękach mężczyzn, czasem aż zbyt dosłownie. Seksualne wykorzystywanie przez majstrów, kierowanie do gorszej pracy w przypadku odmowy lub wręcz wyrzucenie z pracy, tak mężczyźni wykorzystują swoją władzę. A z drugiej strony łódzka rzeczywistość w pewien sposób wymusza podział obowiązków domowych. Przekonanie, że kobieta po powrocie z pracy zajmie się pracą w domu, nie ma racji bytu przy systemie zmianowym i wysiłku jaki pochłania praca. Mężowie muszą potrafić się oprać, ugotować czy zająć dziećmi, gdy tak jak żony pracują w jednej fabryce, często widują się z nimi tylko na chwilę między swoimi zmianami. Oczywistym jest, że trudne warunki pracy i życia muszą budzić bunt i te bunty włókniarek również opisane są w książce. Łódzka tradycja strajków, dziś tak zapomniana, przez wiele lat musiała budzić i budziła uznanie, nikt nie mógł odmówić kobietą z jednej strony rozwagi, a z drugiej determinacji. Kiedy włókniarki podnosiły protest był to najlepszy znak, że naprawdę musi się już dziać źle. Przenosząc nas w tej historii coraz bliżej współczesności, autorka pokazuje, że nawet w tym nominalnie „robotniczym” czy „socjalistycznym” nowym ustroju kobiety nadal były gdzieś z boku, i nawet jeśli dawne włókniarki robiły kariery to były to wyjątki, a nie reguła. Przemysł lekki stał się całkowicie uzależniony od eksportu do ZSRR i całkowicie nieprzygotowany, na zmiany związane z jego upadkiem czy działaniami globalizującego się kapitalizmu. I ponownie kobiety zostały zapomniane i pozostawione same sobie, gdy protestowały i strajkowały podczas, gdy zamykano kolejne łódzkie fabryki. Nie dostrzegalna była także ich walka o przetrwanie w nowych warunkach. Chałupnicza praca dla pierwszych polskich „Januszy biznesu” którzy, albo zapłacą za pracę, albo i nie, albo dadzą zlecenie, albo znajdą kogoś tańszego do roboty. Pracując na tych samych maszynach, wykupionych za bezcen, przez szemranych prywatnych biznesmenów, z trudem próbują wiązać koniec z końcem. Jak znamienne jest, że w tej nowej Polsce, dodatek za szkodliwe warunki pracy odbiera rząd pierwszej kobiety-premier Hanny Suchockiej. Dziś po tamtym świecie ciężko pracujących kobiet pozostały jedynie wspomnienia i czasem odkrywane dokumenty w pustych fabrycznych pomieszczeniach.

W książce Joanny Ostrowskiej „Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej” docieramy do czasów największej brutalności i największego próby dla człowieczeństwa. Jednak jak już na wstępie zauważa autorka „Historia seksualnych pracownic przymusowych w okresie wojny nigdy nie będzie klasyczną narracją. Prawdopodobnie nigdy nie stanie się też częścią polskiej pamięci zbiorowej. Jest już za późno. Mikrobiografie bohaterek tej książki pozostaną niedokończone. Rzadko zdarza się, żeby któraś z ofiar pozostawiła świadectwo, nikt też nie zadbał o to, aby zaświadczyły o swojej przeszłości. Powojenne milczenie o ich cierpieniu było najprawdopodobniej najsurowszą karą. Ich cierpienie pozostało niewypowiedziane.” Osobiście przekonałem się, jak wiele jest w tych słowach prawdy. Mój dziadek i babcia od strony matki, byli w trakcie wojny na robotach przymusowych w III Rzeszy, tak przez lata była oficjalna historia. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że dziadek był przez jakiś okres więźniem w obozie Dachau, a później Mauthausen. To zasiało wątpliwości również o wojenne losy babci, bo przecież oficjalnie poznali się „na robotach”. A może jednak w obozie? Dziś nie mam już okazji o to ich zapytać. Czas wojny tak ekstremalnej musi rodzić też ze sobą traumę i zniechęcać do wspomnień, jak mocno, gdy dotyczy to sfery tabu związanej z seksem. Autorka omawia zarówno przypadki zakazanego pożycia obywateli rzeszy z polkami – służącymi czy wręcz konkubinami – nie zawsze łatwo określić czy w takiej sytuacji dochodziło do przymusu, czy faktycznego uczucia, a może chęci przetrwania trudnego okresu pod ochrona okupanta, nic nie jest tu proste i łatwe do ocenienia. Pojawia się jednak również system oficjalnych domów publicznych, bo okupant chce mieć tę sferę pod kontrolą. Ideologia zakazująca kontaktów i „mieszania krwi” to jedno, strach przed niekontrolowanym rozprzestrzenieniem się chorób wenerycznych to drugie, bardziej praktyczne podejście. Prostytucja na poły legalna pod kontrolą, najczęściej przy pomocy burdel-mamy która podpisała volklistę. Częściowo te na poły oficjalne, na poły nielegalne burdele są zapełniane „rejestrowanymi prostytutkami”, ale mogą tam też trafić kobiety „podejrzane o trudnienie się nierządem”, „z łapanki”. Organizowano również wywózki kobiet do burdeli tworzonych dla żołnierzy przy poligonach, terenach przyfrontowych, a później do burdeli dla strażników i robotników przymusowych powstające przy obozach. Wiadomo, że istniały przy obozowe burdele dla więźniów-robotników m.i w obozach w Mauthausen, Bucheneald czy KL Auschwitz I i KL Auschwitz III. Praktyka kierowania do takich przybytków „oficjalnych prostytutek” to tylko pewien element historii, bo wiele wskazuje, że było to nieosiągalne w warunkach wojennych i o znalezieniu się na liście do wywózki decydował przymus, przypadek, podstęp. Osobną kwestią pozostaje sama ocena prostytucji i całej sfery seksualności w warunkach wojennego terroru. Postrzeganie pracownic seksualnych i płatnego seksu, miało niebagatelny wpływ na późniejsze powojenne próby zbadania samego zjawiska seksualnego wykorzystywania kobiet. Same wspomnienia i opisy miejsc, czy to obozowych tzw Puffów czy funkcjonujących najdłużej w takich miastach jak Warszawa i Poznań burdeli pozostaje dość szczątkowa. Autorce udało się jednak dotrzeć do nielicznych powojennych zeznań czy wspomnień. W zeznaniach najczęściej, miejsce i praca w nim są jedynie zaznaczane, stanowią poboczny wątek zeznań. Wiąże się to z coraz mocniej nasilającym się po wojnie tabu – oddziałującym - na seksualną pracę przymusową i swoistą stygmatyzację dotykającą doświadczone tą pracą kobiety. Jak zauważa autorka, okres tuż po zakończeniu wojny najbardziej sprzyjał zbieraniu wszelkich informacji i wspomnień, na zasadzie chęci wykrzyczenia swojego doświadczenia, dzielono się najbardziej traumatycznymi wspomnieniami. Upływ czasu sprzyjał jednak budowaniu podziałów wśród tych, którzy przeżyli, ferowaniu ocen wobec postaw na to, jak przeżyło się wojnę, jak przeżyło się piekło obozu. Kobiety zamykały się ze swoimi wspomnieniami ich los został skazany na odtrącenie, wymazanie z podręczników historii. Potrzeba było ponad siedemdziesięciu trzech lat by ich głos ponownie mógł być usłyszany.

Wspomniane książki, wykonują naprawdę niebagatelną pracę w przywracaniu i unaocznianiu kobiecej historii. Pokazują jak często owa jest odrzucana i pomijana. Dla wszystkich, którym bliskie są idee wolnościowe zaznajamianie się z nią, to doprawdy ważny krok w stronę uzyskania pełniejszego obrazu zarówno na przeszłość, jak i teraźniejszość.

Powyższa recenzja ukazała się w 10 numerze pisma A-TAK Anarchistyczna Gazeta Uliczna

pismo do pobrania tutaj

Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian