Parlamentaryzm jest najodpowiedniejszą formą organizacji dla społeczeństwa opartego na pracy najemnej i wyzysku mas ludowych przez posiadaczy kapitału.
Piotr Kropotkin

Korpus paziów (1)

Piotr Kropotkin
kropotkin-mlodyKropotkin w wieku młodzieńczym

Najgorętsze pragnienie mego ojca spełniło się. Znalazło się na koniec w Korpusie Paziów jedno wolne miejsce, zanim doszedłem wieku, powyżej którego już nie przyjmowano do Korpusu. Macocha odwiozła mnie do Petersburga. W tym uprzywilejowanym zakładzie naukowym, łączącym w sobie szkołę wojskową korzystającą z wyjątkowych praw i szkołę dworską znajdującą się pod zarządem dworu cesarskiego — otrzymywało wykształcenie ogółem stu pięćdziesięciu chłopców, przeważnie synów dygnitarzy dworskich. Po cztero- lub pięcioletnim pobycie w korpusie kończący go wychowankowie otrzymywali stopień oficera z prawem wyboru jakiegokolwiek pułku gwardii albo pułku armii czynnej, niezależnie od tego, czy znajdowały się tam wolne miejsca, czy nie. Poza tym każdego roku pierwszych szesnastu uczniów wyższej klasy mianowano kamerpaziami różnych członków rodziny cesarskiej: cara, carowej, wielkich książąt i wielkich księżnych, co ma się rozumieć, uważane było za wielki zaszczyt. Oprócz tego ci młodzieńcy stawali się znani na dworze, dawało im to sposobność szybkiego awansu na adiutantów cesarza albo któregoś z wielkich książąt i tym samym otwierało widoki świetnej kariery na przyszłość. Wskutek tego tatusiowie i mamusie mający stosunki przy dworze starali się jak najusilniej, żeby ich synowie zostali przyjęci do Korpusu Paziów, choćby kosztem innych kandydatów, którzy nigdy prawie nie mogli doczekać się wolnego miejsca. Teraz, kiedy dostałem, się wreszcie do korpusu, ojciec mógł puścić wodze swoim ambitnym marzeniom.


Korpus dzielił się na pięć klas, z których najwyższa nazywała się pierwszą, a najniższa piątą, ja zaś zdawałem egzamin do klasy czwartej. Ponieważ jednak na egzaminie wstępnym wyszła na jaw moja niedostateczna znajomość ułamków dziesiętnych, więc zamiast do klasy czwartej trafiłem do piątej, zwłaszcza że w czwartej było już około czterdziestu uczniów, a w piątej zaledwie dwudziestu.

Niepowodzenie to mocno mnie zmartwiło. I tak niezbyt chętnie wstępowałem do szkoły wojskowej, a tu w dodatku wypadnie mi pozostać w niej pięć lat zamiast czterech. Co będę robił w piątej klasie, kiedy umiem wszystko, czego tam uczą? Ze łzami w oczach powiedziałem to inspektorowi, ale on odrzekł mi żartobliwie:

— A pamiętasz słowa Cezara: "Lepiej być pierwszym we wsi niż drugim w Rzymie."

Na co z zapałem odparłem, że wolałbym być ostatnim, byle tylko jak najprędzej ukończyć szkołę wojskową.

— Może jednak z czasem polubisz korpus — zauważył inspektor, pułkownik Paweł Pietrowicz Winkler, człowiek jak na owe czasy niezwykły. Odtąd zaczął mi okazywać wiele życzliwości.

Nauczycielowi arytmetyki, oficerowi artylerii Czigariewowi, który także usiłował mnie pocieszyć, przysiągłem, że nigdy nie otworzę podręcznika jego przedmiotu, "i mimo to, będziesz mi pan stawiał zawsze dwanaście" — dodałem. Słowa dotrzymałem. Widać, że uczeń i wtedy już miewał swoje fantazje.

A jednak teraz mogę być tylko wdzięczny za to, że mnie zostawiono w niższej klasie. Ponieważ w pierwszym roku powtarzano tylko rzeczy mi znane, przyzwyczaiłem się do nauki w klasie, gdzie przysłuchiwałem się objaśnieniom nauczyciela. Po ukończeniu zajęć klasowych miałem więc dosyć czasu, aby czytać i pisać, ile mi się żywnie podobało. Zresztą większą część pierwszej zimy spędziłem w szpitalu. Jak wszystkie dzieci urodzone poza Petersburgiem, złożyłem daninę stolicy "chłodnych wybrzeży fińskich": miałem kilka ataków miejscowej choleryny i wreszcie na długo przykuł mnie do łóżka tyfus, W pierwszych latach nawet nie przygotowywałem się do egzaminów. W godzinach na to przeznaczonych czytałem zwykle głośno kilku kolegom Ostrowskiego albo Szekspira. Później, kiedy przeszedłem do wyższych klas specjalnych, byłem dobrze przygotowany do słuchania różnych przedmiotów, które tam wykładano.

W chwili gdy wstępowałem do Korpusu Paziów, jego życie wewnętrzne ulegało właśnie zupełnemu przeobrażeniu. Cała Rosja ocknęła się wtedy z głębokiego snu i otrząsała z ciężkiej zmory mikołajowskich porządków. To ogólne przebudzenie odbiło się i na naszym korpusie. Prawdę powiedziawszy, nie wiem, co by się stało ze mną, gdybym był wstąpił do korpusu o rok lub dwa wcześniej. Albo wola moja zostałaby nieodwołalnie złamana, albo wyrzucono by mnie, Bóg wie, z jakimi następstwami. Na szczęście dla mnie, w roku 1857 zmiany w uczelni były już w pełnym rozwoju.

Dyrektorem korpusu był najpoczciwszy starzec, generał Żełtuchin, zresztą tylko nominalna głowa zakładu. Rzeczywistym zaś zwierzchnikiem korpusu był "pułkownik", Francuz w służbie rosyjskiej, pułkownik Girardot. Mówiono, że należał do zakonu jezuitów, i sądzę, że tak było istotnie. Jego taktyka, w każdym razie, opierała się na zasadach Loyoli (28), a metoda pedagogiczna zapożyczona była od jezuickich kolegiów francuskich.

Wyobraźcie sobie małego, bardzo szczupłego człowieka, z zapadłą piersią, z czarnymi, przeszywającymi, ruchliwymi oczyma, z krótko przystrzyżonymi wąsami, czyniącymi go podobnym do kota; człowieka bardzo powściągliwego i stanowczego; nie obdarzonego szczególnymi zdolnościami umysłowymi, ale niepospolicie chytrego; despotę z natury, zdolnego nienawidzić — i nienawidzić gwałtownie — chłopca, nie poddającego się bezwzględnie jego wpływowi, i umiejącego wykazywać tę nienawiść nie bezmyślnymi zaczepkami, lecz nieustannie, całym swym zachowaniem się, gestem, uśmiechem, okrzykiem. On nie chodził, raczej ślizgał się, a badawcze spojrzenia, które rzucał wokoło nie odwracając głowy, jeszcze bardziej dopełniały jego podobieństwa do kota. Pieczęć chłodu i oschłości leżała na jego wargach nawet wtedy, kiedy starał się być dobroduszny. Wyraz ten stawał się jeszcze hardziej przykry, gdy usta pana Girardot wykrzywiały się uśmiechem niezadowolenia albo pogardy. I z tym wszystkim, nie miał on w sobie nic ze zwierzchnika. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że pobłażliwy ojciec rozmawia z dziećmi, jak z dorosłymi ludźmi. A jednak — od razu czuło się, że pragnął wszystkich i wszystko poddać swej woli. Biada temu chłopcu, który nie czuł się szczęśliwy lub nieszczęśliwy w miarę większej lub mniejszej życzliwości, którą mu pułkownik okazywał!

Słowo "pułkownik" było nieustannie na ustach wszystkich. Inni oficerowie mieli przydomki, ale nikt nie ośmielał się nadać przydomka Girardotowi. Otaczała go swojego rodzaju tajemniczość, jak gdyby był wszechobecny i wszechwiedzący. I — faktycznie — spędzał cały dzień i większą część wieczoru w korpusie. Podczas gdyśmy siedzieli w klasach, pułkownik szperał wszędzie, zaglądał do naszych szuflad, które otwierał własnymi kluczami. Po nocach zaś do późnej godziny zaznaczał w książeczkach (miał ich całą bibliotekę) osobnymi znaczkami, różnokolorowym atramentem i w różnych rubrykach przewinienia i zasługi każdego z uczniów.

Wszelkie gry, żarty, rozmowy wnet ustawały, gdy tylko dostrzeżono, jak powoli, pochylając się naprzód i w tył, pułkownik posuwał się przez nasze olbrzymie sale pod rękę z którymś ze swych ulubieńców. Uśmiechnie się do jednego z chłopców, ostro spojrzy w oczy drugiemu, prześliznie obojętnym wzrokiem po trzecim i z lekka skrzywi usta przechodząc koło czwartego. I po tych spojrzeniach wszyscy poznawali, że Girardot lubi pierwszego, obojętny jest dla drugiego, umyślnie nie spostrzega trzeciego i nienawidzi czwartego. Nienawiść ta wystarczała, żeby przeniknąć przerażeniem większość jego ofiar, zwłaszcza że nikt nie znał jej przyczyny. Chłopców wrażliwych doprowadzały do rozpaczy i ten niemy, nieubłaganie okazywany wstręt, i podejrzliwe spojrzenia. U innych wywoływały zupełny zanik woli, jak to wykazał w swojej powieści autobiograficznej autor "Chorób woli", Fiodor Tołstoj (29), także jeden z wychowanków Girardota.

Życie wewnętrzne w korpusie pod rządami Girardota było godne litości. We wszystkich w ogóle internatach prześladują nowicjuszów. Przechodzą oni swego rodzaju próbę. "Starzy" chcą poznać wartość nowicjuszów. Czy nie staną się oni szpiegami i donosicielami? Czy mają hart? Następnie "starzy" chcą nowoprzybyłym wykazać w całym blasku potęgę koleżeństwa. Tak się mają rzeczy po szkołach i w więzieniach. Ale pod rządami Girardota prześladowania zaostrzyły się i pochodziły nie od kolegów z tej samej klasy, lecz od wychowanków klasy wyższej, kamerpaziów, podoficerów, którzy zajmowali u Girardota wyjątkowe, uprzywilejowane stanowisko. System pułkownika polegał na tym, że starszym wychowankom pozwalał robić, co się im żywnie podobało; udawał, że nawet nie wie nic o tych okropnościach, których się dopuszczali; natomiast utrzymywał za pośrednictwem kamerpaziów surową karność. Gdyby za czasów Mikołaja chłopiec odpowiedział uderzeniem na uderzenie pazia i rzecz doszłaby do wiadomości władzy zwierzchniej, chłopiec niechybnie dostałby się do kantonistów*. Jeśli zaś malec nie poddawał się kaprysom pazia, pociągało to za sobą następujące skutki: dwudziestu wyrostków, uzbroiwszy się w ciężkie dębowe linie, rzucało się — za milczącym zezwoleniem Girardota — na zarażonego buntowniczym duchem zuchwalca i poskramiało go nielitościwą chłostą.

Wskutek tego paziowie robili wszystko, co chcieli. Jeszcze na rok przed moim wstąpieniem do korpusu najulubieńszą ich zabawą było — po zebraniu w nocy młodszych uczniów do jednego pokoju przepędzać ich w nocnych koszulach po kręgu koła, jak konie w cyrku. Jedni paziowie stali w kole, inni — na zewnątrz i gumowymi biczami bez miłosierdzia smagali biedaków. "Cyrk" zwykle kończył się wstrętną orgią na wschodni sposób. Panujące wówczas pojęcia moralne i rozmowy, które prowadzono w korpusie na temat "cyrku", były takie, że im mniej się o nich wspomina, tym lepiej. Pułkownik wiedział o wszystkim. Zorganizował godną podziwu sieć szpiegowską i nic nie mogło się ukryć przed jego okiem. Ale w jego systemie leżało także patrzenie przez palce na wszystkie figle starszej klasy.

W korpusie jednakże powiało nowe życie i na kilka miesięcy przed moim wstąpieniem w szkole wybuchła rewolucja. W tym roku trzecia klasa wyjątkowo się dobrała. Wielu uczyło się poważnie i czytało, niektórzy z nich w przyszłości zostali nawet sławnymi ludźmi. Moja znajomość z jednym z tych ostatnich — nazwę go tu von Schauf — pamiętam, zaczęła się wtedy, gdy czytał "Krytykę czystego rozumu" Kanta. Przy tym w klasie trzeciej znajdowali się najwięksi siłacze korpusu, jak na przykład młodzieniec o niezwykłej sile, Kosztów, wielki przyjaciel von Schaufa. Trzecia klasa nie ulegała tak pokornie jak jej poprzedniczki jarzmu kamerpaziów. W następstwie pewnego zajścia przyszło między pierwszą a trzecią klasą do gwałtownej bójki. Kamerpaziowie zostali okrutnie zbici. Girardot pokrył ten wypadek milczeniem, ale powaga pierwszej klasy uległa poderwaniu. Bicze pozostały wprawdzie, lecz wyszły całkiem z użycia. Co zaś do "cyrku" i innych igrzysk, to przeszły one w sferę legend.

Wiele zatem wygrano, ale najniższa klasa, złożona z bardzo młodych, niedawno przybyłych do korpusu chłopców, musiała jeszcze ulegać drobnym kaprysom kamerpaziów. Mieliśmy prześliczny stary ogród. Piąta klasa jednak mało zeń korzystała. Uczniowie jej musieli obracać karuzelę, gdy kamerpaziom zachciało się przejechać na niej, albo podawać im kule przy grze w kręgle. W parę dni po moim przybyciu, widząc, jak się rzeczy mają w ogrodzie, nie poszedłem tam, lecz zostałem na górze. Czytałem właśnie książkę, gdy wszedł rudy, z twarzą pokrytą piegami kamerpaź Wasilczikow i rozkazał mi natychmiast iść do ogrodu i obracać karuzelę.

— Nie pójdę. Czyż nie widzisz, że czytam — odpowiedziałem. Gniew wykrzywił już samą przez się niepiękną twarz kamerpazia. Gotów był rzucić się na mnie. Stanąłem w obronnej postawie. Próbował bić mnie po twarzy czapką. Odbijałem uderzenia, jak umiałem. Wtedy rzucił czapkę na ziemię.

— Podnieś!

— Sam podnieś.

Fakt podobnego nieposłuszeństwa był niesłychanym zuchwalstwem w korpusie. Nie wiem, dlaczego nie zbił mnie na miejscu. Był starszy i silniejszy ode mnie.

Nazajutrz i następnych dni otrzymywałem takie same rozkazy — i nie spełniałem ich. Wtedy rozpoczęły się systematyczne, drobne prześladowania, które mogły doprowadzić chłopca do ostatecznej rozpaczy. Na szczęście, miałem pogodne usposobienie i odpowiadałem żartami albo nie zwracałem uwagi na zaczepki.

Zresztą wszystko się prędko skończyło. Zaczęły lać deszcze i większą część czasu spędzaliśmy w, czterech ścianach pokoju. Aż tu zaszło nowe zdarzenie. W ogrodzie pierwsza klasa mogła palić dosyć swobodnie, natomiast wewnątrz zakładu gabinetem do palenia była "wieża". Utrzymywało się ją w wielkiej czystości i w kominku paliło się cały dzień.

Paziowie karali ostro każdego chłopca, którego złapali z papierosem w ustach, ale sami ciągle siedzieli przy kominku, palili i gawędzili. Najulubieńszą ich porą do palenia był czas po dziesiątej wieczorem, gdy wszyscy pozostali kładli się spać. Posiedzenia w "wieży" przeciągały się do wpół do dwunastej. Ażeby zabezpieczyć się przed nieoczekiwanymi odwiedzinami Girardota, zmuszano nas do pełnienia warty. Chłopców z piątej klasy ściągano po kolei, parami, z łóżek i kazano im błąkać się po schodach do wpół do dwunastej, żeby za nadejściem pułkownika mogli podnieść alarm.

Postanowiliśmy skończyć raz na zawsze z tymi nocnymi dyżurami. Długo ciągnęły się konsultacje: zwrócono się o radę, jak postąpić, do wyższych klas i otrzymano nareszcie ich rezolucję:

"Nie zgadzajcie się stać na warcie; jeżeli zaś paziowie zaczną was bić, co wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nastąpi, zbierzcie się jak największą gromadą i przywołajcie Girardota. On, naturalnie, wie o wszystkim, ale wtedy będzie zmuszony położyć koniec tym dyżurom."

Wątpliwość, czy nie będzie to "donosicielstwem", została rozstrzygnięta przez znawców spraw honorowych: wszak paziowie nie postępowali z nami po koleżeńsku.

Tej nocy kolej stania na straży padła na niejakiego Szachowskiego, jednego ze "starych", i na niezwykle nieśmiałego nowicjusza, Sewaistianowa, mówiącego nawet cieniutkim jak u dziewczynki, głosem. Naprzód zawołano Szachowskiego, ten odmówił i zostawiono go w spokoju. Potem dwaj kamerpaziowie przyszli do Sewastianowa, który leżał w łóżku; ponieważ i on odmówił, zaczęli go w okrutny sposób bić rzemiennymi szelkami. Szachowski zbudził tymczasem kilku towarzyszy, którzy spali bliżej, i wszyscy razem pobiegli do Girardota.

Ja też leżałem w łóżku, gdy dwóch paziów podeszło do mnie i kazało mi stanąć na warcie. Odmówiłem. Wtedy pochwycili dwie pary szelek (składaliśmy zawsze nasze ubrania w wielkim porządku na taborecie przy łóżku, szelki na wierzchu, a halsztuk na krzyż) i zaczęli mnie nimi okładać. Siedziałem na łóżku i broniłem się rękami; oberwałem już kilka gorących razów, gdy rozległ się okrzyk:

— Pierwsza klasa do pułkownika!

Dzicy pogromcy wnet uciszyli się i poczęli pośpiesznie porządkować moje rzeczy.

— Pamiętajcie, nic nie mówcie pułkownikowi! — szeptali.

— Połóżcie halsztuk, jak należy, w porządku - żartowałem, choć plecy i ręce paliły mnie od uderzeń.

Nie dowiedzieliśmy się, o czym Girardot mówił z pierwszą klasą, ale nazajutrz, kiedy ustawiliśmy się szeregiem, aby zejść do sali jadalnej, pułkownik zwrócił się do nas z mową w mocno minorowym tonie. Mówił, jak to przykro, że paziowie napadli na chłopca, który miał słuszność, że nie chciał iść. I na kogo napadli? Na nowicjusza, na takiego nieśmiałego chłopca jak Sewastianow! Cały korpus ze wstrętem słuchał tej jezuickiej mowy!

Nie ma co, zdaje się, dodawać, że nocne dyżury ustały. Równocześnie zadany został ostateczny cios systemowi "gnębienia nowicjuszy".

Zajście to zadało także cios autorytetowi Girardota, który wziął to wszystko do serca. Zaczął się bardzo nieprzyjaźnie zachowywać wobec naszej klasy, a zwłaszcza wobec mnie (historia z karuzelą została mu, naturalnie, powtórzona), i okazywał to przy każdej sposobności.

Pierwszej zimy często leżałem w szpitalu, w grudniu zaś zachorowałem na tyfus. Doktor i dyrektor pielęgnowali mnie w czasie choroby z ojcowską zaiste troskliwością. Po tyfusie zapadałem kilkakrotnie na ostrą, męczącą gorączkę gastryczną. Zastając mnie często w szpitalu, w czasie swoich codziennych obchodów, Girardot począł mówić do mnie półżartem po francusku:

— Ot, wyleguje się w szpitalu młodzieniec, mocny jak Nowy Most.

Raz czy dwa odpowiedziałem żartem, ale w końcu oburzyła mnie ta złośliwa niechęć, przejawiająca się w ciągłym powtarzaniu jednych i tych samych słów.

— Jak śmiesz pan tak mówić! — zawołałem. — Poproszę doktora, żeby zabronił panu wchodzić do tej sali. — I tak dalej, w podobnym tonie.

Girardot odstąpił na jakie dwa kroki. Jego czarne oczy zaiskrzyły się; jego wąskie usta jeszcze bardziej się zacisnęły. Wreszcie powiedział:

— Obraziłem cię? Nieprawdaż? Dobrze, w sali rekreacyjnej mamy dwie armaty. Czy chcesz się pojedynkować?

— Ja nie żartuję — ciągnąłem dalej — i uprzedzam pana, że nie chcę dłużej znosić pańskich aluzji!

Odtąd pułkownik nie powtarzał już swego żartu, ale obrzucał mnie jeszcze bardziej nieprzyjaznym spojrzeniem niż poprzednio.

Wszyscy mówili o nienawiści, którą Girardot żywił ku mnie, ale ja nie zwracałem na to uwagi; moja obojętność podsycała prawdopodobnie jeszcze bardziej niechęć pułkownika.

Przez całe pół roku nie dawał mi naramienników, które zwykle daje się nowicjuszom w miesiąc lub dwa po wstąpieniu do szkoły, gdy uczeń zapozna się trochę z musztrą. Ale czułem się bardzo szczęśliwy i bez tej ozdoby. W końcu jeden z oficerów, najlepiej znający musztrę w korpusie, podjął się wyuczyć mnie. Przekonawszy się, że wykonuję jak należy wszystkie zwroty, przedstawił mnie do odznaczenia, pułkownik jednak dwukrotnie odmówił, tak że oficer wziął to za osobistą obrazę. I gdy razu pewnego dyrektor spytał go, dlaczego nie mam naramienników, oficer wprost odpowiedział:

— Chłopiec wszystko umie, ale pułkownik nie chce.

Dzięki temu, najprawdopodobniej wskutek uwagi dyrektora, Girardot przeegzaminował mnie jeszcze raz i tego samego dnia otrzymałem naramienniki.

Autorytet pułkownika znacznie już ucierpiał. Zmieniał się cały charakter korpusu. Przez dwadzieścia lat przeprowadzał Girardot w szkole swój ideał, polegający na tym, żeby pazikowie byli starannie uczesani i ufryzowani, jak dworzanie Ludwika XIV. Czy paziowie uczyli się czego, czy nie, było mu obojętne. Do jego ulubieńców należeli ci, którzy w swych puzderkach toaletowych mieli jak najwięcej przeróżnego rodzaju szczoteczek do paznokci i flakoników z perfumami; których "własne mundury" (nakładano je, gdy się wychodziło na miasto za przepustką niedzielną) były najlepiej uszyte, którzy umieli składać najbardziej elegancki salut oblique [ukłon wpół obrotu].

Girardot często urządzał próby ceremonii dworskich. W tym celu jednego z paziów otulano w czerwoną bawełnianą poszwę, gdyż miał on przedstawiać cesarzową podczas baise-main [ceremonii całowania ręki]. Niegdyś chłopcy prawie z nabożeństwem wypełniali obrządek ucałowania ręki mniemanej cesarzowej i odchodzili z eleganckim ukłonem. Ale teraz nawet ci, którzy odznaczali się elegancją i wytwornością na dworze, podczas repetycji zbywali ukłony z tak niedźwiedzim wdziękiem, że śmiech ogólny nie ustawał, a Girardot wściekał się ze złości. Niegdyś pazikowie, których fryzowano, gdy mieli jechać na przyjęcie u dworu, gdzie była obecna rodzina cesarska, starali się po skończonej ceremonii jak najdłużej zachować fryzurę nienaruszoną; teraz zaś, wróciwszy z pałacu, biegli pod kran i oblewali głowę zimną wodą, aby wygładzić włosy. Wygląd zniewieściały wyśmiewano. Uczestniczenie w uroczystościach dworskich, na których figurowało się w roli dekoracji, uważane było już nie za łaskę, lecz za swego rodzaju pańszczyznę. Pazikowie, których wożono czasem na dwór dla wspólnej zabawy z wielkimi książętami, zauważyli raz, że jeden z tych ostatnich usiłował jak najmocniej skręcić przy grze w pytki swoją chustkę, aby tym dotkliwiej uderzać nią towarzyszy zabawy. Jeden z paziów uczynił wówczas to samo i tak wychłostał książątko, że rozpłakało się z bólu. Girardot przeraził się niewymownie, choć wychowawca młodego księcia, stary sewastopolski admirał, pochwalił nawet postępek pazia.

Girardot zasługuje jednak z pewnych względów na dobre wspomnienie. Dbał on bardzo o nasze wychowanie fizyczne, zachęcał do gimnastyki i fechtunku. Osobiście jestem mu zobowiązany za to, iż przyzwyczajał nas do trzymania się prosto, z wypiętą piersią. Jak wszyscy, którzy dużo czytają, miałem oczywiście skłonność do garbienia się. Girardot z całym spokojem, przechodząc obok stołu, ubliżał się do mnie z tyłu i prostował mi plecy. Robił to wiele razy z rzędu.

Nowy duch ogarnął nasz korpus, podobnie jak inne rosyjskie szkoły ówczesne; rozwinęły się poważniejsze dążności, obudziło się nie znane przedtem upodobanie do nauki. W poprzednich latach paziowie byli przekonani, że tak czy inaczej otrzymają bez trudu stopnie, uważane za konieczne, aby móc wstąpić do gwardii. Wskutek tego w ciągu pierwszych lat nikt nic nie robił; zaczynano uczyć się czegoś dopiero w ostatnich dwóch klasach. Teraz i niższe klasy uczyły się bardzo dobrze. Zapanowała też atmosfera moralna całkiem odmienna w porównaniu z tym, co było dawniej. Parę usiłowań przywrócenia przeszłości zakończyło się skandalami. Girardot musiał się podać do dymisji. Pozwolono mu jednak pozostać w starym kawalerskim mieszkaniu w budynku korpusu — i często widywaliśmy go później, gdy otulony w szynel przechodził, pogrążony w rozmyślaniach; według wszelkiego prawdopodobieństwa były to smutne rozmyślania, ponieważ pułkownik nie mógł nie potępiać tych nowych prądów, które prędko rozszerzały się w korpusie.

II
Cała Rosja mówiła wtedy o oświacie. Gdy po zawarciu pokoju paryskiego osłabiona została nieco surowość cenzury, rozpoczęto z zapałem roztrząsać kwestię wychowania. Najulubieńszymi tematami rozpraw w prasie, w kołach inteligencji i nawet w salonach wielkiego świata były: ciemnota ludu, przeszkody stawiane dotąd chcącym się uczyć, brak szkół po wsiach, przestarzałe metody nauczania oraz pytanie, jak temu wszystkiemu zaradzić. Pierwsze gimnazja żeńskie otworzone zostały w roku 1857. Program i obsada nauczycielska nie pozostawiały nic do życzenia. Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej wystąpiło mnóstwo nauczycieli i nauczycielek, którzy nie tylko oddali się całą duszą sprawie, ale wykazali także niepospolite zdolności pedagogiczne. Prace ich zajęłyby wybitne miejsce w literaturze zachodniej, jeśliby były znane za granicą.

I na Korpusie Paziów odbił się wpływ tego ożywienia. Z małymi wyjątkami, wszystkie trzy młodsze klasy poczęły okazywać wiele chęci do nauki. Żeby pobudzić tę pilność, inspektor Winkler (wykształcony pułkownik artylerii, dobry matematyk i postępowy człowiek) wpadł na bardzo trafny pomysł. Przyjął dla klas niższych, zamiast poprzednich miernot, najlepszych nauczycieli. Żywił przekonanie, że dobrzy nauczyciele najlepiej potrafią udzielić rozpoczynającym naukę chłopcom pierwszych elementarnych wiadomości. A więc do wykładów algebry początkowej w czwartej klasie Winkler powołał doskonałego matematyka i urodzonego pedagoga, kapitana Suchonina. Cała klasa od razu zapaliła się do matematyki. Między innymi wspomnę tu, że kapitan wykładał także następcy tronu, Mikołajowi Aleksandrowiczowi, i że następca przyjeżdżał wskutek tego raz na tydzień do Korpusu Paziów, żeby być obecnym na lekcjach algebry, które prowadził kapitan Suchonin. Cesarzowa Maria Aleksandrowna była kobietą wykształconą i myślała, że może towarzystwo pilnych chłopców zachęci do nauki jej syna. Następca siedział na ławce razem z innymi i jak wszyscy odpowiadał na pytania. Ale zazwyczaj w czasie lekcji Mikołaj Aleksandrowicz albo rysował (wcale nieźle), albo opowiadał szeptem sąsiadom śmieszne historie. Był to młodzieniec dobroduszny i łagodnego charakteru, ale przy tym lekkomyślny zarówno w nauce, jak i — jeszcze bardziej — w przyjaźni.

Do wykładów w klasie piątej zaprosił inspektor dwóch niepospolitych ludzi. Pewnego razu wszedł promieniejący do naszej klasy i oświadczył, że spotkało nas niezwykłe szczęście. Słynny znawca klasycznej i rosyjskiej literatury, profesor Kłassowski (30) — powiedział inspektor Winkler — zgodził się wykładać gramatykę rosyjską i będzie przechodził z nami z klasy do klasy w ciągu pięciu lat, aż do ukończenia przez nas zakładu. To samo — co się tyczy języka niemieckiego, uczyni drugi profesor uniwersytetu, Becker, bibliotekarz Cesarskiej Biblioteki Publicznej. Winkler oświadczył przy tym, iż pewien jest, że będziemy się cicho zachowywać w klasie, ponieważ profesor Kłassowski jest tej zimy nieco cierpiący. Sposobność pozyskania tak dobrego nauczyciela zbyt jest pożądaną, żeby ją utracić.

Winkler nie omylił się. Byliśmy bardzo dumni z tego, że wykładają nam profesorowie uniwersytetu. Na "Kamczatce" [ośla ławka] co prawda byli zdania, że "kiełbaśnika" należy bez długich ceregieli ugnieść na miękki wosk; ale ogólna opinia klasy oświadczyła się za profesorami.

"Kiełbaśnik" jednakże od razu zdobył nasz szacunek. Do klasy wszedł wysoki człowiek, o wysokim, wyniosłym czole i dobrych, mądrych oczach, z tlącą się w nich iskrą humoru — i całkiem poprawnym rosyjskim językiem oświadczył, że zamierza podzielić klasę na trzy grupy. Do pierwszej grupy wejdą Niemcy, którzy znają język i wobec których będzie szczególnie wymagający. Drugiej grupie będzie wykładał gramatykę, a następnie literaturę niemiecką — wedle przyjętego programu.

— Do trzeciej zaś grupy — dodał profesor z miłym uśmiechem — wejdzie "Kamczatka". Od niej będę wymagał tylko, żeby każdy w czasie lekcji przepisał z książki cztery wiersze, które mu wskażę. Kiedy "Kamczatka" przepisze swoje cztery linijki, może robić, co chce, pod jednym warunkiem: nie przeszkadzać innym. Ja zaś obiecuję wam, że po pięciu latach nauczycie się trochę niemieckiego języka i literatury. No, kto idzie do grupy Niemców? Pan, panie Stackelberg? Pan, panie Langsdorf? Może który z Rosjan życzy sobie także? A kto do "Kamczatki"?

Pięciu czy sześciu spomiędzy nas, nie rozumiejących ani słowa po niemiecku, osiedliło się na dalekim półwyspie. Sumiennie przepisywali swoje cztery linijki (w wyższych klasach — dwanaście do dwudziestu), a Becker tak dobrze wybierał te urywki i tak starannie zajmował się uczniami, że po upływie pięciu lat "Kamczadałowie" nabyli w istocie pewnego pojęcia o języku i literaturze niemieckiej.

Przyłączyłem się do Niemców. Sasza w listach swych tak przekonywająco zachęcał mnie do nauki języka niemieckiego, który ma nie tylko bogatą literaturę, ale w którym można także znaleźć przekład każdej książki, przedstawiającej wartość naukową, że sam wziąłem się do tej nauki. Tłumaczyłem wówczas i uczyłem się na pamięć trudnego dosyć pod względem językowym opisu burzy. Za radą profesora nauczyłem się wszystkich koniugacji czasowników, przysłówków i przyimków i zacząłem tłumaczyć. Jest to doskonały sposób wyuczenia się języków. Becker poradził mi oprócz tego zaprenumerować tani tygodnik ilustrowany "Gartenlaube". Obrazki i króciutkie opowieści zachęcały do czytania.

Pod koniec zimy poprosiłem Beckera, żeby mi dał "Fausta". Czytałem go w rosyjskim tłumaczeniu; czytałem także prześliczną opowieść Turgieniewa "Faust" i teraz pragnąłem poznać wielkie dzieło w oryginale.

— Nic z niego nie zrozumiesz — powiedział mi Becker ze swym dobrym uśmiechem — jest to utwór zbyt filozoficzny.

Mimo to przyniósł mi małą kwadratową książeczkę, z pożółkłymi ze starości kartkami. Filozofia Fausta i muzyka języka porwały mnie bez reszty. Zacząłem od przepięknej, wspaniałej dedykacji i wkrótce umiałem całe stronice na pamięć. Monolog Fausta w lesie zachwycał mnie aż do ekstazy, zwłaszcza te wiersze, w których mówi o pojmowaniu przyrody:

Erhabner Geist, du gabst mir, gabst mir alles,
Worum ich bat. Du hast mir nicht umsonst
Dein Angesicht in Feuer zugewendet...

[Potężny duchu, dałeś, dałeś wszystko,
O com cię prosił. Tyś nie nadaremnie
W płomieniach ku mnie zwrócił swoją twarz...]

I teraz jeszcze miejsce to czyni na mnie głębokie wrażenie. Każdy wiersz stawał się powoli moim najdroższym przyjacielem.

Czy może być większa rozkosz estetyczna, jak czytać wiersze w trochę jeszcze obcym nam języku? Wszystko przesłania się wtedy lekką mgłą, która tak przystoi poezji. Te słowa, które, jeżeli znamy język codzienny, rażą uszy swoją niezgodnością z pojęciem, jakie mają wyrażać, zachowują subtelne, podniosłe znaczenie. Muzykalność wiersza staje się szczególnie uchwytna.

Pierwsza lekcja profesora Kłassowskiego była dla nas prawdziwym objawieniem. Liczył lat około pięćdziesięciu; niewielkiego wzrostu, prędki w ruchach, miał mądre, iskrzące się sarkazmem oczy i wysokie czoło poety. Przyszedłszy na pierwszą lekcję, powiedział nam cicho, że nie może mówić głośno, gdyż cierpi na zadawnioną chorobę, i dlatego prosi nas, żebyśmy usiedli bliżej niego. Kłassowski postawił swoje krzesło tuż przy pierwszym rzędzie stołów i otoczyliśmy go jak rój pszczół.

Miał nam wykładać gramatykę — ale zamiast nudnego przedmiotu, usłyszeliśmy całkiem coś innego. Naturalnie, mówił o gramatyce; ale bądź zestawiał porównanie byliny z wierszem Homera albo Mahabharaty (31), których piękność dawał nam poznać w rosyjskim przekładzie; bądź przytaczał jakąś strofę Schillera, bądź też wstawiał sarkastyczną uwagę na temat jakiegoś współczesnego przesądu. Potem znowu gramatyka, a po niej znowu jakieś szerokie, poetyckie lub filozoficzne uogólnienia.

Ma się rozumieć, nie wszystko rozumieliśmy i niejedno traciło dla nas swoje głębokie znaczenie; ale czyż czarująca siła nauki nie zawiera się właśnie w tym, że bezustannie otwiera przed nami nieoczekiwane horyzonty? Nie pojmujemy jeszcze w zupełności wszystkiego, ale nęci nas, aby iść wciąż dalej i dalej ku temu, co zrazu wydaje się tylko niejasnym zarysem... Jedni z nas leżeli prawie na plecach towarzyszy, inni stali obok Kłassowskiego. Wszystkim oczy błyszczały. Chciwie chwytaliśmy jego słowa. Pod koniec lekcji głos profesora opadł całkiem ze znużenia, ale z tym większą uwagą słuchaliśmy, wstrzymując oddech. Inspektor uchylił na chwilę drzwi, żeby zobaczyć, jak się zachowujemy wobec nowego nauczyciela, ale ujrzawszy rój nieruchomych słuchaczy, oddalił się na palcach. Nawet Donaurow, charakter w ogóle buntowniczy — i ten wpił się oczami w Kłassowskiego, jak gdyby chciał powiedzieć: "A więc taki jesteś!" Nieruchomo siedział także najbardziej tępy z uczniów, Klugenau, Kaukazczyk o niemieckim nazwisku. W sercach większości uczniów budziło się coś dobrego, wzniosłego, jak gdyby otwierał się przed nami nowy świat, którego istnienia dotąd nie podejrzewaliśmy. Na mnie Kłassowski wywarł ogromny wpływ, który z latami wciąż wzrastał. Przepowiednia Winklera, że ostatecznie pokocham szkołę, sprawdziła się.

Niestety, pod koniec zimy profesor Kłassowski zachorował i musiał opuścić Petersburg. Zamiast niego zlecono wykłady innemu nauczycielowi — Timofiejewowi, również człowiekowi bardzo porządnemu, ale w innym rodzaju. Kłassowski miał radykalne poglądy polityczne, Timofiejew był estetą. Jako żarliwy czciciel Szekspira, dużo nam o nim opowiadał. Dzięki niemu gorąco pokochałem Szekspira i czytałem po kilka razy jego dramaty w przekładzie rosyjskim, często też czytałem je na głos któremuś z kolegów.

Kiedy przeszliśmy do trzeciej klasy, Kłassowski wrócił do nas; przywiązałem się do niego jeszcze bardziej.

Europa Zachodnia, a wedle wszelkiego prawdopodobieństwa i Ameryka, nie znają tego typu nauczyciela, który jest tak popularny w Rosji. Nie ma nikogo spomiędzy wybitniejszych naszych działaczy i działaczek w dziedzinie literatury lub życia społecznego, kto by pierwszego bodźca w rozwoju umysłowym nie zawdzięczał swemu nauczycielowi literatury. W każdej szkole, wszędzie — powinien by się znajdować taki nauczyciel. Każdy wykładowca ma swój przedmiot i między różnymi przedmiotami nie ma łączności. Tylko wykładający literaturę, jeżeli kieruje się programem w ogólnych jego zarysach i jeżeli ma pozostawioną swobodę wypełniania tego programu wedle własnego rozumienia — może połączyć w jedno wszystkie nauki humanistyczne, uogólnić je w szerokim, filozoficznym światopoglądzie i obudzić w ten sposób w sercach młodych słuchaczy dążność ku wzniosłemu ideałowi. W Rosji zadanie to spada, oczywiście, na barki wykładowcy literatury rosyjskiej. Ponieważ mówi on o rozwoju języka, o eposie pierwotnym, o pieśniach ludowych i muzyce, a następnie o współczesnej beletrystyce i poezji, o naukowych, politycznych i filozoficznych prądach, które się w nich odbijają, to powinien wprowadzić również uogólniające pojęcia o rozwoju rozumu ludzkiego, co wyjaśnia się częściowo podczas wykładu każdego z poszczególnych przedmiotów.

Tak samo należałoby postępować przy wykładzie nauk przyrodniczych. Nie wystarczy uczyć fizyki i chemii, astronomii i meteorologii, zoologii i botaniki. Niezależnie od poziomu nauczania nauk przyrodniczych w szkole, należy powiedzieć uczniom o filozofii przyrodoznawstwa, wpoić im ogólne idee o przyrodzie, wzorem uogólnień, które na przykład dał Humboldt w pierwszej połowie Kosmosu. (32)

Filozofia i poezja przyrody, wyjaśnienie metody nauk ścisłych i szerokie pojmowanie życia przyrody — oto z czym należy zapoznać uczniów w szkole, aby rozwinąć w nich realistyczny, oparty na wiedzy przyrodniczej światopogląd naukowy. Wydaje mi się, iż nauczyciel geografii mógłby najlepiej wypełnić to zadanie, ale wówczas potrzebni by byli całkiem inni nauczyciele tego przedmiotu w szkołach średnich i całkiem inni profesorowie na katedrach geografii w uniwersytetach.

W korpusie geografię wykładał "słynny" Biełocha. Wymagał, aby każdy uczeń wywołany do tablicy narysował na niej kredą siatkę geograficzną, a następnie zrobił wykres mapy. Doskonała rzecz — gdyby wszyscy umieli to robić. Ale jedynie pięciu czy sześciu potrafiło nakreślić z pamięci mapę, która byłaby do czegoś podobna. Biełocha zaś nielitościwie stawiał najniższy stopień — zero — każdemu, kto nie umiał nakreślić mapy na tablicy szkolnej.

Aby uniknąć zer, sporządziliśmy sobie małe, pięciocentymetrowe karteczki, które nie pamiętam już czemu, nazywaliśmy "szpargałkami". Korzystaliśmy z tych ściągaczek w następujący sposób:

Oto Bieiocha wywołuje na przykład do tablicy Donaurowa. Donaurow wychodzi, potem wraca na swoje miejsce i mówi:

— Kropotkin, daj mi chustkę do nosa, zapomniałem swojej.

Mam już przygotowaną małą mapę Europy i przekazuję ją Donaurowowi razem z chustką. Ten wyciera nos i przekłada kartkę do dłoni lewej ręki. W tym czasie, gdy Biełocha pyta innego ucznia lub wertuje dziennik, Donaurow kreśli mapę ze ściągaczki, wymienia mniej więcej dokładnie miasta, góry, rzeki i otrzymuje "stopień spokoju duchowego", to jest szóstkę. W przeciwnym wypadku Donaurow niechybnie otrzymałby dwójkę lub trójkę, a może nawet zero, a zero — to dwie niedziele bez przepustki.

Zabrałem się z zapałem do przygotowania map-ściągaczek i z czasem skompletowałem cały miniaturowy atlas geograficzny w dwóch czy trzech egzemplarzach. Gdy później, w mrocznych kazamatach twierdzy Pietropawłowskiej kreśliłem pretendujące do artyzmu mapy Finlandii, nieraz mówiłem sobie, z upodobaniem, oglądając swoją pracę:

— Zawdzięczam to Biełosze, bez ściągaczek nigdy nie nauczyłbym się kreślić w ten sposób.

Oczywiście, gdyby nasz profesor dawał nam już gotową litografowaną siatkę geograficzną i polecał zrobić wykres każdej mapy po kilka razy na oko, z innej mapy, a nie z pamięci, zapamiętalibyśmy tak samo lub nawet jeszcze lepiej zarys geograficzny tego czy innego kraju.

Biełocha nikomu ze swoich uczniów nie zaszczepił miłości do geografii, a przecież jakże ciekawe i porywające mogłyby być wykłady z tego przedmiotu. Nauczyciel geografii mógłby pokazać chłopcom cały obraz świata, tak różnorodny i tak złożony w swej harmonii. Niestety, geografia szkolna dotychczas jest jednym, z najbardziej nudnych przedmiotów nauczania.

Drugi nauczyciel zdobył sobie naszą hałaśliwą klasę w całkiem odmienny sposób. Był to nauczyciel kaligrafii, najmniejsza śrubka naszego pedagogicznego wozu. Jeżeli względem "pogan"*, to jest nauczycieli języków francuskiego i niemieckiego, żywiono mało szacunku, to tym mniej cieszył się nim nauczyciel kaligrafii Ebert, Żyd niemiecki. Stał się on prawdziwym męczennikiem.


Znieważanie go uważane było wśród paziów za szyk wyjątkowy. Prawdopodobnie tylko ubóstwo jego było przyczyną, że nie zrzekł się lekcji w korpusie. Najgorzej zachowywali się wobec nauczyciela tak zwani "staruszkowie", uczniowie, którzy po dwa i trzy lata siedzieli w piątej klasie — bez nadziei promocji. Mniejsza, w jaki sposób, ale Ebert zawarł z nimi umowę: "Jeden figiel na lekcję — nie więcej!" Niestety, muszę wyznać, że nie zawsze uczciwie dochowywaliśmy umowy.

Raz mieszkaniec dalekiej "Kamczatki" zmoczył gąbkę w atramencie, posypał kredą i rzucił w męczennika kaligrafii. "Ebert, łapaj!" — zawołał uśmiechając się głupkowato. Gąbka trafiła w ramię. Biaława ciecz prysnęła Ebertowi w twarz i zalała koszulę.

Byliśmy przekonani, że tym razem Ebert wyjdzie z klasy i poskarży się inspektorowi; ale wyjął tylko bawełnianą chustkę, otarł twarz i powiedział:

— Panowie, jeden figiel, więcej nie wolno. Koszula splamiona! — dodał przygnębionym głosem i dalej poprawiał czyjś zeszyt.

Siedzieliśmy zawstydzeni i zdumieni. Dlaczego zamiast się poskarżyć dyrektorowi, przede wszystkim wspomniał o umowie? Przychylność klasy przeszła od razu na stronę nauczyciela.

— Zrobiłeś świństwo! — wyrzucaliśmy koledze. — To człowiek ubogi, a ty mu splamiłeś koszulę!

Winowajca natychmiast wstał i zaczął przepraszać.

— Uczyć się trzeba, panowie, uczyć! — smutnie odpowiedział Ebert. I więcej nic.

Po tym zajściu klasa uspokoiła się natychmiast. Następnej lekcji, jakby zmówiwszy się, większość uczniów gorliwie kreśliła litery i szła pokazywać kajety Ebertowi, który promieniał — czuł się szczęśliwy tego dnia.
Wypadek ten uczynił na mnie głębokie wrażenie i nie zatarł się w mej pamięci. Do dziś dnia wdzięczny jestem temu niezwykłemu człowiekowi za jego naukę.

Pomiędzy nami a nauczycielem rysunków Hantzem nigdy nie mogły zapanować stosunki pokojowe. Wciąż "zapisywał" dokazujących w czasie jego lekcji chłopców. Wedle zaś naszych pojęć nie miał prawa tak postępować: po pierwsze dlatego, że był tylko nauczycielem rysunków, po drugie, i co najważniejsze, że nie był człowiekiem sumiennym. W czasie lekcji nie zwracał żadnej uwagi na większość uczniów, ponieważ poprawiał rysunki tylko tym, którzy brali u niego lekcje prywatnie albo zamawiali rysunki potrzebne do egzaminu. Nie mieliśmy nic przeciwko kolegom, którzy to czynili. Przeciwnie, uważaliśmy za rzecz całkiem naturalną, że uczniowie, którzy nie okazywali zdolności do matematyki albo obdarzeni byli zbyt słabą pamięcią, żeby się wyuczyć dobrze geografii, i stąd otrzymywali z tych przedmiotów złe stopnie, zamawiali u kreślarza dobry rysunek albo mapę topograficzną, żeby otrzymać "pełnych dwanaście" i poprawić w ten sposób ogólny wynik. Tylko pierwszym dwom uczniom nie wypadało tego czynić. Ale samemu nauczycielowi nie przystoi — rozumowaliśmy — wykonywać rysunków na zamówienie. A jeśli to czyni, niechże znosi potulnie nasz hałas i nasze swawole. Ale Hantz, zamiast się poddać, skarżył się po każdej lekcji i na każdej coraz więcej "zapisywał".

Kiedyśmy przeszli do klasy czwartej i poczuliśmy się pełnoprawnymi obywatelami korpusu, postanowiliśmy okiełznać Hantza.

— Samiście winni, że on tak się u was puszy — mówili nam starsi koledzy. — Myśmy go trzymali krótko.

Wtedy i my postanowiliśmy go wyszkolić.

Razu pewnego dwaj uczniowie z naszej klasy, najulubieńsi nasi koledzy, podeszli do Hantza z papierosami w ustach i poprosili go o ogień. Ma się rozumieć, był to tylko żart; nikt nie myślał palić w klasie. Wedle naszego mniemania, Hantz powinien był po prostu powiedzieć swawolnikom: "Idźcie precz!", ale zamiast tego zapisał ich do dziennika, i obu surowo ukarano. Była to kropla, która przepełniła czarę. Postanowiliśmy urządzić Hantzowi "szopkę". Znaczyło to, że cała klasa, uzbroiwszy się w pożyczone u starszych paziów linie, zacznie bębnić nimi po pulpitach, póki nauczyciel nie wyniesie się z klasy. Wykonanie spisku przedstawiało jednakże pewne trudności.

W klasie naszej było niemało "maminsynków", którzy mogli przyobiecać udział w demonstracji, lecz w stanowczej chwili stchórzyliby i cofnęli się. Wtedy nauczyciel mógł zaskarżyć resztę. Tymczasem, naszym zdaniem, w podobnego rodzaju przedsięwzięciach solidarność stanowi wszystko, ponieważ kara, jakakolwiek by była, jest zawsze lżejsza, gdy spada na całą klasę, a nie tylko na niewielu.

Przeszkodę przezwyciężono z iście malkiawelską zręcznością. Umówiono się, że na dany sygnał wszyscy obrócą się plecami do Hantza i wtedy dopiero zaczną bębnić liniami, które będą leżeć w pogotowiu na pulpitach drugiego rzędu. Tym sposobem widok Hantza nie przestraszy "maminsynków". Ale sygnał? Rozbójniczy świst, jak w bajce, krzyk lub nawet kichnięcie nie nadawały się. Hantz natychmiast oskarżyłby tego, kto świsnął albo kichnął. Należało obmyśleć niemy sygnał. Postanowiono, że jeden z nas, dobrze rysujący, pójdzie pokazać Hantzowi rysunek. Sygnałem będzie, gdy wróci i siądzie na swoim miejscu.

Wszystko szło jak z płatka. Niestierow zaniósł rysunek, a Hantz poprawiał go kilka minut, które wydały się nam wiecznością. Ale oto Niestierow wrócił nareszcie, zatrzymał się chwilę, spojrzał na nas, potem usiadł... W mgnieniu oka cała klasa obróciła się plecami do nauczyciela; rozległ się ogłuszający trzask linijek. Niektórzy, zagłuszając ten trzask, wołali: "Hantz, ruszaj precz!" Powstał straszny hałas. Wszystkie klasy wiedziały, że Hantz otrzymał wspaniały benefis. Nauczyciel wstał, coś zamruczał, wreszcie wyszedł... Wbiegł oficer. Hałas nie ustawał. Wleciał podinspektor, a za nim i sam inspektor. Hałas wnet ustał. Rozpoczęła się burza.

— Starszy uczeń do aresztu! — zakomenderował oficer.

Ponieważ byłem prymusem, a więc również starszym, powędrowałem do karceru. Wskutek tego nie byłem obecny przy tym, co nastąpiło dalej. Zjawił się dyrektor. Zażądano, by Hantz wskazał podżegaczy, ale nie umiał nazwać nikogo.

— Oni wszyscy razem odwrócili się do mnie plecami i zaczęli hałasować — odpowiedział.

Wtedy całej klasie kazano zejść na dół. Chociaż kara cielesnadawno już wyszła z użycia w naszym korpusie, jednak tym razem obito dwóch paziów, którzy prosili Hantza o ogień do papierosów. Rózgi tłumaczono tym, że benefis urządzony został przez zemstę za ukaranie swawolników.

Dowiedziałem się o tym wszystkim, co zaszło, w dziesięć dni później, gdy mi pozwolono wrócić do klasy. Starto moje imię z czerwonej tablicy, czym się wcale nie zasmuciłem. Za to muszę wyznać — dziesięć dni bez książek w karcerze wydały mi się przydługie. Dla skrócenia czasu ułożyłem w topornych rymach odę, opiewającą sławne czyny czwartej klasy.

Rozumie się, że zostaliśmy bohaterami korpusu. Cały miesiąc potem opowiadaliśmy innym klasom ze wszystkimi szczegółami o naszych bohaterskich czynach i otrzymywaliśmy gorące pochwały za to, że działaliśmy tak solidarnie i że nikogo nie przyłapano z osobna. Ale cała klasa została ukarana. Nikomu nie pozwolono wychodzić w niedzielę na miasto. Musieliśmy więc przez wszystkie niedziele i święta, aż do Bożego Narodzenia, siedzieć w korpusie. Ponieważ jednak siedzieliśmy wszyscy razem, było nam bardzo wesoło. Pieszczochy otrzymywały z miasta całe kosze łakoci. Kto miał pieniążki, zakupywał góry pierożków, tak że mieliśmy zawsze coś posilnego przed obiadem i słodycze na deser. Wieczorami koledzy z innych klas dostarczali dzielnej czwartej klasie — drogą kontrabandy — niezliczoną ilość owoców. Hamtz nie zapisywał już więcej nikogo, ale rysunkom daliśmy też spokój. Nikt nie chciał uczyć się więcej u tego sprzedajnego człowieka.

III
Zaraz po wstąpieniu do korpusu zacząłem prowadzić ożywioną korespondencję z bratem. Sasza w tym okresie uczył się w Moskwie w Korpusie Kadetów. Póki byłem w domu, nie mogliśmy pisywać do siebie, bo ojciec uzurpował sobie prawo otwierania wszystkich listów, które przychodziły do domu, i prędko by położył koniec wszelkiej niebanalnej korespondencji. Teraz mieliśmy zupełną swobodę rozprawiania w listach, o czym się nam podobało. Zachodziła tylko jedna trudność: skąd brać pieniądze na opłaty pocztowe? Wkrótce jednakże przyzwyczailiśmy się pisać tak drobnym maczkiem, że udawało nam się pomieszczać nieprawdopodobną masę rzeczy w jednym liście. Aleksander pisał w sposób prawdziwie zadziwiający. Umiał on zmieścić cztery strony druku na jednej stronicy zwykłego arkusika papieru listowego. I mimo to jego mikroskopijne literki czytało się z taką łatwością, jak wyrazisty nonparel. Ogromna szkoda, że te listy, które przechowywałem jak świętość, zaginęły. Żandarmi zabrali je bratu podczas rewizji. (33)

W pierwszych listach mówiliśmy przeważnie o drobiazgach korpusowego życia, ale wkrótce korespondencja nasza przybrała poważniejszy charakter. Brat nie umiał pisać o głupstwach. Nawet w towarzystwie ożywiał się tylko wtedy, gdy zawiązywała się rozmowa poważna, i skarżył się, że doznaje "fizycznego bólu głowy", jak mówił, gdy się znajduje wśród ludzi paplających o głupstwach. Sasza wyprzedził mnie znacznie w rozwoju i pobudzał mnie w tym względzie. W tym celu poruszał kolejno różne kwestie filozoficzne i naukowe, przysyłał całe uczone dysertacje w swych listach, zachęcał, radził mi czytać i uczyć się. Czuję się szczęśliwy, że miałem takiego brata, który przy tym kochał mnie gorąco. Jemu ponad wszystko i przed wszystkimi zawdzięczam swój rozwój umysłowy.

Czasem, na przykład, radził mi czytać wiersze i przysyłał w listach długie ustępy, a czasem i całe poematy Lermontowa, A. K. Tołstoja itd., które pisał z pamięci.

"Czytaj poezję; przez nią człowiek staje się lepszy", pisał. Jak często potem przypominałem sobie te słowa i przekonywałem się o ich słuszności! Sasza sam był poetą i potrafił pisać zdumiewająco dźwięczne wiersze. Ale reakcja przeciw sztuce, która zaszła w poglądach młodzieży w początkach lat sześćdziesiątych (jest ona odmalowana u Turgieniewa w "Ojcach i dzieciach"), sprawiła, że Sasza z lekceważeniem traktował swe próby poetyckie. Pochłonęły go całkiem nauki przyrodnicze. Muszę jednak powiedzieć, że moim najulubieńszym poetą był nie ten, którego mi brat najbardziej zalecał. Ulubionym poetą Aleksandra był Wieniewitinow (34), moim zaś Niekrasow. Prawda, że wierszom Niekrasowa często brak dźwięczności; ale przemawiały one do mego serca tym, że ujmowały się za "upośledzonymi".

"Człowiek powinien mieć określony cel w życiu — pisał mi brat — inaczej życie nie jest życiem." I radził mi stworzyć sobie taki cel, dla którego warto żyć. Byłem wtedy zbyt młody, żeby cel taki znaleźć; ale już samą mocą tego wezwania coś nieokreślonego, niejasnego, "dobrego" budziło się we mnie, choć ja sam nie mógłbym powiedzieć, czym będzie to "dobre".

Ojciec dawał nam bardzo mało pieniędzy na drobne wydatki. Nigdy nie miałem ich tyle, żeby móc kupić choć jedną książkę. Ale jeżeli Aleksander dostawał kilka rubli od jakiejś ciotki, nie wydawał ani kopiejki osobiście dla siebie, lecz kupował książkę i posyłał mi ją. Sasza przeciwstawiał się czytaniu bez systemu. "Gdy ktoś zabiera się do czytania książki, powinien szukać w niej rozstrzygnięcia zagadnienia, które go nurtuje." Wówczas jednak niedostatecznie oceniłem słuszność tej uwagi. Dzisiaj sam zdumiewam się, przypominając sobie tę ogromną masę książek, czasem całkiem specjalnej treści, które wtedy przeczytałem, książek traktujących o wszelkich gałęziach wiedzy, a zwłaszcza historii. Przestałem tracić czas na romanse francuskie, odkąd Aleksander określił mi je w następujący sposób: "Są głupie i ludzie brzydko sobie w nich wymyślają."

Głównym tematem naszej korespondencji była naturalnie kwestia wytworzenia sobie światopoglądu. W dzieciństwie nie odznaczaliśmy się religijnością. Zabierano nas wprawdzie do cerkwi, ale w małej cerkwi wiejskiej uroczysty nastrój ludu wywiera daleko silniejsze wrażenie aniżeli samo nabożeństwo. Z tego wszystkiego, co słyszałem w cerkwi, tylko dwie rzeczy uczyniły na mnie wrażenie: czytanie w Wielki Czwartek "dwunastu ewangelii" i modlitwa Jefrema Sirina (35), która w rzeczy samej jest przepiękna swą prostotą i głębią uczucia. Puszkin przetłumaczył ją, jak wiadomo, wierszem.

Panie dni moich! Ducha bezczynności smętnej,
Pożądania władzy, ukrytej żmii tej —
I słów marności odejmij duszy mej.

Po raz drugi odezwało się we mnie uczucie podobne do religijnego — gdy wyszliśmy w Wielki Piątek z naszą nianią Ulianą wcześnie rano, aby zdążyć na jutrznię. Chłód poranka, małe zamarznięte kałuże, wiosenne powietrze, wschodzące słońce — wszystka to stwarzało jakiś szczególny nastrój. Ale co tu było najważniejsze — jutrznia czy poezja przyrody? Nabożeństwa nie pamiętam zupełnie, zapamiętałem, natomiast i powietrze, i te małe zamarznięte kałuże, i wiosenne słońce — jak gdyby przyroda była ożywioną stroniczką z Turgieniewa.

Na ogół nabożeństwa prawosławne w małych cerkiewkach, zwłaszcza na wsi, odbywają się w ten sposób, że wrażenie pozostawia nie samo nabożeństwo, ile raczej modlący się lud. W Nikolskiem na przykład śpieszący się na sianokos pop odbębniał z niezwykłą szybkością imiona całej rodziny cesarskiej, które za Mikołaja I trzeba było aż cztery razy wy czytywać w czasie nabożeństwa, i to wszystkich od początku do końca, to jest do królowej niderlandzkiej, Anny Pawłowny (królowa "Medelańska", jak mówiliśmy wtedy).

Rudy zakrystian, gdy miał czterdzieści razy z rzędu powtórzyć: "Panie zmiłuj się!", bębnił tak, iż w całej cerkwi rozlegało się tylko: "Pazmiłuć, pazmiłuć!"

Diaczek zaś, Iwan Stiepanowicz, z siwą grzywą nigdy nie tkniętych grzebieniem włosów, w której, tak samo jak w brodzie, pełno było źdźbeł słomy i szyszek ostu, śpiewał "Jako cherubinowie" w ten sposób, że gdy znalazł na pulpicie kawałek suchego obwarzanka, to go sobie pogryzał w czasie śpiewu: "jako che-che-che (przełknie) ru-bi-i-i-inowie", a potem wyciągnie jakieś żyjątko z brody i dusi je: "tajemnie two-rzą-ą (pac!)-ące" — itd.

Prawda, że w Moskwie zdarzały się rzeczy podobne. Bardzo przecież "przejmująco" odprawiał nabożeństwa w cerkwi Uśpienia na Mogilcach Hipolit Michajłowicz Bogosłowski-Płatonow. I chór był tam wspaniały, i sam on tak dobitnie wszystko wymawiał i nawet kazania miewał. Wszystkie panie ze Starej Koniuszennej przychodziły go słuchać. A przecież pewnego razu, gdy wyszedł z hostią diakon natężając głos śpiewał basem: "Najprawowierniejszego, samowładnego:...", Hipolit Michajłowicz zauważywszy, iż jakiś rosły lokaj zasłonił pewną znaną moskiewską piękność stojącą koło ambony, powiedział do niego głębokim, dobitnym szeptem:

— Gdzie się pchasz, ty bałwanie! Marsz w tył!

W ogóle całe nabożeństwo z "świętą tajemnicą ciała i krwi Pańskiej", z "cherubinami" i z wyliczaniem przy tym imion rodziny cesarskiej — zawsze bardzo mnie raziło. Kiedy odprawiano nabożeństwo z wielką liczbą duchownych i każdy z nich — jeden basem, inny pod nosem, a jeszcze inny starczym szeptem — nieustannie jeden za drugim mamrotali: "i małżonkę jego prawowierną.,." i "wielkiego księcia...", i tak dalej bez końca — wszystko to wywoływało we mnie wstręt i tylko mnie śmieszyło.

Później — w Petersburgu, byłem kilka razy w katolickim kościele, ale uderzyła mnie tam teatralność i brak rzeczywistego uczucia. Wrażenie to potęgowało się, gdy widziałem prostą wiarę dawnych polskich żołnierzy albo włościanek modlących się w odległym kąciku. Wstępowałem także i do protestanckiej kirchy; ale gdy wychodziłem stamtąd, złapałem się na tym, że szeptałem wiersz Goethego:

Bewundrung von Kindern und Affen,
Wenn euch damach der Gaumen steht;
Doch werdet ihr nie Herz zu Herzen schaffen,
Wenn es euch nicht von Herzen geht.

[Na nic niezdatne i nikomu iskry zgubione w słów popiele,
zaledwie małpy albo dzieci odnajdą wiedzę w tej iskierce,
bo w sercach wspólność jeno nieci to współczujące właśnie serce.]

Aleksander ze zwykłym sobie zapałem przejął się wówczas luteranizmem. Przeczytał książkę Micheleta o Michale Servet i utworzył sobie własną wiarę na wzór tego słynnego antytrynitariusza.(36) Z entuzjazmem przestudiował "Deklarację Augsburską" (37), którą przetłumaczył i przysłał mi. Nasze listy przepełnione były wówczas rozprawami o łasce i cytatami z listów apostolskich św. Pawła i Jakuba. Słuchałem brata, ale rozmowy teologiczne nie zajmowały mnie zbyt głęboko. Gdy zacząłem przychodzić do zdrowia po tyfusie, czytałem książki zupełnie innego rodzaju.

Lena była już wtedy zamężna, mieszkała w Petersburgu; w soboty wieczorami udawałem się do niej. Mąż jej miał niezłą bibliotekę, w której znajdowały się utwory encyklopedystów i wybitniejsze dzieła współczesnych filozofów francuskich. Zagłębiłem się w czytaniu tych książek. Były one zakazane i nie mogłem zabierać ich z sobą do korpusu, ale za to co sobota do późnej nocy czytałem: "Słownik filozoficzny" Woltera, dzieła stoików, zwłaszcza Marka Aureliusza (38), i tak dalej. Nieskończoność wszechświata, potęga przyrody, poezja i wiecznie tętniące jej życie czyniły na mnie coraz głębsze wrażenie i to wieczne życie i harmonia przyrody pogrążały mnie w płomienną ekstazę, której tak pożądają młode natury. Jednocześnie znajdowałem, u moich ulubionych poetów odpowiednie obrazy dla wyrażenia budzącej się miłości i wiary w postęp, które opromieniają młodość i pozostawiają niezatarte wrażenie na całe życie.

Aleksander tymczasem doszedł stopniowo do krytycyzmu Kanta. Listy jego napełniły się "względnością wyobrażeń", "wyobrażeniami w czasie i przestrzeni oraz jedynie w czasie" i tak dalej. Pismo stawało się coraz bardziej mikroskopijne w miarę tego, jak rosło znaczenie przedmiotu. Ale ani wtedy, ani później, gdy nieraz całymi godzinami rozprawialiśmy o filozofii Kanta, nie udało się bratu uczynić ze mnie wielbiciela królewieckiego filozofa. Moimi ulubionymi przedmiotami stały się nauki ścisłe: matematyka, fizyka i astronomia.

W 1858 roku, jeszcze przed ukazaniem się nieśmiertelnej pracy Darwina (39), profesor zoologii Uniwersytetu Moskiewskiego K. F. Rouilie (40) wydał trzy wykłady o transformizmie. Brat mój w tej chwili przejął się ideą o zmienności gatunków; nie zadowolił się jednak przybliżonymi dowodami, lecz zajął się przestudiowaniem specjalnych prac o dziedziczności i tak dalej. W listach swych komunikował mi główne fakty, a także swoje wnioski i wątpliwości. Ukazanie się dzieła "O powstawaniu gatunków" nie rozstrzygnęło jego wątpliwości co do poszczególnych punktów. Książka Darwina poruszyła tylko szereg nowych problemów, które pobudzały brata do tym większej gorliwości w pracy. Później roztrząsaliśmy — a rozprawy nasze ciągnęły się długie lata — różne kwestie, tyczące się powstawania zmian w gatunkach, możności przekazywania tych zmian drogą dziedziczenia oraz ich potęgowania. Słowem, zajmowały nas te słabe punkty teorii doboru naturalnego, które niedawno poruszone zostały w naukowym sporze między Spencerem a Weismannem (41), w badaniach Galtona (42) i pracach współczesnych neolamarkistów (43). Dzięki swemu filozoficznemu i krytycznemu umysłowi Aleksander wnet spostrzegł, jak ważne znaczenie posiadają te kwestie, nie dostrzeżone wówczas przez wielu uczonych, dla teorii zmienności gatunków.

Muszę też wspomnieć o dorywczej wycieczce w dziedzinę ekonomii politycznej. W latach 1858—59 wszyscy w Rosji interesowali się ekonomią polityczną. Wykłady o protekcjonizmie i wolnym handlu ściągały masę słuchaczy. Gorąco, choć nie na długo, zainteresował się kwestiami ekonomicznymi i Aleksander, który nie był jeszcze wtedy tak absolutnie pochłonięty pochodzeniem gatunków. Przysłał mi do czytania kurs Jana Saya (44); przeczytałem, ale tylko kilka rozdziałów: taryfy i operacje bankowe nie interesowały mnie. Za to Aleksander tak pasjonował się tymi kwestiami, że pisał nawet o nich do macochy i starał się zainteresować ją systemem opłat celnych. Później — na Syberii — odczytywaliśmy te listy. Śmieliśmy się jak dzieci nad listem, w którym Sasza gorzko utyskiwał na niezdolność macochy zainteresowania się nawet tak palącymi kwestiami i złościł się z powodu jakiegoś bezczelnego przekupnia jarzyn, którego przyłapał na ulicy. Z wielu wykrzyknikami Sasza pisał: "Czy uwierzysz, że choć jest on przecież handlarzem, bałwan ten ze świńską obojętnością odnosił się do kwestii celnych!"

Każdego lata połowę paziów wysyłano do obozu w Peterhofie, dwie niższe klasy były jednak od tego wolne. Dzięki temu dwa lata spędziłem wakacje w Nikolskiem. Opuścić korpus, pojechać koleją do Moskwy i zobaczyć się tam z Aleksandrem było dla mnie takim szczęściem, że liczyłem dni do wyjazdu. Ale w Moskwie oczekiwał mnie wielki zawód. Aleksander nie zdał egzaminu i pozostał na drugi rok w tej samej klasie. W gruncie rzeczy był on jeszcze zbyt młody do klas specjalnych; ale mimo to ojciec rozgniewał się i nie pozwolił nam się widzieć. Zasmuciło mnie to niewymownie. Nie byliśmy już dziećmi i mieliśmy wiele do powiedzenia sobie wzajemnie. Próbowałem uprosić ojca o pozwolenie na wyjazd do ciotki Sulimy, w której domu spodziewałem się spotkać brata, ale otrzymałem stanowczą odmowę. Od czasu kiedy ojciec powtórnie się ożenił, zabroniono nam odwiedzać krewnych matki.

Tej wiosny nasz moskiewski dom był pełen gości. Co wieczór sale bawialne były rzęsiście oświetlone, grała orkiestra, cukiernik przygotowywał lody i ciasta, a gra w karty w wielkim salonie ciągnęła się do późnej nocy. Ja zaś błąkałem się bez celu wśród zalanych światłem pokojów i czułem się nieszczęśliwy.

Pewnego razu późnym wieczorem, po dziesiątej godzinie, ktoś ze sług wywołał mnie skinieniem i szepnął, żebym wyszedł do przedpokoju. Wyszedłem.

— Niech panicz pójdzie do izby czeladnej — szepnął stary ochmistrz Froł — jest tam Aleksander Aleksiejewicz.
Popędziłem przez podwórze, prędko wbiegłem na ganek i do ozeladnej. W na wpół ciemnym wielkim pokoju, przy ogromnym stole, zobaczyłem Aleksandra.

— Sasza, mój drogi, ty skąd? — Rzuciliśmy się sobie w ramiona. Przez chwilę nie mogliśmy nic powiedzieć ze wzruszenia.

— Ciszej! Gotowi jeszcze was usłyszeć! — szepnęła kucharka Praskowia, ocierając oczy rogiem fartucha. — Biedne sierotki! Gdyby to wasza mama żyła!...

Stary Froł także stał ze spuszczoną głową i miał łzy w oczach. — Uważaj, Piotrusiu, ani słowa! Słyszysz, nikomu — powiedział.

Praskowia tymczasem postawiła na stole przed Aleksandrem garnek z kaszą.

Jaśniejący zdrowiem Sasza począł już opowiadać różne rozmaitości, zajadając równocześnie kaszę. Garnek opróżniał się. Ledwie mogłem dowiedzieć się wreszcie, w jaki sposób zjawił się tak późno. Mieszkaliśmy wtenczas koło bulwaru Smoleńskiego, w zaułku Lewszyńskim, o kilka kroków od domu, w którym umarła matka*, a Korpus Kadetów znajdował się na drugim końcu Moskwy, w Lefortowie, w odległości siedmiu wiorst.

Sasza położył pod kołdrę na swoim łóżku bałwana sporządzonego z różnych sztuk ubrania, potem spuścił się niepostrzeżenie z okna wieżyczki i całe siedem wiorst przeszedł pieszo.

— I nie bałeś się przechodzić przez puste place koło korpusu? — spytałem.

— Czego miałem się bać! Tyle, że opadły mnie psy, ale sam je rozdrażniłem. Jutro wezmę z sobą tasak.

Tymczasem schodzili się furmani i inni słudzy. Wzdychali patrząc na nas, potem siadali pod ścianą i chwilami rozmawiali cichym szeptem, żeby nam nie przeszkadzać. A my, objąwszy się, przesiedzieliśmy do północy, rozprawiając o planach mgławicowych i hipotezie Laplace'a (45) o budowie materii, o walce papieskiej i cesarskiej władzy za Bonifacego VIII i tak dalej. Od czasu do czasu wbiegał ktoś ze sług i mówił:

— Piotrusiu, idź i pokaż się w salonie, bo wstali od kart i mogą spostrzec, że ciebie nie ma.

Błagałem Saszę, żeby nie przychodził następnej nocy, ale mimo to zjawił się znowu, stoczywszy po drodze utarczkę z psami, przeciw którym uzbroił się w tasak.

Jeszcze prędzej niż dnia poprzedniego poleciałem następnego wieczoru, gdy wezwano mnie do czeladnej. Tym razem Sasza przejechał część drogi dorożką. Zeszłej nocy jeden ze sług przyniósł mu pieniądze, które otrzymał od gości grających w karty; Sasza wziął od niego trochę drobnych na dorożkę i dzięki temu przybył wcześniej.

Zamierzał przyjechać i dnia następnego; ale ponieważ widzenia nasze mogły ściągnąć biedę na głowy służących, postanowiliśmy rozstać się do jesieni. Z króciutkiego oficjalnego listu, który otrzymałem nazajutrz, dowiedziałem się, że jego nocne wyprawy nie zostały wykryte. Jeśliby się o nich dowiedziano w korpusie, kara byłaby okropna. Strach nawet o tym pomyśleć. Chłosta rózgami — w obecności całego korpusu, aż do utraty przytomności, póki nie wyniosą nieszczęśliwego na prześcieradle do szpitala, a potem degradacja do szeregów kantonistów — wszystko było możliwe w owych czasach.

Niemniej okrutnie ucierpieliby słudzy, jeśliby ojciec dowiedział się o naszych spotkaniach. Ale umieli oni zachowywać tajemnicę i nie wydawali się wzajemnie. Cała służba wiedziała o odwiedzinach Aleksandra; ale nikt nie zdradził się ani słowem wobec kogoś z państwa. Tylko oni i ja w całym domu wiedzieliśmy o tym.


28) Ignacy Loyola (1491—1556) — założyciel zakonu jezuitów, autor dzieła "Ćwiczenia duchowe" (Rzym, 1548), w którym dokładnie opracował system wychowania jezuickiego.

29) Fiodor Tołstoj (1809—1881) — kompozytor i krytyk muzyczny, pisarz, autor książki "Choroby woli", której przekład polski ukazał się w roku 1873 w dodatku do czasopisma "Tygodnik Ilustrowany" (nr 262-268). Obszerną analizę twórczości T. Tołstoja przeprowadzał Dymitr Pisariew we wstępie do dwutomowego wydania jego dzieł w roku 1871.

30) Włodzimierz Kłassowski (1815—1877) — profesor Uniwersytetu Petersburskiego, autor wielu prac naukowych, jak: "Pompieja i odkrytyje w niej driewnosti", "Osnowanije piedagogiki", "Myśli o wospitanii".

31) Mahabharat — starohinduska epopeja narodowa, zawierająca około dwustu tysięcy wierszy, powstała w IV wieku p.n.e. Opiewa walkę dwóch rodów — Kurusów, czyli Bharatów, oraz Pandawów. W opis tej walki wpleciono setki legend, opowieści, poematów o treści mitycznej. W języku polskim wydano obszerny wybór w streszczeniu i wyjątkach, opracowany przez Antoniego Langego, Brody, 1911.

32) Fryderyk Henryk Aleksander Humboldt (1769—1859) — niemiecki uczony i podróżnik. W latach 1799—1804 zwiedził dokładnie Amerykę Płd., Meksyk i Kubę; sprawozdanie z podróży ogłosił w latach 1807—1825 (29 tomów). W roku 1829 na zaproszenie cara Mikołaja zwiedził Ural, Ałtaj, Dżungarię, kraje Morza Kaspijskiego. Opis tej podróży zawarł w trzytomowym dziele "Asie Centrale" (Paryż, 1843). W roku 1830 towarzyszył następcy tronu pruskiego do Warszawy. Największy rozgłos przyniosło mu czterotomowe dzieło "Kosmos" (1845—1858), w którym podjął próbę zestawienia w ogólnych zarysach całości wiedzy o przyrodzie i wydobycia jej ogólnych praw (polski przekład "Kosmosu" ukazał się w roku 1852). Praca Humboldta "Azja Środkowa" wywarła duży wpływ na P. Kropotkina, zwróciła jego uwagę na budowę szczytów górskich Syberii Wschodniej. Na tej podstawie Kropotkin ustosunkował się krytycznie do teorii Humboldta oraz ułożył nową orografię Syberii Wschodniej, która legła u podstaw współczesnej orografii Syberii Wschodniej.

33) Część listów Piotra Kropotkina do brata Aleksandra wywieziona została przez niego w roku 1872 za granicę, gdzie przechowywał je Piotr Ławrow. Następnie listy te zwrócono Piotrowi Kropotkinowi. Obecnie znajdują się one w muzeum im. Piotra Kropotkina w Moskwie. Część tej korespondencji została opublikowana w dwóch tomach przez wydawnictwo "Academia".

34) Dymitr Wieniewitinow (1805—1827) — poeta, przyjaciel dekabrysty W. Odojewskiego, z którym razem zorganizował pierwsze rosyjskie kółko filozoficzne "miłośników wiedzy" ("lubomudrow"). Wspólnie z A. Puszkinem wydawał w roku 1827 czasopismo "Moskowskij Wiestnik".

35) Jefrem Sirin — św. Efrem Syryjczyk, wybitny działacz kościoła IV w. n.e. Zasłynął jako autor hymnów i kazań kościelnych, które należą do najpiękmiejszych utworów literatury starosyryjskiej.

36) Juliusz Michelet (1798—1874) — historyk francuski, członek Akademii i profesor historii w College de France, gdzie wykładami swymi w duchu demokratycznym ściągał tłumy słuchaczy.
Michał Servet (1511—1553) — słynny antytrynitariusz, lekarz z zawodu, autor prac "De trinitatis Erroribus" (1531) oraz "Dialog de trinitate" (1532), w których podważał dogmat Trójcy Świętej. Spalony został przez kalwinistów na stosie w Genewie, jako heretyk.

37) Deklaracja Augsburska lub Augsburskie Wyznanie — ewangelicki akt wyznania, sporządzony w roku 1530 przez Lutra i Melanchtona oraz kilku innych teologów protestanckich. Po zorganizowaniu się kościoła ewangelickiego w Niemczech uznany został za podstawą tego wyznania.

38) "Słownik filozoficzny" — Franciszka Marii Arouet Voltaire'a (1694—1778) — jedno z najbardziej ostrych antyreligijnych dzieł wielkiego filozofa (1764 r.).
Marek Aureliusz (121—180) — cesarz rzymski, zwycięzca nad Markomanami i Partami, filozof-stoik, autor pracy "Uwagi nad sobą samym".

39) Praca Karola Darwina (1809—1882) — "O powstawaniu gatunków" ukazała się w 1859 roku. Piotr Kropotkin, który podzielał podstawowe tezy teorii Darwina o "walce o byt" i "doborze naturalnym", był zdania, że w świecie istot żywych działa jeszcze bio-socjologiczne prawo "pomocy wzajemnej". Poglądy swoje Kropotkin wyłożył w pracy "Pomoc wzajemna jako czynnik rozwoju". Przekład polski, Łódź, 1946. O Darwinie napisał Kropotkin obszerny artykuł w czasopiśmie "La Revolte", 1882, nr 5.

40) Karol Rouilie (1814—1858) — rosyjski zoolog, doktor medycyny, z pochodzenia Francuz. Był adiunktem Moskiewskiej Akademii Medycznej, a następnie profesorem zoologii na Uniwersytecie Moskiewskim. Wydawał pierwsze w Rosji popularnonaukowe czasopismo przyrodnicze — "Wiestnik Jestiestwiennych Nauk".

41) Naukowy spór pomiędzy Herbertem Spencerem (1820—1903) a Augustem Weismannem (1834—1914) dotyczył dziedziczenia przez istoty żyjące zmian wywołanych w organizmie pod wpływem otaczającego środowiska. Weismann nie dopuszczał możliwości dziedziczenia cech nabytych przez organizmy, Spencer uznawał taką możliwość. Piotr Kropotkin podzielał poglądy Spencera i napisał na ten temat szereg rozpraw pod ogólnym tytułem Nieposriedstwiennoje wlijanije sriedy w mirie rastienij i żiwotnych" (zob. artykuł Menzbira "Kropotkin kak biolog" w pracy "Piotr Kropotkin", Moskwa, 1922, wyd. "Gołos Truda", s. 99—107).

42) Franciszek Galton (1822—1911) — uczony i podróżnik angielski, autor prac z dziedziny antropologii i psychologii. W latach 1846 i 1850 podróżował po Afryce. Rezultaty podróży ogłosił w książce "Narrative of an explorer in tropical South Africa". Był prezesem Instytutu Antropologicznego w Londynie.

43) Jean Lamarck (1744—1829) — botanik i zoolog, jeden z pierwszych twórców teorii ewolucji, którego teorie naukowe uznane zostały dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Neolamarkizm — kierunek w biologii, który rozwinął się w XIX wieku i bronił teorii o możności dziedziczenia przez organizmy cech nabytych. Neolamarkizm walczył z neo-darwinizmem, którego przedstawicielem był Weismann.

44) Jean Baptiste Say (1767—1832) — ekonomista francuski, popularyzator i komentator teorii ekonomicznych Adama Simtha. Uważany przez ekonomistów socjalistycznych za twórcę tzw. wulgarnej ekonomii politycznej. Głównym jego dziełem jest "Cours complet de l'economie politique" oraz "Catechisme d'economie politique pratique".

45) Pierre la Place (1749—1827) — słynny matematyk i astronom. Hipoteza Laplace'a o powstaniu systemu słonecznego i mgławic wyłożona została w dodatku do jego pracy "Exposition du systeme de monde" (t. 1—2, 1796). Najznakomitszym dziełem Laplace'a jest "Mecanique celeste" (t. 1—5, 1799—1825), w którym z ogromną dokładnością wyłożył ruchy planet i wykazał ich wzajemne oddziaływanie. Matematyczna teoria prawdopodobieństwa Laplace'a legła u podstaw wszelkich obliczeń statystycznych, szczególnie w dziedzinie przyrodoznawstwa. Teorię swą wyłożył w dziele "Theorie analytique des probabilites" (1812) oraz Essai philosophique sur les probabilites" (1814), w którym w popularnej formie wyjaśnił podstawowe tezy i znaczenie teorii prawdopodobieństwa.
Reklama

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian