Hierarchiczna armia jest w stanie wygrać wojnę, nigdy rewolucję; niezdyscyplinowana horda nie wygrywa ani jednej, ani drugiej. Chodzi więc o to, żeby organizować, nie hierarchizując; innymi słowy, czuwać, żeby prowodyr nie przerodził się w przywódcę.
Raoul Vaneigem
rozbrat.org

Pisma rewolucyjn 1Różnice zdań występujące pomiędzy autorami z niniejszego zbioru są mniej ważne niż wspólna więź łącząca ich krytyczne badania. Dlaczego społeczny byt człowieka przyjmuje formę kapitalistycznych stosunków społecznych, w których społeczeństwo występuje jako zwykły zasób ekonomiczny? Czas to pieniądz. Jeśli jednak czas jest pieniądzem, to czy człowiek jest jedynie padliną czasu? Jak to możliwe, że byt człowieka przyjmuje postać systemu ekonomicznego, w którym akumulacja fikcyjnego bogactwa i jego zabezpieczenie podczas kryzysu za pomocą podłych cięć, co oznacza redystrybucję bogactwa od biednych do bogatych, jest ważniejsza od dobrobytu całej klasy ludzi? Autorzy z tego zbioru twierdzą, że dopóki jedna klasa jest w stanie bezkarnie głodzić inną, wolność pozostaje jedynie nic niewartym urojeniem. Mówią też, że dopóki bogaci zachowują prawo do decydowania o życiu i śmierci innych, równość pozostaje również nic niewartym urojeniem.

rozbrat.org

Libera 2Zbigniew Libera: Jola Brzeska, czy Max Itoya nie ucierpieli przez takie zjawy jak kapitał francuski czy niemiecki tylko przez polski model kapitalizmu o faszystowskich rysach charakteru.

W dniach 27-29 grudnia w galerii Raster w Warszawie można było obejrzeć wystawę Zbigniewa Libery "Nowe Historie". Stało się to okazją do rozmowy o współczesnych inspiracjach i dyskusji o możliwościach kultury w zmianie świata. Publikujemy poniżej wywiad ze Zbigniewem Liberą przeprowadzoną przez Tamarę Kluma specjalnie dla rozbrat.org

Aleksandra Tersa

LavrenceW przeciągu ostatnich kilku tygodni udało mi się wybrać do poznańskiego kina studyjnego na dwa filmy, których nie wypada pozostawić bez komentarza. To nie tylko obrazy przepiękne estetycznie, co bez wątpienia pozostaje ich największym atutem. To fabuły mocne, błyskotliwe i podchodzące do tematyki LGBTQ nowatorsko i niestandardowo – w jednym przypadku („Zostań ze mną”, polska premiera 26.10.12.) ukazujące losy bohaterów w sposób uniwersalny, w drugim („Na zawsze Laurence” polska premiera 09.11.12.) stwarzając postmodernistyczną hiperbolę, która przy jednoczesnym nawiązaniu do konwencji kina queer, autor je analizuje, stawiając mu wyzwania pod względem treści.

rozbrat.org

Teatr 8 dniaTeatr Ósmego Dnia obchodzi 20 lat odkąd zaczął działać w lokalu przy ulicy Ratajczaka. Z tej okazji wszystkim aktorom i osobom związanym z Teatrem ślemy anarchistyczne pozdrowienia.  Jednocześnie pozwalamy sobie – poniżej – przypomnieć jeden z ważniejszych manifestów, jaki powstał w polskim teatrze. Napisany przez Ewę Wójciak z Teatru Ósmego Dnia tekst, ujrzał światło już jakiś czas temu, ale zachował – naszym zdaniem - swoją aktualność.

rozbrat.org

diaz copyW najbliższy piątek odbędzie się polska premiera włoskiego dramatu „Diaz: Don't Clean up this Blood" w reżyserii Daniele Vicari opowiadającego o demonstracjach podczas szczytu państw G8 w Genui w 2001 r.  Diaz to nazwa szkoły, która pełniła funkcję centrum niezależnych dziennikarzy i noclegowni dla uczestników demonstracji. W noc z 20/21 lipca 2001 roku stała się ona areną bestialskiego najazdu oddziału policji, którzy dosłownie zmasakrowali 93 śpiące tam osoby.

Po wielkich mobilizacjach społecznych przeciwko poprzednim szczytom G8, zainaugurowanym w Seattle w 1999 r., szefowie policji włoskiej wyprowadzili na ulice prawie 25 tys. funkcjonariuszy, nie licząc agentów wywiadu, których liczba pozostaje nieznana. W ciągu tygodni poprzedzających szczyt genueński większość mediów (nie wyłączając polskich) prezentowała przyszłych demonstrantów jako zdolnych do wszystkiego wywrotowców – zdolnych nawet do rzucania w policję workami z krwią zarażoną wirusem HIV… 

rozbrat.org

AMS 2W piątek 12 października odbyło się oficjalne otwarcie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. W cieniu skandalu o kwestie własnościowe zdarzył się inny. Firma AMS postanowiła ocenzurować wkład poznańskiej manuFAktury (mFA) w ekspozycję pt. „Warszawa w budowie”. Praca została zdjęta z wystawy.

Stanisław Krastowicz
Od kilku miesięcy trwa debata: czy sztuka coś zmienia? Tym razem wszystko z powodu kolejnego sukcesu polskiej kultury, bowiem to właśnie Polak został kuratorem 7. Berlin Biennale. Artur Żmijewski, artysta i redaktor artystyczny „Krytyki Politycznej” postawił sobie za zadanie stworzenie, jak je nazwał, „Biennale Polityki Współczesnej”. Nie jestem krytykiem sztuki, impreza ta jednak przyciągnęła moją uwagę jako działacza i anarchisty podejmującego na co dzień aktywność polityczną.
Motto: "...gdy nie masz nic do powiedzenia, mów niewyraźnie."  Kaliber 44
Od kilku miesięcy trwa debata: czy sztuka coś zmienia? Tym razem wszystko z powodu kolejnego sukcesu polskiej kultury, bowiem to właśnie Polak został kuratorem 7. Berlin Biennale. Artur Żmijewski, artysta i redaktor artystyczny „Krytyki Politycznej” postawił sobie za zadanie stworzenie, jak je nazwał, „Biennale Polityki Współczesnej”. Nie jestem krytykiem sztuki, impreza ta jednak przyciągnęła moją uwagę jako działacza i anarchisty podejmującego na co dzień aktywność polityczną.  Pojechałem do Berlina, bo w maju to miasto lubię najbardziej. Chciałem odpocząć chwilę od zgiełku permanentnej rewolucji i zobaczyć, jak wygląda ona gdzie indziej. Czas był wyjątkowy, bo byliśmy właśnie w Polsce przed dużą mobilizacją ruchu na demonstrację 10 czerwca przeciw przerzucaniu kosztów organizacji Euro 2012 na mieszkańców i prywatyzacji zysków (politycznych i ekonomicznych) przez elity. W Berlinie w tym czasie odbywają się co roku demonstracje. Warto pojechać i czynnie odpoczywać, integrując się z ruchem międzynarodowym. Tym razem poza pękniętym żebrem (wynik pierwszomajowej konfrontacji z policyjną sztuką rozganiania demonstracji) udało mi się zyskać też dostęp do tzw. sztuki radykalnej.
Zacząłem od Mitte i Kunst-Werke przy Auguststrasse. Przywitały mnie czarno-czerwone flagi wetknięte w okna galerii. To miły akcent na zgentryfikowanej przez galerie i restauracje dzielnicy, jeszcze dwadzieścia lat temu ostoi ruchu skłoterskiego w Berlinie. Może to jednak coś znaczy, pomyślałem. Niestety, trzy dni później, kiedy tamtędy przechodziłem, flag już nie było. Ale mniejsza o tak prozaiczne symbole.
W głównej sali Kunst-Werke kuratorzy postanowili pokazać protest. Zapewne tego jeszcze w sztuce  nie było. Rozłożone namioty, transparenty i inne gadżety pomocne, by przetrwać kolejny dzień sprzeciwu. Nie za bardzo wiem, jaki jest tego cel. Pokazać drobnomieszczańskiej gawiedzi, jak to działa? Oswoić? Jako że miałem okazję uczestniczyć w kilku okupacjach, ten widok mnie zażenował. Uprzedmiotowienie i cyniczne wykorzystywanie przez znudzone towarzystwo wizerunku protestu. Zabawa w liberalnym stylu: „Jesteśmy tak otwarci i pojemni, że wciągniemy nawet to, co jest przeciw nam, przy okazji nie zostawiając miejsca dla tworzących się od dołu alternatyw”.
Wystawienniczymi protestującymi były oczywiście różne grupy z całego świata, które świadomie lub nie przyjechały na biennale. Nie śmiem tu oceniać samego ruchu Occupy, ale jeśli to działa jak scena rockowa, to najwyraźniej potwierdzają się opinie krytyków, iż ruch ten to tylko młodość buntująca się przeciw rodzicom z elit. W Berlinie wyglądało to naprawdę śmiesznie.
Na pierwszym piętrze sztuka iście rewolucyjna: Jezus ze Świebodzina. Styropianowy, rzeźbiony na żywca w oryginalnych rozmiarach przez samego Mirosława Pateckiego – Polska z perspektywy EuroCity Warszawa-Berlin. Pokazywanie na tak ważnej (ponoć) imprezie tego typu kreacji artystycznej jest ukoronowaniem bezwładu idei biennale. Pokazanie kiczu to jedno, ale silenie się na ludyczny charakter przedsięwzięcia jest nie tyle prowokacyjne, ile wygodnickie i cyniczne. Ot i recepta na sukces. I narzędzia, jakimi się ten sukces (czytaj: żeby było głośno) osiąga. Kopiujesz coś, co każdy zna, więc wiadomo, że budzi jakieś zainteresowanie, do tego dorzucasz dwie instalacje wideo i masz obraz zaangażowanego dzieła. W co? po co? dlaczego? Nie wiadomo. Za to wiadomo, że teraz perspektywa widzenia świata z pędzącego w interesach pociągu relacji Berlin-Warszawa znacznie się wyostrzyła, zarówno dla „aktywistów”, jak i interesujących się kulturą biznesmenów. Nie będą musieli wysiadać z pociągu, by konfrontować się z prozą małomiasteczkowego życia.
Na drugim piętrze zobaczyłem „New World Summit” Jonasa Staala. Instalacja była elementem szerszego działania – dodatkowo można było uczestniczyć w spotkaniach z gośćmi. W samej galerii widz fizycznie konfrontował się z powieszonymi zbyt nisko flagami. By przejść dalej, musiał kluczyć między nimi, jak w labiryncie. Jeśli szedł prosto, flagi ocierały mu twarz. Można też było przejść pod nimi, głęboko się schylając. Za instalacją z flagami organizacji uznanych za terrorystyczne znalazła się gablota zawierająca model parlamentu przeznaczonego dla wyżej wymienionych. To idea-projekt. Jak się doczytałem, demokracja nie może być konstrukcją polityczną, ale powinna być platformą dla każdego głosu, bez wykluczania. Słowa piękne i ciężko się z nimi nie zgodzić. Jednak im głębiej w las, tym bardziej banalny okazuje się projekt. Jeśli artysta chce się konfrontować z rzeczywistością, niech robi to na własną odpowiedzialność. To buduje standard możliwych relacji społecznych. Chowanie się za parawanem sztuki jest żałosne; w konsekwencji każdy chce być artystą. Bo taki ktoś może zaprosić np. kogoś z ETA, by gość opowiedział o swoim życiu. A jaką odpowiedzialność ponosi artysta-rewolucjonista? Żadnej, poza tą, czy ktoś dojechał, czy nie. Nie kwestionuję dzieła jako takiego, to ciekawe złamanie reguł gry, nie jest jednak ono spójne z postawą artysty (aktywisty? rewolucjonisty?). Wśród flag organizacji terrorystycznych wiszących w KW zabrakło jednej – no, której? Drobnomieszczuchy, fani ostrych zabaw z bronią! Rote Army Fraction. To organizacja pochodząca z kraju, w którym biennale się odbywa. To organizacja, której symbolika jest w Niemczech zakazana. Jej eksponowanie jest karalne. Ani nasz drogi artysta, ani kurator nie wykonali, aż tak radykalnego ruchu, bo to by skonfrontowało ich z czymś, co mogłoby ich indywidualnie obciążyć. W takich właśnie miejscach trzeba sobie zadać pytanie, czy sztuka działa naprawdę. Artur Żmijewski w wywiadzie ze swoim organizacyjnym kolegą utrzymywał, że tak.
Dopowiem jeszcze, iż wybraliśmy się z niemieckimi znajomymi na spotkanie z przedstawicielką „organizacji terrorystycznych”. Okazało się, że wejście kosztowało 20 euro, no, a że my biedni, pertraktowaliśmy. Nie wpuszczono również ekipy obsługującej biennale w zakresie dokumentacji wideo. Piszę o tym tylko dlatego, że ma się to nijak do otwartości projektu, a pokazuje jego mętny charakter, dający wybranym dobre, inteligenckie samopoczucie. Notabene tego samego dnia wybraliśmy się – poza biennale – na darmowe spotkanie z wenezuelskimi przedstawicielami kooperatywy spożywczej, działającej od 40 lat i obsługującej 45% krajowego rynku. Cholera, nikogo z kuratorów tam nie spotkaliśmy, niewątpliwie jest to znacznie mniej spektakularne, niż zainteresowanie zabawami z bronią, mimo że na co dzień w Polsce obchodzi się tego typu dyskurs szerokim łukiem, ale jesteśmy w Berlinie.
Wracając do samej wystawy w KW: na wyższych piętrach znalazły się już tylko prace mocno naciągane pod temat biennale. Można było zobaczyć teledyski, filmy z zadym i szklarnie z roślinami. Oczywiście do wszystkiego były załączniki, jak należy dzieło zrozumieć. Niestety, dla mnie sztuka albo gada, albo nie, więc Kunst-Werke opuściłem.  Dzień później poszliśmy zobaczyć pracę Nady Prlji „Peace Wall”, która okazała się imitacją muru w poprzek Friedrichstrasse na Kreuzbergu. W formie nic ciekawego, w treści same frazesy, a w przekazie manipulacja. Praca składała się z sześciometrowej wysokości muru, zbudowanego na długość dziesięciu metrów ze sklejki grubości trzech centymetrów. Piszę tu o technice, bo z tego materiału można by zbudować solidny domek. Na Rozbracie ozłocilibyśmy każdego za taki materiał. Pomyślałem, że tę „barykadę” zrobilibyśmy im za darmo, w zamian za ten drogocenny materiał. Mniejsza z tym. Praca „Peace Wall”, miała symbolizować podziały klasowe w Berlinie. Tfu! Bez takiego języka: „podziały między zgentryfikowanym Mitte a Kreuzbergiem”. Pewnie to praca inspirująca w pewnych kręgach. Znowu wymagałbym od kuratorów lepszego przygotowania do tematu, a właściwie większej uczciwości. O gentryfikacji Kreuzbergu i Berlina wydaliśmy dwa lata temu broszurę („Gentryfikacja. Lokatorzy w ogniu wojny socjalnej”), z której można się dowiedzieć, że mieszkańcy nie dość, że naprawdę dobrze orientują się w swojej sytuacji, to jeszcze potrafią sprawnie walczyć o swoje. Dlatego opowiadanie bajek o organizowaniu się dzięki jakiejś nieszczęsnej instalacji jest śmieszne. „Peace Wall” nie obudziło nic, poza gniewem na utrudnienia komunikacyjne. Znając naszą broszurę, kuratorzy wiedzieliby, że Kreuzberg jest bezkompromisowy w reakcjach na ingerencję w ich przestrzeń. W tygodniu na tej dzielnicy pali się po kilka drogich samochodów. To jest właśnie odpowiedź na gentryfikację. Jeśli bogaci wprowadzają się do biednych dzielnic, w konsekwencji windując ceny życia również dla ludności autochtonicznej, to trzeba się tych bogatych pozbywać, zanim się zadomowią. To jedna ze strategii walki o swoje. Z taką wiedzą słuchanie o sukcesie pracy Nady Prlji może tylko rozśmieszać.  Ale manipulacji i nadinterpretacji w tym biennale było więcej. Nie sposób ich wszystkich wymienić, bo trzeba by zrobić analizę stosunków społecznych w Niemczech i tego, co się dzieje w polskim bagienku.  Niemieckie biennale to przykład i dowód na kokieteryjny układ w ramach artystycznego światka. Kreacja „swojego” jest już nad wyraz niesmaczna. Wszechobecna interpretacja kultury jako polityki, w której Krytyka Polityczna wciela się w rolę walki o dyskurs, staje się tanim chwytem, markowaniem brania odpowiedzialności za zmianę świata. Te same fortele stosują zakuci (od wieków) w zbroje prawicowcy – bezkarne beczenie tych samych frazesów pod osłoną medialnych klakierów. Niech za przykład posłuży tygodnik „Przekrój”, w którym pojawiła się krytyczna ocena biennale. Tydzień później organizacyjny kolega, ale i współorganizator biennale, Igor Stokfiszewski, robi wywiad-laurkę z Andrzejem Żmijewskim. Wszystko OK? Oczywiście! Bezkrytyczność „Krytyki Politycznej” jako ostoi rozsądku, postępu i oświecenia jest jak słaby film propagandowy. To uwaga polityczna. Jest jeszcze uwaga kulturowa: nazwiska Żmijewskiego, Althamera, Rajkowskiej pojawiają się jak nazwa holdingu. To mają być poszukiwania nowej jakości? Kiedy słyszę o uderzeniu berlińskiego biennale w rynek sztuki, to krew mnie zalewa.
Pozostaje jeszcze napisać coś o kontekście wystawy. Berlin – siedziałem z moimi przyjaciółmi i żartowaliśmy z nadętej bufonady, jaka się przelała przez polskie media. Ot, Polaczki zaprezentowały sztukę krytyczną w Niemczech. Niestety, „Krytyka Polityczna”, a z nią kuratorzy biennale powinni częściej przyjeżdżać do Berlina, by uczyć się owej demokracji radykalnej, a nie na odwrót.
Biennale miało być sukcesem „Krytyki Politycznej”, a pokazało, jak daleko jest od realiów ulicy. Próbuje się o niej opowiadać, nic o niej nie wiedząc. W Polsce, w tak rozdrobnionym ruchu, może przechodzić to gładko, w Berlinie już nie. Przypomnijmy, że to miasto od lat jest ostoją radykałów. Fakt, że (jeszcze) wygląda, jak wygląda, jest wynikiem ponad sześćdziesięcioletniej walki. Słowa Igora Stokfiszewskiego: „Chodzi nam o to, by stworzyć platformę porozumienia między ruchami typu Occupy i pomóc tym w Berlinie, którzy po likwidacji ich obozu przez policję nie mieli gdzie się podziać” brzmią groteskowo. Chciałbym przypomnieć „Krytyce Politycznej”, iż Berlin to kilkadziesiąt skłotów, houseprojektów, wolnościowych świetlic i przestrzeni do spotkań. Głupio wygląda sprowadzanie reprezentantów grup Occupy Museums i innych do miasta, gdzie tradycją jest okupowanie całych dzielnic. Śmiesznie wygląda godzinne spotkanie o „demokracji teraz” w konfrontacji z ostatnimi debatami na berlińskich skłotach, ulicach i dzielnicach, w których brały udział tysiące ludzi, nie zaś garstka spragnionych lepszego życia gości z klasy średniej.
Epilog
Tekst zlecony przez "Magazyn Sztuki", jako krytyczny w stosunku do Biennale niestety został uznany "za mało przekonujący i zbyt jednostronny". "Ze słuszna tezą", ale z "tymi samymi błędami, które popełnia (bliżej nie określony) przeciwnik". Pozwolę sobie dopowiedzieć,. Sytuacja ta pokazuje jak beznadziejną jest wiara w środowisko artystyczne. Krytycy są bardziej zmanierowani niż artyści. Gdy trzeba coś powiedzieć okazuje się, że ci najbardziej niszowi, są najbardziej tchórzliwi, ale za to z ambicjami na dyktowanie standardu, tylko tak by nie naruszyć status quo..
Stanisław Karstowicz
binnale-flagi-mOd kilku miesięcy trwa debata: czy sztuka coś zmienia? Tym razem wszystko z powodu kolejnego sukcesu polskiej kultury, bowiem to właśnie Polak został kuratorem 7. Berlin Biennale. Artur Żmijewski, artysta i redaktor artystyczny „Krytyki Politycznej” postawił sobie za zadanie stworzenie, jak je nazwał, „Biennale Polityki Współczesnej”. Nie jestem krytykiem sztuki, impreza ta jednak przyciągnęła moją uwagę jako działacza i anarchisty podejmującego na co dzień aktywność polityczną. 
rozbrat.org DIY_2W dniu 13 maja na poznańskim skłocie odbył się drugi festiwal artystyczny, któremu przyświecało zacne hasło: "Zrób to sam!". Po raz kolejny nie zawiedliśmy się. Mimo złej pogody na feście zjawiło się wiele zainteresowanych programem osób. Zaczęliśmy w samo południe, wtedy też otworzyliśmy targ rękodzieła i wyrobów chałupniczych. Zjechało się sporo wystawców, a galeria, w której znajdowały się stoiska, pękała w szwach!
Rhymes of Resistance breakdance28 kwietnia na poznańskim skłocie Rozbrat odbył się Dancers Jam, który ściągnął zajawkowiczów z całego miasta. Była to świetna okazja by potańczyć, czy po prostu poobserwować kilkanaście osób dzielących się swoimi umiejętnościami z publicznością. Wielu z uczestników wyraziło chęci dalszej współpracy, co mamy nadzieję zaowocuje kolejnymi imprezami!

Mateusz Pietryka

albert-m„Ekonomia uczestnicząca” Michaela Alberta spoczywa na mojej półce od dwóch lat, ale jak to czasem bywa, do rąk wpadła mi dopiero niedawno. Z jednej strony żałowałem, że nie pochłonąłem jej wcześniej, gdyż byłbym uzbrojony w arsenał argumentów przeciwko ślepym wyznawcom neoliberalnego TINA. Z drugiej jednak, w obliczu kryzysu książka nabiera szczególnego znaczenia i może być odczytywana w nowych kontekstach. Mowa o kapitalistycznym załamaniu gospodarczym, które wbrew życzeniowym proroctwom demagogów wolnego rynku, trwa już pół dekady, a w ostatnim roku wydało na świat dwie niespodziewane rewolucje: arabską „wiosnę ludów” i ruch Oburzonych. Żyjemy więc w czasach, gdy zapotrzebowanie na alternatywne teorie społeczno-ekonomiczne jest szczególnie pilne.

Reklama

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian