![]() |
||||
Walczą,
by związkowiec wrócił do Goplany Dziś
manifestacja przed poznańską Goplaną. Organizatorzy liczą, że około
godziny 14 będzie demonstrowało kilkuset związkowców z całej Polski.
Zamierzają pikietować firmę w obronie Dariusza Skrzypczaka, szefa zakładowej
Solidarności, którzy dyscyplinarnie został zwolniony z pracy. Związkowca
usunięto po tym, jak w grudniu 2005 roku dla prasy wypowiadał się na
temat obniżek stawek za godzinę pracy w Goplanie. Właściciel firmy -bydgoska
Jutrzenka -zareagowała szybko. Uznała, że związkowiec swoimi wystąpieniami
zaszkodził przedsiębiorstwu i zwolniła go dyscyplinarnie. Ten sposób
pozbycia się pracownika zakwestionowała inspekcja pracy. -Zarząd
zdecydował, że czekamy na prawomocną decyzję sądu pracy -mówi Michał
Aleksandrowicz, rzecznik Jutrzenki. Zaznacza
przy tym, że związkowiec dostał od Jutrzenki dwie propozycje: odszkodowanie
w zamian za polubowne rozwiązanie sprawy lub stanowisko przedstawiciela
handlowego. Do porozumienia jednak nie doszło. -Będą również inne osoby represjonowane przez pracodawców - mówi J. Urbański. -Nie
chcemy wywierać nacisku na sąd pracy, ale na Jutrzenkę, by zawarła porozumienie
z panem Skrzypczakiem. Uczestnicy
pikiety planują przejście spod Goplany pod Urząd Wojewódzki, aby wręczyć
wojewodzie petycję. seb
Poznań był jednym z polskich miast, w których związkowcy i anarchiści pikietowali w piątek przed hipermarketami firmy Tesco. Powód - walka z międzynarodową korporacją o prawa i o szacunek dla pracowników sezonowych. - Poznański hipermarket działa w ramach jednej korporacji i to jest główny powód umiejscowienia naszej akcji - mówi Radosław Sawicki, główny bohater pikiety. Sawicki - absolwent historii - do Poznania przyjechał specjalnie, aby wesprzeć pikietę. Sam został zwolniony z pracy w irlandzkim Tesco. Głośno mówił o tym, że pracownicy z Europy Środkowej i Wschodniej pracują ponad miarę i są gorzej opłacani niż ich Irlandzcy koledzy. Związkowcy Inicjatywy Pracowniczej i anarchiści pikietowali w piątek przed poznańskim Tesco w obronie praw polskich pracowników w sklepach Tesco w Europie.
- Poznański hipermarket działa w ramach jednej korporacji i to jest główny powód umiejscowienia naszej akcji - mówi Radosław Sawicki, uczestnik pikiety.
Radosław Sawicki (28-letni absolwent historii z Torunia) jest głównym motorem napędzającym protest. Sam jeszcze kilka tygodni temu pracował w irlandzkiej hurtowni należącej do hipermarketu Tesco.
- Menedżerowie mieli coraz wyższe wymagania - mówi Sawicki. - Zamiast 500 przeniesionych kartonów w ciągu jednej zmiany, miało być 1000. Zbuntowaliśmy się. Powiedzieliśmy, że będziemy przenosić 800 kartonów i ani jednego więcej.
Według
jego opowieści w irlandzkim Tesco są dwie kategorie pracowników: kontraktowi
(zatrudniani bezpośrednio przez hipermarket, głównie są to Irlandczycy)
oraz agencyjni (za pośrednictwem miejscowej agencji pracy tymczasowej).
- Razem z pracownikami innych państw środkowej i wschodniej Europy byliśmy w tej drugiej grupie - mówi Radosław Sawicki. - Takie same kłopoty mają wszyscy pracownicy agencyjni. Wszystkich boli to, że zarabiają mniej, chociaż robią dokładnie to samo, co pracownicy kontraktowi.
Sawicki został zwolniony po ośmiu miesiącach, po publikacjach w prasie, w których skarżył się na złe warunki pracy dla pracowników agencyjnych. Formalnie pracy pozbawiło go jednak nie Tesco, ale pośrednik - Grafton Rectruitment.
- Rozumiem, że zebrane osoby chcą manifestować solidarność z pracownikami sezonowymi, których zwolnieniono - mówi Agnieszka Suszko z Tesco Polska. - Dziwi nas tylko to, że protestują przed Tesco. Sprawa dotyczy nie nas, ale firmy Grafton, która zatrudniała te osoby, i wyznaczała ich warunki pracy.
Suszko zapewniła, że Tesco Polska zatrudniając pracowników tymczasowych, płaci im podobnie jak etatowcom.
- Protest organizujemy w różnych miejscach w Poznaniu i w Polsce dlatego, że zależy nam, aby wszyscy dowiedzieli się o polityce Tesco. To jest przecież jedna korporacja, to samo logo i podobna polityka personalna. Powołaliśmy Komitet Ochrony Robotników Agencyjnych Tesco - mówi Sawicki.
- W tym roku mieliśmy cztery kontrole w Tesco - trzy w Poznaniu i jedną w Ostrowie Wielkopolskim - mówi Stanisława Ziółkowska, zastępca Okręgowego Inspektora Pracy w Poznaniu. - Do tej pory znaleźliśmy same drobne przewinienia, jak chociażby brak dostarczenia odzieży roboczej.
Przedstawiciele Inicjatywy Pracowniczej mówili, że być może po pikiecie więcej osób zgłosi skargi na warunki pracy. Jeszcze w czwartek rozdawali oni pracownikom hipermarketu ulotki z numerami telefonów, pod które mogą dzwonić, jeśli mają jakieś kłopoty. Poznaniacy, którzy w piątek robili zakupy w Tesco przyglądali się akcji związkowców i anarchistów ze zdziwieniem. Część z nich na pytania, czy wiedzą o co w tej pikiecie chodzi, odpowiadała, że nie mają pojęcia i popychała wózki pełne zakupów w kierunku samochodów. mich,
seb, sevo Hucznie,
wesoło, ale też z dozą refleksji, fetuje swoje dziesiąte urodziny skłot
Rozbrat. Przed skłotersami jeszcze druga część koncertu jubileuszowego
(sobota od godz. 19 ) i kończący festiwal piknik na Rozbracie (niedziela).
Za nimi wahlarz imprez filmowych, sportowych, literackich, dyskusji
społeczno-ideowych i spektakli teatralnych. Jeden z nich w Koncertowni
Rozbratu wystawił Teatr Ósmego Dnia (na zdjęciu), który był gwiazdą
festiwalowego dnia teatru. Oprócz ,,Ósemek'' wystąpiło około dziesięć
grup, wśród nich: Komuna Otwock, która grała na oryginalnej instalacji,
a także Tot Art, Radykalna Frakcja Medialna Mazut i Pif Paf. "Głos wielkopolski", 27 sierpnia 2004 r. W
centrum mieszczańskiego Poznania od 10 lat istnieje komuna Dla
niektórych Rozbrat jest miejscem do życia. Mało komfortowym, ale cennym
- bo jedynym. Innych sprowadziło tu coś, co sami określają jako głód
wolności. Zdecydowali,
że nie chcą być częścią państwa, w którym najważniejszy jest pościg
za kasą i szczurzy peleton. Jeszcze inni chcą buntować się przeciwko
wszystkiemu. Alternatywnie
- to słowo słyszy się bardzo często w najstarszym w Polsce skłocie przy
ulicy Pułaskiego w Poznaniu. Jest on również ostoją tutejszych anarchistów,
od kiedy użyczył pomieszczeń Federacji Anarchistycznej. To tu odbywają
się burzliwe Biesiady Wolnościowe i tętnią koncerty zbuntowanej muzyki
z całej Polski. Obecnie
stałych mieszkańców skłotu jest około dwudziestu. Teraz przygotowują
huczne obchody 10-lecia istnienia swojego skłotu, który jest ewenementem
na mapie mieszczańskiego Poznania. Wściekłe
gacie na Rozbracie! - wykrzykuje mały Kacperek. Jego tata Paweł, z końskim
ogonem dredów, zaprzyjaźniony jest ze skłotersami z ulicy Pułaskiego.
Nie chce się tu wprowadzić, ale kocha atmosferę. Obecnie
na skłocie zamieszkuje około 20 osób, ale przewijają się setki. Niektórzy
swoje poglądy zaznaczają kolorowym irokezem, wygoloną głową, bransoletami.
Inni noszą się zwyczajnie. Mają dość dziennikarzy. - Piszą bzdury, jak choćby to, że mieszkają tu sami anarchiści i mają świętego - mówi około 20-letni Maciek. Mieszka na Rozbracie od dwóch lat. Z anarchizmem się nie identyfikuje. Do
skłotu przyciągnął go, jak mówi, głód wolności. Gdy
widzą "umundurowanych" yuppies, pomykających w lśniących samochodach,
współczują im. - Harują od rana do wieczora, a i tak spotkamy się na
jednym cmentarzu. Totalnemu
nieróbstwu skłotersi nie mogą się jednak oddawać, bo choć nie płacą
czynszu, muszą płacić rachunki za prąd i wodę. Trzeba też coś jeść,
niektórzy mają dzieci. Dlatego większość pracuje, przynajmniej dorywczo. Kasia,
z zawodu pielęgniarka, mieszka na Rozbracie od 9 lat. Przyszła tu kiedyś
przypadkiem z jakiejś imprezy w mieście. Na skłocie poznała Didżeja
- zdeklarowanego anarchistę. Mają dwójkę dzieci. - Życie w komunie jest
fajne, ale czasami wkurzające - mówi. Chciałaby się stąd wynieść, ale
nie ma dokąd. Spółdzielnia "Poznanianka", do której wpłacili
parę lat temu 36.000 złotych na mieszkanie w Swarzędzu, splajtowała.
Zostali z niczym. Didżej pewnie się nie martwi, bo jemu się na Rozbracie
podoba, choć i Kasia nie uskarża się na warunki. - Mamy bojler, więc
jest ciepła woda. Bolesne są tylko rachunki za prąd, którym trudno nagrzać
nieocieplone mury. -
Anarchistów wśród stałych mieszkańców jest dwóch, może trzech - mówi
Maciek. Jednak to miejsce przesączone jest anarchizmem. W końcu od 1997
roku na Rozbracie znalazła przytulisko Federacja Anarchistyczna i rozkwitła.
Poprzez swoje buńczuczne inicjatywy szybko dorobiła się rozgłosu w mieście,
a także Biblioteki Anarchistycznej, Klubu Anarchistycznego, Kolektywu
Kulawy Muł oraz Klub Nieudaczników. Czy zdominowała skłot? Niewątpliwie
na pierwszy rzut oka odnosi się takie wrażenie. Hasła na murach i plakatach
krzyczą: "Każda władza żyć przeszkadza", "Prawo do dziwka,
która służy bogatym i politykom", "Jesteś głodny, zjedz biskupa".
Podobnie brzmią zbuntowane teksty grupy DHC Mainhoff, która akurat rozsadza
ciężkim rockiem tak zwaną Małą Koncertownię. DHC to jeden z zespołów
odbywający próby na Rozbracie, otwartym dla alternatywnej muzyki. W
Dużej Koncertowni występują kapele z całej Polski, jedynie za zwrot
kosztów. Na koncerty przychodzi 200-300 osób. *Poznański skłot Rozbrat obchodzi 10 lat istnienia. Urodziny będą huczne. Potrwają 10 dni, w trakcie których organizatorzy chcą zaprezentować spektrum aktywności środowiska, z którym Rozbrat się utożsamia. W programie zaplanowano spotkania grup anarchistycznych i wolnościowych, wykłady, warsztaty, giełdy, turnieje i występy alternatywnych kapel z całej Polski. Będzie dzień litery, a także filmu, sportu i teatru oraz dwudniowy koncert jubileuszowy zakończony piknikiem na Rozbracie. Magdalena
Sztolberg KORPORACJE!
IDŹCIE DO DIABŁA Jest
kilka dat uznawanych za początki antyglobalistycznego ruchu. Jedna z
nich to sylwester 1994 roku moment wybuchu Powstania Zapatystów w meksykańskim
stanie Chiapas. Ani miejsce, ani data nie są tu przypadkowe. Więcej,
nabierały nowego znaczenia, kiedy teza o końcu historii okazała się
pomyłką. Nie ma systemu doskonałego i nie jest nim kapitalizm przekonują
antyglobaliści. Dla
ruchu antyglobalistycznego w Polsce najważniejszy był jednak protest
w Pradze przeciwko Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu i Bankowi
Światowemu mówi uczestnik protestu Marek Piekarski. Z Poznania pojechało
10 osób, z całej Polski do Pragi dotarło nas kilkaset. Najgorętsze walki
uliczne, które każdy mógł zobaczyć na ekranach telewizorów, wybuchły
26 września 2000 roku. Praga w wielu miejscach zamieniła się w pole
bitwy. Jednak nie walki uliczne stanowią kwintesencji antyglobalistycznego
ruchu. W
Poznaniu nasze środowisko kształtowało się latami, przede wszystkim
wokół skłotu "Rozbrat'' przekonuje Piekarski. Choć w większości
jesteśmy zadeklarowanymi anarchistami, to także miejsce spotkań ludzi
o różnych poglądach. "Rozbrat'' odgrywa w Poznaniu rolę centrum kulturalno-społecznego. Przez 10 lat jego istnienia zorganizowano setki koncertów rockowych i hip-hopowych, dziesiątki wystaw artystycznych, spotkań, pokazów filmowych, wykładów. W 1998 roku poznańscy antyglobaliści zorganizowali pierwszą imprezę mającą za zadanie pozyskanie pieniędzy dla walki Zapatystów; następna odbyła się w czerwcu 2002 roku. Zbierano pieniądze na rzecz kliniki i gimnazjum w kontrolowanej przez nich miejscowości. Mamy
dość W
Cegielskim mówi Robert Muras ciągle jesteśmy nękani zwolnieniami i obniżkami
pensji. Mieliśmy tego dość. Chcieliśmy otwarcie zaprotestować. Do wspólnej akcji antyglobalistów i robotników z Cegielskiego doszło w maju, kolejna odbyła się w 42. rocznicę Poznańskiego Czerwca. Była to pierwsza od wielu lat demonstracja robotnicza na ulicach Poznania. Protestowało tysiące osób. Potem w Poznaniu powstało ogólnopolskie biuro pomocy dla protestujących pracowników Ożarowa. Organizowano grupy wsparcia. Kiedy policja i ochroniarze wynajęci przez właściciela zakładu rozpędzili protest, Robert Muras i jego koledzy z fabryki i "Rozbratu'' pojechali do Ożarowa. Wzięli udział w trwających pięć dni zamieszkach. Będziemy walczyć o swoje miejsca pracy. Będziemy pomagać innym deklaruje Muras. Bez
dotacji Posiadamy
także osobny zbiór artykułów prasowych dotyczących multikorporacji opowiada
Damian Kaczmarek, jeden z bibliotekarzy na "Rozbracie''. Biblioteka
działa bez jakichkolwiek dotacji, nie tylko udostępniając zbiory, ale
także tworząc własne opracowania dokumentujące działalność ruchu. Współpracujemy z innymi podobnego typu bibliotekami w Polsce i na świecie, wymieniamy się materiałami kontynuuje Kaczmarek. Nasze zbiory już wielokrotnie stanowiły istotne ˇródło informacji dla prac magisterskich, a nawet doktorskich. Świat
inaczej Jesteśmy
społecznie zaangażowani mówi Kuba Rajewicz, przedstawiciel Naukowego
Koła Krytyki Społecznej działającego na UAM. Nie wstydzimy się tego.
Naukowy obiektywizm polega na mówieniu prawdy, a nie udawaniu, że otaczający
świat nas nie dotyczy i nie chcemy go zmieniać. Wiele nie wierzy w istnienie dylematu: wyzysk i niewolnictwo, czy sprawiedliwy handel. Nie rozumieją o co się bijemy. Jak wezmą udział w konferencji, przekonają się, że świat wygląda inaczej niż próbują nas o tym przekonać elity i media podsumowuje Marek Piekarski. *** Konferencja naukowa "Społeczeństwo a globalizacja'' rozpocznie się w piątek 23 maja i potrwa do niedzieli 25 maja. Organizatorzy zaplanowali szereg imprez towarzyszących. Patronat medialny nad wydarzeniem objął "Głos Wielkopolski''. Szczegółów szukajcie na łamach. JAROSŁAW
URBAŃSKI NIEBEZPIECZNE
ZWIĄZKI We wtorek w samo południe przed Sądem Rejonowym na poznańskich Jeżycach odbyła się pikieta w obronie Rafała Jackowiaka zwolnionego przez pracodawcę po tym, jak założył on w swej firmie związek zawodowy. W tym samym dniu, w którym Rafał Jackowiak założył związek w firmie Sulzer Chemtech, dostał wypowiedzenie z pracy tłumaczy Jarosław Urbański z Inicjatywy Pracowniczej, współorganizator protestu. W sierpniu 2002 roku decyzją sądu został przywrócony do pracy, ale dwa miesiące póˇniej znów go zwolniono. Do dziś Jackowiak jest bezrobotny, a my domagamy się jego przywrócenia do pracy. Miejsce
pikiety wybrano celowo, ponieważ w Sądzie Rejonowym toczy się Obok Inicjatywy Pracowniczej pikietę współorganizowali: Konfederacja Pracy i KNSZZ Solidarność' 80. Mamy obecnie sporo sygnałów, że pracownicy boją się zakładać związki zawodowe w swych firmach. Niekiedy pracodawcy żądają, aby pracownik podpisał lojalkę, że nie wstąpi do żadnego związku zawodowego mówi Marcel Szary, szef Solidarności '80. (seb) Dlaczego
"Cegielski'' znalazł się w katastrofalnej sytuacji finansowej i
czy można było tego uniknąć? Kto ponosi winę za to, że symbol Czerwca'56
może stać się ofiarą wolnej gospodarki? Te i podobne pytania, od wielu
miesięcy zadają sobie zarówno pracownicy, jak i zarząd spółki. Ten ostatni
ma kogo winić. Przemysł stoczniowy jest w zapaści, dłużnicy nie płacą,
banki zwlekają z gwarancjami kredytowymi, a Ministerstwo Skarbu Państwa
nie spieszy się z prywatyzacją. Zarząd
twierdzi, że robi co może. Fala zwolnień grupowych to wynik koniecznej
restrukturyzacji zakładu, a wierzytelności efekt ,,koleżeńskiego'' zaufania
dla zleceniodawców, którzy obiecali, że zapłacą, choć nie było tajemnicą,
że ich kasy świecą pustkami. Nadzieją dla zakładów wciąż jest tak zwany
kontrakt sudański, w ramach którego ,,Cegielski'' wspólnie z Siemensem
budowałby w Poznaniu silniki dla sudańskiej elektrowni. Zarząd pokłada
w nim nadzieje. I na razie... na nadziejach się kończy. Kto winny? Tym
razem banki kredytujące malezyjskiego zleceniodawcę. Związkowcy
w mniejszym lub większym stopniu za tę sytuację winią zarząd, bowiem
to on powinien dbać o interesy firmy. Wyższe racje polityczno-gospodarcze
dla pracowników nie mają znaczenia. Z ich ust padają pytania o plany
alternatywnej produkcji, o kolejnych inwestorów. Padają pomówienia,
że zwalniani są niewygodni pracownicy, że listy zwolnień powstają w
irracjonalny sposób. Ale zarząd nie zawsze słucha związkowców, a cztery
związki zawodowe nieczęsto mówią jednym głosem. I to nieraz ich gubi.
W
piątkowym proteście zorganizowanym przez Komisję Międzyzakładową KNSZZ
,,Solidarność'80'' udział wzięła garstka cegielszczaków, a wśród nich
przedstawiciele Inicjatywy Pracowniczej Federacji Anarchistycznej. To
naprawdę niewiele, jak na ponad 2,5-tysięczną załogę. Manifestowano
przeciw grupowym zwolnieniom ponad 300 osób, które do grudnia stracą
pracę. Spośród nich na manifestację przyszło 20, może 40 pracowników.
Przyglądając się tej niewielkiej grupie, trudno sobie wyobrazić, że
kilkadziesiąt lat temu, stąd wołano o wolność dla Polski i Polaków.
Wtedy o cegielszczakach było głośno. Czy piątkowe spotkanie, kogokolwiek
oprócz mediów interesowało? Może
naprawdę pracownicy Cegielskiego powinni wyjść na ulicę, aby ich usłyszano,
może powinni głośniej krzyczeć, maszerować, sparaliżować ruch w mieście,
szturmować budynek dyrekcji, wywieˇć członków zarządu na przysłowiowej
taczce. Niedawne wypadki w Szczecinie pokazały, że tylko wtedy wokół
zakładu robi się głośno. Tylko wtedy władza deklaruje, że coś z tym
trzeba zrobić. Lecz co zrobić z ,,Cegielskim''? To przykre, że po 156 latach o Cegielskim mówi się w kategoriach ,,być albo nie być''. To przykre również i z tego powodu, że jako Wielkopolanie i poznaniacy nie potrafimy sprawić, aby ten zakład znowu stał się symbolem wielkopolskiej gospodarności. Ekonomia co prawda obchodzi się bezwzględnie z symbolami jeśli są niewydolne, ale czy naprawdę ,,Cegielski'' skazany jest na taki los? IZABELA
DACHTERA Marcin
Halicki ma wiele pytań. Nie rozumie dlaczego oskarżycielem w jego sprawie
był policjant, który wcześniej w tej samej sali sądowej składał zeznania
jako świadek, nadal nie może też pojąć dlaczego został uznany winnym
tego, że pomimo wezwań policji nie opuścił zbiegowiska, bowiem takiego
incydentu zdaniem M. Halickiego nie było. Kolegium do spraw wykroczeń
w jednym ze swoich ostatnich orzeczeń, przed likwidacją tej instytucji
uznało M. Halickiego i grupę jego kolegów winnych tego, że wbrew poleceniom
policjantów nie opuścili 4 maja 2001 roku zbiegowiska, polegającego
zdaniem policji na tym, że sześcioro młodych ludzi stało na schodach
Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu i rozmawiało z dziennikarzami.
Młodzi ludzie stali na schodach czekając, aż ich koledzy wręczą petycję
komendantowi wojewódzkiemu, w której wyrażali protest przeciwko brutalnej
akcji policji warszawskiej. Wcześniej policjanci warszawscy rozproszyli
demonstrację l-Majową zorganizowaną przez stołecznych anarchistów. Podczas
pacyfikowania demonstracji policja tak dotkliwie pobiła jednego z anarchistów,
że ten trafił do szpitala. W poczuciu solidarności poznańscy anarchiści
udali się do komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu, aby na jego
ręce złożyć protest. Naprzeciwko siedziby Komendy Wojewódzkiej Policji
w Poznaniu mieści się komisariat policji Poznań - Jeżyce. Gdy delegacja
anarchistów składała pismo, a ich koledzy informowali o proteście dziennikarzy,
naczelnik Wydziału Prewencji Komisariatu Jeżyce, nadkomisarz Andrzej
Jendraszyk w towarzystwie 10 policjantów zatrzymał anarchistów, doprowadził
do komisariatu i tam wylegitymował. 4
września 2001 roku kolegium uznało sześciu poznańskich anarchistów winnymi
udziału w zbiegowisku i nie opuszczenia go pomimo wezwań policji. Zeznający
przed sądem A.Jendraszyk oświadczył, iż policyjna interwencja była spowodowana
tym, że grupa anarchistów i otaczający ich dziennikarze paraliżowali
ruch uliczny na ulicy Kochanowskiego. Niektórzy dziennikarze stali wprost
na jezdni i byli narażeni na potrącenie przez samochód. Policja jednak
zatrzymała nie tarasujących ruch dziennikarzy, ale anarchistów. Za udział
w zbiegowisku kolegium ukarało czterech anarchistów grzywną w wysokości
300 złotych a dwie osoby, które nie były dotąd karane przez kolegium
ukarano grzywnami w wysokości 200 złotych. M. Halicki od orzeczenia kolegium odwołał się do sądu, który uznał, że mała Temida nie popełniła błędu i w maju 2001 roku doszło do zbiegowiska i pomimo wezwań policji M. Halicki nie opuścił zgromadzenia i za to został ukarany grzywną w wysokości 200 złotych. Sąd uznał, że poprzednia grzywna 300 złotych była za surowa. Orzeczenie sądu jest prawomocne. Z uwagi na wysokość kary nie ma możliwości kasacji wyroku. M. Halicki w tej sytuacji zamierza złożyć zażalenie do Międzynarodowego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. KAZIMIERZ
BRZEZICKI JANOWIE BEZ ZIEMI Squot znaczy, squot. Nic więcej. Znaczy wspólną kuchnię, "zapomniane" przez elektrownię podłączenie do energii, częstokroć solidarną obronę przed skinheadami. To wysiedlona z lokatorów ze względów bezpieczeństwa kamienica, barak, stara wieża ciśnień. Różnie. Ale squot, to przede wszystkim anarchia, muzyka i underground. Jan
odrabia służbę wojskową w jednym z poznańskich domów kultury. - Skinhead,
faszysta, ksenofob, to najgorsze zarazy. Z faszystami nie ma co rozmawiać
- wprowadza mnie już na początku w credo miejsca, w którym się znalazłem.
- Ich należy po prostu lać. Skinów w Poznaniu nie ma; sądzę, że również
dzięki nam. Kiedyś, gdy jakaś przyjezdna grupa "łysych" zapowiadała
pacyfikację sąuotu, to na pomoc zjechali do nas ludzie z całej Polski.
Z ataku na nas nic nie wyszło, ale została po całej akcji, że tak powiem,-
cholera nie lubię tego słowa solidarność
Każde
ze współczesnych, "szanujących się" miast ma swoje squaty,
czyli miejsca, gdzie mieszkają młodzi odrzucający garnuszek mamusi,
żyjący nieco poza zindustrializowanym społeczeństwem, będący przeciwwagą
dla okrawaconych yuppies, czy wygenerowanego w Stanach Zjednoczonych,
a mającego też w Polsce swych przedstawicieli "Pokolenia X". -
A to jest serce sąuotu - mówi Jan, otwierając żelazne drzwiczki w ścianie
i pokazując pod nimi plątaninę kabli, bezpieczników i liczników. - Dzięki
temu jest jasno i ciepło. A wodę przynosimy w wiadrach, bo choć kanalizę
przepchaliśmy, to bieżącej wody nie ma. Prowadzi do dość dużej sali; byłego magazynu jakiejś zbankrutowanej hurtowni. - Tu latem zrobiliśmy dwa koncerty. Nikt nie protestował, bo mimo tego, że mieszkamy w środku miasta, nikomu do głowy by nie przyszło, że w tej kępie krzaków i zabudowań są normalne, nienormalne mieszkania - śmieje się. Prócz
Jana w squocie mieszka jeszcze kilkanaście osób. - Ten tam - wskazuje
uwalanego żółtą farbą chudzielca - jest perfekcyjny w robieniu szablonów.
Jego koszulki, to dzieła sztuki. Idziemy
dalej. Nie daję wiary, gdy dowiaduję się, że na równych prawach ma tu
swój pokój radny jednego z pod poznańskich miasteczek. Nie ma go w pokoju,
w którym wisi na wieszaku odprasowany garnitur. Zamykamy drzwi, bo squot
to też prawo i poczucie własności. Rotacja
w sąuocie jest niewielka, ale najlepsze pokoje zostały już zaadaptowane.
Wnętrze to korytarz i odchodzące od niego pokoje. W środku ciepło. Jan
wyciąga z szalki piwo. - No chyba, że kawa... - dodaje ze śmiechem.
Jego pokój wygląda jak średniej klasy kawalerka; tapczano-materac w
rogu, sterta gazet, zinów, kaset wideo (głównie Monty Python) i magnetofonowych.
Jak w akademiku. - Miałem psa, ale zdechł - usprawiedliwia się nie wiedzieć,
czemu Jan, Dziewczyna Jana uczy się i pracuje w Londynie. *** Budynek
na poznańskich Jeżycach. Kamienica, która mogłaby stać w Hadze czy Paryżu,
gdyby nie to, że pobudowano ją w Poznaniu i że niebawem, - jeśli jej
nie rozbiorą - po prostu padnie pod ciężarem lat. Wysiedlony i lokatorów
kilka lat temu przez "chwilę" stał pusty. Idealne miejsce,
bo był prąd. Nie jest już jednak, squotem, choć był. Bo
ponad rok temu wysiedlono "zalęgłą się" w pustostanach budynku
młodzież. Oderwani od normalnego życia, nie akceptowani, mający problemy
ze światem i samymi sobą. Banalne zdania, niebanalne życiorysy. Mieszkał
tu transseksualista zwolniony z pracy w momencie "ujawnienia się",
dziewczyna z dzieckiem wyrzucona z domu, a nie mogąca znaleˇć pracy,
inni. Dla "zdrowego" społeczeństwa dzieci-śmieci. Nie buntowali
się po prostu nie mieli gdzie się podziać. Wskutek wielu interwencji
przedstawicieli MPGM-u i Straży Miejskiej budynek opustoszał. Niedawno
(listopad) w oknach na parterze pojawił się mężczyzna w podkoszulku.
I głowy małych dzieci. Wydział
Spraw Lokalowych Urzędu Miejskiego w Poznaniu: - Obecnie mieszkają tam
dwie dość liczne rodziny. Jedna z nich wyprowadzi się niebawem do mieszkania
zastępczego, druga zaś nie chce opuścić tamtego miejsca. Sąd jednak
w tym wypadku najprawdopodobniej nakaże eksmisję "dzikich"
lokatorów również to obejmie. Wtedy dopiero wejść będą mogły brygady
remontowe. -
Zima nasza, wiosna... też nasza - myślą zapewne squotowcy. O lato nikt
się nie martwi, bo prognozy na 1996 rok zapowiadają upały JACEK
RUJNA
|
|
|||