ROZBRAT

historia
skłot

kolektyw

biblioteka
galeria

INICJATYWY
ACK
Antywojenna
Obiadki filmowe
FC Rozbrat
Jedzenie Zamiast Bomb

Oficyna "Trojka"

Pracownicza
Region

Rowerowa
Samba
SIS "Ulica"
ARCHIWUM

kalendarium
relacje imprezy
foto.rozbrat
.org
przegląd prasy
publicystyka
ulotki
wydawnictwa

HURTOWNIA
KONTAKT
LINKI











katalog i informacje







główna
zapowiedzi
english












Walczą, by związkowiec wrócił do Goplany

Dziś manifestacja przed poznańską Goplaną. Organizatorzy liczą, że około godziny 14 będzie demonstrowało kilkuset związkowców z całej Polski. Zamierzają pikietować firmę w obronie Dariusza Skrzypczaka, szefa zakładowej Solidarności, którzy dyscyplinarnie został zwolniony z pracy.

Związkowca usunięto po tym, jak w grudniu 2005 roku dla prasy wypowiadał się na temat obniżek stawek za godzinę pracy w Goplanie. Właściciel firmy -bydgoska Jutrzenka -zareagowała szybko. Uznała, że związkowiec swoimi wystąpieniami zaszkodził przedsiębiorstwu i zwolniła go dyscyplinarnie. Ten sposób pozbycia się pracownika zakwestionowała inspekcja pracy.
Dziś przed południem Skrzypczak stawi się w sądzie, gdzie będzie walczył o przywrócenie do pracy.

-Zarząd zdecydował, że czekamy na prawomocną decyzję sądu pracy -mówi Michał Aleksandrowicz, rzecznik Jutrzenki.

Zaznacza przy tym, że związkowiec dostał od Jutrzenki dwie propozycje: odszkodowanie w zamian za polubowne rozwiązanie sprawy lub stanowisko przedstawiciela handlowego. Do porozumienia jednak nie doszło.
Według jednego z organizatorów dzisiejszej pikiety, Jarosława Urbańskiego z OZZ Inicjatywa Pracownicza, do Poznania przyjadą protestować związkowcy z całej Polski.

-Będą również inne osoby represjonowane przez pracodawców - mówi J. Urbański.

-Nie chcemy wywierać nacisku na sąd pracy, ale na Jutrzenkę, by zawarła porozumienie z panem Skrzypczakiem.

Uczestnicy pikiety planują przejście spod Goplany pod Urząd Wojewódzki, aby wręczyć wojewodzie petycję.

seb


Gorsi bo z Polski?

Czy Polacy są dyskryminowani jako pracownicy hipermarketów w Europie Zachodniej? Coraz częściej w Polsce słychać o protestach, a nawet pozwach sądowych. wykorzystywanych pracowników sklepów w kraju. Tym razem przed placówkami handlowymi w kilku polskich miastach protestowano przeciwko wyzyskowi naszych rodaków w sklepach za granicą.

Poznań był jednym z polskich miast, w których związkowcy i anarchiści pikietowali w piątek przed hipermarketami firmy Tesco. Powód - walka z międzynarodową korporacją o prawa i o szacunek dla pracowników sezonowych.

- Poznański hipermarket działa w ramach jednej korporacji i to jest główny powód umiejscowienia naszej akcji - mówi Radosław Sawicki, główny bohater pikiety. Sawicki - absolwent historii - do Poznania przyjechał specjalnie, aby wesprzeć pikietę. Sam został zwolniony z pracy w irlandzkim Tesco. Głośno mówił o tym, że pracownicy z Europy Środkowej i Wschodniej pracują ponad miarę i są gorzej opłacani niż ich Irlandzcy koledzy.

Związkowcy „Inicjatywy Pracowniczej” i anarchiści pikietowali w piątek przed poznańskim Tesco w obronie praw polskich pracowników w sklepach Tesco w Europie.

- Poznański hipermarket działa w ramach jednej korporacji i to jest główny powód umiejscowienia naszej akcji - mówi Radosław Sawicki, uczestnik pikiety.

Radosław Sawicki (28-letni absolwent historii z Torunia) jest głównym motorem napędzającym protest. Sam jeszcze kilka tygodni temu pracował w irlandzkiej hurtowni należącej do hipermarketu Tesco.

- Menedżerowie mieli coraz wyższe wymagania - mówi Sawicki. - Zamiast 500 przeniesionych kartonów w ciągu jednej zmiany, miało być 1000. Zbuntowaliśmy się. Powiedzieliśmy, że będziemy przenosić 800 kartonów i ani jednego więcej.

Według jego opowieści w irlandzkim Tesco są dwie kategorie pracowników: kontraktowi (zatrudniani bezpośrednio przez hipermarket, głównie są to Irlandczycy) oraz agencyjni (za pośrednictwem miejscowej agencji pracy tymczasowej).

- Razem z pracownikami innych państw środkowej i wschodniej Europy byliśmy w tej drugiej grupie - mówi Radosław Sawicki. - Takie same kłopoty mają wszyscy pracownicy agencyjni. Wszystkich boli to, że zarabiają mniej, chociaż robią dokładnie to samo, co pracownicy kontraktowi.

Sawicki został zwolniony po ośmiu miesiącach, po publikacjach w prasie, w których skarżył się na złe warunki pracy dla pracowników agencyjnych. Formalnie pracy pozbawiło go jednak nie Tesco, ale pośrednik - Grafton Rectruitment.

- Rozumiem, że zebrane osoby chcą manifestować solidarność z pracownikami sezonowymi, których zwolnieniono - mówi Agnieszka Suszko z Tesco Polska. - Dziwi nas tylko to, że protestują przed Tesco. Sprawa dotyczy nie nas, ale firmy Grafton, która zatrudniała te osoby, i wyznaczała ich warunki pracy.

Suszko zapewniła, że Tesco Polska zatrudniając pracowników tymczasowych, płaci im podobnie jak etatowcom.

- Protest organizujemy w różnych miejscach w Poznaniu i w Polsce dlatego, że zależy nam, aby wszyscy dowiedzieli się o polityce Tesco. To jest przecież jedna korporacja, to samo logo i podobna polityka personalna. Powołaliśmy Komitet Ochrony Robotników Agencyjnych Tesco - mówi Sawicki.

- W tym roku mieliśmy cztery kontrole w Tesco - trzy w Poznaniu i jedną w Ostrowie Wielkopolskim - mówi Stanisława Ziółkowska, zastępca Okręgowego Inspektora Pracy w Poznaniu. - Do tej pory znaleźliśmy same drobne przewinienia, jak chociażby brak dostarczenia odzieży roboczej.

Przedstawiciele „Inicjatywy Pracowniczej” mówili, że być może po pikiecie więcej osób zgłosi skargi na warunki pracy. Jeszcze w czwartek rozdawali oni pracownikom hipermarketu ulotki z numerami telefonów, pod które mogą dzwonić, jeśli mają jakieś kłopoty. Poznaniacy, którzy w piątek robili zakupy w Tesco przyglądali się akcji związkowców i anarchistów ze zdziwieniem. Część z nich na pytania, czy wiedzą o co w tej pikiecie chodzi, odpowiadała, że nie mają pojęcia i popychała wózki pełne zakupów w kierunku samochodów.

mich, seb, sevo
"Głos wielkopolski" 13 Sierpnia 2005


NADAL ŚWIĘTUJA

Hucznie, wesoło, ale też z dozą refleksji, fetuje swoje dziesiąte urodziny skłot Rozbrat. Przed skłotersami jeszcze druga część koncertu jubileuszowego (sobota od godz. 19 ) i kończący festiwal piknik na Rozbracie (niedziela). Za nimi wahlarz imprez filmowych, sportowych, literackich, dyskusji społeczno-ideowych i spektakli teatralnych. Jeden z nich w Koncertowni Rozbratu wystawił Teatr Ósmego Dnia (na zdjęciu), który był gwiazdą festiwalowego dnia teatru. Oprócz ,,Ósemek'' wystąpiło około dziesięć grup, wśród nich: Komuna Otwock, która grała na oryginalnej instalacji, a także Tot Art, Radykalna Frakcja Medialna Mazut i Pif Paf.
msz

"Głos wielkopolski", 27 sierpnia 2004 r.


W centrum mieszczańskiego Poznania od 10 lat istnieje komuna
PAŃSTWO W PAŃSTWIE

Dla niektórych Rozbrat jest miejscem do życia. Mało komfortowym, ale cennym - bo jedynym. Innych sprowadziło tu coś, co sami określają jako głód wolności.

Zdecydowali, że nie chcą być częścią państwa, w którym najważniejszy jest pościg za kasą i szczurzy peleton. Jeszcze inni chcą buntować się przeciwko wszystkiemu.

Alternatywnie - to słowo słyszy się bardzo często w najstarszym w Polsce skłocie przy ulicy Pułaskiego w Poznaniu. Jest on również ostoją tutejszych anarchistów, od kiedy użyczył pomieszczeń Federacji Anarchistycznej. To tu odbywają się burzliwe Biesiady Wolnościowe i tętnią koncerty zbuntowanej muzyki z całej Polski.

Obecnie stałych mieszkańców skłotu jest około dwudziestu. Teraz przygotowują huczne obchody 10-lecia istnienia swojego skłotu, który jest ewenementem na mapie mieszczańskiego Poznania.

Wściekłe gacie na Rozbracie! - wykrzykuje mały Kacperek. Jego tata Paweł, z końskim ogonem dredów, zaprzyjaźniony jest ze skłotersami z ulicy Pułaskiego. Nie chce się tu wprowadzić, ale kocha atmosferę.
Tę, która panuje w malowniczym labiryncie baraków, oplatanych chaszczami, w samym centrum zasobnego, uporządkowanego Poznania. W nich to właśnie próbują żyć ludzie, głównie młodzi, dla których wolność jest sprawą priorytetową. Wzięli rozbrat z pogonią za kasą, wyścigiem szczurów, konsumpcyjnymi ambicjami. Dlatego 10 lat temu założyli pierwszy w Polsce skłot, które to słowo oznacza pustostan, z reguły w fatalnym stanie, zasiedlony i remontowany przez grupę osób.
Wszystko działo się zgodnie z definicją. Po wielu perypetiach zasiedlili barak upadłej hurtowni w fatalnym stanie, który od wielu lat remontują, tworząc alternatywną społeczność. Ta poznańska, po dramatycznym zajściu w 1996 roku, gdy na skłot wtargnęła grupa pijanych skinów, raniąc cięzko nożem jedną z mieszkanek, ewoluowała dość nietypowo. Wyszła poza sferę mieszkalną i zaczęła promieniować na miasto. Rozbrat zaczął przyciągać ludzi o nonkonformistycznych poglądach z zewnątrz, zajął się sprawami polityczno-społecznymi i kulturą.

Obecnie na skłocie zamieszkuje około 20 osób, ale przewijają się setki. Niektórzy swoje poglądy zaznaczają kolorowym irokezem, wygoloną głową, bransoletami. Inni noszą się zwyczajnie.

Mają dość dziennikarzy. - Piszą bzdury, jak choćby to, że mieszkają tu sami anarchiści i mają świętego - mówi około 20-letni Maciek. Mieszka na Rozbracie od dwóch lat. Z anarchizmem się nie identyfikuje.

Do skłotu przyciągnął go, jak mówi, głód wolności.
- Po prostu nie chcemy być częścią tego państwa - mówi Maciek. Czy to możliwe? Mieszkańcy skłotu wiedzą, że nie, ale mimo to twierdzą, że na skłocie żyje się przyjemniej.

Gdy widzą "umundurowanych" yuppies, pomykających w lśniących samochodach, współczują im. - Harują od rana do wieczora, a i tak spotkamy się na jednym cmentarzu.

Totalnemu nieróbstwu skłotersi nie mogą się jednak oddawać, bo choć nie płacą czynszu, muszą płacić rachunki za prąd i wodę. Trzeba też coś jeść, niektórzy mają dzieci. Dlatego większość pracuje, przynajmniej dorywczo.

Kasia, z zawodu pielęgniarka, mieszka na Rozbracie od 9 lat. Przyszła tu kiedyś przypadkiem z jakiejś imprezy w mieście. Na skłocie poznała Didżeja - zdeklarowanego anarchistę. Mają dwójkę dzieci. - Życie w komunie jest fajne, ale czasami wkurzające - mówi. Chciałaby się stąd wynieść, ale nie ma dokąd. Spółdzielnia "Poznanianka", do której wpłacili parę lat temu 36.000 złotych na mieszkanie w Swarzędzu, splajtowała. Zostali z niczym. Didżej pewnie się nie martwi, bo jemu się na Rozbracie podoba, choć i Kasia nie uskarża się na warunki. - Mamy bojler, więc jest ciepła woda. Bolesne są tylko rachunki za prąd, którym trudno nagrzać nieocieplone mury.

- Anarchistów wśród stałych mieszkańców jest dwóch, może trzech - mówi Maciek. Jednak to miejsce przesączone jest anarchizmem. W końcu od 1997 roku na Rozbracie znalazła przytulisko Federacja Anarchistyczna i rozkwitła. Poprzez swoje buńczuczne inicjatywy szybko dorobiła się rozgłosu w mieście, a także Biblioteki Anarchistycznej, Klubu Anarchistycznego, Kolektywu Kulawy Muł oraz Klub Nieudaczników. Czy zdominowała skłot? Niewątpliwie na pierwszy rzut oka odnosi się takie wrażenie. Hasła na murach i plakatach krzyczą: "Każda władza żyć przeszkadza", "Prawo do dziwka, która służy bogatym i politykom", "Jesteś głodny, zjedz biskupa". Podobnie brzmią zbuntowane teksty grupy DHC Mainhoff, która akurat rozsadza ciężkim rockiem tak zwaną Małą Koncertownię. DHC to jeden z zespołów odbywający próby na Rozbracie, otwartym dla alternatywnej muzyki. W Dużej Koncertowni występują kapele z całej Polski, jedynie za zwrot kosztów. Na koncerty przychodzi 200-300 osób.
Nie każdy, kto ma kłopoty mieszkaniowe, może zamieszkać na Rozbracie. - Byli już tacy, którzy pomieszkali i trzeba było za nich płacić rachunki -mówi Maciek. Gdy ma przyjść ktoś nowy, decydują o tym wszyscy mieszkańcy. Nie ma tu grupy przywódczej, liderów, czy rodzaju samorządu. Wszyscy są na równych prawach. - W końcu nie po to tu jesteśmy, by się komuś podporządkowywać - śmieją się skłotersi.

*Poznański skłot Rozbrat obchodzi 10 lat istnienia. Urodziny będą huczne. Potrwają 10 dni, w trakcie których organizatorzy chcą zaprezentować spektrum aktywności środowiska, z którym Rozbrat się utożsamia. W programie zaplanowano spotkania grup anarchistycznych i wolnościowych, wykłady, warsztaty, giełdy, turnieje i występy alternatywnych kapel z całej Polski. Będzie dzień litery, a także filmu, sportu i teatru oraz dwudniowy koncert jubileuszowy zakończony piknikiem na Rozbracie.

Magdalena Sztolberg
"Głos wielkopolski", 20 sierpnia 2004 r.


KORPORACJE! IDŹCIE DO DIABŁA
Poznań w rękach antyglobalistów

Jest kilka dat uznawanych za początki antyglobalistycznego ruchu. Jedna z nich to sylwester 1994 roku moment wybuchu Powstania Zapatystów w meksykańskim stanie Chiapas. Ani miejsce, ani data nie są tu przypadkowe.

Więcej, nabierały nowego znaczenia, kiedy teza o końcu historii okazała się pomyłką. Nie ma systemu doskonałego i nie jest nim kapitalizm przekonują antyglobaliści.

Dla ruchu antyglobalistycznego w Polsce najważniejszy był jednak protest w Pradze przeciwko Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu i Bankowi Światowemu mówi uczestnik protestu Marek Piekarski. Z Poznania pojechało 10 osób, z całej Polski do Pragi dotarło nas kilkaset. Najgorętsze walki uliczne, które każdy mógł zobaczyć na ekranach telewizorów, wybuchły 26 września 2000 roku. Praga w wielu miejscach zamieniła się w pole bitwy. Jednak nie walki uliczne stanowią kwintesencji antyglobalistycznego ruchu.

W Poznaniu nasze środowisko kształtowało się latami, przede wszystkim wokół skłotu "Rozbrat'' przekonuje Piekarski. Choć w większości jesteśmy zadeklarowanymi anarchistami, to także miejsce spotkań ludzi o różnych poglądach.

"Rozbrat'' odgrywa w Poznaniu rolę centrum kulturalno-społecznego. Przez 10 lat jego istnienia zorganizowano setki koncertów rockowych i hip-hopowych, dziesiątki wystaw artystycznych, spotkań, pokazów filmowych, wykładów. W 1998 roku poznańscy antyglobaliści zorganizowali pierwszą imprezę mającą za zadanie pozyskanie pieniędzy dla walki Zapatystów; następna odbyła się w czerwcu 2002 roku. Zbierano pieniądze na rzecz kliniki i gimnazjum w kontrolowanej przez nich miejscowości.

Mamy dość
Robert Muras jest tokarzem, ale zajmuje się mechanicznym oczyszczaniem różnych detali wykonanych w Zakładach Cegielskiego. Z osobami, które były w Pradze, zetknął się po raz pierwszy na samym początku 2002 roku. Wówczas zdecydowanie wzrosło niezadowolenie z sytuacji gospodarczej i politycznej wśród robotników. Tysiące stoczniowców protestowało na ulicach Szczecina, w Ożarowie pracownicy zaczęli blokadę tamtejszej fabryki kabli.

W Cegielskim mówi Robert Muras ciągle jesteśmy nękani zwolnieniami i obniżkami pensji. Mieliśmy tego dość. Chcieliśmy otwarcie zaprotestować.

Do wspólnej akcji antyglobalistów i robotników z Cegielskiego doszło w maju, kolejna odbyła się w 42. rocznicę Poznańskiego Czerwca. Była to pierwsza od wielu lat demonstracja robotnicza na ulicach Poznania. Protestowało tysiące osób. Potem w Poznaniu powstało ogólnopolskie biuro pomocy dla protestujących pracowników Ożarowa. Organizowano grupy wsparcia. Kiedy policja i ochroniarze wynajęci przez właściciela zakładu rozpędzili protest, Robert Muras i jego koledzy z fabryki i "Rozbratu'' pojechali do Ożarowa. Wzięli udział w trwających pięć dni zamieszkach. Będziemy walczyć o swoje miejsca pracy. Będziemy pomagać innym deklaruje Muras.

Bez dotacji
Zainteresowanie ruchem antyglobalistycznym rośnie, ale opracowań na jego temat, szczególnie w języku polskim, nie ma zbyt wiele. Od sześciu lat działa założona na "Rozbracie'' biblioteka im. Edwarda Abramowskiego, uznanego naukowca, działacza robotniczego i niepodległościowego z przełomu XIX i XX wieku, uważanego za protagonistę polskiego ruchu anarchistycznego. Zajmujemy się głównie literaturą anarchistyczną, ale mamy też sporo innych opracowań, także o antyglobaliźmie: książki Chomske'ego, Kortenła, biuletyny informacyjne ATTAC, czasopisma podejmujące problemy związane z globalizacją, jak na przykład "Obywatel''.

Posiadamy także osobny zbiór artykułów prasowych dotyczących multikorporacji opowiada Damian Kaczmarek, jeden z bibliotekarzy na "Rozbracie''.

Biblioteka działa bez jakichkolwiek dotacji, nie tylko udostępniając zbiory, ale także tworząc własne opracowania dokumentujące działalność ruchu.

Współpracujemy z innymi podobnego typu bibliotekami w Polsce i na świecie, wymieniamy się materiałami kontynuuje Kaczmarek. Nasze zbiory już wielokrotnie stanowiły istotne ˇródło informacji dla prac magisterskich, a nawet doktorskich.

Świat inaczej
Niezależna działalność naukowa to jeszcze jedno pole zainteresowań szeroko rozumianego ruchu antyglobalistycznego. Dzisiaj podejmują się tego chętniej studenci niż profesorowie, Coraz powszechniej kwestionowane są naukowe podstawy obecnego systemu sprawowania władzy i zarządzania gospodarką.

Jesteśmy społecznie zaangażowani mówi Kuba Rajewicz, przedstawiciel Naukowego Koła Krytyki Społecznej działającego na UAM. Nie wstydzimy się tego. Naukowy obiektywizm polega na mówieniu prawdy, a nie udawaniu, że otaczający świat nas nie dotyczy i nie chcemy go zmieniać.
Jeszcze w maju, koło organizuje na uniwersytecie konferencję naukową ,,Społeczeństwo a globalizacja''. Na wykłady przyjadą przedstawiciele różnych nurtów polskiego ruchu antyglobalistycznego, od anarchistów i ekologów, przez osoby identyfikujące się z lewicą, do przedstawicieli organizacji katolickich.

Wiele nie wierzy w istnienie dylematu: wyzysk i niewolnictwo, czy sprawiedliwy handel. Nie rozumieją o co się bijemy. Jak wezmą udział w konferencji, przekonają się, że świat wygląda inaczej niż próbują nas o tym przekonać elity i media podsumowuje Marek Piekarski.

***

Konferencja naukowa "Społeczeństwo a globalizacja'' rozpocznie się w piątek 23 maja i potrwa do niedzieli 25 maja. Organizatorzy zaplanowali szereg imprez towarzyszących. Patronat medialny nad wydarzeniem objął "Głos Wielkopolski''. Szczegółów szukajcie na łamach.

JAROSŁAW URBAŃSKI
Głos Wielkopolski 16.05.2003 r.


NIEBEZPIECZNE ZWIĄZKI
W obronie wyrzuconego z pracy kolegi

We wtorek w samo południe przed Sądem Rejonowym na poznańskich Jeżycach odbyła się pikieta w obronie Rafała Jackowiaka zwolnionego przez pracodawcę po tym, jak założył on w swej firmie związek zawodowy.

W tym samym dniu, w którym Rafał Jackowiak założył związek w firmie Sulzer Chemtech, dostał wypowiedzenie z pracy tłumaczy Jarosław Urbański z Inicjatywy Pracowniczej, współorganizator protestu. W sierpniu 2002 roku decyzją sądu został przywrócony do pracy, ale dwa miesiące póˇniej znów go zwolniono. Do dziś Jackowiak jest bezrobotny, a my domagamy się jego przywrócenia do pracy.

Miejsce pikiety wybrano celowo, ponieważ w Sądzie Rejonowym toczy się
właśnie sprawa przeciwko byłemu prezesowi firmy Sulzer przez Państwową
Inspekcję Pracy za naruszenie praw związkowych i pracowniczych.

Obok Inicjatywy Pracowniczej pikietę współorganizowali: Konfederacja Pracy i KNSZZ Solidarność' 80. Mamy obecnie sporo sygnałów, że pracownicy boją się zakładać związki zawodowe w swych firmach. Niekiedy pracodawcy żądają, aby pracownik podpisał lojalkę, że nie wstąpi do żadnego związku zawodowego mówi Marcel Szary, szef Solidarności '80.

(seb)
Głos Wielkopolski 07.05.2003 r.


Wołanie o przetrwanie

Dlaczego "Cegielski'' znalazł się w katastrofalnej sytuacji finansowej i czy można było tego uniknąć? Kto ponosi winę za to, że symbol Czerwca'56 może stać się ofiarą wolnej gospodarki? Te i podobne pytania, od wielu miesięcy zadają sobie zarówno pracownicy, jak i zarząd spółki. Ten ostatni ma kogo winić. Przemysł stoczniowy jest w zapaści, dłużnicy nie płacą, banki zwlekają z gwarancjami kredytowymi, a Ministerstwo Skarbu Państwa nie spieszy się z prywatyzacją.

Zarząd twierdzi, że robi co może. Fala zwolnień grupowych to wynik koniecznej restrukturyzacji zakładu, a wierzytelności efekt ,,koleżeńskiego'' zaufania dla zleceniodawców, którzy obiecali, że zapłacą, choć nie było tajemnicą, że ich kasy świecą pustkami. Nadzieją dla zakładów wciąż jest tak zwany kontrakt sudański, w ramach którego ,,Cegielski'' wspólnie z Siemensem budowałby w Poznaniu silniki dla sudańskiej elektrowni. Zarząd pokłada w nim nadzieje. I na razie... na nadziejach się kończy. Kto winny? Tym razem banki kredytujące malezyjskiego zleceniodawcę.

Związkowcy w mniejszym lub większym stopniu za tę sytuację winią zarząd, bowiem to on powinien dbać o interesy firmy. Wyższe racje polityczno-gospodarcze dla pracowników nie mają znaczenia. Z ich ust padają pytania o plany alternatywnej produkcji, o kolejnych inwestorów. Padają pomówienia, że zwalniani są niewygodni pracownicy, że listy zwolnień powstają w irracjonalny sposób. Ale zarząd nie zawsze słucha związkowców, a cztery związki zawodowe nieczęsto mówią jednym głosem. I to nieraz ich gubi.

W piątkowym proteście zorganizowanym przez Komisję Międzyzakładową KNSZZ ,,Solidarność'80'' udział wzięła garstka cegielszczaków, a wśród nich przedstawiciele Inicjatywy Pracowniczej Federacji Anarchistycznej. To naprawdę niewiele, jak na ponad 2,5-tysięczną załogę. Manifestowano przeciw grupowym zwolnieniom ponad 300 osób, które do grudnia stracą pracę. Spośród nich na manifestację przyszło 20, może 40 pracowników. Przyglądając się tej niewielkiej grupie, trudno sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt lat temu, stąd wołano o wolność dla Polski i Polaków. Wtedy o cegielszczakach było głośno. Czy piątkowe spotkanie, kogokolwiek oprócz mediów interesowało?

Może naprawdę pracownicy Cegielskiego powinni wyjść na ulicę, aby ich usłyszano, może powinni głośniej krzyczeć, maszerować, sparaliżować ruch w mieście, szturmować budynek dyrekcji, wywieˇć członków zarządu na przysłowiowej taczce. Niedawne wypadki w Szczecinie pokazały, że tylko wtedy wokół zakładu robi się głośno. Tylko wtedy władza deklaruje, że coś z tym trzeba zrobić.

Lecz co zrobić z ,,Cegielskim''? To przykre, że po 156 latach o Cegielskim mówi się w kategoriach ,,być albo nie być''. To przykre również i z tego powodu, że jako Wielkopolanie i poznaniacy nie potrafimy sprawić, aby ten zakład znowu stał się symbolem wielkopolskiej gospodarności. Ekonomia co prawda obchodzi się bezwzględnie z symbolami jeśli są niewydolne, ale czy naprawdę ,,Cegielski'' skazany jest na taki los?

IZABELA DACHTERA
Głos Wielkopolski 28.09.2002 r.


ANARCHISTA

Marcin Halicki ma wiele pytań. Nie rozumie dlaczego oskarżycielem w jego sprawie był policjant, który wcześniej w tej samej sali sądowej składał zeznania jako świadek, nadal nie może też pojąć dlaczego został uznany winnym tego, że pomimo wezwań policji nie opuścił zbiegowiska, bowiem takiego incydentu zdaniem M. Halickiego nie było. Kolegium do spraw wykroczeń w jednym ze swoich ostatnich orzeczeń, przed likwidacją tej instytucji uznało M. Halickiego i grupę jego kolegów winnych tego, że wbrew poleceniom policjantów nie opuścili 4 maja 2001 roku zbiegowiska, polegającego zdaniem policji na tym, że sześcioro młodych ludzi stało na schodach Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu i rozmawiało z dziennikarzami. Młodzi ludzie stali na schodach czekając, aż ich koledzy wręczą petycję komendantowi wojewódzkiemu, w której wyrażali protest przeciwko brutalnej akcji policji warszawskiej. Wcześniej policjanci warszawscy rozproszyli demonstrację l-Majową zorganizowaną przez stołecznych anarchistów.

Podczas pacyfikowania demonstracji policja tak dotkliwie pobiła jednego z anarchistów, że ten trafił do szpitala. W poczuciu solidarności poznańscy anarchiści udali się do komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu, aby na jego ręce złożyć protest. Naprzeciwko siedziby Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu mieści się komisariat policji Poznań - Jeżyce. Gdy delegacja anarchistów składała pismo, a ich koledzy informowali o proteście dziennikarzy, naczelnik Wydziału Prewencji Komisariatu Jeżyce, nadkomisarz Andrzej Jendraszyk w towarzystwie 10 policjantów zatrzymał anarchistów, doprowadził do komisariatu i tam wylegitymował.

4 września 2001 roku kolegium uznało sześciu poznańskich anarchistów winnymi udziału w zbiegowisku i nie opuszczenia go pomimo wezwań policji. Zeznający przed sądem A.Jendraszyk oświadczył, iż policyjna interwencja była spowodowana tym, że grupa anarchistów i otaczający ich dziennikarze paraliżowali ruch uliczny na ulicy Kochanowskiego. Niektórzy dziennikarze stali wprost na jezdni i byli narażeni na potrącenie przez samochód. Policja jednak zatrzymała nie tarasujących ruch dziennikarzy, ale anarchistów. Za udział w zbiegowisku kolegium ukarało czterech anarchistów grzywną w wysokości 300 złotych a dwie osoby, które nie były dotąd karane przez kolegium ukarano grzywnami w wysokości 200 złotych.

M. Halicki od orzeczenia kolegium odwołał się do sądu, który uznał, że mała Temida nie popełniła błędu i w maju 2001 roku doszło do zbiegowiska i pomimo wezwań policji M. Halicki nie opuścił zgromadzenia i za to został ukarany grzywną w wysokości 200 złotych. Sąd uznał, że poprzednia grzywna 300 złotych była za surowa. Orzeczenie sądu jest prawomocne. Z uwagi na wysokość kary nie ma możliwości kasacji wyroku. M. Halicki w tej sytuacji zamierza złożyć zażalenie do Międzynarodowego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

KAZIMIERZ BRZEZICKI
Głos Wielkopolski 23.III.2002



JANOWIE BEZ ZIEMI

Squot znaczy, squot. Nic więcej. Znaczy wspólną kuchnię, "zapomniane" przez elektrownię podłączenie do energii, częstokroć solidarną obronę przed skinheadami. To wysiedlona z lokatorów ze względów bezpieczeństwa kamienica, barak, stara wieża ciśnień. Różnie. Ale squot, to przede wszystkim anarchia, muzyka i underground.

Jan odrabia służbę wojskową w jednym z poznańskich domów kultury. - Skinhead, faszysta, ksenofob, to najgorsze zarazy. Z faszystami nie ma co rozmawiać - wprowadza mnie już na początku w credo miejsca, w którym się znalazłem. - Ich należy po prostu lać. Skinów w Poznaniu nie ma; sądzę, że również dzięki nam. Kiedyś, gdy jakaś przyjezdna grupa "łysych" zapowiadała pacyfikację sąuotu, to na pomoc zjechali do nas ludzie z całej Polski. Z ataku na nas nic nie wyszło, ale została po całej akcji, że tak powiem,- cholera nie lubię tego słowa solidarność…

Każde ze współczesnych, "szanujących się" miast ma swoje squaty, czyli miejsca, gdzie mieszkają młodzi odrzucający garnuszek mamusi, żyjący nieco poza zindustrializowanym społeczeństwem, będący przeciwwagą dla okrawaconych yuppies, czy wygenerowanego w Stanach Zjednoczonych, a mającego też w Polsce swych przedstawicieli "Pokolenia X".

- A to jest serce sąuotu - mówi Jan, otwierając żelazne drzwiczki w ścianie i pokazując pod nimi plątaninę kabli, bezpieczników i liczników. - Dzięki temu jest jasno i ciepło. A wodę przynosimy w wiadrach, bo choć kanalizę przepchaliśmy, to bieżącej wody nie ma.

Prowadzi do dość dużej sali; byłego magazynu jakiejś zbankrutowanej hurtowni. - Tu latem zrobiliśmy dwa koncerty. Nikt nie protestował, bo mimo tego, że mieszkamy w środku miasta, nikomu do głowy by nie przyszło, że w tej kępie krzaków i zabudowań są normalne, nienormalne mieszkania - śmieje się.

Prócz Jana w squocie mieszka jeszcze kilkanaście osób. - Ten tam - wskazuje uwalanego żółtą farbą chudzielca - jest perfekcyjny w robieniu szablonów. Jego koszulki, to dzieła sztuki.

Idziemy dalej. Nie daję wiary, gdy dowiaduję się, że na równych prawach ma tu swój pokój radny jednego z pod poznańskich miasteczek. Nie ma go w pokoju, w którym wisi na wieszaku odprasowany garnitur. Zamykamy drzwi, bo squot to też prawo i poczucie własności.

Rotacja w sąuocie jest niewielka, ale najlepsze pokoje zostały już zaadaptowane. Wnętrze to korytarz i odchodzące od niego pokoje. W środku ciepło.

Jan wyciąga z szalki piwo. - No chyba, że kawa... - dodaje ze śmiechem. Jego pokój wygląda jak średniej klasy kawalerka; tapczano-materac w rogu, sterta gazet, zinów, kaset wideo (głównie Monty Python) i magnetofonowych. Jak w akademiku. - Miałem psa, ale zdechł - usprawiedliwia się nie wiedzieć, czemu Jan, Dziewczyna Jana uczy się i pracuje w Londynie.
Średnia wieku w sąuocie nie przekracza trzydziestki.

***

Budynek na poznańskich Jeżycach. Kamienica, która mogłaby stać w Hadze czy Paryżu, gdyby nie to, że pobudowano ją w Poznaniu i że niebawem, - jeśli jej nie rozbiorą - po prostu padnie pod ciężarem lat. Wysiedlony i lokatorów kilka lat temu przez "chwilę" stał pusty. Idealne miejsce, bo był prąd. Nie jest już jednak, squotem, choć był.

Bo ponad rok temu wysiedlono "zalęgłą się" w pustostanach budynku młodzież. Oderwani od normalnego życia, nie akceptowani, mający problemy ze światem i samymi sobą. Banalne zdania, niebanalne życiorysy. Mieszkał tu transseksualista zwolniony z pracy w momencie "ujawnienia się", dziewczyna z dzieckiem wyrzucona z domu, a nie mogąca znaleˇć pracy, inni. Dla "zdrowego" społeczeństwa dzieci-śmieci. Nie buntowali się po prostu nie mieli gdzie się podziać. Wskutek wielu interwencji przedstawicieli MPGM-u i Straży Miejskiej budynek opustoszał.

Niedawno (listopad) w oknach na parterze pojawił się mężczyzna w podkoszulku. I głowy małych dzieci.
Z Wydziału Urbanistyki, Architektury i Nadzoru Budowlanego Urzędu Miejskiego zostaję odesłany do delegatury tego urzędu na Jeżycach. Tam dowiaduję się, że "delegatura nie udziela informacji na ten lemat" i dostaję telefony do MPGM-u czyli ostatniego właściciela kamienicy i drugi, zwrotny, do Urzędu Miejskiego. - Mamy decyzję o rozbiórce tego kwartału, ale czekamy, aż Wydział Spraw Lokalowych "wyprowadzi" stamtąd wszystkich, dzikich czy nie dzikich lokatorów.

Wydział Spraw Lokalowych Urzędu Miejskiego w Poznaniu: - Obecnie mieszkają tam dwie dość liczne rodziny. Jedna z nich wyprowadzi się niebawem do mieszkania zastępczego, druga zaś nie chce opuścić tamtego miejsca. Sąd jednak w tym wypadku najprawdopodobniej nakaże eksmisję "dzikich" lokatorów również to obejmie. Wtedy dopiero wejść będą mogły brygady remontowe.

- Zima nasza, wiosna... też nasza - myślą zapewne squotowcy. O lato nikt się nie martwi, bo prognozy na 1996 rok zapowiadają upały

JACEK RUJNA
Głos Wielkopolski 17.XI.1995 r.