ROZBRAT

historia
skłot

kolektyw

biblioteka
galeria

INICJATYWY
ACK
Antywojenna
Obiadki filmowe
FC Rozbrat
Jedzenie Zamiast Bomb

Oficyna "Trojka"

Pracownicza
Region

Rowerowa
Samba
SIS "Ulica"
ARCHIWUM

kalendarium
relacje imprezy
foto.rozbrat
.org
przegląd prasy
publicystyka
ulotki
wydawnictwa

HURTOWNIA
KONTAKT
LINKI











katalog i informacje







główna
zapowiedzi
english













OD WSPÓLNOTY, DO REWOLUCJI

Sklot to nic innego jak pustostan, z reguły w fatalnym stanie, zajęty przez grupę ludzi, która remontuje go, po czym w nim zamieszkuje, tworząc w oparciu o niego swoistego rodzaju społeczność. Sklot staje się dla nich domem.
Skłot to określenie, które pojawiło się pierwszy raz pod koniec lat 60-tych na Zachodzie, choć już wcześniej oczywiście zdarzały się podobne formy użytkowania budynków. Hm mniej jednak jako idea, skloting zaistniał właśnie wtedy. Z biegiem czasu zjawiska stało się na tyle silne, że przyjęło znamiona ruchu zwanego "skłotingiem". Dziś w Europie skłot można spotkać w każdym większym mieście, o w Holandii ustanowiono nawet prawo, które ułatwia ich aktywność. W Poznaniu środowisko alternatywne, po nieudanych próbach uruchomienia własnego ośrodka na drodze negocjacji z władzami miejskimi, odczuwało silną potrzebę konkretnej lokalizacji swojej działalności. Świadomość łączących więzi i chęć "tworzenia miejsca" były na tyle silne, że podjęto próbę wspólnego zamieszkania. Jesienią 1994 roku zaskłotowano budynek po opuszczonej hurtowni przy ul. Pułaskiego, który z czasem przyjął nazwę "Rozbrat". Pierwotną ideą Rozbratu było wspólne mieszkanie grupki ludzi o podobnych poglądach na życie, chęć tworzenia swoistej komuny, wspólnoty stanowiącej alternatywę do świata opartego na "wyścigu szczurów". Jednak idea Rozbratu z czasem ewoluowała, Rozbrat rozwijał się jako miejsce. Zmieniali się ludzie je tworzący. Wyszedł on poza sferę mieszkalną i zaczął, w oparciu o sąsiednie budynki, podejmować działalność kulturalną, społeczną i polityczną. Wąskie grono ludzi zaczęło się rozrastać, stając się swoistego rodzaju "społecznością otwartą", która postawiła sobie za zadanie utrzymanie miejsca i kreowanie wolnej myśli w oparciu o nie. Rozbrat dziś stanowi centrum kultury alternatywnej dla miasta Poznania, a właściwie dla całej Wielkopolski. Podejmowane są tu działania, których zrealizowanie w skomercjalizowanym świecie było by niemożliwe nigdzie indziej. Tworzymy miejsce oparte na niezależnej aktywności społecznej i kulturalnej: bez dotacji, subsydiów, sponsorów, poza układami, poza koniunkturalizmem, dla siebie, dla szerzenia wolnej myśli, dla budowania społecznej świadomości. Idea Rozbratu to idea wolnego społeczeństwa.
Próby "uzyskania" własnego lokalu przez środowisko wolnościowe w Poznaniu trwały od początku lat 90. W "miejscówce" pokładano duże nadzieje na konkretyzację działalności. Ilość inicjatyw tego środowiska zawsze stanowiła istotny element w budowaniu społeczeństwa - świadomego, alternatywnego do systemu ogólnie przyjętych norm i wartości. Miejsce, o które można by było oprzeć działania kulturalne, oświatowe... Znaleziono kilka budynków, jednak najodpowiedniejszym okazał się barak po upadłej hurtowni. Znajdował się on na opustoszałym terenie stanowiącym niegdyś kompleks magazynowo-przemysłowy. Od wakacji zaczęły postępować prace "adaptacyjne", wszelkiego rodzaju remonty jak latanie dachu, wprawianie okien, doprowadzanie prądu. Noc z 15 na 16 października przespana w remontowanym lokalu przez dwie osoby stała się chrztem i od tego dnia liczymy swoją bytność na Pułaskiego. Od początku sklot spełniał rolę domu opartego na idei komuny wolnościowej. Robiono wspólne obiady, wspólnie spędzano większość wolnego czasu w urządzonej świetlicy. Podejmowano również poważniejsze działania, które miały za zadanie kreować i wspomagać miejsce, poprzez działalność zarobkową.
Pierwszą taką koncepcją stała się kooperatywa koszuIkarsko-wydawnicza nazwana Kolektyw Rozbrat. Od niego pochodzi zresztą dzisiejsza nazwa sklotu. Latem 1995 roku skłot miał cały czas charakter adaptacyjny. Z jednej strony spełniał jedynie funkcję mieszkalną, z drugiej zaś praktycznie każda z osób mieszkających wtedy na skłocie podejmowała jakieś działania, począwszy od robienia koszulek, na prowadzeniu kampanii skończywszy. Przyszła jesień. Wtedy to nadarzyło się okazja zrobienia koncertu legendarnej dziś szkockiej grupy - Oi Polloi. Koncert ten stał się kluczem do działalności koncertowej w tym miejscu. zaraz potem gościły zespoły z Ameryki i Francji: Enola Gay, Masskontroll. Pierwsze koncerty ze. względu na bezpieczeństwo robione były na zaproszenia, z czasem jednak organizowano je coraz częściej, a formuła stawała się coraz bardziej otwarta. Ten rodzaj działalności kulturalnej był przez następnych kilka lat oczkiem w głowie mieszkańców Rozbratu oraz całego środowiska. Zaadoptowano i przygotowano większą salę nazywaną do dziś Koncertownią. Z czasem powstało również zaplecze sprzętowo - nagłaśniające.
Na 4 urodziny Rozbratu zaadoptowano kolejne, największe na tym terenie po mieszczenie, nazwane później Dużą Koncertownią - Halą. Odbywają się w niej głównie spektakle i akcje artystyczne. Ze względu na brak wygłoszenia ścian i bliskość domów mieszkalnych na koncerty wykorzystywana jest bardzo rzadko. W roku 1997 na Rozbracie zagnieżdża się Federacja Anarchistyczna, Od tego momentu zrzesza ona co aktywniejszych uczestników Kolektywu Rozbrat i odgrywa istotną rolę w kształtowaniu miejsca. Tak pod względem ideowym jak i materialnym. Spotkania o nazwie Biesiady Wolnościowe spełniają iolę forum dla załatwiania spraw zarówno dotyczących Rozbratu jak i działań na zewnątrz. Federacja podejmuje się również tworzenia Biblioteki Anarchistycznej w 1997 roku, a w 1999 Klubu Anarchistycznego. W 2000 roku zaadoptowane zostaje kolejne pomieszczenie pod inicjatywę Kolektyw "Kulawy Muf współtworzony przez uczestników Federacji Anarchistycznej, grupę anarchistyczną solidarność oraz Klub Nieudaczników. Dziś Rozbrat stanowi kilka budynków na doś6 obszernym terenie. 2 czasem wykształcił strukturę techniczną i swój system zarządzania oparty na samorządności.
Rozbrat to zarówno miejsce jak i ludzie. Jako miejsce Rozbrat dzieli się na kilka autonomicznych acz integralnych części jak m.in. budynek mieszkalny - nazywany przez nas potocznie skłotem, bibliotekę anarchistyczną, dwie sale nazywane przez nas koncertownią i halą, Klub anarchistyczny i kilka innych. O taką infrastrukturę opieramy swoją aktywność.
Ludzie podejmujący działalność w oparciu o to miejsce zrzeszają się w różnych autonomicznych od miejsca grupach. Czynnikiem ich integrującym jest Kolektyw Rozbrat. Aktywność Kolektywu Rozbrat to szeroki zakres działań. Kluczową role odgrywa tu Kolektyw Techniczny. Zajmuje się on utrzymaniem technicznym Rozbratu, dotyczy to zarówno jesiennego grabienia liści jak i doskonalenia, remontowania istniejącej infrastruktury. Kolektyw koordynuje również działalność Rozbratu. W oparciu o Rozbrat podejmowana jest szeroka działalność kulturalno-społeczna. Organizowane są tu koncerty, wystawy, festiwale jak i wiele innych działań. Indywidualnie i jako grupa często zapraszani jesteśmy również do współorganizowania różnego rodzaju projektów. Poprzez wykłady, warsztaty, wystawy możemy docierać do ludzi, a swoje idee przedstawiać poprzez ich realizację.

Mapa - Wrzesień 2003 r. (27)


ZROBILI SOBIE DOM

Squat tym się różni od akademika, że tu rządzą ludzie, a w akademiku zawsze jest jakaś administracja - mówi Maciej, jeden z byłych mieszkańców poznańskiego sguatu "Rozbrat". Niedawno minęło osiem lat od momentu jego powstania. Pionierami byli Ola, Matoł i Szoszon. To oni znaleźli kilka opuszczonych budynków przy ul. Puławskiego, schowanych w krzakach między nowoczesnym salonem Peugeota a estakadą Poznańskiego Szybkiego Tramwaju. Zaczęli remontować pomieszczenia, urządzili pokoje, podłączyli się "na dziko" do prądu (niedługo jednak zaczęli płacić za energię). Wkrótce przybyli kolejni mieszkańcy. Teraz na squacie mieszka kilkunastu młodych ludzi. Są wśród nich robotnicy, studenci, muzycy, rodziny z dziećmi. Anarchiści, działacze ekologiczni, pacyfiści, obrońcy zwierząt - każdy z nich jakoś się odróżnia od współczesnej młodzieży "Skłot "Rozbrat" to nasz dom. Nie jest to ani hotel, ani akademik, ani też tania noclegownia. Jest on, jak wiemy, specyficznym miejscem. Przy jego powstaniu kierowano się przede wszystkim potrzebą wspólnego zamieszkania grupy ludzi o podobnym spojrzeniu na świat. Stworzenie czegoś na wzór komuny, która poprzez codzienne życie wpływałaby na budowanie nowego lepszego świata" - napisali w antyregulaminie, czyli zbiorze zasad, które obowiązują każdego sąuattera.
- Nigdy nie chodziło nam o kontestowanie rzeczywistości ale raczej o stworzenie alternatywnego świata, o zbudowanie własnego społeczeństwa - tłumaczy Sancho, dawny mieszkaniec sąuatu, obecnie jego częsty gość.
Przez "Rozbrat" w ciągu roku przewijają się tysiące osób, które przychodzą na spotkania, koncerty korzystają z biblioteki.
Hubert (czerwony golf, zielona bluza z kapturem, siedem srebrnych kolczyków w prawym uchu) ma 22 lata. Do Poznania przyjechał z Wągrowca, znalazł pracę na budowie, myśli o studiach, na squacie mieszka od niedawna.
- Rodzice nie widzą problemu, że tu jestem. Mam z nimi zajebisty układ, często odwiedzam ich w Wągrowcu - opowiada. - Sam wyremontowałem swój pokój, mam już prawo zabierania głosu na zebraniach.
Każdy kto chce zamieszkać na squacie, jest najpierw przedstawiany na zebraniu całej społeczności. Jeżeli zaaprobuje go 1/3 squatterów zostaje przyjęty na trzymiesięczny okres próbny Kandydat ma takie same obowiązki jak wszyscy mieszkańcy nie posiada tylko prawa zabierania głosu na zebraniach.
- Potem, jeżeli zaakceptują cię jednogłośnie wszyscy mieszkańcy możesz zostać. Te trzy miesiące są po to, abyś ich do tego przekonał - tłumaczy Sancho.

Bez egzotyki
Mieszkańcy sguatu muszą przestrzegać pewnych zasad.
- Do nich zaliczam m.in. zrzutki na doraźne potrzeby wspólną kuchnię czy jakiś remont - mówi Matoł, wokalista kapeli Apatia, jeden z pomysłodawców zasquatowania baraków przy Pułaskiego. - squat to normalny dom: sam go musisz urządzić, bo nikt ci nic nie da - dodaje Sancho.
Najmłodszym mieszkańcem "Rozbrat" jest 3-miesięczny Mikołaj. Pokój, w którym mieszka wraz rodzicami, jest ocieplony elektrycznie ogrzewany; część nowych mebli, masa książek na półkach, nocnik na dywanie. Didżej, ojciec chłopca, prosi abyśmy wyszli z pokoju, będzie usypiał maleństwo.
- Mieszkam tu od 6 lat naprawdę jest w porządku - mówi mama Mikołaja. Spotykam ją w łazience. Z wirówki wyciąga uprane ciuchy
- Tutaj naprawdę nie ma żadnej egzotyki, tylko dziennikarze często szukają sensacji - wzdycha Sancho.

Prezenty dla sąsiadów
Początkowo wielu okolicznych mieszkańców nieufnie patrzyło na mieszkańców sguatu. Z pewnością myśleli, że powstanie tu kolejna melina narkomanów (tymczasem jeden z punktów antyregulaminu zabrania zażywania narkotyków). Szybko jednak zmienili zdanie.
- Sąsiedztwo tych młodych ludzi oceniam dobrze nie było z nimi żadnych problemów Obecnie doszło do tego, że dajemy sobie prezenty imieninowe - opowiada Małgorzata Czabajska, właścicielka sąsiadującego ze squatem salonu Peugeot Motomarket.
- Od dwóch lat nie pamiętam, żeby w tych okolicach miała miejsce jakaś awantura. Mieszkańcy sguatu sami dbają o porządek w okolicy a gdy organizują koncerty zapewniają własną ochronę - dodaje sierżant sztabowy Bartosz Przybylski, dzielnicowy

577 czytelników
Poza częścią mieszkalną na squacie mieści się też Klub Anarchistyczny biblioteka i sala, w której próby mają różne kapele muzyczne (jest tam sprzęt: wzmacniacze, perkusja, gitary mikrofony ściany są z grubsza wygłuszone).
W bibliotece znajduje się komputer z drukarką, telefon, katalog, piecyk. Na pólkach z książkami widnieją napisy: wegetarianizm, pisma ekologiczne, prawa zwierząt socjologia. Dzisiaj dyżur ma Kasia, studentka filologii słowiańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza.
- Do biblioteki zapisanych jest 577 osób, głównie studenci. Szukają tu materiałów do swoich prac - opowiada.

Bunt pozostał
Obecnie już żaden z pierwszych sguatterów. którzy osiem lat temu zagospodarowywali baraki przy Puławskiego, tutaj nie mieszka. Piszpunt - ówczesny radny Wągrowca, który dołączył do Oli, Matoła i Szoszona - żyje "po bożemu" gdzieś w Warszawie, ktoś podobno widział go w telewizji. - A Szoszon jest zdaje się, w Poznaniu, pewnie dalej się buntuje przeciwko światu - uśmiecha się Matoł, który kilka lat temu także wyprowadził się ze sguatu.
Jacek Rujna

Squatter - w USA osadnik na nowej ziemi bez tytułu prawnego, oczekujący na ten tytuł (Słownik wyrazów obcych, Wydawnictwo Naukowe PWN 2002).

Dzień Dobry 15.XI.2002 r.


FREE DOM DLA WSZYSTKICH INNYCH
Agnieszka Leleniewska

A straszyli, że... squatersi "kanibale", odszczepieńcy ziejący nienawiścią ku każdemu, kto nie deklaruje z nimi braterstwa myśli. Dziennikarze to już po prostu nie mają czego u nich szukać, bo wyśmiani i opluci, natychmiast zostaną wystawieni za furtkę...
Moje wątpliwości narastające podczas 20-minutawego marszu na trasie Dworzec Główny w Poznaniu - squat Rozbrat na Pułaskiego z miejsca rozwiała przyjacielska, roześmiana "gęba" Sancha, ukazująca się w okienku Klubu Anarchistycznego - pierwszego budynku na jaki natknęłam się po przekroczeniu bramy.
-Na razie nikogo nie ma. Ludzie w pracy, za chlebem - informuje Sancho, który ze względu na długi staż, pretenduje do miana nieformalnego przywódcy.
Nie mija 10 minut w drzwiach staje Adam - dwudziestoletni dryblas z dreadami, w szarym gajerku, pod krawatem. Wraca właśnie z ostatniego, pomyślnie zdanego, egzaminu na filologię polską. Zanim się przebierze w coś wygodniejszego, żartuje: -Agniecha, wyciągaj aparat, stworzymy nowe oblicze squata.
Pojawia się też Katarzyna, studentka ochrony środowiska i biologii, dziewczyna wszechstronna: tworzy grafikę komputerową, robi zdjęcia, jest fryzjerką i ratownikiem wodnym. Inteligentna twarz otoczona króciutkimi blond włosami, drobna postura ubrana w dżiny i rozpięty sweter.

W ruderach znalezli azyl
Katarzyna i Adam to tylko cząstka liczącego kilkadziesiąt osób Kolektywu Rozbrat. Większość bywa tu regularnie, ale nie nocuje. Na miejscu mieszka 15 osób (w tym dwie dziewczyny przy nadziei) i pokazny zwierzyniec: psy, koty, rybki, królik i całe mnóstwo ślimaków. -Uważaj! - co chwilę słyszę nerwowe napominania, by nie rozdeptać pełzającego żyjątka z "domkiem na plecach".
Wszyscy oni przycupnęli na Rozbracie. Z angielskiego zaskłotować znaczy przykucnąć, przycupnąć, a w praktyce zająć opuszczony budynek, zazwyczaj tymczasowo. Oni, dzięki nieuregulowanej własności prawnej terenu po byłej hurtowni, są tu już 8 lat. Pierwsze 2 osoby zanocowały z 15 na 16 paĄdziernika 1994 roku i od tego czasu datuje się istnienie poznańskiego nielegalu, który jest najstarszym squatem w Polsce.
-I jednym z 5 najprężniej działających w Europie - Sancho zwraca uwagę, że Rozbrat to nie tylko wolny dom dla wolnego człowieka, ale przede wszystkim ważny ośrodek kultury niezależnej, będącej w opozycji do plastikowej pop?kultury.
Początkowo zasiedlili jeden z wielu parterowych baraków porośniętych wysokimi chaszczami. Z czasem przejmowali kolejne. Dzisiaj to swoiste miasto w mieście. Kompletnie zdewastowane rudery, jakie tu zastali doprowadzili do stanu używalności. Połatali dachy, wstawili okna, podczas festiwalu graffiti przyozdobili ściany kolorowymi obrazami, doprowadzili wodę (którą kiedyś trzeba było tachać w baniakach z sąsiednich posesji), pociągnęli elektryczność i linię telefoniczną (za które płacą rachunki).
-Kierujemy się zasadą "zrób to sam"- mówi Adam i prowadzi mnie pod łososiowe drzwi z czerwonobiałą tabliczką "magazyn". -Tu mamy wszystko, co jest potrzebne do remontów: piłę, wiertarkę, szlifierkę, rusztowania, styropian do wygłuszenia...

Wilczy bilet za narkotyki
-Każdy znosi, co może - wtrąca Katarzyna. -Stół wypatrzony na śmietniku, niepotrzebną w domu lodówkę. Mój wkład to komputer i drukarka. Ten sprzęt jest wręcz niezbędny w Bibliotece Anarchistycznej, gdzie Katarzyna ma stałe dyżury. W niebieskim pokoiku na sosnowych półkach do samego sufitu zgromadzono wspólnymi siłami pokaĄne zbiory wolnościowe. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: anarchista, ekolog, feministka, socjolog, miłośnik sztuki, a nawet seksu... Około 700 osób wypożycza pozycje na podstawie karty bibliotecznej, w której oprócz imienia, nazwiska, ksywki i adresu jest też pytanie o pochodzenie społeczne. Mieści się tu też księgarenka "Czarny Anioł". Miejscowe Wydawnictwo "Trojka" publikuje dzieła klasyków anarchizmu, poezję i prozę twórców niezależnych, pisma okolicznościowe, ziny itp. Powstają też gazetki wewnętrzne, w których każdy "wywala, co mu leży na wątrobie", odbija na ksero i rozdaje pozostałym.
Z kolei Klub Nieudaczników "Kulawy Muł", mieszczący się w mrocznym pomieszczeniu bez okien za to z dużą ilością stołów i siedzeń różnego asortymentu, to królestwo Adama - poety i podróżnika. Ze Szkołą Pod Żaglami odbył 7 rejsów dalekomorskich, za tydzień wyjeżdża do Tybetu. Przez pół roku był korespondentem "Gazety Wyborczej", ale zrobił kurs barmański i pracuje w jednym z poznańskich pubów. -Najchętniej jednak sprawiam przyjemność rozbracianom. "Łzy Rewolucjonisty", "Matka Anarchia", "Wywrotowiec" - tym ich uszczęśliwiam - śmieje się zza zielonego kontuaru, machając shaker'em. Mimo dostępności procentów, alkoholików tu nie uświadczysz, podobnie jak narkomanów. Za przesadne imprezowanie dostaje się "wilczy bilet". W imię własnego interesu squatersi dbają o spokój i porządek. Jak mówią, nie mogą sobie pozwolić, by ktoś "hodował madziągę" albo "jechał po kanałach", bo to Ąle rzutuje na całość.
Również DKF to konik Adama - od września studenta filmoznawstwa na wydziale polonistyki i autora filmów alternatywnych. ?U nas każdy może zaproponować własny tytuł. A potem siadamy i burzliwie dyskutujemy - mówi prowadząc mnie do "sali kinowej". Mieści się ona w tzw. Dużej Koncertowni - wielkim, pustym hangarze. Do wyświetlania filmów służy kawał białej płachty na ścianie, a do siedzenia zielone fotele szczepione po cztery. -Dostaliśmy je z upadającego kina - mówi. Duża Koncertownia jest wielofunkcyjna: grywają w niej teatry alternatywne, odbywają się wykłady i wieczorki poetyckie, a po spuszczeniu zwiniętych pod sufit wielkich płacht folii, eksponowane są na nich wystawy fotografii. Mają też miejsce koncerty muzyki alternatywnej. -Ale te ze względu na brak wygłuszenia, częściej przenoszone są do Małej Koncertowni - wyjaśnia człowiek od filmu i napojów uprzyjemniających czas. Bo tu każdy jest od CZEGOŚ: jeden od wystaw, drugi od koncertów, trzeci od bibliotetki itd. Każdy ma swoją "działkę", którą "uprawia". Choć tak naprawdę Rozbrat daje nieograniczone możliwości ekspresji i każdy może angażować się w wiele działań jednocześnie.

Przyszłość będzie nasza
Pawilon mieszkalny:13 pokoików odchodzących od długiego korytarza oblepionego plakatami, z mnogości których w pamięć zapada mi "Rasizm stop!". Przy wejściu zestaw do babingtona, na ścianie żółta tabliczka "Tu nie palimy!", a na tablicy informacyjnej list gończy za Osamą Bin Ladenem. Na dachu zatknięta flaga squatu - czarny domek na białym tle. Wypisane w sercu nielegalu hasło: "Przyszłość będzie nasza mimo wrogich krzyków, bo my rośniemy tu niczym kwiaty na śmietniku" - budzi kontrowersje wśród squatersów. -Świetne hasło! - zachwyca się Adam. -Daj spokój, ja się nie czuję kwiatem na śmietniku - rzuca wzburzona Katarzyna. Adam, choć ma świadomość, że dla pozostałej części społeczeństwa są dziećmi - śmiećmi, nie przejmuje się tym. Ostentacyjnie siada pod napisem i prosi o uwiecznienie.
-Chodz, lepiej sfotografuj to - Sancho ciągnie mnie na tyły, gdzie na niewidocznej z terenu squatu ścianie widnieje napis: "Wszystko jest łatwiejsze, kiedy kochasz swojego sąsiada, a nie swoje państwo". -To hasło jest ważne! Mówi o nas najwięcej. Nie mam wyjścia, podsadzona przez Adama, wspinam się na prawie dwumetrowy mur i robię fotę.
A te siatki i kraty w oknach? -To w obronie przed skinami. Tak samo brama zamykana na noc - tłumaczą rozbracianie. -W 1996 przeżyliśmy okropną historię. O 7 rano wtargnęli tu bandyci spod znaku swastyki. Urządzili totalną demolkę i pchnęli nożem śpiącą dziewczynę, która ledwo przeżyła. Były też próby podpaleń.
Te wydarzenia sprawiły, że "dzikich lokatorów" wzięto pod lupę, zaczęła nachodzić ich policja. -Któregoś razu wpada z wielkim hukiem brygada specjalna, a tu ludzie w szachy grają. Akurat był turniej szachowy - squatersi chichoczą na wspomnienie zdezorientowanych funkcjonariuszy. Od tej pory jest spokój, czasem tylko dzielnicowy wpadnie z przyjacielską wizytą. Bo czyż godzi się "tępić" młodzież, która z takim zaangażowaniem walczy o zdrowszy świat? Dowodem są pojemniki na odpady: "szkło myte", "puszki zgniataj", "papier", "plastik, tylko PET". -Jakby ktoś miał problemy, może się doinformować - Katarzyna wskazuje widniejącą nad kubłami "instrukcję obsługi". Nieopodal "garaż" - zadaszenie oznakowane białym rowerkiem na niebieskim tle, pod którym zaparkowało kilka jednośladów bezspalinowych. -Bo my jesteśmy ekologami - zapewnia Katarzyna. Choć ma na nogach skórzane buty, nie je mięsa, nie kupuje napojów w puszkach, zamiast plastikowych reklamówek używa płóciennej siatki, walczy o ścieżki rowerowe, blokuje budowę autostrad, broni praw zwierząt. -A skórzane buty to kwestia świadomego wyboru. Po pierwsze wystarczą mi na co najmniej 5 lat. Po drugie ta skóra i tak została po ubitych na mięso zwierzakach. Trzeba wywalczyć najpierw, by ich nie zabijano - nie usprawiedliwia się, ale logicznie tłumaczy. - Przede wszystkim chodzi o to, by być dobrym dla zwierząt. Kolesia, który głodził swojego psa, wywaliliśmy z hukiem - Adam, który nie przestaje głaskać białej Delty, denerwuje się na samo wspomnienie. Troszczą się nie tylko o zwierzaki, ale i o ludzi - biednych czy represjonowanych. Tym pierwszym rozdają darmowe posiłki w ramach akcji "Food Not Bombs" ("Jedzenie zamiast bomb"). Tym drugim pomagają w organizacji Anarchistyczny Czarny Krzyż. Zbierają też pieniądze dla Zapatystów -meksykańskich Indian walczących o wolność i ziemię oraz współpracują z różnymi organizacjami, np. Amnesty International czy Niebieska Linia.

Nikt z nas nie był w armii
Większość Rozbracian to anarchiści. Mają swój Wolnościowy Uniwersytet, którego "studentem" zostać może każdy, bez względu na wiek i egzaminy wstępne. Tu uczą się masażu, sitodruku, chodzenia na szczudłach, języków obcych (obecnie jest to esperanto). Mało tego, jest to edukacja wzajemna - każdy jest i uczniem, i mistrzem. -Bo najważniejsza jest równość i niezależność - podkreśla Adam, który już jako 13-letni pętak kręcił się po squacie i oddychał anarchistycznym powietrzem. Katarzyna zaraziła się wolnomyślicielstwem równie dawno, bo 6 lat temu.
-Żyjemy tu w alternatywie do świata zewnętrznego - biernego, konsumpcyjnego, goniącego za pieniądzem. Chcemy wolnego społeczeństwa opartego na swobodnej współpracy jego członków, bez represyjnego, uszczęśliwiającego na siłę państwa- twierdzą zgodnie wolnościowcy. Właśnie ze względu na "rozbrat" ze Ąle urządzonym światem, tak nazwali swoje miejsce na ziemi.
Pacyfizm! To jedno z podstawowych haseł. Stąd działalność Pogotowia Antywojskowego "Szwejk", które niejednego delikwenta uchroniło przed wojem. -Nikt z nas nie był w armii - zaznacza Adam. Wyjątkiem jest zawodowy wojskowy Andrzej, który swoją tu obecnością dowodzi wielkiej tolerancji anarchistów. -Wyznajemy zasadę: "żyj i pozwól żyć innym". Nie próbujemy zmieniać ludzi na siłę. Jeśli ktoś jest w porządku gościem, akceptujemy go, bez względu na jego poglądy czy pochodzenie - deklarują. W dzisiejszym, chorym na nietolerancję świecie, to bardzo ważne, choć niepopularne hasła.
W dobie bezrobocia i biedy idealnym rozwiązaniem wydaje się rozbratowy LEC, czyli system oparty o zasadę: "lokalną ekonomię tworzymy sami". Ja maluję ci pokój przez trzy godziny, a ty je odrabiasz pilnując dziecka komuś trzeciemu, kto z kolei zrobi mi szalik na drutach - tak mniej więcej funkcjonuje ten system. Tu wartość ma praca, a nie pieniądz.
Ludzie na nielegalu są nie tylko samowystarczalni, ale i samorządni. Wszystkie decyzje zapadają kolektywnie. Również te dotyczące nowych członków, którzy przechodzą 3-miesięczny okres próbny, bez prawa głosu.
-Kiedyś był spisany regulamin, ale doszliśmy do wniosku, że to głupota. Zasady trzeba mieć tu, w głowie - przekonują wolnościowcy.
Co z przyszłością? Będą tu dopóki squat będzie istniał. A nawet, jeśli ich stąd wyrzucą, przetrwają, bo Rozbrat to nie tylko miejsce, to przede wszystkim ludzie.
Normalni ludzie, którzy uczą się, pracują, żyją - tyle, że po swojemu, bardziej świadomie i z większym zaangażowaniem. W myśl triady: wolność - sztuka - ekologia.
Rzucona przy pożegnaniu przez Sancha propozycja "Agniecha, przeprowadzaj się do nas", wydaje się wielce kusząca...

"Filipinka" - wrzesień 2002 r.


ODGLOBALIZUJCIE SIĘ OD ŚWIATA

Szpaler policjantów stoi przed tobą w pełnym rynsztunku. A ty chcesz się przebić do centrum kongresowego. Oni nie pozwalają. No to bierzesz kij. Bierzesz kamień... To źle? A jak sobie to wyobrażasz? Miałem stanąć z kwiatkiem przed uzbrojonym facetem i powiedzieć: Przepraszam, czy mógłby mnie pan przepuścić do możnych tego świata? Jestem pacyfistą, ale przede wszystkim anarchistą. Traktuję rzeczywistość tak jak ona mnie.

Marek szedł w niebieskim (najbardziej radykalnym) pochodzie podczas praskiej demonstracji przeciwko szczytowi Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. Pojechał zmieniać historię. Oberwał kamieniem w głowę. Ze szpitala wyszedł z kilkoma szwami. Trafił da aresztu jest zadowolony:
-Akcja osiągnęła swój cel. Ludzie poznali prawdę o obrastających W tłuszcz bogaczach, którzy zarządzają wielkimi światowymi korporacjami ze szkodą dla społeczeństwa.

Wybijanie poglądów
26 września, gdy doszło do brutalnego starcia z policją, agencje prasowe informowały: Policja użyła armatek wodnych i granatów z gazem łzawiącym. Demonstranci rzucają butelkami z benzyną i kostkami brukowymi. Są uzbrojeni w kije. Kilkadziesiąt osób, w tym 54 policjantów zostało rannych. 28 września czeska policja Podała: zatrzymano w sumie 859 osób, w tym 330 obcokrajowców. Wobec 130 z nich wszczęto postępowanie deportacyjne. 20 osób, w tym 18 cudzoziemców (w tej grupie jest dwóch Polaków) zostało oskarżonych o niszczenie majątku, czyny chuligańskie i czynną napaść na funkcjonariusza publicznego.
- Chcesz, napisać że jesteśmy kamieniarzami? - tłumaczy się z przemocy anarchistów Marek. - Myślisz, że mówimy teraz między sobą: świetnie się zabawiliśmy, gliniarze dostali nieźle w czajnik. Myślisz, że liczymy lupy: 14 kasków, Starcze i 13 gliniarzy w szpitalu? My nie jesteśmy kibicami meczu Legia - Widzew. Wróciliśmy do naszego squatu i co tu widzisz? Damian maluje okna, a ja buduję kominek. Ale gdy tylko usłyszymy, że gdzieś trzeba bronić naszej wolności, znowu ruszymy. Ci z Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego są duzi t bezkarni. Mają cię gdzieś. Możesz tylko przeczytać w gazetach: zainwestowano kolejne setki dolarów w farmę w Chinach, wycięto następne hektary lasów tropikalnych Puszczy Amazońskiej, Chiny kolonizują Tybet. Więc nosisz to w sobie, sam w szarym tłumie, i nic nie możesz zrobić. Aż wreszcie zbiera się takich jak ty więcej. Czujesz się i zaczynasz, odreagowywać - wybijasz szyby w McDonaldzie, KFC, salonie Mercedesa. Ale przecież nie jest to demolka dla przyjemności. W ten sposób zwracasz uwagę świata, który chowa głowę w piasek, na swoje poglądy. Pokazujesz tym kolesiom, z MFW i BŚ, że protestujesz. A że policja broni tych sukinsynów, to bierzesz kostkę brukową i po prostu rzucasz.

Knedliki za szefa Banku Światowego
Polscy anarchiści szacują, że było ich w Pradze około 300, w tym 15 przeciwników globalizacji z Federacji Anarchistycznej w Poznaniu - tutaj właśnie działa Marek, student ochrony środowiska. Demonstrowało też kilkunastu przedstawicieli polskich partii i związków zawodowych.
- Z młodych z Unii Pracy czy PPS-u śmiać się chciało. Stawali tam gdzie gaz leciał i robili sobie zdjęcia - drwi Marek - Zachowywali się jak ciekawscy turyści: My wzięliśmy na siebie największą blokadę uzbrojonej policji.
- W wąskim, przejściu trudna do zdobycia - relacjonuje Damian, bezrobotny elektromonter z poznańskiej grupy anarchistów - Dopiero po rozbiciu naszego bloku policja mogła zająć się nastawionymi pokojowo pochodami: różowym i żółtym. Gdybyśmy my również protestowali pokojowo, szybko rozbito by każdy blok z osobną.
Taktykę demonstracji przygotowano kilka tygodni przed spotkaniem w Pradze. Głównym koordynatorem protestu była czesko-amerykańska Inicjatywa Przeciw Ekonomicznej Globalizacji. Aktywiści z Polski, młodzi ludzie z ruchu anarchistycznego i ekologicznego, przyjęli wszystkie ustalenia. Najważniejsze: zablokować wyjazd z centrum kongresowego i zmusić bankierów oraz ministrów finansów do rozwiązania Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Federacją Anarchistyczna z Polski agitowała przez Internet:
"Do Pragi zjeżdża się około 20 tysięcy nażartych/tłustych, z nieświeżymi oddechami, nienawidzących ludzi Bez kart kredytowych, katujących swe żony i dzieci, rzygających na ekologię, futbol, punk rock i Helenę. Vondrackową - bankierów, polityków i biznesmenów. Ich cel jest jeden: napchać się jeszcze więcej. Będą tylko żreć, chlać, ględzić, że ciągle im mało i ludzie muszą więcej pracować. Chronić ich bankietów będą (przed tymi, których to niby: reprezentują) setki i tysiące policjantów/ specjalnych jednostek, tajniaków. Wszystko to za nasze pieniądze - Boże jacy Oni są wstrętni - nie możemy im na to pozwolić!
Pojedźmy tam wszyscy i dajmy im odczuć na własnej skórze to jak bardzo ich nie lubimy i nie potrzebujemy: Dość okupionego krwią i potem zysku z wyzysku, dość neoliberalizmu kosztem słabszych. (...) Dla pierwszych 10 osób, które skopią dupę szefowi Banku Światowego - knedliki gratis!".
- Solidaryzowaliśmy się z protestami w Seattle, Waszyngtonie czy Melbourne - mówią poznańscy anarchiści. - Ale były za daleko od nas, żeby tam pojechać. Do Pragi blisko - mogliśmy fizycznie pokazać, że również Polacy są zaangażowanie w akcje antyglobalizacyjne, że jest nasz dużo.
Anarchiści podają, że demonstrowało ogółem około. 20 tys. osób. Inne źródła podają, że protestujących było 6-12 tys.

Ząb za ząb, pałka za kij
- Zanim doszło do protestu, jego organizatorzy próbowali ustalić: jak dalece można się posunąć w przemocy?.
- Niektórzy zdecydowanie mówili: nie dla wojny. Ha przykład blok różowy. Nastawił się tylko na tańce, muzykę i przekomarzanie z policją. Mimo to został zaatakowany przez policję - opowiada Kasia z poznańskiej Federacji Anarchistycznej -studentka V roku ochrony środowiska.
-Polacy szli obok Greków, Hiszpanów, Białorusinów, i Rosjan, w jednym bloku "pokrewieństwa".
- Bo właśnie ci ludzie, te państwa najbardziej, odczuwają globalizację. Dlatego też tutaj był największy radykalizm i doszło do największych potyczek z policja - komentuje Damian.
-Wiedzieliśmy, że demonstracja przerodzi się w wojnę. Pokojowe wystąpienia, happeningi, petycje, protesty nie sprawdziły się. Po Seattle i Melbourne zadyma wisiała w powietrzu - twierdzi Marek i zapewnia, że policja też nie była pokojowo nastawiona. - To nie było tak, że jakiś jeden policjant rzucił w nas kamieniem, bo mu za bardzo szurał pod butem. Na tyłach policji odrzucano po 10 kamlotów na raz. Nawet, jeśli, przyjąć, że część protestujących łamała prawo, to nie tłumaczy to agresji, brutalności atakujących policjantów. INPEG twierdzi, że nie czuje się odpowiedzialny za pobitych policjantów i zniszczenia. Zapewnia, że potępia przemóc Zarówno tę ze strony protestujących- jak i ze strony funkcjonariuszy publicznego porządku.
- Zatrzymano mnie (Katarzynę również) w areszcie. To było pierwszego dnia demonstracji. Musieliśmy wyjść z tłumu, bo miałem rozwaloną głowę. Zgarnęli nas tajniacy, brutalnie zapakowali do oddzielnych samochodów, skrępowali ręce. Rzucali wyzwiskami. Ja miałem kamerę, Kasia aparat, powiedzieliśmy, że jesteśmy dziennikarzami z niezależnych mediów. Puścili - relacjonuje Marek. - Tego samego dnia aresztowano kilkadziesiąt osób. Agresja policji narastała. Następnego dnia były łapanki. Nocne brygady w kominiarkach: Wyskakiwali z cywilnych samochodów i rzucali ludzina ścianę tylko dlatego, że wyróżniali się swoim strojem.
- W areszcie odmawiano jedzenia, płynów, spania. Niektórym zatrzymanym kazano na stojąco czuwać przez 32 godziny. Amerykanka, którą molestowano seksualnie, wyskoczyła przez okno. Gdy ktoś mówił: nie rozumiem, to brali cegłówkę i jeździli nią po głowie. Hiszpanów skuli kajdankami i zrzucali ze schodów. Osobom z Izraela wpuszczono do celi nazistów - Kasia powtarza to, co słyszała. Ale twierdzi, że to nie plotki, lecz "sprawdzone informacje".
- Pewnie byś chciała zobaczyć wybite zęby albo wyniki obdukcji, bo inaczej nie uwierzysz? A może powiesz nam, że policja słusznie i zgodnie z prawem zamknęła legalnie funkcjonujące antyglobalizacyjne biuro informacyjne i lokal wynajęty przez INPEG, gdzie ludzie mogli się umyć, coś zjeść, przebrać - oburza się Marek.

To se ne wrati za nasze pieniądze
- Powiem ci jak to jest z tą naszą antyglogalizacją. Tak jak z ochroną środowiska. Odgórne reformy, nowe ustawy, spotkania na szczycie, systemy niczego nie zmieniają, bo ludzie mają to w dupie. Jeżeli ty nie pogadasz i nie przekonasz mamy, taty, siostry, że nie wolno wylewać oleju do kanalizacji, to żadne prawo ich tego nie nauczy. Jeżeli oddolnie, ze społecznej inicjatywy nie uda się zmienić świata, to żaden system go nie zmieni - Marek jest przekonany, że protest anarchistów w Pradze nie wchodzi w żaden system. W komunistyczny też nie.
Polscy organizatorzy antyszczytu s-26 wyjaśniają w Internecie, dlaczego polityka MF i BŚ rodzi ich protesty:
"Nie możemy na to pozwolić, by stało się z nami to, co z krajami III śwista, których ludność głoduje, a kraje te eksportują żywność do krajów bogatej północy. Czemu? Bo muszą spłacać olbrzymie "pomocowę" kredyty- Gdzie wkroczył BŚ i MFW, zaczynała się nakręcać spirala zadłużenia, wszędzie niszczono środowisko. (...)
W BŚ i MFW kredyty zaciągają rządy. Oczywiście obywatele nie mają najmniejszego wpływu na wysokość zaciągniętych pożyczek, ale to oni muszą je potem spłacać.
Szczególnie bliskie stosunki łączą BŚ i MFW z wojskowymi dyktaturami Ameryki Południowej, krwawymi rządami w Indonezji i Chinach. Fundusze pochodzące z pożyczek udzielanych tym państwom wykorzystywane są m.in. do ścigania opozycji i rozbudowy obozów pracy przymusowej (Chiny).
Forsując odgórny proces globalizacji, BŚ i MFW przyczyniają się do zagłady lokalnych kultur. Niszczą różnorodność obyczajów f stylów życia. (...) Dławią autonomię lokalnych wspólnot.
A my im pokażemy, że nie ma lekko - to se ne wrati - nie będą już nigdy w spokoju żreć i chlać za nasze pieniądze".
Obrady plenarne obu światowych instytucji finansowych zakończyły się dzień wcześniej. Szef MFW, Horst Koehler, powiedział, że podstawą przyszłych działań MFW nie będą kolejne programy kredytowe, lecz przede wszystkim zapobieganie następnym kryzysom i badanie źródeł niestabilności sektora finansowego. Prezes Banku Światowego za główny cel działania uznał walkę z ubóstwem. Nie rozwiązano jednak problemu ogromnych długów Trzeciego Świata. W przyszłym roku we wrześniu ma odbyć się kolejny szczyt MFW i BŚ w Waszyngtonie. Przeciwnicy globalizacji już o nim myślą.

Kapitalizm zabija - zabij kapitalizm
To jedno z czołowych haseł na transparentach protestujących w Pradze. Kapitalizm "jest główną przyczyną naszych społecznych i ekologicznych problemów" - takie poglądy propagują organizatorzy Globalnych Dni Akcji przeciwko Kapitalizmowi. Przed protestem w Pradze polecali różne formy akcji. Między innymi: przejazdy rowerami dużych grup, marsze, tańce, rozdawanie żywności, "zawłaszczanie i rozdawanie luksusowych artykułów konsumpcyjnych - sabotowanie, niszczenie i zakłócanie działania infrastruktury kapitalistycznej - zawłaszczanie kapitalistycznego, bogactwa i zwracanie go ludziom pracującym ".
Poznańscy anarchiści w Pradze niczego nie zawłaszczyli. W Poznaniu owszem - kilka lat temu zajęli opustoszałe baraki, w których utworzyli swój squat "Rozbrat". Na murach napisali: "Przyszłość będzie nasza mimo wrogich krzyków, bo my rośniemy tu niczym kwiaty na śmietniku".

BARBARA JADZIŃSKA-ZGUBIEŃSKA

Express Bydgoski 13.10.2000 r.


W PYRLANDII -
gdzież jesteście łowcy nietolerancji, ksenofobii i rasizmu?
Dariusz Hybel

Anarchiści - kanibale

Z mapy Poznania zniknie jeden z tanich - bo dotowanych przez podatnika - barów mlecznych. Bar "Apetyt", bo o nim mowa, prowadzony był przez Spółdzielnię Spożywców "Społem" i od lat mieścił się w lokalu, którego właścicielem jest Archidiecezja Poznańska. Archidiecezja wielokrotnie zresztą przedłużała umowę najmu, rezygnując z planów własnego zagospodarowania lokalu mieszczącego się w atrakcyjnym - centralnym - punkcie miasta. W myśl planów, pomieszczenie po dawnym barze przejmie Caritas Archidiecezji Poznańskiej, która chce, po prze-prowadzeniu koniecznych remontów, zorganizować w nim wydawanie tanich posiłków (niestety, prawdopodobnie też dotowanych). Dla dawnego "Apetytu" natomiast już trwają poszukiwania nowego lokalu - z pewnością będzie to lokal komunalny. Nie byłoby w tej historyjce nic szczególnego - ot, taka nasza pokręcona polska socjalna rzeczywistość - gdyby nie... anarchiści. Sekcja poznańska Federacji Anarchistycznej zorganizowała przed barem w dn. 21 czerwca br. demonstrację przeciwko jego likwidacji (umowa dzierżawy miała wygasnąć 30 czerwca br.). W tym kontekście po raz kolejny widać wrraznie, że anarchistyczny, czarny sztandar wolności rzeczywiście kompletnie pordzewiał. Nie interesowało ich bowiem ani kto jest właścicielem budynku, ani to, że bar był dotowany z budżetu. Czyli, mówiąc dosadnie, poznańscy anarchiści mają w głębokim poważaniu i cudzą wolność, i prawo własności. Ale to wszystko mało. Federacja Anarchistyczna demonstrowała pod hasłem wypisanym na transparencie:
"JESTEŚ GŁODNY? ZJEDZ BISKUPA!"
Ewidentnie chodziło w tym haśle o Jego Ekscelencję Ks. Arcybiskupa Metropolitę Poznańskiego, dr Juliusza Paetza, do którego ostatecznie należała decyzja o zagospodarowaniu budynku będącego przecież własnością Archidiecezji. To obraĄliwe hasło, budzące nienawiść, agresję i publicznie wzywające do nietolerancji wobec katolików, których reprezentuje Ks. Arcybiskup, mogły zobaczyć setki, a może i tysiące poznaniaków. Mało tego, jedna z poznańskich, lokalnych gazet opublikowała zdjęcie anarchistów trzymających w rękach transparent ubliżający godności -nie tylko przecież Księdza Biskupa, ale każdego - człowieka. Z jego treścią mogły się więc - zapoznać kolejne dziesiątki tysięcy ludzi. . I co? I prawie nic! Żadnej specjalnej reakcji ze strony dyżurnych tropicieli nietolerancji i wszelkich form ksenofobii. Żadnych komentarzy w mediach, żadnych dysput na temat antykatolicyzmu (tym bardziej że właśnie na dniach usuwano obraĄliwe napisy z murów klasztoru Dominikanów w Poznaniu, gdzie mieszka słynny na całą Polskę o. Jan Góra - organizator pielgrzymek młodzieży do Lednicy). Jako radny zareagowałem na tę uwłaczającą Ks. Metropolicie manifestację, wydając specjalne oświadczenie skierowane do mediów -wydrukowano je jedynie w lokalnym dodatku "Gazety Wyborczej" (co należy szczerze docenić). Generalnie jednak żadne środowiska nie podjęły tematu... nie składano wyrazów oburzenia i nie deklarowano walki o prawo do dobrego imienia katolików. Warto wiec postawić pytanie: gdzież jest np. Stowarzyszenie "Otwarta Rzeczpospolita" albo któraś z organizacji anty-faszystowskich, albo red. Adam Michnik - rzekomy piewca tolerancji - z jakimś mędrkującym tekstem Przecież anarchiści w skandaliczny sposób obrazili jedną z najważniejszych postaci współczesnego Kościoła Chrystusowego w Polsce, która być może ze względu na pokorę sama w tej sprawie milczy. Gdzież jest red. Lesław Maleszka, któremu niechybnie tak bardzo musi zależeć na tolerancji w naszym kraju, że potrafi nawet oskarżyć kogoś o antysemityzm na podstawie za-stosowanych w publicystycznych tekstach porównaniach przywołujących np. Żyda, sanhedryn czy obrzezanie (choć dziesiątków innych porównań odnoszących się -przecież bez żadnych złych intencji - do innych nacji i grup społecznych Ma-eszka dostrzec u oskarżanych publicystów nie umie). Niechby tylko Federacja Anarchistyczna (czego oczywiście nie zrobi - bo ona jest dosko-nale wytrenowana i wie, kogo dziś można w Polsce bezproblemowo opluwać) stanęła np. z hasłem
"ZJEDZ RABINA!"
No to wtedy wszystkie nasze dyżurne autorytety trąbiłyby na całą Polskę, a może i świat, o antysemityzmie, nietolerancji i sianiu nienawiści. Przecież o antyżydowskich napisach na murach informuje się w największych mediach, a o wulgarnych napisach antykatolickich najczęściej wcale, co najwyżej w jakichś pomniejszych gazetach i radio-stacjach o niedużym zasięgu. Owa dysproporcja w traktowaniu rożnych grup wyznaniowych i narodowościowych stosowana przez zawodowych łowców nietolerancji, niestety nie-zwykle zasmuca. Z tej perspektywy szczerość intencji owych łowców budzi poważne wątpliwości. Rodzi się nieodparte wrażenie, że im wcale tak naprawdę nie chodzi o królowanie tolerancji w życiu społecznym. Gdyby tak było istotnie, w mediach aż huczałoby od informacji o napadach na plebanie i księży, niszczeniu kościołów, kaplic i katolickich cmentarzy (wszak średnio nie ma tygodnia, by nie zachodziły tego rodzaju tragiczne zdarzenia), huczałoby od informacji o antykatolickich napisach na murach, antykatolickich gazetach i artykułach w prasie, huczałoby wreszcie o żarłocznych poznańskich anarchistach wy-ykrzykujących hasło, "Zjedz biskupa!". Huczałoby po prostu o panoszącej się - w myśl diagnozy i standardów tropicieli nietolerancji - wrogości wobec katolików... A jednak nie huczy, bo co...
NIE MA . . .HUCZEĆ?
W tym jaskrawym kontekście nie-uprzedzonego obserwatora życia społecz-nego nieodparcie musi zadziwiać kwestia, dlaczego w Polsce huczeć tylko może o antysemityzmie. Ale wtedy równie nieodparcie rodzić się w nim musi myśl, że komuś chyba niezwykle zależy, by o owym antysemityzmie było tak nadzwyczajnie głośno. Za manifestowanie z hasłem 'Zjedz rabina!" Federacja Anarchistyczna mogłaby się nawet pożegnać z działalnością społeczno-polityczną. Prawdopodobnie nastąpiłby tak wielki nacisk przeróżnych rodzimych i zagranicznych autorytetów, że kto wie, może chłopcy-anarchiści trafiliby nawet za kratki za sianie nienawiści. Z pewnością spotkalibyśmy się wtedy z komentarzem, że dzisiaj stosuje się hate speech (nienawistną mowę), a jutro mogą za nią pójść nienawistne czyny. Więc już dziś trzeba dać zdecydowany odpór tego rodzaju antyrabinackim manifestacjom. Chciałoby się więc zakrzyknąć: gdzież więc jesteście łowcy nietolerancji, ksenofobii i rasizmu? Dlaczego nie słychać waszego protestu, gdy w tak nienawistny sposób obrażany jest pasterz wielkopolskiego Kościoła? Dajcie dowód, że w swej tropicielskiej działalności nie stosu-jecie z góry ustalonego klucza! Jest jeszcze jeden element związany z demonstracją sekcji poznańskiej Federacji Anarchistycznej. Otóż, jak się dowie-działem, organizacja ta otrzymywała na swoją działalność dotacje zarówno z Urzędu Wojewódzkiego, jak i z Urzędu Miasta Poznania. Rozumiecie, Drodzy Czytelnicy? Anarchiści, którzy przecież znani są (może raczej trzeba już powiedzieć, że znani byli) ze swej wrogości wobec państwa, jego wszędobylstwa i mieszania się w życie ludzi, sarni od tego państwa dostają kasę! Jest w tym coś z Marksa, który na szerzenie socjalizmu dostawał fundusze od Engelsa, a ten z kolei otrzymywał je od swego ojca-kapitalisty zarabiającego pieniądze we własnej fabryce... Anarchiści żebrzą o wsparcie od państwa. Doprawdy, nawet anarchistyczny koń by się uśmiał i on już się śmieje z anarchistów -prosto w oczy! Oni doskonale o tym wiedzą - ich czarny sztandar pordzewiał od związków z czerwienią. Szkoda. Cała nadzieja w tym, że przecież zawsze można się zmienić...


Sprostowanie FA - Poznań zamieszczone w piśmie Najwyższy Czas z 22 lipca 2000 r.

Anarchiści o barach
SZCZERZE ubawił nas zamieszczony w 28-29 numerze "Najwyższego Czasu! " tekst autorstwa Dariusza Hybla ( "Anarchiści-kanibale"). Autor ten, będący jednocześnie radnym miasta Poznania, nie pierwszy raz dostarcza nam pierwszorzędnej rozrywki. Chcąc zlikwidować bar mleczny "Apetyt" (poprzez notoryczne podwyższanie mu czynszu), Kuria Arcybiskupia nie miała najmniejszego zamiaru otwierać w tym budynku jadłodajni Caritasu, Dopiero po licznych protestach społecznych (także naszym) zmieniła zdanie. Oczywiście Kuria pod wzglęem prawnym ma prawo robić w tym miejscu, co chce, lecz nijak miałoby się to do deklarowanych przez Kościół katolicki wartości. Od dłuższego czasu obserwujemy proces likwidowania kolejnych barów mlecznych w naszym mieście. Jaką rolę społeczną pełnią tego typu instytucje, każdy chyba się orientuje. Dariusz Hybel pisze - z nieukrywanym oburzeniem - o dotowaniu baru "Apetyt" przez miasto. W barze tym jadają głównie emeryci, którzy przez całe życie płacili część swoich dochodów państwu (podatki, ubezpieczenia), które dzisiaj daje im ochłap w postaci głodowej emerytury. Jeżeli dzisiaj to samo państwo ("gruba kreska" to bzdury ) dotuje tym ludziom codzienne pożywienie, nie mamy nic przeciwko temu. Lepiej by z kradzionych nam pieniędzy dotowano bary mleczne niż diety radnych pokroju Dariusza Hybla. Jeżeli autor uważa, iż krzycząc hasło "Jesteś głodny - zjedz biskupa ", namawialiśmy do kanibalizmu, pozostaje nam już tylko mu współczuć. Jeśli Dariusz Hybel uważa, że Kościół kat. jest w Polsce dyskryminowany, to i my chcielibyśmy paść ofiarą takiej dyskryminacji (ulgi podatkowe, możliwość bezpłatnej indoktrynacji w szkołach i publicznych mass mediach, zwolnienia z ceł, brak obowiązku służby wojskowej, ogromne wpływy polityczne ). Jeżeli rabini i pastorzy mieliby w Polsce taki wpływ na życie polityczne, jaki mają księża katoliccy, jeśli byliby tak pazerni, jeśli w taki sam sposób (jak robi to Kościół kat.) chcieliby ingerować w nasze życie prywatne, na naszą kanibalską ucztę zaprosilibyśmy także ich (to żart oczywiście - dop. dla Dariusza H.). Dariusz Hybel pisze także, iż Federacja Anarchistyczna sekcja Poznań otrzymywała na swoją działalność dotacje Z urzędu miejskiego i wojewódzkiego. Jako że tak poważny człowiek, jakim niewątpliwie jest Pan Radny Miasta Poznania - Dariusz Hybel, nie może być najzwyklejszym kłamcą i jako że dotychczas nie odczuliśmy w żaden sposób dobrodziejstwa państwowych dotacji -przeto chcielibyśmy zwrócić się do Pana Hybla o bardziej szczegółowe informacje na ten temat (może gdzieś w urzędniczej biurokracji pomylono numery kont bankowych?). Cieszymy się także z faktu, iż Urząd Miasta, którego radnym jest pan Hybel dotuje nie zarejestrowane, nieformalne grupy polityczne. To doprawdy dobroduszne z ich strony. A co do anarchistycznego konia, który miałby się z nas jakoby uśmiać; zapewniamy, iż jego śmiech spowodowały całkowicie inne okoliczności (być może czytał ostatni numer "Najwyższego Czasu!" ? ). Widziano go także ostatnimi czasy na ulicach Krakowa, gdzie pod nagą kobietą (lady Godiva wróciła! ) protestował w 7 rocznicę wprowadzenia w naszym kraju podatku VAT. Z uwagą obserwujemy toczącą się na łamach "Najwyższego Czasu!" dyskusję na temat anarchizmu. Jeżeli prawica oskarża nas o lewactwo, a skrajna lewica o "odchylenia prawicowe ", możemy śmiało stwierdzić: anarchizm w Polsce ma się całkiem dobrze, gdyż nigdy nie będzie on ani prawicowy, ani lewicowy. Anarchizm będzie po prostu anarchistyczny.


KWIATY NA ŚMIETNIKU
Maria Anna Topolewska

Słoneczne, pózne letnie popołudnie. Skręcając z ulicy Pułaskiego idę wąską ścieżką, w stronę dzikich, zarośniętych krzewem terenów. Po drodze mijam baraki z powybijanymi oknami , przechodzę obok murów, na których o miejsce walczy jedno graffiti z drugim. Dochodzę do głównego wejścia squatu ROZBRAT odczytuje wypisany na ścianie tekst. Przyszłość będzie nasza mimo wrogich krzyków, bo my rośniemy tu, niczym kwiaty na śmietniku.

Wizyta pierwsza : REKONESANS

Rozglądam się za lokatorami wchodzę do środka. Przede mną rozciąga się długi, pełen zamkniętych drzwi korytarz. Przy jednym z wejść do pokoju stoi spacerowy wózek dziecięcy i suszarka z praniem. Słychać szczekanie psa. Pukam do drzwi. Po chwili, z wnętrza wynurza się głowa młodej dziewczyny. -Cześć, jestem dziennikarzem, chcę napisać coś na temat squatu, porozmawiać z jego mieszkańcami.... -Sorry, ale teraz nie mam czasu, właśnie wychodzimy. PrzyjdĄ wieczorem, najlepiej w środę, wtedy jest zebranie. Zapytam resztę czy mieszkańców, czy mają coś do opowiedzenia... opuszczając teren squatu mijam jeszcze dwie, chyba nastoletnie panny. Ciągną wózek naładowany kilkulitrowymi, plastikowymi baniakami wody pitnej. Na Rozbracie nie ma bowiem kanalizy, jego mieszkańcy czerpią wodę z ujęć sąsiednich posesji. Dziewczęta również nie są skłonne do rozmowy. Tłumaczą, że decyzje, czy można rozmawiać z prasą, zapadają tutaj na kolektywie. Podobnie jak poprzedni rozmówca odsyłają na środowe zebranie.

DOM CZYLI PRZESTRZEŃ AUTONOMICZNA

ROZBRAT założono 5 lat temu, jest on najdłużej funkcjonującym squatem w Polsce. W nocy, z 15 na 16 paĄdziernika 1994 roku spały tu poraz pierwszy trzy osoby. -Wcześniej zorientowaliśmy się, że na tym opuszczonym terenie znajduje się barak z nie powybijanymi szybami, zagraconymi pokojami. Doszliśmy do wniosku, że po remoncie dachu i gruntownym wysprzątaniu będzie się nadawał do zamieszkania, -wspomina Krystek, jeden z trzech pierwszych lokatorów "Rozbratu". W ciągu następnych paru dni na squat wprowadziły się kolejne szczycie", w jedno pokojowym budynku mieszkało czasem i piętnaście osób. - Chętnych do zamieszkania nie brakowało. Gdy koś przychodził ( a wejście na nasz teren nie było łatwo) i prosił o nocleg, pytaliśmy najpierw czy ma 18 lat, póĄniej zastanawialiśmy się czy w ogóle może u nas spać. To był nasz dom, zajęty co prawda nielegalnie, ale nasz, a do domu nie przyjmowało się każdego. Tworzyliśmy zgraną grupę ludzi, którzy z nie jednej beczki wspólnie jedli. Wiedzieliśmy dokładnie kto jest kim. Jak tam jest dziś ? - nie wiem, mieszka tam zupełnie inna ekipa-tłumaczy mieszkaniec squatu Rozbrat. Poza podstawowym "przekazem" -nie przeszkadzaj żyć drugiemu, nie wprowadzili żadnych regulaminów. Niektóre osoby prowadziły wspólną kuchnie. Składali się na prąd, wydatki na utrzymanie baraku. Z policją problemów nie było. Przedstawiciele prawa nawet cieszyli się, że ktoś "zaopiekował się" pustostanem, gdyż takie miejsce przyciąga różne elementy przestępcze. Andrzej Borowiak, rzecznik prasowy poznańskiej policji potwierdził, że na terenie nie ma formalnego właściciela i podlega pod syndyk masy upadłościowej. -Skoro nikt nie skarż się na dzikich lokatorów Rozbratu, regularni płacone są rachunki za prąd i gaz, to nie ma powodu do jakichkolwiek działań z naszej strony - oznajmił. W imię własnego interesu, porządku na squacie pilnują więc jego mieszkańcy. -Może to paradoksalne, ale mieszkanie w takim miejscu zobowiązuje do przestrzegania spokoju. Wybitnie niesfornym, przesadnie imprezowym i nie akceptowanym przez grupę osobnik, wystawiło się po prostu" walizki" i dowidzenia. Squat jest przestrzenią, gdzie funkcjonuje się poza kontrolą, na której można żyć w pełnej autonomii od świata zewnętrznego. Nie robi się jednak "zadymy" we własnym domu....-wyjaśnia Krystek. Ceną, jaką muszą zapłacić za ową autonomię są warunki (a raczej ich brak), w których żyją. Przystają na nie z pełną świadomością. - Gdy zajmujesz jakieś miejsce, to tym samym akceptujesz jego stan, ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Jeśli czujesz się na tyle silny, by móc przetrwać, to OK. Dokładnie wiesz w co wchodzisz, wybór należy do ciebie. O udogodnieniach myśli się póĄniej.

O CO WALCZYMY?- z pism i ulotek anarchistycznych (znalezionych na squacie)

Pierwsze squaty zakładali hippisi. Pacyfiści, anarchiści, rave'owcy, grafficiarze, pro ekolodzy, travelersi, ogólnie mówiąc autonomiści, to ludzie najbardziej zainteresowani taką forma niezależnego życia. Dużo squatów znajduje się na terenie Wielkiej Brytanii, Holandii (gł. Amsterdamu). Kiedyś było ich wiele w Berlinie Zachodnim, teraz większość przeniosła się na Wielki Plac Budowy czyli na wschodnią stronę miasta. Brian, który udziela się w ruchu anarchistycznym w Wielkiej Brytanii, podkreśla wagę 'działalności profesjonalnej' tych ośrodków.' -Squat na Wyspach, jest przestrzenią w obrębie której, pernamętnie coś się dzieje. Mieszka się tam w konkretnym celu. Wydaje się gazety, prowadzi działalność polityczną, drobną gospodarczo (sklepik z płytami, knajpa) czasem charytatywną, organizuje się koncerty, imprezy soud-system, techno underground. Życie mieszkańców jest bardziej zorganizowane, wszyscy mają określone obowiązki, prowadzi się jednolitą kuchnię, wspólnie się jada. Działalność alternatywna na Rozbracie, zrodziła się w drugim roku jego istnienia. Początkowo dotyczyła organizacji koncertów muzyki undergroundowej, by następnie przekształcić się w Wspólnotę Anarchistyczną-Kolektyw Rozbrat. Ogniskuje ona różnego rodzaju incjatywy wolnościowe o charakterze pro społecznym i artystycznym. W jednym z baraków są dwie sale koncertowe (warunki naturalnie squaterskie), czynna jest także biblioteka. Na jednym ze stołów znajduje gazetki i ulotki. Przeważnie są to informacje o koncertach regge, punk czy hardcore'owych, dostrzegam także reklamę alternatywnego filmu video. Zachęcającej do obejrzenia akcji ekologów na Górze św. Anny (sprzeciw przeciwko wyrębowi drzew w miejscu planowanej budowy autostrady), domów na drzewach i tunelach podziemnych w Wielkiej Brytanii oraz Crop Cicle i Street Party w Birmingham. A' propos ekologii, jest ulotka Obywatelskiej Ligi Ekonomicznej za tytułowany 'Ekologia dziś' , z której dowiaduje się wszystkiego na temat odpadów (papieru, metalu, tworzyw sztucznych i odpadów toksycznych), komunikacji, wegetarianizmu i ekozespołów. Kartkuję również 'Pomagamy' , pismo młodych wolontariuszy Polskiej Akcji Humanitarnej, ze słowem wstępu Janiny Ochojskiej, opisem incjatyw propagujących wiedze o problemach uchodĄców w Polsce oraz artykułem na temat Europejskiego Tygodnia Przeciw Rasizmowi (12-23 marca). Wyłowiłem również karteczkę słynnej gazetki Mat'Pariadka-odłam Anarchistyczny Czarny Krzyż apeluje w niej do pisania, do osób uwięzionych za działalność polityczną (gł. Anarchistyczną). Trochę zdziwia mnie ogłoszenie alternatywnej ubezpieczalni 'ABC Życie -krok w przyszłość'. Ostatecznie jednak autorzy ulotki edukują mnie, iż 'swoje spółki ubezpieczeniowe czy kasy zapomogowe anarchiści organizowali już w ubiegłym wieku....'.

NAPAD

Punki nienawidzą skinów za rasizm. Skini nienawidzą punków, ponieważ są zbyt tolerancyjni. Skini biją punków, punki bija skinów. 10 lutego 1996 roku skini przebrali miarę. Siedmiu, uzbrojonych w kije, butelki i noże, zaprawionych alkoholem młodych mężczyzn, wtargnęło około siódmej rano na terenie baraków Rozbratu. Krzykami 'wychodzić brudasy' i 'palimy te budę' obudzili śpiących. Próbujący bronić się Maciej doznał poważnych uszkodzeń ciała. Śpiąca niczego nie przeczuwającą Beatę omal nie straciła życia od ciosów nożem w okolicach pachwiny. Sprawców zatrzymano. Przed sądem tylko ten, który miał przy sobie nóż, przyznał się do winy. Tłumaczył, że 'bił w pierzynę, aby przestraszyć punków'. Dostał trzy lata odsiadki. Jego 'towarzysze broni' po dwa lata, w zawieszeniu na lat pięć. W maju tego roku 'niewinni' złożyli apelacje od wyroku. Sąd nie uwzględnił ich odwołań. 'Wojna grubych z chudymi' trwa nadal. Tragedia na squacie zaostrzyło tylko nienawiść. Sprawcy i ich sojusznicy niczego nie żałują. Squatersi się odgrażają. Wśród wzajemnych wyzwisk, przekleństw i zapowiedzi kolejnych jatek, trudno myśleć o zakopaniu wojennego topora.

Wizyta druga: ZEBRANIE, CZYLI POROZMAWIAJMY, DLACZEGO NIE LUBICIE DZIENNIKARZY

Na środowym zebraniu pojawiam się, wraz z koleżanką fotoreporterką, na chwile przed wyznaczonym czasem. Grupa zainteresowanych jeszcze się nie zebrała. Któreś z mieszkańców uprzedza nas 'na dzień dobry', że z rozmowy i tak nic nie będzie. Jedna z bardziej znaczących tu osób, Czester sprzeciwiła się jej jednoznacznie, i to na piśmie. -Możecie sprawdzić wewnątrz, na tablicy ogłoszeń-radzi na 'życzliwy'. Ponownie rozglądam się po baraku mieszkalnym. Na tablicy odczytuje korespondencję dotyczącą naszej wizyty. Dziewczyna pyta w niej o opinie na temat rozmów z nami, szuka chętnych do dyskusji. Czester jednak wyrokuje: 'dość już tu było dziennikarzy. Przychodzą jak do zoo i wypisują bzdury. Po co znów tłumaczyć coś, co i tak nie zostanie zrozumiane?'. Mimo tego postanawiamy czekać. Konwent zbiera się powoli, ale faktem opóĄnienia nikt specjalnie nie przejmuje. Kiedy w końcu zaczyna się, i przedstawiam o co w ogóle mi chodzi (jestem przede wszystkim zainteresowana działalnością 'Kolektywu'), sypią się gromy. Na ewentualne wyłonienie rozmówców polecono mi czekać do końca zebrania. W międzyczasie zaczęto wnikliwie omawiać koncepcję imprezy-degustacji win domowego wyrobu, organizację 'imprez gościnnych', plany obchodu pięciolecia Rozbratu... W pewnym momencie podejmuje decyzje o opuszczeniu squatu. Wymieniamy się numerami telefonów (na Rozbracie funkcjonuje telefon komórkowy) i zapowiadam, że zadzwonię, by dowiedzieć się co postanowili w kwestii naszego dialogu. Niestety, chęci do jego nawiązania nikt nie wykazał. Próbowałam jeszcze skontaktować się z przedstawicielem-aktywistą Wspólnoty Anarchistycznej, ale nie zdałam widocznie egzaminu z zapatrywań ideologicznych na temat 'squatingu'. Dowiedziałam się za to, iż kluczem do rozmów na Rozbracie, byłoby parokrotne przyjście na zebranie i przypodobania się jego uczestnikom.

- 'Mieszkańcy Rozbratu byli by skłonni podyskutować z kimś poważnie zaangażowanych w ich problemy, nie z osobą, która w jedynym tygodniu pisze o Rozbracie, a w następnym o techno party- wytłumaczył mi Darek. Zaproponowałam wówczas, by tekst napisali sami, gdyż wtedy na pewno nie mieli do nikogo pretensji. Ta koncepcja spotkani z większą aprobatą mego interlokutora, ale tekstu się niestety, nie doczekałam.

Imiona, pseudonimy zostały zmienione.


Nasz wróg - państwo

Centrum Poznania. Wąska, pełna błota boczna droga nie zachęca do spacerów. By dostać się do anarchistów, trzeba przejść przez dziurę w płocie. Na miejscu trzy zniszczone, parterowe budynki wyglądają jakby były scenerią do filmu o ogarniętej wojną Jugosławii. Tylko rysunki graffiti na ścianach przypominają, że żyją tutaj zwolennicy wolności bez żadnych ograniczeń.

Rozbrat - tak nazwali to miejsce mieszkańcy budynków, które kiedyś były najprawdopodobniej magazynami nieistniejącego już zakładu. Gdy ktoś pierwszy raz odwiedzi to miejsce, ma wrażenie, że jest to dzikie schronisko zaadaptowane na jakiś czas przez bezdomnych. Jednak piracka flaga na wysokim maszcie, mała scena ze zbitych naprędce desek oraz wymalowane niemal wszędzie hasła anarchistyczne przypominają, iż jest to azyl dla ludzi, którzy m.in. negują sens istnienia podatków, armii i policji oraz... zwalczają restauracje firmy Mc'DonaId.
Decydują wszyscy
Mieszkańcy Rozbratu nie mają zaufania do dziennikarzy. Unikają rozmów na swój temat. - Ostatnio był reportaż w telewizji o naszym squacie. Przedstawiono to miejsce jako schronienie pijaków i osób lubiących awantury. Całość zdominowana była przez zdjęcia z koncertu i z tańca punków. Niewiele było dyskusji, które wcześniej filmowano. O tym, czy będziemy z wami rozmawiać, muszą zadecydować wszyscy mieszkańcy Rozbratu. Przyjdźcie w czwartek wieczorem na zebranie - powiedział młody anarchista, którego wczesnym popołudniem zastaliśmy na Rozbracie.
Nielegalni mieszkańcy budynków squatu sami zaadaptowali pomieszczenia do swoich potrzeb. W skromnie urządzonych pokojach stoją piętrowe łóżka. Gdyby nie graffiti na ścianach korytarza, cały Rozbrat przypominałby do złudzenia jeden z licznych w kraju akademików. Z telewizorami i lodówkami w pokojach. Akademik ten różni się jednak od pozostałych - tutaj nie ma kierownika oraz administracji. - Można za to trzymać psa.
Squat kulturalny
Kolektyw Rozbrat tworzy kilkadziesiąt osób mniej lub bardziej ze sobą powiązanych. Z tego na squacie mieszka ok. 20 ludzi w wieku od 5 miesięcy do 27 lat. - Łączy nas koleżeństwo. Bez wspólnoty współpraca nie miała- by sensu - mówią rozbracianie. - Dlatego też razem decydujemy o tym, co nas dotyczy. Pomagamy sobie i innym, organizujemy pikiety, demonstracje, happeningi jako reakcje na ingerencje w nasze życie. Nazywają nas autonomistami, anarchistami, alternatywistami. Nie wypieramy się tego, że poglądy wolnościowe są nam najbliższe. Nie mieścimy się w ramach sztucznych podziałów na prawicę i lewicę. Poznańscy anarchiści wyjaśniają, że słowo squat oznacza niezamieszkały dom, zasiedlony następnie w sposób nielegalny. Squaty bywają różne, wszystko zależy od ludzi w nich mieszkających. Bywają miejsca, których lokatorzy zajmują się tylko piciem alkoholu i braniem narkotyków. Inne, tak jak np. Rozbrat, w naturalny sposób stają się swego rodzaju centrami kultury niezależnej. Dowodem na to, że rolę takie- go centrum pełni poznański Rozbrat są imprezy tu organizowane. - Na miejscu jest biblioteka i czytelnia. Pełnimy tzw. pogotowie Szwejk, dla osób które chcą się wywinąć od wojska. Co drugi czwartek działa Dyskusyjny Klub Filmowy. Organizujemy imprezy, koncerty, wystawy. Część osób gra w zespołach, wydaje pisma, robi graffiti. Organizowana jest też szkoła wolnościowa. Było kilka wykładów na temat sitodruku, praw jednostki wobec policji - wymieniają mieszkańcy Rozbratu. Z okazji czterolecia istnienia siedziby poznańskich anarchistów, w październiku ub.r. odbyły się uroczyste obchody. Jeden z uczestników tak je wspomina: Spałem w bibliotece. Nagłe słyszę zamieszanie, więc wskok w glany i na dwór. A tam jazda na całego. W pierwszej chwili myślałem, że to sejmik szlachecki, ale to jedynie feministki szwedzko-polskie w ramach protestu zniszczyły plakat antywojskowy przedstawiający gołą babę i napis "Gdy ty jesteś w wojsku, ona sypia z listonoszem". Zaczęła się awantura. Feministki stanęły z tubą na podwyższeniu i krzyczały, z dołu im odkrzykiwano i zagłuszano. Incydent ten spowodował multum dyskusji na temat feminizmu, antyseksizmu, dyskryminacji i upokarzania kobiet. Może to dobrze? Może powinniśmy się cieszyć, że potrafimy się kłócić o światopogląd? I Poznańscy anarchiści mają bogaty program imprez również w tym roku. M.in. wystawę fotografii amatorskiej, festiwal muzyki ukraińskiej, festiwal graffiti oraz teatrów alternatywnych.
Bezkarne elity
Anarchiści nie chcą tworzyć w miejsce państwa komunistycznego, katolickiego czy kapitalistycznego jakiegokolwiek innego systemu. Ich celem jest współistnienie różnych form organizacji życia społecznego i dobrowolność uczestnictwa w nich. Uszczęśliwianie ludzi na siłę nie ma nic wspólnego z wolnością - zamiast burzyć życie innym - lepiej budować własne, tworząc poza strukturami oficjalnymi alternatywny obieg informacji, niezależną od mów, cenzury i mecenasów kultury. Zdaniem anarchistów - politycy lubią urządzać życie innym. Władza zawsze będzie dążyć do monopolu i kontroli całości życia społecznego. W społeczeństwie wolnym natomiast każdy dba o swoje sprawy, także mniejszości i jednostki powinny mieć prawo do decydowania o swoim losie. Jeśli godzimy się na dyskryminację mniejszości dziś - jutro możemy sami się nią okazać, a policjant użyty przeciwko "żydowi" czy anarchiście" może być użyty być użyty przeciwko tobie.
Nie można też żądać, by mniejszość płaciła na szkoły czy TV, jeśli o ich programie decyduje większość, nie uwzględniając przy tym tego, że są inni. Podatki powinny zostać ograniczone do niezbędnego minimum i być płacone dobrowolnie tylko na taki cel i przez tych, którzy chcą z danego przedsięwzięcia korzystać i to bezpośredniemu wykonawcy np. szkole, służbie zdrowia, kolei itd. Szkoła musi być wolna, czyli uniezależniona od administracji państwowej.
Bimber i lizusostwo
Na podstawie stosunku państwa do narkotyków widać prawdziwy, represyjny charakter tej instytucji - mówią anarchiści. - Państwo posiada monopol na produkcję, handel wódką i papierosami. Te szkodliwe używki mogą przynosić dochód tylko biurokracji państwowej. Narkotyki - konkurencyjne dla używek monopolu państwowego - są nielegalne. Ktoś kto chce się upijać, wdychać nikotynę i dostać raka, musi to robić przy pomocy produktów państwowych. Robienie tego na własną rękę - pędzenie bimbru - jest karane więzieniem. Krytycznie wypowiadają się anarchiści także o wojsku. Bo pochłania ono pieniądze, które można by wykorzystać na oświatę, służbę zdrowia. Armia ma zły wpływ na ludzi - uczy bezmyślnego posłuszeństwa, pogardy dla jednostki, lizusostwa wobec niekoniecznie mądrzejszych, ale wyżej stojących, przemocy, cwaniactwa. Anarchiści podkreślają, że nie są wrogami religii. Nie mogą jednak zaakceptować dążenia instytucji wyznaniowych do dominacji, którą umożliwia im uprzywilejowana pozycja w państwie. Związki wyznaniowe powinny mieć te same prawa co inne stowarzyszenia, ani więcej, ani mniej. Prawo powinno chronić życie, zdrowie wszystkich istot, wolność oraz pracę i jej owoce. Wszystko inne nie może być zakazane. Wtedy bezprawne byłyby krucjaty czy zapędy różnych grup do określania z kim i jak można się kochać itp., a także wszelki wyzysk ~ przy- mus ze strony państwa. Anarchizm oskarża się o utopijność, a jednocześnie nikt nie neguje faktu, że wolność, sprawiedliwość, samorządność, solidarność międzyludzka, będące programem anarchizmu, są przez ludzi pożądane - uważają anarchiści. Stąd wniosek: utopią jest cel, a nie same wartości. Dlatego nie należy tworzyć wizji przyszłego społeczeństwa, lecz określić zasady, które sprzyjałyby utrwaleniu pożądanych tendencji.

MAREK BIAŁOWĄS

"Gazeta lubuska" 17.IV.1999


POD SZTANDAREM ANARCHII

Obecność na polskich ulicach lewackich bojówek to tylko jeden z rodzajów działalności młodzieżowych grup bolszewicko-anarchistycznych w naszym Kraju. Innym rodzajem jest cały pseudointelektualny ruch stanowiący tych grup "ideowe" zaplecze.

Lewacki underground myślowy sięga w Polsce swymi początkami połowy lat 80., kiedy punkowa podkultura zaczęła coraz mocniej asymilować się na społecznym podłożu końca PRL. Wraz z modą na nonkonformistyczny bunt, przyszła z Zachodu także fala społecznie alternatywnych ruchów politycznych. Pierwsze organizacje anarchistyczne to już 1983 rok! Wykorzystując moment destabilizacji przełomu l. 80. i 90. ruchy te łatwo wkomponowały się w panoramę młodzieżowych subkultur wielkich miast, zapewniając tam sobie niczym nie podważalną pozycję. Na uwagę zasługuje fakt, że zbiorczy dorobek tych środowisk w postaci ilości wydawnictw prasowych i fonograficznych oraz akcji ulicznych jest kilkanaście razy większy od dorobku młodzieży "prawicowej!

Typowym przykładem prężnie działającej anarchistycznej grupy "intelektualnej" jest "załoga Poznań" z Kolektywu "Rozbrat" - najstarszego, czynnego nieprzerwanie od 4 lat squatu w Polsce. W ciągu zaledwie 2 ostatnich lat brudasy z "Rozbratu" zorganizowały u siebie ponad 40 koncertów (!), kilkanaście manifestacji, heppeningów, zlotów... Ich lokal jest "domem kultury alternatywnej" na cały Poznań oraz siedzibą kilkunastu lewackich organizacji - Federacji Anarchistycznej, Ruchu Wyzwolenia Zwierząt, Stowarzyszenia Ekologicznego "Ziemia przede wszystkim", Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego, Anarchistycznego Czerwonego Krzyża, Pogotowia Antywojskowego o wszystko mówiącej nazwie "Szwejk" i kilku innych. Do tego ludzie skupieni w Kolektywie wydają kilka zinów, mają własną wytwórnię fonograficzną, bibliotekę, salę koncertową, "wolny uniwersytet" etc. Jest to więc autentyczna siedziba myśli zdegenerowanej. W rozbratowym falyerze czytamy, że całą tę wspólnotę tworzą "ludzie działający i żyjący w myśl triady Wolność - Sztuka - Ekologia" oraz "dodający kolorytu alko i grass punki". Ale znajdzie się tam miejsce dla każdego, kto zaakceptuje "zasady" kolektywu. O "zasadach" neobolszewików pisze biuletyn "Trucizna" (nr 2, 1998): "wszyscy są za pełną wolnością jednostki; instytucja państwa tylko ją ogranicza i jest nam niepotrzebna (...). O tym że jesteśmy przeciwko wszelkim formom dyskryminacji, nie ma po co pisać - to jest oczywiste. Mniejszości stanowią większość!" - opowiada Piszpunt, współzałożyciel squatu.

Stojąca na czele Rozbratu Federacja Anarchistyczna jest m.in. inicjatorką tzw. Pogotowia Antywojskowego - Pacyfistycznej Ko-Mendy Uzupełnień, tworzonej by "pomóc" tym, "których nie rusza czołganie się w błocie w imię pseudoszczytnyćh ideałów". Pogotowie to, co roku wydaje broszurę z dokładnym wypisem kruczków prawnych i innych sposobów pozwalających uniknięcia wojska lub uzyskanie służby zastępczej, która jednak "jest nadal przymusowym zniewoleniem". Jaka sytuacja wreszcie zadowoli pacyfistycznych zdrajców, pisze dalej: "Wojsko, jeśli już ma istnieć, musi być dobrowolne. I to jest właśnie cel, który powinni postawić przed sobą wszyscy pacyfistyczny aktywiści." O podobne cele walczy też, obok Janusza Korwina-Mikke, Ruch Społeczeństwa Samorządnego, który swój "punkt obdżektorski" prowadzi w ... miejscowej siedzibie Unii Pracy.
Znaczącą, lewacką grupą "intelektualną" jest też zielonogórski Red Rat, prowadzony sprzedaż anarchistycznych wydawnictw teoretycznych gł. "dzieł" P. Kropotkina, P.J.Proudhona, M. Bakunina, lecz też publikacji autorstwa młodych "myślicieli" rewolucyjnej awangardy. Niedawno kilku współtworzących Red Rat filosemickich radykałów wsławiło się zainicjowaniem akcji na rzecz wprowadzenia dnia 3.XI, rocznicy nocy kryształowej, jako święta państwowego (!).
Ciekawym ze względu na swą egzotykę, zjawiskiem w łonie środowisk anarchistyczno-lewicowych jest ich ruch "kulturalny", usiłujący wcielić w życie w swerze sztuki swe utopijne i zbrodnicze idee, otwarcie korzystając z totalitarnego dorobku przeszłości.
W manifeście Grupy Anarcho-Futurystów czytamy o ich rewolucyjnej wizji społeczeństwa "wyzwolonego": "Wszyscy na ulicę! Rozbić w miazgę kruchych idoli Cywilizacji! Ponad olbrzymią degeneracją okrywającą naszą ziemię będzie dumnie powiewał transparent anarchii! Wszystko jest nieograniczone! Destrukcja! Chaos!" i dalej: " Wszystko należy do nas! Wynosząc czarną flagę rebelii wzywamy wszystkich żyjących ludzi! Wszyscy na ulicę! Naprzód! Zniszczyć! Zabić! Tylko śmierć umożliwia nawrócenie! Wytępić zacofanie!" Celem jest totalnie zniszczenie wartości naszej cywilizacji, na której gruncie ma powstać "uświadomione klasowo", anarcho-rewolucyjne społeczeństwo "wolnych komun". Anarcho-futuryści popierają, więc wszelkie analogiczne ruchy na całym świecie. G.A.F. rozpowszechnia np. apel jednego z indiańskich dowódców powstania w meksykańskiej prowincji Chiapas, nie rozumiejąc jednocześnie całej złożoności tego konfliktu, który przebiega poza płaszczyzną klasową także na płaszczyźnie etnicznej - niedawno powstańcy zapowiedzieli przecież rozprawę z wszystkimi "obcymi", czyli białymi Meksykanami zamieszkującymi ich prowincję...

Niewątpliwie brudasy mogą się pochwalić dużą solidarnością we własnych szeregach. W razie "wpadki" któregoś z lewaków pozostali podejmują się pomocy robiąc akcje protestacyjne, pisząc apele do sądów i ministra sprawiedliwości, w czym zresztą pomaga im lewica parlamentarna - Jacek Kuroń, Zofia Kuratowska, Barbara Labuda i Piotr Ikonowicz. Oficjalnie organizacją tego typu przedsięwzięć zajmuje się Organizacja Pomocy Więźniom i Osobom Represjonowanym oraz Anarchistyczny Czarny Krzyż. W języku czerwonej propagandy lewaccy bojówkarze przewrotnie określani są mianem ... "więźniów sumienia", a więc ludzi odsiadujących wyroki nie ze względu na bandyckie występki lecz przekonania polityczne. Jednym z takich "więźniów-sumienia" jest Tomasz Wilkoszewski, który przed dwoma latami w Radomsku zabił nożem Daniela -młodego narodowca. W informatorze Anarchist Black Cross Wilkoszewski figuruje natomiast jako "...oskarżony o spowodowanie obrażeń, w wyniku których zmarł nazi skin, mimo iż jednoznacznie nie udowodniono mu (Wilkoszewskiemu), by on to zrobił". Takich "więźniów politycznych" jest więcej, wszyscy oczywiście są "niewinni"...

Przy całym stylizowaniu się na totalnych antysystemowców, różnego rodzaju grupy anarcho-komunistyczne pragną coraz bardziej włączyć się do jawnego życia politycznego. Wspomniany już Ruch Społeczeństwa Samorządnego z Wrocławia, zrzeszający "wolnościowców i środowiska nowolewicowe" zapowiada np. udział w wyborach samorządowych. Chlebem powszednim jest współpraca np. F.A. z ... młodzieżówką KPN, i aktywna działalność lewaków w różnych fundacjach humanitarnych (np. Polskiej Akcji Humanitarnej), nie wspominając o dominacji tego elementu w młodzieżówkach UP, SdRP i PPS. Ich wpływy jak na środowisko tak otwarcie antypaństwowe i antynarodowe są więc znaczące i faktu tego nie można lekceważyć. Choć twarde jądro ruchu anarchistycznego nadal pozostaje zamkniętą grupą żałosnych fanów Lenina, Stalina, Mao i Poi Pota, to cały ten ruch wraz ze swoim subkulturowo-muzycznym "image" jest problemem, o którego znaczeniu i aktualności przekonał się chyba Każdy młody polski patriota.

Phalanx Zine nr 1