ROZBRAT

historia
skłot

kolektyw

biblioteka
galeria

INICJATYWY
ACK
Antywojenna
Obiadki filmowe
FC Rozbrat
Jedzenie Zamiast Bomb

Oficyna "Trojka"

Pracownicza
Region

Rowerowa
Samba
SIS "Ulica"
ARCHIWUM

kalendarium
relacje imprezy
foto.rozbrat
.org
przegląd prasy
publicystyka
ulotki
wydawnictwa

HURTOWNIA
KONTAKT
LINKI











katalog i informacje







główna
zapowiedzi
english











Mają eksmitować Rozbrat!

I ja, jako zwycięzca turnieju szachowego na Rozbracie, co mogę udokumentować stosownym pucharem, protestuję! Bo nie chodzi o ten Rozbrat, o którym Państwo myślą. Ten Olejniczak z towarzyszami chcą sprzedać. Rzecz rozchodzi się o skłot Rozbrat w Poznaniu, zajmowany od 13 lat przez poznańskich anarchistów.

Różnie układały mi się z anarchistami w ciągu tych 13 lat stosunki, od dawnych waśni po znakomitą współpracę w Komitecie Wolny Kaukaz oraz wspólny opór wobec policyjnych represji. Nie ulega wątpliwości, że poznańscy anarchiści stworzyli tam unikalny ośrodek wymiany wolnej myśli, w tym ciekawą bibliotekę. Wybili się na NIEZALEŻNOŚĆ. Mogłem się z nimi zgadzać lub nie, ale nie dawali się manipulować koszmarnemu poznańskiemu czy ogólnopolskiemu establishmentowi. Niezależne myślenie to dziś rzadkość. Partie polityczne różnych opcji zdominowane są często przez bezideowych karierowiczów, dla których wolna myśl to abstrakcja. Dlatego każdy jej przyczółek należy wspierać - niezależnie czy z ową myślą się zgadzamy, czy przeciwnie. Dlatego bronię skłotu Rozbrat i zupełnie nie przeszkadza mi, że robię to u boku radykalnej lewicy. A dla nieprzekonanych po prawicy mam jeszcze jeden argument: jakoś media, mimo, że sprawa trwa od ponad dwóch tygodni, rabanu same z siebie wokół niej nie robią, jak w przypadku klubu Le Madame. To właśnie cena za niezależność, jaką płacą poznańscy anarchiści.

Piotr Lisiewicz
"Gazeta Polska", rubryka "Zyziu na koniu Hyziu", 22.01.2008.


Rozbrat: między utopią a kapitałem

Poznański squat Rozbrat jest umiejscowiony, między dwoma symbolami władzy kapitału: złotnikiem Krukiem i salonem Peugota; to równią paradoksalne, co symptomatyczne. Bo squat buntując się przeciwko kapitalizmowi, stanowi nieodłączną część kapitalistycznego pejzażu Poznania. Squat chce narosnąć na zastały palimpsest miasta: najpierw udaje trochę obrażonego i odosabnia się od reszty i innych, ale trwa przy tym czujny, przyczajony, buduje wokół siebie okopy i zabija okna, jednocześnie montując, którą będzie się udostępniał i czasem skrywał przed wścibstwem właścicieli, państwa i policji (1), pisze Aldona Kopkiewicz, w artykule Ritą w squat. Potem squat - mimo wszystko trochę egocentryk - zawalczy o zaznaczenie się w tekście miasta, narośnięcie na jego ciało, wystąpienie w jego narracji (2).

Rozbrat jest, mimo swej anarchistycznej natury, bardzo przywiązany do Poznania. Już nie tylko stanowi narośl, ale stał się częścią miasta. Lokalny patriotyzm wydaje się być w tym przypadku dalekim echem demokracji oddolnej - wielkiego pragnienia nie tylko poznańskich anarchistów. Tak naprawdę wpływ mamy tylko na najbliższe otoczenie, a przywiązanie do Poznania jest w tym przypadku dobrą alternatywą dla ponadnarodowych korporacji i niszczącej wszelką odrębność unifikacji. Anarchiści, wbrew potocznemu i wyobrażeniu, działają bardzo konkretnie: wytrwale organizują akcję rozdawania darmowych, wegańskich obiadków (Food not Bombs); zaciekle bronili pracowników poznańskiej Goplany (co przyniosło - pośrednio - wymierne efekty) (3); aktywizowali robotników Cegielskiego do walki o prawa pracownicze; organizują integracyjne mecze piłki nożnej; walczą o ścieżki rowerowe (masa rowerowa); wspierają i koordynują inicjatywę Wolny Poznań (promocja wolnościowych projektów poznańskich); organizują (najczęściej z okazji swych urodzin) wycieczki po stolicy Wielkopolski (tzw. lofry). Czy trzeba dodawać, że duża część mieszkańców squatu to fani Lecha Poznań?

Taka wizja (i praktyka) patriotyzmu (wiem jak bardzo nie lubią tego słowa anarchiści) jest krańcowym przeciwieństwem działalności nacjonalistycznych bojówkarzy z Młodzieży Wszechpolskiej. Po części wynika to z wolnościowych i egalitarystycznych przekonań squatowych aktywistów ("każdy inny, wszyscy równi", "jedna rasa - ludzka rasa", "żaden człowiek nie jest nielegalny", "wolne kobiety, wolni mężczyźni, wolny świat" etc), ale w dużej mierze stanowi wyraz przywiązania do - jakby me patrzeć - "małej ojczyzny". Zamiast snuć wizje monolitycznej Wielkiej Polski Katolickiej czy organizować homofobiczne pikiety, wolą pobudzać poznaniaków do działania i decydowania o swym losie. Poznańscy aktywiści pragną, by powstało autentyczne, świadome swych i możliwości społeczeństwo obywatelskie.

Tego typu przekonania i retoryka trafiają do wielu młodych ludzi. Tak się już przyjęło, że pragnienie wolności związane jest z okresem młodzieńczego buntu. Idealizm i chęć zmian ustępuje często pragnieniom czysto kapitalistycznym (inwestujemy w siebie, by móc się lepiej sprzedać, a zarobione pieniądze przeznaczyć na poprawę swego wizerunku, by móc się sprzedać za wyższą cenę). To prosta droga w stronę społeczeństwa konsumpcyjnego, apatycznego, żądającego - ku uciesze choćby sieci marketów - by było "dużo i tanio". Tę filozofię życia i niebezpiecznie często przejawiają studenci. Społeczeństwo konsumpcyjne to wizja z najpiękniejszych snów właścicieli ponadnarodowych korporacji. Bezwolne, łatwe do sterowania ("codziennie niskie ceny"), pragnące zaspokajać tylko najprostsze potrzeby. Darmowe pisemka dostępne na uczelniach wtłaczają młodych ludzi w kapitalistyczną machinę, kreśląc wizję dobrze płatnej kacy w wielkich korporacjach. Edukacja, praca, dom, rodzina, emerytura, wnuki, śmierć - ot i całe życie. Bez emocji i zaangażowania, te bowiem przeszkadzają tylko w dwóch imperatywach: pracy i zabawie.

Rozbratowi aktywiści chcą zasiać ziarno anarchii w poznaniakach: organizują rozmaite imprezy (min. "Dzień Ziemi"), koncerty (wbrew pozorom nie tylko punkowe), demonstracje i pikiety (przeciw brutalności policji, w obronie represjonowanych pracowników etc), wystawy i warsztaty (np. sitodruku), owe wykłady i projekcje filmów, niekoniecznie o tyce anarchistycznej (cykl "Czwartkowe obiadki filmowe"). Wytrwale plakatują miasto, zdobią mury wywrotowymi wrzutami i graffiti, wpisują się w kapitalistyczny pejzaż, szykując (mentalną) rewolucję.

Oczywiście to tylko etos, buntownicza otoczka. Tak naprawdę chodzi o alternatywę, jakąkolwiek. Na zalew rozmaitych mniej lub bardziej studenckich klubów, Rozbrat odpowiedział cieszącymi się ogromną popularnością "after party". Darmowe imprezy taneczne, rozpoczynające się o 23-ej albo o północy i trwające do białego rana, były pomyślane - zgodnie z nazwą - jako odpoczynek po punkowym koncercie albo nauce sitodruku i wolnościowych wykładach. Taką też funkcję - teoretycznie - spełniają i dziś. Teoretycznie, bo w praktyce "after party" to autonomiczna impreza, ciesząca się nierzadko większą popularnością niż to, co ją poprzedza, okazuje się, że punkowcy tak naprawdę kochają disco, synthpop i elektro, wzbogacane czasem industrialem lub tzw. alternatywą lat 80. Kiedyś zespoły takie jak Dezerter, WC czy Business deklarowały, delikatnie mówiąc, niechęć do dyskotek oraz łatwej muzyki i debilnych słów (4) (a i dziś np. The Analogs pała nienawiścią do "ery techno"), obecnie natomiast ortodoksyjni punkowcy podrygują w rytm dyskotekowych przebojów, najczęściej wzbogaconych rytmem elektro. Zresztą - nie tylko punkowcy. Na "after party" przychodzi się jak na normalną imprezę. Oczywiście atrakcyjna jest rebeliancka otoczka Rozbratu, ale chodzi tak naprawdę o zabawę. Integracyjną, spontaniczną, radosną, bez natrętnego ideologizowania, inną od typowo klubowych. Specyficzny klimat "after party" sprawia, że rozbratowe "wieczorki taneczne" cieszą się sporą popularnością wśród znudzonych modnymi klubami młodych ludzi. Squat jest otwarty na przybyszów i cieszy się, gdy może służyć integracji i znoszeniu barier ("nie ma granic, podziałów, sami je stworzyliśmy", jak śpiewał niegdyś jeden z ulubionych squatowych zespołów, Post Regiment (5). Może w tym tkwi sekret popularności?

Jakiejkolwiek squat nie przyjąłby taktyki buńczucznie będzie krzyczał o swojej wolności i niezależności, o swojej inności, że mimo wszystko, że jednak to już zalążek, próba nowego społeczeństwa, taki mikropoziom tego, co po rewolucji, albo chociaż robienie sobie rewolucji bez rewolucji, bo tej ostatniej nie będzie. Te wzruszające - jak pierwsze kroki dziecka czy wybijanie szyb McDonaldsa na antyszczytach - roszczenia i romantyczna buta rosną na glebie fantazmatów utopii, na glebie przygotowanej przez surrealistów, dadaistów, sytuacjomstów i Vivienne Westwood (6). To prawda. Rozbrat, jak każdy inny squat, żyje utopią, choć sami zainteresowani wolą mówić o eutopi - możliwej do zrealizowania wizji dobrego świata. Chyba nikt (poza rzecz jasna samymi anarchistami) nie bierze zupełnie na poważnie sloganów w rodzaju "świat bez przemocy i bez nienawiści, taki świat zbudują kiedyś anarchiści". Jak słusznie zauważyła Aldona Kopkiewicz, squat jest zarazem fantomem i konkretną formą krytyki społecznej (7). Nie inaczej jest z Rozbratem. Rozbrat to fantom, jest tym, czym chcemy by był. Dla państwa jest to z pewnością głównie miejsce spotkań tzw. młodzieży alternatywnej. Dla mieszkańców squatu Rozbrat to dom; dla anarchistów miejscówka Federacji i Biblioteki Anarchistycznej; dla antropologów i kulturoznawców ciekawy materiał do badań nad tzw. kulturą niezależną i alternatywną; socjolodzy mogą tu obserwować próby wyjścia poza system represji i kontroli państwa.

Squat nie jest już tylko zaadaptowanym na cele mieszkalne pustostanem, zajmowanym zresztą często nielegalnie. Rozbrat stara się wyważyć działalność wywrotowo-anarchistyczną z kreowaniem kultury alternatywnej. Będąc (w obecnej formie) dzieckiem kontrkulturowej rewolty końca lat 60., dziś nie ma już destruktywnych ambicji; rozbratowy aktywizm jest konstruktywny, zakłada m.in. edukacje, wspieranie strajkujących, popieranie młodej sztuki krytycznej i awangardowej.

Przed laty kojarzony z anarchizmem zespół Dezerter postulował: chcąc negować rzeczywistość, spróbuj tworzyć własną (8). Poznańscy anarchiści wcielają słowa w czyn. Stali się częścią kapitalistycznego miasta, mimo że od samego początku występują przeciwko kapitalizmowi. Dziecko kontr-kultury stało się częścią kultury. Być może w innym wypadku nie byliby w ogóle dostrzegalni? A przecież chodzi o integrację, zniesienie granic, jedność i zwycięstwo. Bowiem jak głosi brazylijskie przysłowie: Jeżeli marzysz w pojedynkę, to tylko marzysz, jeśli marzysz wspólnie, wasz sen staje się rzeczywistością (9).

1) Aldona Kopkiewicz, Ritą w squat, Rita Baum nr 9/zima 2005, s. 82.
2) Tamże, s. 82.
3) Goplana była częścią ponadnarodowego koncernu Nestle, grożącego masowymi zwolnieniami. Zasłużoną dla Wielkopolski firmę wykupiła kaliska Jutrzenka, dając odpór międzynarodowej korporacji.
4) Fragment tekstu piosenki zespołu Dezerter Polska złota młodzież.
5) Fragment piosenki Getto.
6) Aldona Kopkiewicz, op. cit., s. 82.
7) Tamże, op. cit., s. 82.
8) Fragment piosenki Jeśli chcesz zmieniać świat, zacznij od siebie.
9) Cytuje za Aldona Kopkiewicz, Myśleć utopią. Manifest schizofreniczny, Rita Baum nr 9/zima 2005, s. 66.

Krzysztof Kołacki
"Pro arte" - Pismo kulturalno społeczne, nr. 21/2005


Domy wolnych ludzi

Skłoting (z angielskiego squatting) to praktyka polegająca na zajmowaniu pustostanów przez osoby nie mające gdzie mieszkać lub realizować innych projektów, do których potrzebne są cztery ściany.

To działanie logiczne, choć nie jest to logika kapitalizmu. Z jednej strony mamy ludzi bez dachu nad głową lub nie będących w stanie płacić wysokich czynszów, z drugiej natomiast puste budynki. Nic prostszego niż pogodzić obie te kwestie - zająć pustostany. W ten sposób ludzie mają gdzie mieszkać, a substancja mieszkaniowa zamiast niszczeć i się marnować - służy człowiekowi.

Rozwój ruchu skłoterskiego to lata rewolty roku 1968. Młodzież Europy i USA na własne potrzeby zaczęła zajmować - nielegalnie lub za zgodą właścicieli - puste budynki, zamieniając je w wolnościowe komuny, niezależne centra kulturalne, mieszkania itp. Skłoting rozwijał się przede wszystkim w Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii czy Włoszech. Znajdują się tam setki skłotów, niekiedy są to całe kwartały ulic czy spore części dzielnic. Z tych państw zaczęli czerpać wzory polscy pionierzy skłotowania, tam też po roku 1989 zaczęli mieszkać pierwsi Polacy wybierający życie w "wolnych domach" Zachodu.

Przez wiele lat o skłotach można było w Polsce jedynie poczytać w prasie alternatywnej. Dopiero od połowy lat 90. można mówić o początkach ruchu skłoterskiego, choć wcześniej zdarzały się sporadyczne próby. Większość polskich skłotersów to kontrkulturowcy, subkulturowcy, anarchiści, ekolodzy, studenci bądź osoby o niskich dochodach szukające jak najtańszego zakwaterowania.

Polskie skłoty - inaczej niż na Zachodzie, gdzie przeważa aspekt mieszkaniowy (wysokie czynsze i ceny domów) - powstają na ogół z zamiarem stworzenia miejsca, gdzie będzie się rozwijała aktywność społeczna. Wynika to ze scentralizowanego modelu publicznych instytucji kulturalnych, a także z tandety komercyjnej oferty kulturalnej. Przeważnie działalność skłotów rozpoczyna się od koncertów muzyki alternatywnej, ale często ma w nich miejsce szeroko pojęta działalność kulturalna i polityczna. Mało jest w Polsce skłotów, w których nic się nie dzieje i służą wyłącznie do mieszkania.

Poznański "Rozbrat" jest najdłużej działającym skłotem w Polsce. Pierwsi mieszkańcy pojawili się na jego terenach jesienią 1994 r. - była to niewielka grupka związana ze środowiskiem kontrkulturowym. Zajęty wówczas barak z kilkunastoma pokojami do dziś służy jako mieszkalna część skłotu. Obok niego stopniowo na potrzeby alternatywnej społeczności zaadaptowanych zostało kilka sąsiednich budynków. Możliwe to było, gdyż sprawy własności do dziś nie są uregulowane. Od czasu do czasu pojawiają się rzekomi właściciele budynku lub gruntów, jednak niewiele mogą wskórać na drodze formalnej.

"Rozbrat" jest nie tylko miejscem, gdzie ludzie mieszkają za darmo i wg własnych zasad. To wyrwany z kapitalistycznej rzeczywistości kawałek miasta, gdzie realizowane są społeczne, artystyczne i polityczne przedsięwzięcia. Działa tu biblioteka wolnościowa, dwa bary, dwie sale koncertowe, lokal poznańskiej sekcji Federacji Anarchistycznej, ciemnia fotograficzna. Organizuje się koncerty, wystawy, spektakle teatralne i kabaretowe, seminaria, spotkania itp. Dwa razy w roku odbywają się festiwale: jeden z okazji działalności biblioteki, zwany "Abramowszczyzną" (na cześć Edwarda Abramowskiego, do którego idei nawiązują poznańscy alternatywiści), drugi upamiętniający kolejny rok istnienia "Rozbratu". W wakacje 2002 r. odbyła się pierwsza edycja targów prasy alternatywnej. Wszystkie te inicjatywy odbywają się bez dotacji z budżetu centralnego i lokalnego oraz wsparcia wielkiego biznesu, co pokazuje, że ludzie zostawieni samym sobie potrafią nieźle funkcjonować, obywać się bez pośredników i tworzyć własną rzeczywistość na zasadach współpracy i solidarności.

"Kolektyw Rozbrat", w którego skład wchodzą mieszkańcy skłotu i ludzie "z miasta", poza przetwarzaniem przestrzeni na własne potrzeby, angażuje się także w wiele działań wykraczających poza ramy skłotowego podwórka. Jego uczestnicy współtworzą Porozumienie Społeczne "Poznań Miastem dla Ludzi", które m.in. przeciwstawia się eksmisjom na bruk (w pomieszczeniach Klubu Anarchistycznego mieszkała wyeksmitowana rodzina) i próbom przekształcenia centrum miasta w tzw. City i pozbycia się przez to wielu "niepotrzebnych" mieszkańców czynszowych kamienic. Ludzie z "Kolektywu Rozbrat" angażują się także w walkę o prawa pracowników najemnych, walczą z wszelkimi formami ucisku społeczeństwa przez władze centralne i lokalne, wspierają tych, którzy na skutek swej działalności społecznej mają kłopoty z wymiarem sprawiedliwości.

"Rozbrat" swoją działalnością wkomponował się już w koloryt Poznania, jest miejscem dość znanym i trudno sobie wyobrazić zaprzestanie jego działalności. Mimo wielokrotnych kłopotów (m.in. bandyckie napady, represje policyjne, rotacja mieszkańców) funkcjonuje już od 8 lat, stale się rozwijając.

Wrocław to jedyne miasto w Polsce, gdzie równocześnie istnieje kilka skłotów (jest ich aż trzy), ma też najbogatszą tradycję skłotowania. Istniało tu już chyba kilkanaście krócej lub dłużej działających miejsc tego rodzaju, najbardziej znanym był "Rejon 69". Spośród obecnie działających, "Free Dom" nie jest skłotem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Miejsce to jest legalne (za zgodą władz miejskich), we wrześniu 2000 r. zostało tu utworzone niezależne centrum kulturalne. Nikt nie zamieszkuje budynku, lecz działa tu kilkadziesiąt osób, w tym wiele zaangażowanych wcześniej w "Rejon 69". Sąsiadujące z centrum budynki zajmowane są przez zaprzyjaźnionych z "Free Domem" kontrkulturowych artystów, dzięki czemu tworzy się mini-wspólnota ludzi o podobnych przekonaniach i stylu życia.

Od lutego 2000 r. istnieje we Wrocławiu skłot przy ulicy Kromera. W marcu 2001 r. przeżył brutalną eksmisję dokonaną przez policję (pobito kilka osób, zniszczono siekierami sprzęty domowe, skradziono osobiste rzeczy), jednak mieszkańcy nie opuścili go. W miesiąc po eksmisji budynek został ponownie zajęty i funkcjonuje jako skłot do dnia dzisiejszego. Mieszka tu kilkanaście osób, robione są kameralne imprezy muzyczne, a lokatorzy angażują się w akcję "Jedzenie zamiast bomb", w ramach której rozdają bezdomnym samodzielnie przygotowane posiłki, a także dostarczają je do jednego ze społecznych domów socjalnych. Bez państwowych dotacji, bez pośredników, bez łaski urzędników.

Trzeci wrocławski skłot jest nietypowy - to tzw. wagenburg. Nie jest budynkiem - są to stare wagony kolejowe, dostosowane do celów mieszkalnych i "okupujące" jakiś teren na stałe lub przez określony czas (np. dopóki nie zostaną z niego usunięte). Wrocławski wagenburg istnieje od maja 2001 r., zmieniał miejsce pobytu już kilka razy, aktualnie zaskłotowano przy nim jeden budynek, w którym działa bar, warsztat rowerowy i szwalnia. Cyklicznie na terenie okupowanym przez skłotersów odbywają się imprezy muzyczne. W przypominającym cygańskie obozowisko skłocie mieszka kilkanaście osób.

Wrocławscy skłotersi zaangażowani są również w szereg innych działań. W ostatnim czasie aktywnie blokowali eksmisje na bruk, organizują wspomnianą akcję "Jedzenie zamiast bomb", uczestniczą w wielu manifestacjach, a także działają na polu szeroko rozumianej kultury niezależnej.

Białostocki "De Centrum" jesienią 2002 r. obchodził drugie urodziny. Budynek skłotu to czteropiętrowa kamienica - dawna fabryka. Ma formalnego właściciela, który na razie nie usiłuje stąd wyrzucić mieszkających i działających na skłocie osób. Wszyscy potencjalni inwestorzy oglądający lokal nie byli nim zainteresowani. Miejsce to przeżywało też problemy z okolicznymi chuliganami, którzy dość często napadali na ludzi i atakowali sam budynek.

Działalność skłotu jest coraz szersza. Mieszkańcy rozdają bezdomnym i biednym jedzenie w ramach akcji "Jedzenie zamiast bomb", cyklicznie odbywają się imprezy "Dziewczyny w akcji", promujące aktywność i kreatywność młodych kobiet. Mają miejsce projekcje filmów, wystawy, koncerty, warsztaty, działa biblioteka i wideoteka, prowadzone są treningi samoobrony i siłownia. Ludzie zaangażowanie w "De Centrum" są również uczestnikami wielu kampanii ekologicznych, mają tu miejsce spotkania białostockiej sekcji Federacji Anarchistycznej. Przez okolicznych mieszkańców ta działalność jest odbierana pozytywnie. Podczas wakacji 2002 r. w budynku sąsiadującym z "De Centrum" swój "mini-skłot" zorganizowały dzieci z pobliskich blokowisk. Biorąc przykład ze skłotersów, sami wyremontowali niewielki budynek. Kłopoty zaczęły się we wrześniu, gdy okazało się, że "mini-skłot" jest dobrą "bazą" dla wagarowiczów. Policja, rodzice i nauczyciele zgodnie stwierdzili, że odpowiedzialność za to ponoszą skłotersi, którzy do wyboru mieli albo zlikwidować dzieciakom "mini-skłot", albo bardziej się nimi zainteresować. Wybrali to drugie - dziś pomagają dzieciom, udzielają im darmowych korepetycji, pilnują, by nie przebywali oni na terenie skłotu w czasie zajęć lekcyjnych, udostępniają własne sale do ćwiczeń tanecznych, nauki gry na instrumentach, gotowania itp. Utrzymują też kontakt z większością rodziców. Sprawą zainteresowały się lokalne media, odbyła się nawet debata na falach radiowych, pozytywnie o działalności skłotersów wypowiadały się autorytety w dziedzinie pomocy społecznej. Straż miejska zaoferowała swą pomoc m.in. w postaci "legalizacji" skłotu dla dzieciaków.

Gliwicki "Krzyk" powstał ponad 4 lata temu na terenach będących niegdyś zakładami rzeźniczymi. Budynek ma około 20 pomieszczeń wykorzystywanych na różne sposoby. Zagospodarowano również przylegające do skłotu baraki, gdzie m.in. urządzono salę do jazdy na deskorolkach. W pomieszczeniach skłotu mieści się wolnościowa biblioteka, spotkania mają tam członkowie Stowarzyszenia KRZYK (formalnego użytkownika skłotu) oraz Inicjatywy Pracowniczej - organizacji zajmującej się walką o prawa pracownicze. Regularnie odbywają się koncerty i wystawy, działa także niewielki bar. W bezpośrednim sąsiedztwie mało jest budynków mieszkalnych, co sprzyja prowadzeniu działalności, a mieszczące się nieopodal zakłady produkcyjne i szpital nie stwarzają bywalcom żadnych problemów.

Od niedawna władze miejskie chcą jednak pozbyć się skłotersów, tłumacząc to niebezpieczeństwem zawalenia się budynku i planami jego rozbiórki. Jak na razie wynegocjowano przekazanie budynku przez władze miejskie na okres roczny, w tym czasie skłotersi będą musieli poszukać innego lokalu, który mogliby dostać od miasta. Tak udane negocjacje powiodły się dzięki dużej kampanii medialnej i protestom okolicznych mieszkańców przeciwko lokalizacji drogi, jaka ma powstać m.in. na terenach skłotu i centrum miasta. Przez pewien okres mieszkańcy skłotu mieli problemy z policją i strażą miejska, jednak po legalizacji budynku wszystko się uspokoiło. Zdarzały się również ataki chuliganów.
W stolicy Polski jak do tej pory działały chyba tylko trzy skłoty, o których warto wspomnieć. Pierwszy mieścił się przy ulicy Smyczkowej i zajęty został przez warszawskich uczestników Federacji Anarchistycznej, którzy otworzyli tam Centrum Kultury Niezależnej. Niestety miejsce to nie przetrwało długo, władze Uniwersytetu Warszawskiego przy pomocy policji doprowadziły do usunięcia skłotersów. Do dziś budynek na Smyczkowej stoi pusty i niszczeje.

Drugim miejscem, o którym warto wspomnieć była "Twierdza". Jak sama nazwa wskazuje, mieściła się w starej cytadeli zbudowanej przez Rosjan w XIX w. "Twierdzę" zaskłotowano w roku 1998, a jej żywot trwał ok. dwóch lat. Odbywało się tu wiele imprez kulturalnych - dziś na jej miejscu stoją komercyjne lokale o astronomicznych cenach.

Ostatnim dzieckiem warszawskiego środowiska alternatywnego był istniejący do niedawna skłot "Czarna Żaba". Zakończył on swój żywot na przełomie listopada i grudnia ub.r., ale osoby tam mieszkające zajęły już kolejny budynek, w którym pragną kontynuować działalność. Budynek "Czarnej Żaby" zajęty został jesienią 2001 r., dawniej mieściła się tam Spółdzielnia Piekarsko-Ciastkarska. Wiosną 2002 r. właścicielem terenu, na którym stoi budynek została firma Aral BP, zamierzająca tu postawić kolejną stację benzynową. W remont i działalność "Czarnej Żaby" zaangażowanych było wiele osób. Poza pomieszczeniami mieszkalnymi udało się stworzyć salę koncertową, bar, własną galerię. Cyklicznie organizowano tu koncerty, odbywały się wystawy (m.in. prac studentów warszawskiej ASP), pokazy filmów i slajdów. Na skłocie miały też miejsce wszelkie spotkania organizacyjne przed akcjami społecznymi, tutaj trwały m.in. przygotowania do demonstracji w trakcie szczytu NATO w Pradze. Organizowano też imprezy muzyczne, z których dochód służył wsparciu działalności ekologicznej, m.in. na rzecz kampanii w obronie Puszczy Białowieskiej. 1 czerwca 2002 r. zorganizowano imprezę dla dzieci pod hasłem "Anarchiści dzieciom". Dzieciaki mogły wspinać się na specjalnie zbudowanej ściance, były gry i zabawy z nagrodami, malowanie twarzy, darmowe napoje, słodycze itp. Wystąpiła również grupa perkusyjna samby. Festyn spotkał się z bardzo pozytywną reakcją ze strony dzieci i ich rodziców. Oprócz działań artystyczno-kulturalnych prowadzono również cotygodniową akcję rozdawania ciepłych posiłków bezdomnym i ubogim. Niestety, kapitalistyczna rzeczywistość dzisiejszych czasów pokazuje, że cenne inicjatywy przegrywają ze stacjami benzynowymi, kolejnymi inwestycjami, komercyjnymi obiektami itp.

Od października 2001 r. również w Częstochowie działa skłot stworzony przez tamtejszych młodych ludzi związanych z ruchami kontrkulturowymi. W budynku mieszkają tylko cztery osoby, ale bezpośrednio w działalność tego miejsca zaangażowana jest grupa ok. 20-osobowa. Budynek jest własnością jednej z częstochowskich fabryk okien, po wizycie właściciela i porozumieniu się obu stron działalność skłotu jest legalna, tzn. odbywa się za zgodą właściciela (powiedział on: "lepiej żebyście coś tutaj robili, jakieś próby zespołów, ćwiczyli na siłowni, niż miałbym wynajmować dom agencji towarzyskiej"). Budynek, choć przedwojenny, jest w dobrym stanie.

Poza funkcjami mieszkalnymi budynek stanowi zaplecze dla częstochowskiej młodzieży, której ciężko znaleźć miejsce w publicznych domach kultury itp. Jedno z pomieszczeń przeznaczone jest na próby dla zespołów, w innym umiejscowiono małą siłownię, jest też niewielka pracownia sitodruku z której zyski przeznaczone są na inwestycje w budynek i jego działalność. Przynajmniej raz w miesiącu odbywają się koncerty i potańcówki, organizowane są również pokazy ambitnych filmów.

Do niedawna w Sosnowcu w nielegalnie zajętym budynku działał Niezależny Ośrodek Pracy Twórczej "La'Tryna". Powstał on w lipcu 2001 roku. Po trzymiesięcznym remoncie swą działalność rozpoczął wystawą ekologiczną. Później były kolejne wystawy oraz wykłady dotyczące m.in. globalizacji. Niestety, skłotersi zostali zmuszeni do opuszczenia zajmowanego budynku. Po niedługim czasie zajęty został jednak kolejny budynek, o wiele większy i dający większe możliwości działania. Na drodze ku realizacji planów stanęła jednak miejscowa policja, która złożyła donos właścicielowi budynku, a ten zażądał usunięcia z niego skłotujących osób (w budynku nikt nie mieszkał na stałe, służył on jedynie jako miejsce działań). Ludzie tworzący "La'Trynę" nadal walczą o własne miejsce, gdzie mogliby realizować swe artystyczne i społeczne zamiary. W walce tej nie są sami, wspomagają ich inne ośrodki skłoterskie z całego kraju i lokalne media.

Poza wyżej opisanymi ośrodkami w Polsce nielegalnie zajętych jest jeszcze kilka innych miejsc. W Łodzi przy ulicy Węglowej mieszka około dziesięciu osób, swoje spotkania ma tam łódzka sekcja Federacji Anarchistycznej, w Andrychowie istnieje niewielki skłot "Karton", w Dębicy w nielegalnie zajmowanym budynku odbywają się koncerty, chodzą słuchy o nowym skłocie w Tychach...

Powyższy opis z pewnością nie jest pełnym obrazem tego, co dzieje się zarówno w tych miejscach jak i w całej Polsce na gruncie skłoterskim. Ruch skłoterski jest ruchem płynnym - niczym "tymczasowe strefy autonomiczne" Hakima Beya, skłoty powstają i upadają, choć z pewnością każdy z nich chciałby być "permanentną strefą autonomiczną", miejscem, gdzie bez nękania przez właścicieli i policję można realizować zamierzone cele. Nawet jednak tymczasowość takich miejsc jest lepsza niż brak jakiejkolwiek przestrzeni do realizacji własnych pomysłów - skłoting to niezależność od państwowego urzędasa i "niewidzialnej ręki rynku". To wolność tutaj i teraz.

Janusz Krawczyk
Obywatel nr 1/2003