Radosław
Januszewski- Prawo
do rudery
Ten
z Wrocławia siedział w oknie na trzecim piętrze starej fabryczki z czerwonej
przybrudzonej cegły, machał nogami i krzyczał do policjantów i dziennikarzy
na dole, że jak wejdą, to on skoczy i będą mieli dobry materiał na jedynkę.
"Jak wejdą" było do policji, a że materiał na "jedynkę",
czyli na pierwszą stronę, do dziennikarzy. Złamał przy tym ślub milczenia,
bo wcześniej nic nie mówił i tylko karteczki pokazywał, ale podobno
to nie był ślub milczenia, lecz zakład. No i przegrał. Nie skoczył.
A oni weszli.
To były pierwsze urodziny białostockiego squatu, powstał rok temu, w
końcu paˇdziernika. Urodziny były huczne, z licznymi gośćmi, choć nie
wszyscy byli proszeni. Póˇniej w lokalnej telewizji i w "Teleekspresie"
pokazano film nakręcony przez policję - na stole leżą jakieś łomy, proca
sportowa, obok stoją butelki z płynem ponoć zapalającym. Wszystko to
skonfiskowano skwaterom.
Squat nazywano kiedyś pustostanem, a skwaterów dzikimi lokatorami. Dziki
lokator bruˇdził władzy ludowej, bo zasiedlał puste mieszkanie na własną
rękę, a nie z przydziału, po odstaniu swoich lat w kolejce. Natomiast
skwater nie bruˇdzi nikomu, zasiedla stare warsztaty, puste rudery,
zrujnowane fabryki. I to są właśnie squaty. Bywa anarchistą, wolnościowcem,
poetą, wegetarianinem, antyglobalistą, ale niekoniecznie. Nie zawsze
też mieszka w squacie, czasem tylko przychodzi tam, żeby zorganizować
happening przeciw wojnie lub wielkim korporacjom, koncerty rozmaitych
kapel, akcję dokarmiania bezrobotnych, założyć warsztaty sztuki alternatywnej.
Poza tym jest młody.
Trudno w takich warunkach mieszkać, gdy ma się powyżej trzydziestki.
Nie lubi go policja (choć nie zawsze), władza gminna czasem go przepędza
(choć też nie zawsze), a skinheadzi, naziole i kibole, czyli szalikowcy,
skwaterów nienawidzą, napadają ich i biją, a czasem próbują podpalić
squat.
SKINY
I POLICJA
Ci w Białymstoku nie mają szczęścia do policji. Niedaleko squatu jest
stadion z bazarem. Taka miniaturka Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie.
Ale kiedy odbywają się mecze, na skwaterów przychodzi sądny dzień. Skiny
z kibolami, każdy z drągiem w garści, podchodzą pod squat, rzucają kamienie,
raz próbowali podpalić, ale ogień zgasł sam z siebie.
- Z perspektywy tego, co dzieje się w squacie w Gliwicach, jestem zdziwiony,
że tu ludzie podchodzą do tego tak spokojnie - mówi Furman, który przyjechał
do Białegostoku na rocznicę. - My mamy puste butelki i kamienie poukładane
na dachu do obrony. Sam miałem ze skinami różne jazdy. Raz mało mi nie
poderżnęli gardła.
Stabi jest z Białegostoku, chodzi do klasy maturalnej, będzie zdawał
na historię, mieszka z rodzicami i jest anarchistą.
- Nie takim prawdziwym anarchistą. Takich nie ma, bo to nierealne -
tłumaczy. - Nienawidzę faszyzmu, a w Białymstoku dużo jest faszystów
na ulicach. Czasem robią czystki. Wtedy chodzą w grupach od pięciu do
pięćdziesięciu i biją.
Raz, gdy wracał ze szkoły, Stabiemu faszyści (skiny) złamali rękę i
do tej pory ma bliznę po nabijanym ćwiekami pasie. Przychodzi na squat,
bo nie chce należeć do biernej, ślepej masy.
- Bo tu nie ma seksizmu i innych ksenofobii, bo nie mówi się, jak na
ulicy, "ty brudasie" do ludzi, którzy nie
odpowiadają normom. A gdzie tu policja? No właśnie.
OPOWIEŚĆ SOI I SOKOŁA
Soja studiuje historię, na squacie mieszka od trzech tygodni.
- Przeprowadziłem się, bo głupio mi było mieszkać z dziewczyną i moimi
rodzicami.
Ale Soja zaangażowany jest w działalność squatu od początku.
- I od początku mieliśmy problemy z policją. Na początku ustaliliśmy
zasadę, żeby nie zachowywać się za bardzo konfrontacyjnie.
Zaczęły się wizyty. W listopadzie ubiegłego roku policjanci byli po
raz pierwszy. Weszli, spisali, obszukali i wyrzucili grzecznie z budynku.
W grudniu była już poważna scysja. Patrol wyłamał drzwi. Wtedy łatwo
było je wyłamać, bo nie były jeszcze obite blachą. Weszli na górę. Tu
trafili na drugie drzwi. Nie dali rady, więc zapchali kłódkę zapałkami.
- Misiek, taki kolega, śpiewał im kolędy i "Czerwone Brygady".
Byli bardzo sfrustrowani. Wyzywali nas. Padło hasło: "otwierać
chÉ, macie przejeÉ".
Potem skwaterzy napisali skargę do komendanta. Odpowiedział im, że złamali
prawo, bo nie dali się wylegitymować. Do "chÉ" się nie ustosunkował.
Potem był spokój, przez kilka miesięcy. Stukali, ale nie wchodzili.
W lipcu, w nadgranicznych Krynkach anarchiści i inni zorganizowali obóz
przeciwko zamykaniu granicy.
- Zauważyliśmy, że kręcą się podejrzani wąsaci panowie. Tajniaka zawsze
się pozna. Cywilni gliniarze spisywali ludzi. A potem, 7 sierpnia z
rana, był wjazd policji.
Podjechały trzy samochody z tajniakami i jeden radiowóz. Rozbili drzwi
siekierami.
- Jak poprosiłem o nakaz i dokumenty, to przystawił mi pistolet do twarzy.
Kazali położyć się na ziemi i skuli kajdankami.
Najgorzej miał Mafia, bo leżał tak, że ucho, na które słyszy, miał przytknięte
do ziemi. Wściekali się na niego, że nie reaguje na polecenia, a on
nie słyszał.
Potem przyszedł właściciel, a tych, którzy byli w squacie, zawieˇli
na komisariat i zaczęli przesłuchiwać. Pytali między innymi o narkotyki.
Do squatu przyprowadzili nawet psa od narkotyków. Porobili dziury w
ścianach, a do zbiornika z wodą pitną wlali "ludwika". I zabrali
worek cebuli. Wzięli też m.in. komplet śrubokrętów, linki metalowe,
łapkę do wyciągania gwoˇdzi, czajnik elektryczny, zegar ścienny, rower
- jako niewiadomego pochodzenia.
- Do tej pory oddali tylko rower, ekran do wyświetlania filmów i głośnik
- mówi Sokół.
Znów tydzień spokoju. A potem pojawia się uprzykrzony posterunkowy,
którego nazwali komisarzem Borkiem. I znów tydzień spokoju i znów komisarz
Borek w akcji.
A potem przyszły urodziny squatu. W telewizji powiedzieli, że policjanci
chcieli wylegitymować czterech młodych ludzi, a oni zaczęli uciekać,
no to policja wpadła za nimi, a do telewizji trafiła taśma, na której
mogliśmy podziwiać niebezpieczne narzędzia.
- Nikt nie uciekał - mówi Adam, student prawa, bywający często w squacie.
- Soję rzucili na glebę, gliniarz wyjął gaz, zaczął krzyczeć "mam
go" - dodaje Furman, stary skwater z Gliwic.
Potem zadzwonili po posiłki. Przyjechało kilkanaście radiowozów. Dziewczyna,
która obserwowała zajście, mówi, że było ich więcej niż sześć i kolumna
dziewięciu vanów. Nikt ich nie chciał wpuścić po tym, co zrobili w sierpniu.
- Wtargnęli rano z nakazem - mówi Furman.
- Nie było bicia, tylko dużo krzyku - dodaje Mafia. - Myślę, że chcieli
nas sprowokować, ale nie uderzyli. Tyle że na gołym betonie, twarzą
do ziemi położyli.
Zabrali na komisariat, przesłuchiwali. Sprawdzali obywateli Białorusi,
którzy byli w squacie.
Wtedy jeden z zatrzymanych usłyszał rozmowę dyżurnego policjanta z patrolem:
"Włamanie do sklepu, przyślijcie posiłki". A dyżurny na to,
że posiłków nie będzie, bo wszystkie wozy są przy squacie.
A kiedy naziole wybijali szyby kamieniami i dzwoniło się na policję,
to policja przyjeżdżała dopiero po wszystkim i dobijali się do drzwi.
WERSJA
OFICJALNA I OKOLICZNA
Maria Kubajewska, rzeczniczka prasowa komendanta wojewódzkiego policji,
mówi, że nie było wielu interwencji, a to, co było, nawet trudno nazwać
interwencją. W sierpniu policja miała nakaz, bo drogą operacyjną ustalono,
że w starej fabryczce mogą być przedmioty z włamań. Nikt nie wpuszczał,
a w środku był jakiś ruch. I wtedy natychmiast pojawili się dziennikarze.
Pani rzecznik mówi, jakby miała za złe, że wzywają prasę. Owszem, zabezpieczono
kilka przedmiotów, niektóre jeszcze są w komisariacie, bo nikt się nie
zgłosił. A co do tej cebuli - oni przez cały czas o tym mówią. Pani
rzecznik zdaje się być troszeczkę urażona. W protokole o tym nie było.
Natomiast jeśli chodzi o niebezpieczne przedmioty skonfiskowane podczas
ostatniej - powiedzmy - wizyty, to w sprawie niektórych musi się wypowiedzieć
rzeczoznawca.
Absolutnie nieprawdą jest - twierdzi pani rzecznik - że przyczyną pierwszej,
powiedzmy, wizyty był obóz w Krynkach. Policja zainteresowała się squatem
po telefonach i informacjach od mieszkańców.
Według pani rzecznik mieszkańcy Białegostoku - co wynika z badań ankietowych
- najbardziej boją się agresywnych grup młodzieży.
Prawda. Porozmawiałem z mieszkańcami okolicznych bloków. Ci, którzy
mieszkali dalej, nie wiedzieli nic.
- Płot? Jaki płot? - pytał zdezorientowany straganiarz na stadionie.
- Po prostu nie wiem, co tam się dzieje - przyznała dziewczyna, studentka
socjologii mieszkająca nieopodal. - Kiedyś widziałam, jak ktoś zwijał
felgi z samochodu, ale nie wiem, czy to oni. Widziałam, jak skini wybijali
szyby. Człowiek jest bezsilny, a policji nie ma.
- Z kijami biegają. Nie wiadomo kto. Szczególnie po meczach - mówi starszy
mężczyzna, emeryt. - Nawet na policję zgłaszałem.
A żona starszego pana, emerytka, dodaje:
- W naszym bloku śpią bezdomni i narkomani, to ganiają ich jacyś młodzi,
na pewno ci ze starej fabryki.
Oboje orientują się, że subkultury młodzieżowe różnią się od siebie
zasadniczo. Ale nie rozróżniają skwaterów od skinów. A policja na wezwanie
i tak przyjeżdża po fakcie. Mimo że na stadionie zawsze jest jej dużo
podczas meczów, kiedy bywa niebezpiecznie.
I jeszcze jedno: zarówno w sierpniu, jak i w paˇdzierniku wraz z policją
był właściciel (albo dzierżawca - pani rzecznik nie jest pewna, ale
tego nikt nie jest pewien).
- Policja działa sama - powiedział mi właściciel (albo dzierżawca).
- I za pierwszym, i za drugim razem wyłamali drzwi bez mojej obecności.
Pani rzecznik zapisała sobie "komisarza Borka". Może sprawdzi,
kto zacz.
KIBUC
Z ZASADAMI
Dla porównania pojechałem na Zachód, do Poznania. Sielanka. Squat mieści
się w starych warsztatach. Dzielnicowy czasem tam zagląda i pyta, co
słychać. Kiedyś kilka osób dostało mandaty za brak meldunku - po kilkanaście
złotych. Skwaterzy śmieją się, że jedyna oznaka obecności służb to barakowóz,
który ustawiono na wprost wejścia na czas wizyty papieża.
Obecne pokolenie skwaterów (bo sam squat istnieje od siedmiu lat, ale
rotacja tu jest dość duża) pamięta próbę podpalenia przez skinów. A
wiele lat temu weszło tu siedmiu nacjonalistów. Jedną dziewczynę ugodzili
nożem. Wkrótce ich zatrzymano. Jeden, który miał swastykę wytatuowaną
na twarzy, dostał wyrok. Reszcie się upiekło. Podobno dzięki bogatym
rodzicom.
Mają tu swoją siedzibę i biblioteczkę anarchiści (dzieła Lenina, ale
i Kisch, i piewca komuny paryskiej Lissagary, i Michalina Wisłocka,
i "Adam" - pismo dla gejów, i komiksy z Różową Panterą - bo
to biblioteka wolnościowa, dla każdego coś miłego). W bibliotece wypożycza
się książki za pokwitowaniem - karteczką z podstawowymi danymi: imię,
nazwisko, pochodzenie społeczne. Jest tu jeszcze ciemnia fotograficzna,
magazyny gospodarcze, pomieszczenia na koncerty, wystawy i filmy oraz
klub anarchistów.
Siedzimy w klubie. Zimno jak w psiarni, a ze ścian patrzą na nas wymalowani
na poszewkach od kołder święci anarchizmu. Pierre Proudhon głosi, że
własność to kradzież. Obok Bakunin z czarnym sztandarem i granatem ręcznym.
Dalej książę Kropotkin z brodą jak święty Józef albo Marks. Ataman Machno
tnie szablą burżuja w cylindrze, a potem bolszewika. Na koniec bolszewicy
go zabijają (umarł, co prawda, na płuca w Paryżu, ale tak lepiej wygląda).
Wreszcie Abramowski w anarchistycznej aureoli krzyczy "precz z
państwem! ".
A wszystko wysprzątane do białości, ani drobiny kurzu, choć meble -
każdy z innej parafii.
- A to pan widzi - woła Poeta, punk z powołania, i wskazuje na stojące
równo butelki po piwie. Oburzony jest tym, że wypominam anarchistom
porządek.
Cóż, jesteśmy w Poznańskiem. Anarchia anarchią, a porządek musi być.
I jest. Wszystkie ważniejsze decyzje podejmuje się kolektywnie. Jak
kto chce zamieszkać, to go najpierw obserwują. Jeśli nie angażuje się
w działalność i mówi, że tylko dla pieniędzy, bo tu taniej, to go nie
przyjmą. Jak kto barłoży, wódkę pije, a nie daj Boże marychę pali -
wyrzucają. Jednego wyrzucili, bo się swoim psem nie opiekował jak należy.
W Gliwicach - mówił o tym Furman - wyrzucono człowieka, bo zapalił skręta
na balkonie. W Białymstoku też abstynencja i wegetarianizm kwitną. Pozbywają
się ludzi, którzy próbują ze squatu zrobić melinę.
- Gdyby wtedy wpadła policja - mówi Furman - miałaby punkt zaczepienia.
To także dla bezpieczeństwa.
- Prawda, na imprezach się nie upilnuje - żali się Poeta. - Kiedyś był
w Dwójce reportaż z takiej imprezy. Każdy piwko trzymał. I potem telewidz
myśli, że to melina.
- To nie jest kibuc "Bohaterska Skiba" - uczestniczący w rozmowie
anarchista denerwuje się na moje stwierdzenie, że niezły reżim tu sobie
urządzili. - Po prostu są pewne zasady.
- A punk to człowiek z zasadami - dodaje Poeta. I mówi jeszcze, że nie
było wypadku, żeby kogoś wyrzucili za bałaganiarstwo.
DZIWNI
LUDZIE
- No nie - zżyma się Furman. - Znów mnie będą o dzieciństwo pytać!
Na początku było zwyczajnie. Najpierw zawodówka, potem kolejne podejścia
do techników i liceów. Wreszcie, choć dobrze się uczył, stwierdził,
że najlepszą szkołą jest życie. Z domu się wyprowadził, bo zrobiło się
mu ciasno. Ma 25 lat.
- Przynajmniej nie można mnie nazwać szarym Kowalskim, który zapÉ osiem
godzin, wraca do domu, łapie gazetę, włącza telewizor i psioczy na los.
Jestem zadowolony z każdej sekundy mojego życia - dodaje. - Mam nadzieję,
że starczy mi energii, żeby robić to, co robię.
- Nigdy nie czułem się odmieńcem - mówi Poeta z Poznania. Przyjechał
tu z małego miasteczka dziewięć lat temu, żeby studiować kulturoznawstwo.
Na trzecim roku przerwał studia, bo zachorował. Wrócił do domu, potem
pracował w lesie jako pomocnik drwala. W Poznaniu na jakiejś imprezie
poznał dziewczynę.
- Zajebiście: drwal poznał studentkę i narodził się wielki romans -
kpi z mojego zainteresowania. Przeprowadził się do Poznania. Podejmował
różne prace. Był reporterem, akwizytorem, brukarzem. Teraz dorabia sobie
jako dyskdżokej. Nie lubi owijania w bawełnę i pisze wiersze punkowe:
"É Obnażam się przed wszystkimi/Wbijajcie mi noże! /Nic mnie nie
złamie! /Nic mnie nie skruszy! É"
Karolina, studentka architektury, mieszka ze swoim chłopakiem Bigosem
(pseudo zmienione), bezrobotnym. Wcześniej pracował w teatrze jako pracownik
techniczny.
- Ale poszedłem w cug i mnie zwolnili - mówi.
Karolina marzy o ASP i mówi, że jako babcia o lasce na squacie nie będzie
mieszkać. Odejdzie, jak będzie miała kasę.
- Jak ja widzę swoją przyszłość? Czarno! - mówi Bigos. - Moje marzenie
to własne mieszkanie i godna praca, żeby utrzymać dom i dziecko.
Natalia z Białegostoku chodzi do liceum plastycznego. Mieszka z mamą,
nauczycielką polskiego. Mówi o niej z uwielbieniem:
- Mama popierała konspirę, a przedtem uczestniczyła w strajku studenckim
za pierwszej "Solidarności". Od niej dowiedziała się, co to
była Pomarańczowa Alternatywa. Wraz z koleżankami ze szkoły zakłada
w squacie alternatywną pracownię artystyczną. Dlaczego?
- Bo nie podoba mi się to, co większości się podoba!
HIMILSBACH NA SQUACIE
Mafia był brukarzem. W białostockim squacie mieszka dopiero od sierpnia.
Skończyła mu się praca, własna firma mu się rozpadła.
- Podatki ją zjadły - mówi. - I zamówień brakło.
Wtedy koledzy zaprosili go na squat. Bardzo mu się tu spodobało, bo
uwielbia muzykę - od popu po poważną. Kocha sztukę, ostatnio uczy się
grać na congo (drewnianym bębnie). Z tym jest mały kłopot, bo Mafia
nie słyszy na jedno ucho. Grał epizodzik w filmie amatorskim "Czerwona
rewolucja". Wracał właśnie z kościoła, gdy na ulicy dopadł go kolega,
reżyser, i zaproponował rolę. Kocha teatr, nie gra sam, ale pomaga ustawiać
dekoracje. Kocha Himilsbacha i Maklakiewicza, bo szczerze grają samych
siebie. Chce zostać na squacie, nawet jak znajdzie sobie dobrze płatną
pracę, bo kocha ludzi, a oni mu się odwzajemniają.
ANGIELSKIE
SŁOWO SQUAT oznacza bezprawne osiedlanie się na niczyich, prywatnych
lub publicznych gruntach. Skwaterzy to osadnicy, którzy - zwłaszcza
w XIX wieku w Stanach Zjednoczonych i Australii - osiedlali się bez
tytułu prawnego i walczyli o uznanie przez państwo praw do zajętej ziemi.
Współcześnie squat rozwija się najbujniej w Holandii i w Niemczech,
gdzie rządząca obecnie socjaldemokracja uznała prawo skwaterów do zajmowania
pustostanów za symboliczny czynsz.
SQUAT
W GLIWICACH, mieszczący się w opuszczonym, odremontowanym przez skwaterów
biurowcu po rzeˇni, będzie musiał poszukać niedługo nowego lokum, bo
przez jego teren ma przebiegać linia średnicowa. Ideowo zaangażowane
squaty znajdują się również we Wrocławiu, w Andrychowie na Podbeskidziu
i pod Warszawą.W Gdańsku też jest budynek zasiedlony na dziko. Nie ma
go ponoć na planach miasta, bo dawno został przeznaczony do rozbiórki.
Dzicy lokatorzy płacą za gaz i wodę. R.J.
W
POLSCE squat zaczął się w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych.
Najstarsze squaty mają już ponad osiem lat. W Warszawie skwaterom jest
najtrudniej. Zbyt wiele tu drogich gruntów. Pierwszy warszawski squat
na ul. Smyczkowej został zlikwidowany, gdy o budynek upomniał się Uniwersytet
Warszawski. Póˇniejsze próby w innych miejscach kończyły się szybką
eksmisją. W stolicy istnieje co prawda jeden squat, ale ideowi skwaterzy
odżegnują się od niego, bo zrobiła się z niego piwna melina. Nie pozwolono
mi do niego wejść, ale widziałem skutki takiego squatowania na ulicy.
Poznański squat jest jednym z najlepiej urządzonych (m.in. spłukiwane
toalety) i najstarszych. Jest też jednym z nielicznych, w którym mieszkają
pary.
Radosław Januszewski
RZECZPOSPOLITA
28.12.2001 r. ( Nr52)