ROZBRAT

historia
skłot

kolektyw

biblioteka
galeria

INICJATYWY
ACK
Antywojenna
Obiadki filmowe
FC Rozbrat
Jedzenie Zamiast Bomb

Oficyna "Trojka"

Pracownicza
Region

Rowerowa
Samba
SIS "Ulica"
ARCHIWUM

kalendarium
relacje imprezy
foto.rozbrat
.org
przegląd prasy
publicystyka
ulotki
wydawnictwa

HURTOWNIA
KONTAKT
LINKI











katalog i informacje







główna
zapowiedzi
english











Nalot na magistrat

W spokojne i ciche wnętrza poznańskiego Urzędu Miasta wdarł się przed południem ryk silników, a urzędnicy z konsternacją przyglądali się krążącym po korytarzach i zacisznych zazwyczaj gabinetach myśliwcom F-16. To poznańscy anarchiści i pacyfiści wspierani przez aktorów z Nowego Jorku urządzili pokaz lotniczy.

Inspiracją do występu grupy akrobatycznej "Fuckenbirds" był oczywiście wtorkowy pokaz amerykańskich pilotów z grupy "Thunderbirds" prezentujących swoje umiejętności na samolotach F-16. Poznaniacy postanowili nie być gorsi. - Obiecujemy, że będzie bardzo głośno i niebezpiecznie. Chcemy poprzeszkadzać radnym, wyrwać urzędników ze spokojnej drzemki, a prezydentowi przysporzyć dreszczyku emocji – mówili. "Pilotów" z Federacji Anarchistycznej i Poznańskiej Koalicji Antywojennej wsparli aktorzy The Living Theatre, którzy przyjechali do Poznania z okazji festiwalu teatralnego "Malta".

- Pokażemy, że można zorganizować pokaz lotniczy dużo mniejszym nakładem sił i powodując dużo mniej zamieszania, niż we wtorek – mówił przed rozpoczęciem akrobacji Jarosław Urbański z Federacji Anarchistycznej.

Na komendę "start!" kilka maszyn wleciało w przestrzeń powietrzną magistratu. Potężny ryk silników lekko zaniepokoił urzędników, którzy z niepokojem przyglądali się figurom akrobatycznym na korytarzach urzędu. Niektórzy z nich zaczęli rozglądać się w poszukiwaniu pomocy funkcjonariuszy Straży Miejskiej, ci jednak nie interweniowali. Zdziwienia nie mogli ukryć pracownicy, do których gabinetu wlatywał nagle F-16, wykonywał beczkę lub pętle, rozrzucał ulotki i znikał równie szybko, jak się pojawił.

Dzisiejszy pokaz zakończył się wielką lotniczą katastrofą w holu budynku przy Placu Kolegiackim. A cała impreza miała być ostrzeżeniem dla władz miasta i protestem przeciwko lokalizacji bazy wojskowej w Krzesinach, w której stacjonują polskie myśliwce F-16.

Po pokazie przedstawiciel grupy akrobacyjnej zgłosił się do urzędników z rachunkiem za organizację pokazu. Nie chciał zdradzić dziennikarzom, na jaką sumę opiewa rachunek. – To tajemnica handlowa, mogę zdradzić jedynie, że chodzi o dolary – mówił. Jak udało nam się ustalić, urzędnicy odmówili zapłaty honorarium…

fot. M. Owsianny
Piątek, 29.06.2007
Maciek Morze


Myśliwce precz z Poznania!

F -16 cud techniki leciał tydzień z Ameryki - skandowali w Krzesinach przeciwnicy obecności w Poznaniu wielozadaniowych samolotów kupionych przez Polskę od Amerykanów. W momencie, gdy przed bazą trwał protest, kilkanaście tysięcy osób uczestniczyło w lotniczym pikniku. Fani F-16 byli zawiedzeni, bo samolot musieli podziwiać zza krat.

Cztery nowoczesne samoloty wojskowe F-16 zostały przyjęte do służby w czwartek, ale obecność lotniska wojskowego w Poznaniu od dawna wywołuje kontrowersje. Przeciwko istnieniu bazy wojskowej od ponad roku protestują mieszkańcy osiedla Marlewo. Do protestu przyłączyli się poznańscy anarchiści, stowarzyszenia: Lepszy Świat, Poznańska Koalicja Antywojenna i Zieloni 2004. Przeciwnicy obecności hałaśliwych myśliwców postanowili dzisiaj wyjść ze swoimi postulatami na ulicę.

Grupa około 200 osób wyposażona w transparenty, flagi, bębny i gwizdki przeszła ulicami Głuszyny i Krzesin. Pochód zatrzymał się kilkadziesiąt metrów od bramy 31. Bazy Lotniczej. Demonstranci wznosili głośne okrzyki i domagali się likwidacji bazy wojskowej.

Ich zdaniem, decyzja o utworzeniu, w granicach administracyjnych Poznania, miejsca stacjonowania samolotów została podjęta niesłusznie, bez konsultacji z mieszkańcami. - Ta baza jest ogromnym zagrożenem ekologicznym dla mieszkańców Marlewa - twierdzi Katarzyna Jankowska z Federacji Anarchistycznej. – Przeszkadza nam to, że przez obecność bazy miasto przestanie się rozwijać. Nie możemy swobodnie dysponować swoimi nieruchomościami i rozbudowywać swoich domów – dodaje Grzegorz Małecki ze stowarzyszenia Ekologiczne Marlewo.

Mieszkańcy domów położonych w okolicach bazy twierdzą także, że grozi im większa zachorowalność na choroby nowotworowe, skażenie środowiska zrzutami paliwa, niebezpieczeństwo katastrofy lotniczej, a przede wszystkim wzrost poziomu hałasu. W ciągu dwóch lat do bazy mają trafić 32 myśliwce, z tego osiem już w tym roku. Zdaniem członków stowarzyszenia, nie tylko mieszkańcy Marlewa odczują fatalne skutki stacjonowania F-16 w Krzesinach.

Gdy demonstracja zmierzała do końca, część uczestników protestu ruszyła bezpośrednio w stronę bazy. Żandarmeria Wojskowa w obawie przed wtargnięciem demonstrantów na teren lotniska w pośpiechu zamknęła bramę wjazdową. Przez kilkanaście minut nikt nie mógł do bazy wejść i ani jej opuścić.

Bartek Nowak
11.11.2006


Wojsko kłamie?

Jeśli nie zabije nas hałas lub spadający samolot, to będziemy powoli umierać na raka - mówią mieszkańcy osiedla Marlewo położonego przy lotnisku w Krzesinach. Członkowie Stowarzyszenia Ekologiczne Marlewo nie chcą bazy samolotów F-16 i oskarżają wojsko o ukrywanie faktów i oszustwo.

Pani Lechosława Kukorowska mieszka na Marlewie od 1957 r. Jej dom stoi 420 m od pasa startowego, na którym dzisiaj wylądowały dwa pierwsze polskie myśliwce F-16. Jutro wylądują dwa kolejne. Pojawienie się tych maszyn w Krzesinach oznacza dla okolicznych mieszkańców same kłopoty problemy. – Nie chcemy tego lotniska – mówi ze łzami w oczach Kukorowska. – Będziemy narażeni nie tylko na okropny hałas, ale też na substancje rakotwórcze.

Co powoduje protesty mieszkańców? Twierdzą, że grozi im większa zachorowalność na choroby nowotworowe, skażenie środowiska zrzutami paliwa, będzie możliwość katastrofy lotniczej, a przede wszystkim wzrośnie poziom hałasu. – Podchodzący do lądowania myśliwiec F-16 emituje hałas aż 101 decybeli – przekonuje Anna Kolbuszewska.

- Osiedle powstało w latach trzydziestych, a lotnisko wojskowe zbudowano 20 lat później – tłumaczy Kolbuszewska. - W planie zagospodarowania przestrzennego z 1994 r. przewidziane było przekształcenie lotniska wojskowego w Poznaniu-Krzesinach na lotnisko cywilne ze strefą intensywnego rozwoju gospodarczego. Ostatnie zezwolenia na budowę pochodzą z 2001 r. i zawierają gwarancję braku uciążliwości akustycznej lotniska!

W ciągu 2 lat do bazy mają trafić 32 myśliwce, z tego 8 już w tym roku. Zdaniem członków atowarzyszenia, nie tylko mieszkańcy Marlewa odczują fatalne skutki stacjonowania F-16 w Krzesinach. – Hałas dokuczać będzie wszystkim poznaniakom – przekonują.

Ekologiczne Marlewo zarzuca wojsku i władzom ukrywanie informacji o niekorzystnym wpływie bazy na komfort życia poznaniaków. – Skalę zagrożeń ukrywanych przez wojsko najlepiej obrazuje fakt, że docelowo planuje się 5600 lotów rocznie, a więc od 20 do 60 dziennie. Jeśli nie zabije nas hałas lub spadający samolot, to będziemy powoli umierać na raka – przekonuje Kolbuszewska.

Do protestu przyłączyły się inne organizacje, m.in. Stowarzyszenie Lepszy Świat, Zieloni 2004 i Poznańska Koalicja Antywojenna. – To kolejny przykład skandalicznej arogancji władzy – mówi Karina Gąsiorowska z PKA. – Zamiast dożywiać dzieci w przedszkolach lub dofinansować przewozy regionalne, wydaje się miliardy złotych na przestarzałe i niepotrzebne samoloty.

- Sądzę, że protesty w tej sytuacji są nieuzasadnione – mówi Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Obrony Narodowej. – Nie ma żadnych powodów, aby przypuszczać, że funkcjonowanie bazy będzie sprawiać kłopoty mieszkańcom. Paszkowski przekonuje, że wojsko robi wszystko, aby zminimalizować, a nawet zlikwidować wszelkie niedogodności. – Chodzi m.in. o specjalne procedury startów i podchodzenia do lądowania – tłumaczy.

Na 11 listopada zaplanowany jest protest przeciwników bazy lotniczej. O godz. 13 zbiorą się przed główną bramą lotniska. – Dla wojska 11 listopada to święto, dla mieszkańców Poznania to początek gehenny – mówią.

Maciek Morze
08.11.2006


Kilkuset związkowców protestowało w Poznaniu

"Dość represji za działalność związkową", "Gdzie jest prawo i sprawiedliwość" - skandowali dzisiaj przedstawiciele organizacji pracowniczych w obronie Dariusza Skrzypczaka, szefa zakładowej "Solidarności" w poznańskiej "Goplanie" zwolnionego z pracy za wypowiedź dla prasy.

Kilkusetosobowa grupa związkowców z całej Polski zebrała się pod fabryką "Goplany" tuż przed godziną czternastą. Przy akompaniamencie gwizdków, syren strażackich i bębnów, członkowie organizacji pracowniczych i partii politycznych domagali się m.in. przywrócenia do pracy zwolnionego związkowca i znowelizowania kodeksu pracy.

- O przywrócenie Darka będziemy walczyć tak długo, dopóki to nie nastąpi - mówił z przekonaniem Jarosław Urbański z Inicjatywy Pracowniczej. W demonstrancji uczestniczyli związkowcy z "Sierpnia 80", członkowie Nowej Lewicy, Polskiej Partii Pracy i działacze Frakcji Anarchistycznej.

- Polski ruch związkowy jest tłamszony i pracodawcy mają nad nami przewagę. O nasze prawa musimy walczyć ponad politycznymi podziałami - tłumaczył Piotr Ikonowicz, założyciel Nowej Lewicy. Do Poznania przyjechali również górnicy z KWK "Marcel" i "Budryk". Związkowcy przeszli spod Goplany pod Urząd Wojewódzki. Tam chcieli spotkać się z Tadeuszem Dziubą, wojewodą wielkopolskim.

- Przyszliśmy tutaj ponieważ wojewoda jest reprezentantem rządu, a w zakładach państwowych dochodzi często do łamania naszych praw. Dość urzędniczej bezczynności - skandowali protestujący. Związkowcy przygotowali petycję, którą chcieli złożyć na ręce szefa administracji rządowej w Wielkopolsce.

- Pan wojewoda jest w tej chwili nieobecny. Jak tylko wróci, to na pewno mu ją przekażę - tłumaczył Krzysztof Szmajs, rzecznik prasowy Tadeusza Dziuby.
- My tutaj jeszcze wrócimy - mówili z niezadowoleniem działacze związkowi.

Dariusz Skrzypczak został dyscyplinarnie zwolniony pod koniec zeszłego roku za wypowiedzi dla "Gazety Wyborczej", które - zdaniem władz przedsiębiorstwa - w nieprawdziwy sposób przedstawiały działania pracodawcy podjęte w celu wprowadzenia jednolitego systemu płac i ujawniały objęte tajemnicą informacje dotyczące wynagrodzeń. Dzisiaj sprawą Skrzypczaka zajmował się poznański sąd. Po przesłuachaniu świadka, termin kolejnej rozprawy wyznaczono na 6 kwietnia. Wcześniej Państwowa Inspekcja Pracy orzekła, że związkowiec został zwolniony niezgodnie z prawem.

Bartek Nowak
Poniedziałek, 03.04.2006


Przeszła Manifa

Pod hasłami "Równość płac, wolność wyboru", "Równy głos, równe płace", "Solidarne przeciw dyskryminacji", "Otwartej debaty, godnej wypłaty" ulicami Poznania przeszła dziś popołudniu Manifa zorganizowana przez Inicjatywę 8 Marca.

- Każda manifestacja ma na celu zwrócenie uwagi na problemy, o których nie mówi się na co dzień - powiedziała nam Marta Jermaczek, jedna z organizatorek przemarszu. - W przypadku tegorocznej Manify chcieliśmy zwrócić uwagę w szczególny sposób na prawa ekonomiczne kobiet.

Licząca kilkaset osób (zarówno kobiet, jak i mężczyzn) Manifa wyruszyła spod pomnika Sterego Marycha i w rytmie bębnów przeszła ulicą Podgórną, aleją Marcinkowskiego i ulicą Paderewskiego dotarła na Stary Rynek. Tam uczestnicy manifestacji oraz przechodnie w ciszy przyglądali się krótkiemu spektaklowi. Spętane grubym sznurem kobiety posłusznie wykonują polecenia siedzącego z gazetą mężczyzny - piorą, sprzątają, niańczą dzieci. Gdy jedna z nich upada, pozostałe buntują się i przy aplauzie zebranych wyzwalają się z więzów i zostawiają mężczyznę samego. Ten z bukietem kwiatów wstaje i podchodzi do obserwujących pantomimę kobiet oferując kwiatka za ich wolność. Żadna z nich nie przyjmuje oferty.

"Nie chcę kwiatka, chcę równości!", "Wszystkie chcemy zatrudnienia, becikowe nic nie zmienia!" - wykrzykiwały zgromadzone na Starym Rynku kobiety. Przemawiające na wiecu pod ratuszem uczestniczki Manify skarżyły się na nagminne łamanie praw pracowniczych w stosunku do sfeminizowanych zawodów. Protestowały również przeciwko dyskryminacji i wykluczeniu lesbijek i kobiet biseksualnych z życia publicznego. W rozdawanej wśród zebranych ulotce upominały się o prawo do aborcji, edukacji seksualnej i refundacji środków antykoncepcyjnych.

Manifa przeszła przez centrum miasta nie niepokojona przez nikogo. Kilku działaczy Młodzieży Wszechpolskiej z dystansu obserwowało przemarsz.

Maciek Morze
Środa, 08.03.2006


Manifa 2006

Równość płac, wolność wyboru! - pod takim hasłem odbędzie się tegoroczna Manifa, czyli Manifestacja z okazji Dnia Kobiet.

Manifa, której organizatorem jest Inicjatywa 8 marca, rozpocznie się 8 marca o godz. 17 przemarszem spod pomnika Starego Marycha ulicami: Podgórną, al. Marcinkowskiego, Paderewskiego na Stary Rynek. Na godz. 18 przewidywany jest wiec pod Pręgierzem, podczas którego będzie rozdawane jedzenie w ramach akcji "Jedzenie Zamiast Bomb".
Tegoroczna Manifa zakończy się na skłocie Rozbrat.

Dziś podczas konferencji prasowej organizatorki mówiły o przesłaniu tegorocznego wiecu.

- Równość płac, wolność wyboru - hasło to ma zwrócić uwagę społeczeństwa na problemy ekonomiczne jakie dotykają kobiety oraz na problem np. restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej i dyskryminacji w Polsce kobiet nieheteroseksualnych - powiedziała Katarzyna Gajewska. - Chciałybyśmy także wrócić do korzeni Dnia Kobiet, który często jest traktowany z przymrużeniem oka, jako okazja do wręczenia kobiecie symbolicznego kwiatka. Tymczasem to święto sięga swoimi tradycjami poczatków XX wieku, kiedy to kobiety wyszły na ulice, aby protestować przeciwko złym warunkom pracy.

W tegorocznej Manifie uczestniczyć będą także pielęgniarki z wielkopolskiego Związku Pielęgniarek i Położnych.
- Od wielu lat walczymy o godne warunki pracy, o godne płace dla pielęgniarek. Ja osobiście uczestniczyłam w wielu demonstracjach i strajkach, podczas których moje koleżanki były bite, zatrzymywane przez policję. I z przykrością stwierdzam, że każdy kolejny rząd nas lekceważy - powiedziała Julia Ignatowicz, członek zarządu Związku. - Moja koleżanka po 19 latach pracy zarabia 900 zł na rękę. To jest żenujące, to jest nie do przyjęcia i przeciwko takiemu traktowaniu chcemy protestować.

Na zakończenie organizatorki Manify stwierdziły, że nie spodziewają się np. kontrdemonstracji Młodzieży Wszechpolskiej.
- Manifę będzie ochraniać policja, ale nie spodziewamy się żadnych zakłóceń, ani aktów przemocy. Mamy nadzieję, że panowie z Młodzieży Wszechpolskiej okażą się dżentelmenami - stwierdziła Katarzyna Gajewska.

Organizatorki chcą, aby Manifa była wydarzeniem politycznym, ale bezpartyjnym
fot. B. Wutke

wk
Piątek, 03.03.2006


Echa pikiety Kaukazu

Za zakłócanie porządku publicznego odpowiadał wczoraj przed poznańskim Sądem Grodzkim Łukasz Bukowski, uczestnik pikiety zorganizowanej w sierpniu 2004 przez Komitet Wolny Kaukaz. Rozprawę przełożono, ponieważ nie pojawił się jeden ze świadków.

Komitet Wolny Kaukaz zorganizował swój protest na lotnisku "Ławica" w związku z przyjazdem drużyny piłkarskiej Terek Grozny na mecz rewanżowy Pucharu UEFA z Lechem Poznań.

- Byliśmy tam, ponieważ chcieliśmy zaprotestować przeciwko wojnie z Czeczenii - powiedział Marek Piekarski z Federacji Anarchistycznej. Piłkarzom Tereka miał towarzyszyć namaszczony przez Rosję prezydent Czeczenii Siergiej Abramow. Jak się później okazało, zamiast prezydenta w Poznaniu pojawił się konsul Federacji Rosyjskiej.

Uczestnicy pikiety zostali spisani przez Policję. Jak poinformował nas Piotr Gerke, wiceprezes Sądu Rejonowego w Poznaniu, kolejna rozprawa odbędzie się za dwa tygodnie.

Bartek Nowak
Środa, 08.02.2006


NIE dla G8

O organizacji przyszłorocznego Antyszczytu G8 w Niemczech rozmawiali wczoraj w Poznaniu członkowie organizacji anarchistycznych z Polski i Niemiec.

Rozbrat to grupa osób należących do organizacji anarchistycznych. Jak sami o sobie mówią, są bezpartyjni. Przeciwstawiają się jednak wszelkim formom uzależnienia człowieka od innych.

- Antyszczyt organizujemy po to, aby przekonać innych, że świat nie jest na sprzedaż - powiedziała Agnieszka Mróz z Federacji Anarchistycznej.

Na spotkaniu anarchistów pojawili się zaproszeni goście z Niemiec. Polacy i Niemcy mieli wzajemnie podzielić się własnymi doświadczeniami z innych tego typu imprez zorganizowanych w Pradze, Warszawie czy Genui.

Spotkanie Rozbratu to także okazja do dyskusji na temat aktualnej sytuacji w Niemczech, dotyczącej szczytu G8 oraz stanu przygotowań do planowanych protestów.

Każda tego typu akcja protestacyjna, przyciąga wielu ludzi ze środowisk anarchistycznych.

- Przykładowo w protestach w Warszawie udział wzięło ponad 5 tysięcy ludzi, a w Szkocji było ich ok. pół miliona. - powiedziała jedna z organizatorek spotkania.

Organizatorzy Antyszczytu chcą zaprosić do współpracy także przedstawicieli związków zawodowych. Jedną z form protestu, może być na przykład blokada dróg i autostrad.

- Tak między innymi bywało w latach poprzednich - przyznaje organizatorka spotkania - Chcielibyśmy także zaprosić do współpracy na przykład grupę Samby, po to, aby nasz protest przybrał nieco charakteru happeningu.

szczepan
Niedziela, 05.02.2006


Rządy skinów?

Opublikowanie na stronie internetowej nacjonalistycznej organizacji "Krew i Honor" listy proskrypcyjnej zawierającej nazwiska osób popierających m.in. poznański Marsz Równości wywołało wiele emocji. W latach 90-tych w Poznaniu członkowie organizacji skrajnie prawicowych dopuszczali się wielu ataków na osoby o odmiennych przekonaniach. Czy to oznacza, że tak jak dziesięć lat temu, na ulicach Poznania znowu pojawią się skini?

Najbardziej dramatyczny epizod związany z działalnością skinów wydarzył się o świcie 10 lutego 1996 roku na poznańskim Rozbracie. Grupa siedmiu osiłków uzbrojona w kije beasbolowe wtargnęła do skłotu. Kilku mieszkańców Rozbratu zostało ugodzonych nożem. W listopadzie 1997 roku zakończyła się sprawa przeciwko napastnikom. Sześciu z nich skazano na karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat. Siódmy sprawca napadu został skazany na trzy lata więzienia. Jak się później okazało część napastników była związana z Radykalną Akcją Anty-Komunistyczną, założoną w grudniu 1995 roku przez uczniów kilku poznańskich ogólniaków. W 1997 roku dwudziestu skinów pobiło dwóch małoletnich punkowców. "Łysi patrioci" próbowali również na placu Cyryla Ratajskiego skatować czarnoskórego studenta UAM.
- To jest bardzo przykre, ale na szczęście poznańskie ugrupowania skrajnie prawicowe zostały zmiecione z powierzchni Ziemi - wyjaśnia Marek Piekarski z Federacji Anarchistycznej.

Wydarzenia z lat 90-tych w Poznaniu, podobnie jak treści zamieszczone na witrynie internetowej organizacji "Krew i Honor" są przesycone nienawiścią. Marek Laube psycholog kliniczny i zdrowia z Polskiego Towarzystwa Psychologicznego uważa, że u podłoża takich zachowań może leżeć kilka czynników.
- Osoby propagujące ideologię radykalną mogą w ten sposób rekompensować swoje przykre doświadczenia z dzieciństwa i przenosić je na otoczenie. Poprzez manifestowanie agresji się dowartościowują. Warto pamiętać też o tym, że osoby które mają silną homofobię, często maskują w ten sposób np. swoje skłonności homoseksualne. To oczywiście nie usprawiedliwia ich zachowania.

Zdaniem Andrzeja Borowiaka, rzecznika prasowego Komendy Miejskiej Policji w Poznaniu, autorzy internetowej publikacji nie mogą czuć się anonimowi.
- W Internecie nikt nie może działać bezkarnie. Dysponujemy odpowiednimi środkami dzięki którym można ująć sprawców. Jeśli jakaś osoba znajdująca się na liście czuje się zagrożona powinna zgłosić się na policję.

Z danych zgromadzonych przez organizacje zajmujące się monitorowaniem działań ugrupowań nacjonalistycznych wynika, że obecnie trudno jest ocenić stopień działalności w Poznaniu grupy "Krew i Honor" ale do końca jej obecności nie można wykluczyć.

Bartek Nowak
Sobota, 04.02.2006


Rowerem dwa razy szybciej?

Czternaście lat temu czterdziestu ośmiu przypadkowych mieszkańców San Francisco odbyło wspólną przejażdżkę rowerową po mieście. Od tego czasu w ponad 230 miastach na całym świecie organizowane są happeningi cyklistów. W Polsce przejazdy rowerzystów odbywają się od 1998 roku. Dzisiaj sympatycy ekologicznych jednośladów pojawią się również na ulicach Poznania.

Rowerzyści są dyskryminowani przez użytkowników czterech kółek, w szczególności w miastach gdzie nie ma ścieżek rowerowych - twierdzą członkowie poznańskiej Federacji Anarchistycznej, propagatorzy "Masy Krytycznej". Ich zdaniem, akcja powinna uświadomić kierowcom, że rowerzyści są również obecni na drogach. Ponadto członkowie federacji chcą w ten sposób promować rowery jako przyjazne środowisku środki transportu.

W Poznaniu amatorzy jednośladów mają do dyspozycji 54 kilometry dróg rowerowych.
- To stanowczo za mało. Ścieżek rowerowych powinno być więcej. Ponadto, w naszym mieście jest wiele utrudnień dla cyklistów i nie ma zbyt wiele parkingów z prawdziwego zdarzenia. O naszych potrzebach systematycznie informujemy władze miasta. Niestety nie wszystkie nasze postulaty są uwzględniane - wyjaśnił nam Ryszard Rakower, prezes poznańskiej Sekcji Rowerzystów Miejskich.

Rowerowa "Masa Krytyczna" wyruszy na wycieczkę po mieście dzisiaj o 18.20 spod poznańskiego Ratusza. Jak zapewniają organizatorzy, cykliści pojawią się na Rynku pomimo zimowej aury.

- Masa wyruszy bez względu na temperaturę. Liczymy na to, że chętnych nie zabraknie - zapowiedział Marek Piekarski z Federacji Anarchistycznej. Wyprawie będzie przyglądał się nasz fotoreporter.

Bartek Nowak
Piątek, 27.01.2006


Anarchiści przeciw represjom

Dość więzienia za poglądy! - to jedno z wielu haseł jakie członkowie poznańskiej Federacji Anarchistycznej skandowali dziś przy rondzie Kaponiera. Uczestnicy pikiety protestowali przeciwko "fali represji państwa wobec aktywistów społecznych i łamaniu prawa do wolności słowa i zgromadzeń".

W oświadczeniu, jakie dla poznaniaków przygotowali anarchiści przeczytać można m.in. iż państwo polskie ogranicza swoim obywatelom swobodę demonstracji poprzez zastosowanie procedur formalno-prawnych. Jako przykład wymieniony jest zakaz demonstracji Komitetu Wolny Kaukaz, prostestującego przeciwko wojnie w Czeczeni, jedenastokrotnie wydany przez prezydenta miasta Poznania.

- Tak naprawdę to dwie sprawy zmusiły nas do zorganizowania dzisiaj tej pikiety - powiedział Jarosław Urbański z Federacji Anarchistycznej - Po pierwsze, we wrześniu tego roku w Warszawie, skazano na grzywnę z zamianą na trzymiesięczny areszt, Andrzeja Smosarskiego, uczestnika demonstracji zorganizowanej przez Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych, w 2000 roku. Jeszcze większym skandalem według nas jest osadzenie w areszcie w Krakowie Marka Kurzyńca, który w styczniu tego roku protestował przeciwko wizycie Władimira Putina w Krakowie. Obaj są według nas więźniami politycznymi, ponieważ zostali ukarani za udział w demonstracjach pokojowych, ale jednocześnie mających charakter polityczny.

Anarchiści podkreślali równocześnie, że ich intencją nie jest przekonywanie przechodniów o tym, że Polska jest państwem gdzie prawa jednostki są deptane w sposób szczególnie brutalny.

- Oczywiście na świecie istnieją państwa w których prawa szargane są w sposób niewspółmiernie poważniejszy niż u nas. Nie zmienia to jednak faktu, że w Polsce, niestety nazbyt często, zdarzają się sytuacje w których prawo do swobody wypowiedzi i do zgromadzeń nie jest respektowane - zakończył Jarosław Urbański.

wk
Wtorek, 08.11.2005


Praca w Polsce to niewolnictwo

Jak ludzie wchodzą do pracy tak po ludzku, czyli wspólną bramą, to jest o połowę łatwiej. Podchodzisz do ludzi i po prostu dajesz m ulotki. Część bierze, inni odwracają się w drugą stronę, przestraszeni. Ale jest zupełnie inaczej, kiedy pracowników przywożą ze wsi oddalonych o pięćdziesiąt kilometrów. To jest kanał, trzeba wstać na piątą i złapać ich na PKS, jak ich przeprowadzają z jednego autobusu, do drugiego. I wtedy wrzuca się im ulotki do plecaków, mówi kilka zdań do ucha, daje numer telefonu. I czeka. Może ktoś się odezwie.

- To był rok 2002. W Polsce wtedy protesty pracowników to była nowość. Wszyscy, łącznie z mediami, dziwnie na nie patrzyli, z serii: "O co tym ludziom chodzi". Na początku działaliśmy jako akcja anarchistyczna, teraz jesteśmy już regularnym, oficjalnie zarejestrowanym związkiem zawodowym - mówi Jarek Urbański. Od tego czasu poznański Ogólnopolski Związek Zawodowy "Inicjatywa Pracownicza" zorganizował kilkaset akcji.

- Ludzie są tak zniewoleni, że boją się nawet pomyśleć o swoich prawach. A przecież podstawowym prawem pracownika jest to do zakładania związków. Wszędzie, gdzie jest pracownik i pracodawca, może zawiązać się jakiś zalążek organizacji - Metysowi opadają ręcę. Opowiada, o ludziach, którzy przychodzą do Organizacji.
- Oni są już zazwyczaj w tragicznej sytuacji, kiedy jest już prawie za późno, żeby coś zdziałać - mówi Metys. To są pracownicy Cegielskiego, nagle zwolnieni w jednym, wielkim rzucie. To są takie osoby, jak młodziutka witrażystka.

- Dziesięć lat przepracowała w pracowni u jednego gościa. Pięć lat oficjalnie jako witrażysta, potem w papierach figurowała jako sprzedawczyni, choć robiła dokładnie to samo, co wcześniej. W końcu koleś przestał jej płacić, a po trzech miesiącach wychrzanił z pracy. Wiesz, co to dla niej znaczyło? Tragedię, bo ona musiała mieć świadectwo dziesięciu lat pracy jako witrażysta, żeby móc sobie swoją pracownię otworzyć. Już pal licho te pieniądze, ale tu najbardziej o te papiery chodziło - wspomina Metys.
Inicjatywa Pracodawcza wykonała tylko jeden telefon. Zadzwonili do pracodawcy i zapytali, dlaczego tak zrobił. On nie dość, że dał jej od razu całą zaległą wypłatę, to jeszcze wypisał lepsze, niż powinien, świadectwo.

Inicjatywa Pracodawcza powstała jako alternatywa dla związków zawodowych.
- Jak się porówna liczbę ludzi, którzy należeli do Solidarności przed kilkunastu laty z tymi, których skupia teraz, to właściwie można by machnąć ręką. Problem w tym, że nie ma właściwie alternatywy dla tych nieruchawych, nierzadko potwornie zbiurokratyzowanych związków. Tam ludzie mają sekretarki, biura i często przez całe lata nie rozmawiali z pracownikami. Szczególnie wśród górników taka sytuacja to norma - mówi Jarek Urbański.

Oni sami wychodzą do człowieka. Pomagają w różny sposób. Raz jest to po prostu zrzuta na jedzenie i ciepłą herbatę dla protestujących. Innym razem są ich rzecznikami, albo też załatwiają pomoc prawną. Cel jest jeden:
- Walka z panoszącym się wszędzie i roszczącym sobie prawa do narzucania własnych praw korporacji - jasno wykłada Metys. Właśnie dlatego próbują się dostać do pracowników różnymi drogami. Są zakłady - jak Cegielski, gdzie mają i to niemało, swoich ludzi. Ale są też zakłady-monolity, które trzeba rozbijać małymi uderzeniami, samemu wydrapywać sobie szczelinę, przez którą można dostać się do środka. Taką szczeliną może być pracownik, któremu było źle, warunki się polepszyły, a teraz ktoś znów chce mu je zniszczyć. Jarek Urbański podkreśla:

- Wcale nie jest tak, że coraz gorsze warunki w niewolniczej pracy zwiększają prawdopodobieństwo, że ludzie się zbuntują, że coś w nich pęknie. Właściwie dopiero chwilowe polepszenie bytu może w nich rozbudzić jakąś świadomość.

Z takim człowiekiem, który sam się zgłosi, można już coś robić, zawalczyć w jego imieniu. Czyli albo wydzwaniać do pracodawcy, pytać dlaczego zwolnił, dlaczego nie dał urlopu, jak to jest, że nie płaci za nadgodziny. Można też zorganizować protest, happening. Tak, jak półtora tygodnia temu pod poznańskim Kaulfandem przy Serbskiej. Albo tak, jak pod Tesco w całej Polsce. Zaczęło się przecież w Irlandii, od poznaniaka, który nie chciał nosić zbyt ciężkich pakunków i godzić się na gorsze traktowanie tylko z tego tytułu, że jest Polakiem. Ten poznaniak to był trochę "swój człowiek", działał w Inicjatywie Pracowniczej, więc miał tą świadomość. Rzadko jest tak różowo.

- Niesamowite są hipermarkety. Ci ludzie są tak potwornie zastraszeni przez firmę, że nie sposób do nich dotrzeć. Wtedy taktyka jest taka: wchodzimy grupą do sklepu, rozdajemy ulotki, próbujemy pogadać z pracownikami, coś im uświadomić. Oni boją się nawet nas słuchać - mówi Metys - Byliśmy w obu Tesco w Poznaniu. Sytuacja zawsze taka sama. Trochę ulotek rozdaliśmy, a potem ochrona wywaliła nas ze sklepu.

Ci, którzy już do Inicjatywy się zgłoszą, działają często nieoficjalnie w swoim zakładzie. Wcale nie muszą zakładać związków. Inicjatywa może ich nauczyć bardzo praktycznych rzeczy.

- Jest się od kogo uczyć. Takie kraje, jak Szwecja, gdzie demokracja ma tradycję, a związki zawodowe współtworzyły państwo socjalne, to jest inny świat. Tam silny związek to jest po prostu oczywistość. Choć mają problemy często takie, jak my tu - opowiada Jarek Urbański.

Czasem ten związek z pracownikiem ogranicza się do sygnału wysłanego ze strony Inicjatywy Pracowniczej: "Jesteśmy, gdybyście nas potrzebowali, dajcie znać, możecie na nas liczyć". Jarek Urbański załamuje ręce.

- W Polsce praca to jest właściwie niewolnictwo. Trzeba spojrzeć choćby na dziennikarzy. Przecież to są ludzie po studiach, świadomi jak nikt inny, a jak z nimi rozmawiam, to się chwytam za głowę, że się godzą na taki wyzysk. Więc jeśli oni się godzą, to jak ja mam powiedzieć człowiekowi po zawodówce: "weź i się buntuj!"? Urbański wspomina o japońskiej firmie Bridgestone, która do Poznania pracowników zwozi z terenów oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów, dotkniętych bezrobociem strukturalnym.
- Oni podjeżdżają po nich autobusami, na PKS przeładowują ich w inne autobusy, które ich wwiozą do zakładu pracy i wywiozą z niego.

Albo na przykład taki VW, w Poznaniu największy pracodawca. Dwa tysiące ludzi zatrudniają dwie agencje pracy tymczasowej. Ci ludzie w jednej agencji są zatrudnieni przez rok, potem przechodzą do drugiej, żeby po następnym roku znów wrócić do tej pierwszej. W ten sposób pracują po dziesięć lat bez stałego zatrudnienia. Inicjatywa Pracownicza dorzuciła swoje trzy grosze do walki z VW. W końcu system zatrudniania w agencjach oczywiście pozostał, ale zamiast zmieniać agencję co trzy miesiące, pracownik zmienia je co rok. Co w dalszym ciągu jest skandaliczne.

- Oni skopali ten protest. Ja uważam, że przegrali - mów Metys o pracownikach Wyborowej. Uważa, że zrobili jeden wielki błąd - nie zorganizowali strajku okupacyjnego. A mogli, wtedy, kiedy jeszcze byli wpuszczani na teren zakładu.

- W Polsce są firm, w których prawa pracownicze są łamane setki, tysiące razy, gdzie Państwowa Inspekcja Pracy zawsze znajdzie jakieś nieprawidłowości, ale te firmy płacą kary i kompletnie nic się nie zmienia - mówi Urbański. Dlatego on zawsze i wszędzie poprze protest pracowników. Nawet, jeśli dzieje się to, co się stało podczas manifestacji górników w sierpniu tego roku.

- Chodzi o to, żeby przestraszyć elity. Ale zauważyłem, że można je przestraszyć dopiero w kompletnie skrajnych sytuacjach. Tak, jak to było na przykład w Ożarowie, gdzie ciężarówki codziennie rozjeżdżały legalną manifestację. Byłem tam i wiem, że bardzo niewiele brakowało, żeby ktoś tam zginął. Dopiero wtedy rząd Hausera się przestraszył.

Agnieszka Gulczyńska
Sobota, 08.10.2005


Mateczka Anarchia

Już za trzy dni wybory, w których Polacy zadecydują kto będzie przez pięć najbliższych lat piastował najwyższy urząd w państwie. Jest to więc najlepszy moment na zorganizowanie… pikiety antywyborczej. Z takiego założenia wyszła poznańska Federacja Anarchistyczna, która pod hasłem "Precz z kaczą zarazą", nawoływała poznaniaków do bojkotu nadchodzących wyborów.

Punktualnie o godz. 15 pod pomnikiem Starego Marycha, pojawili się anarchiści, którzy natychmiast rozwinęli transparent i zaczęli rozdawać wśród przechodniów przygotowaną specjalnie na tę okazję gazetkę uliczną.

- Nie ma różnic między Kaczyńskim i Tuskiem. Politycy ci najwięcej energii poświęcają na budowę swojego wizerunku, identyfikacji, dzięki której wyborca byłby w stanie odróżnić jednego od drugiego. Zbliżające się wybory to fasada, gra pozorów - usłyszeli przechodzący obok pikietujących poznaniacy.

Co zatem proponują anarchiści zamiast udziału w wyborach?

- Proponujemy żeby społeczeństwo przestało wierzyć, że wrzucając głos do urny wyborczej raz na cztery, czy pięć lat podejmuje jakąś decyzję. Proponujemy, aby ludzie zaczęli się samoorganizować na poziomie ulicy, dzielnicy, w zakładach pracy, na uczelniach. Uważamy, że politycy wybierani w taki sposób jak obecnie, nie są kompetentni, choć według nas problemem jest system, a nie sam kandydat na polityka. Jest to system, który powoduje, że do parlamentu dostają się politycy, którzy mieli większe niż inni nakłady na kampanię wyborczą, czy też lepsze kontakty ekonomiczne - powiedziała Agnieszka Mróz z Federacji.

Wśród osób, które zainteresowały się manifestacją byli Piotrek i Tomek. Chętnie zaopatrzyli się w gazetkę, ale już z treściami w niej zawartymi raczej się nie zgodzili.

- Ja traktuję to jako pewnego rodzaju folklor polityczny. Osobiście mi to nie przeszkadza, ale i nie bardzo przekonuje. Na pewno w ten sposób nie uda im się mnie przekonać do tego, aby nie iść głosować w niedzielę - mówi z uśmiechem Piotr.

- Ja też mam zamiar głosować. Jednak uważam, że każdy ma prawo do głoszenia swoich poglądów i każdy punkt widzenia jest cenny. Należy więc zapoznać się i z takimi hasłami, jak te prezentowane dzisiaj - dodaje Łukasz.

W pewnym momencie do pikietujących i agitujących anarchistów, podeszła starsza pani. Z uwagą przeczytała transparent.

- Nawołujecie żeby nie głosować ani na Tuska ani na Kaczyńskiego, a więc na kogo?

- Na matkę Anarchię - odpowiedzieli z uśmiechem organizatorzy bojkotu.

wk
Czwartek, 06.10.2005


Nie urna, kurna!

Bojkot wyborów? Dlaczego nie - mówią anarchiści. Nie straszna im nawet cisza wyborcza. Nie kolportują wielkiej liczby ulotek i broszur, ale nie stronią od murów i podumierającego szablonu.

Sancho, czyli Marek Piekarski z poznańskiego skłotu Rozbrat podkreśla, że oprócz tego, że to tani komentarz, to również jedyna droga przekazu:

- Co innego robić, jeśli politycy przez cztery lata są w chmurach i tylko na czas wyborów schodzą na ziemię. Jeśli polityk nie chce rozmawiać, to działania takie jak, dopisanie własnego komentarza do billboardu są jedyną formą podjęcia dialogu - uważa Sancho.

W tył zwrot!
Na stronie internetowej: bojkot-wyborow.org można przeczytać także, że "wybory to fasada osłaniająca fakt, że i po tych wyborach nie możemy spodziewać się żadnych zasadniczych zmian" oraz, że "dryfujemy ku autorytarnemu systemowi, a zasadnicza zmiana musiałaby oznaczać zwrot w wielu kwestiach o 180 stopni..."

Ruchliwi
Zwrot ten - zdaniem anarchistów - może dokonać się wyłącznie pod wpływem ruchu społecznego, który "zażąda głęboko demokratycznych przemian" i uczyni słyszalnym głos najbardziej poszkodowanych i najbiedniejszych grup społecznych.
Poznański socjolog Jarosław Urbański, na stronie internetowej bojkotującej wybory pisze, że tylko taki ruch zdoła powstrzymać skrajną prawicę. To właśnie ona jest przeciwnikiem anarchistów, którzy chcieliby tworzyć prawa, a nie biernie być im podporządkowywani. Prawicowcy spod sztandaru Młodzieży Wszechpolskiej, czy Ligi Polskich Rodzin najczęściej stoją po przeciwnej stronie barykad, marszów i happeningów.

Do boju Polsko!
Alternatywy szukają wśród własnego ruchu. Nie dają im jej obecne ugrupowania polityczne. Jarosław Urbański pisze, że "głosując na liberałów spod znaku PO, SLD, SDPL i ich licznych wyborczych przybudówek, nie zdołamy powstrzymać rosnącej siły prawicy." Oddanie w wyborach głosów właśnie na te partie - zdaniem Urbańskiego - pod pretekstem walki ze skrajną prawicą legitymizować będziemy obecny, "skorumpowany i skompromitowany system sprawowania władzy, który nie liczy się z najbiedniejszymi."

Co z zielonymi?
- Zieloni wywodzą się ze środowisk obywatelskich, ale idą na skróty. Nie budują oddolnego społeczeństwa. Między ludźmi nie ma więzi; Zieloni nie inicjują tego - uważa Marek Piekarski z poznańskiego Rozbratu, skupiającego środowiska alternatywne. - Idą do wyborów z partią, która wysłała wojska do Iraku. To nie są moi reprezentanci! - dodaje.

Sami sobie
"Sam bojkot niczego nie załatwia" grzmi na stronie antywyborczej Janusz Waluszko z gdańskiego Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego. - Jeśli nie zajmiesz się polityką, polityka zajmie się Tobą! - grzmi Waluszko, który chciałby ruchu ludzi patrzących "władzy i biznesowi" na ręce, a jeśli będzie ich dość wielu - samodzielnie organizować życie, "aż po powszechne uwłaszczenie, by móc pracować i żyć na swoim".

Własna partia?
- Nie potrzebujemy partii politycznych, by jak Zieloni, zaprotestować symbolicznie przeciwko dyskryminacji. Nie wierzymy w żadne partie polityczne. Wierzymy za to w ugrupowania społeczne. One nie roszczą sobie praw do rządzenia - twierdzi Sancho z Rozbratu.

Kto jest bez winy...
Dlaczego nie może istnieć ktoś, kto byłby dobry - pytają autorzy strony bojkot-wyborów.org i jednocześnie odpowiadają - to wynika z natury władzy!
Winnym jest nie tylko każdy kandydat, ale - przede wszystkim - wyborca! Oskar ze szczecińskiej Federacji Anarchistycznej uważa, że: "każdy obywatel to idiota. Chociaż wie, że politycy nie zadbają o jego interesy, o interes miasta i wspólnoty, postępuje według narzuconych reguł i głosuje. Jako uzasadnienie podaje, że dzięki temu będzie mógł marudzić i narzekać..."
Marek Piekarski uważa też - podobnie jak Andrzej Gwiazda na 25-leciu Solidarności:
- "Ludzie zawierzyli autorytetom", a autorytety są gówno warte! Przez szesnaście lat żaden z wielu publicznych mędrców nie uczynił nic, co zmieniłoby tę sytuację.

Z (po)datków
Internetowa strona bojkotujących zawiera sporo innych treści. Na przykład artykuł "Prezydent? Nie dziękuję, poradzę sobie sam" zaczyna się od słów: "Prezydent nie pierze nam skarpetek, nie sprząta nam mieszkania, nie świadczy nam żadnych konkretnych usług, a mimo temu musimy - my podatnicy - płacić za jego pracę. Jego wybór i istnienie ma dać nam złudzenie posiadania arbitra i dozorcy nad rządem i parlamentem, by władzom nie ubździło się w głowach i nie wymyśliły żadnych antyspołecznych praw i decyzji."

Romek Kłosowski
Czwartek, 22.09.2005