![]() |
||||
|
W sobotę na Rozbracie rozpoczyna się cykl spotkań "Odzyskać miasto" Skąd wziąć pieniądze na drogi rowerowe i dlaczego jest ich w mieście tak mało? - na Rozbracie odpowiedzi m.in. na te pytania poszukają uczestnicy spotkania o transporcie rowerowym Spotkanie "Rower Power" rozpocznie się o godz. 19 w sobotę na poznańskim Rozbracie (ul. Pułaskiego 21a). Wykład i analizę m.in. aktualnej sytuacji cyklistów w Poznaniu przedstawi Sekcja Rowerzystów Miejskich. Stowarzyszenie to od lat walczy o poprawę i budowę infrastruktury rowerowej w mieście. Po prezentacji przewidziano dyskusję. - Poznań interesuje nas od dawna, świadczą o tym wydane przez Rozbrat dwie książki "Moje miasto" i "Demokracja uczestnicząca" - mówi Marek Piekarski z Rozbratu. - Chcemy, żeby nasze miasto było dla nas, a nie tylko dla biznesmenów i polityków. Dlatego organizujemy cykl spotkań - dodaje. Pierwsze spotkania będą poświęcone transportowi rowerowemu i kolejowemu, bo - jak mówi Piekarski - "brakuje na niego pomysłu i kompleksowych rozwiązań". - W sobotę przyjadą do nas ludzie z Gdańska z Obywatelskiej Ligi Społecznej, którzy kilka lat temu wyciągnęli z Banku Światowego na drogi rowerowe w Trójmieście ok. miliona dolarów - informuje Piekarski. - Będziemy też rozmawiać o legalizacji rowerowej masy krytycznej i założeniu stowarzyszenia, które będzie się tym zajmowało - dodaje. Kolejne spotkania będą poświęcone m.in. budżetowi miasta i zagospodarowaniu przestrzennemu. Część oficjalną zakończy pokaz akrobacji rowerowych i koncert. 24-02-2005 Rozmowa z Maciejem "Metysem" Hojakiem Dachy Półwiejskiej, wbetonowane w podłogę krzesła, głowy aniołów. Miejscy włóczędzy dobierają się Poznaniowi do skóry. Wyznaczają sobie kierunek i idą w Poznań: w trzech, czterech, czasem w piątkę. Szukają wrażeń, niecodziennych widoków, nastrojów i miejsc. To gzyms ich zachwyci, to właz od kanału, a od szlaków turystycznych trzymają się raczej z daleka. Buszują po klatkach schodowych, czasem powłóczą się po dachach. Niekiedy kończą wędrówkę na samym początku, czasem idą całe kilometry i odkrywają miasto na swój sposób - zaglądają pod jego skórę. Mówią o sobie lofry (od poznańskiego lofrować - lenić się, włóczyć; lofer - człowiek który lofruje), a o swoich marszach - loferka. To kolejna nazwa miejskiej włóczęgi. Już Charles Baudelaire w XIX w. opiewał "flâneura"- miejskiego włóczęgę, a Miron Białoszewski jeˇdził bez celu chłonąć klimat miasta i podsłuchiwać ludzi. Społeczno-artystyczny ruch sytuacjonistów od lat 60. uprawiał miejskie "dryfowanie": podążanie ulicami, przez bramy i mury, w kierunku miejsc uznanych za ciekawe, bezplanową włóczęgę w poszukiwaniu interesującej przestrzeni. Poznańskich lofrów spotkać można czasem na skłocie Rozbrat. Jednym z nich jest Paweł "Metys" Hojak - 32-letni "partyzant miejski", niedoszły zecer, obecnie pracownik społeczny, animator niezależnej kultury. Jest współautorem napisanej z loframi z całego kraju książki o polskich miastach - "Moje Miasto", a wydanej dwa lata temu w Gdańsku. Opowiada nam dzisiaj o historii poznańskiego "dryfowania" i o innym, prawie nieznanym poznaniakom obliczu miasta... Jakub Głaz: Długo już tak dryfuje się po mieście? Maciej "Metys" Hojak: - Zacząłem jako młody szczyl. Miałem 15, 16 lat, interesowałem się trochę historią i chciałem mieć swój świat. Chodziłem wtedy do szkoły poligraficznej na Wildzie, skąd uciekało się czasem z kumplami na blauki, kupowało wino i szło... na dachy ul. Półwiejskiej. Wędrówkę zaczynaliśmy od nieistniejących już domów, które ustąpiły miejsca Staremu Browarowi. Całą Półwiejską się tak schodziło dachami. Zupełnie inna perspektywa... Oglądaliśmy z góry i ludzi, i te rozmaite przemiany, bo to był akurat przełom lat 80. i 90. Poznawało się też wtedy miasto przy okazji rozmaitych zadym. Przed demonstracjami trzeba było wiedzieć, gdzie są siły ZOMO, tajniacy. Podzieliliśmy Poznań na rewiry i zbieraliśmy o nich informacje. Przy Szkolnej była zaś maleńka herbaciarnia - nasz punkt kontaktowy. Tam same stare babcie przychodziły. Tutaj babcie, a tu jeden koleś młody zbiera od nas meldunki z miasta. Co to była za konspira! (śmiech). I tak nauczyłem się miasta. Dobrze było wiedzieć, jak się po nim poruszać, by zostać niezauważonym, zwiać w porę. Ćwiczyłem się, by przejść przez centrum podwórzami i bramami tak, by Starego Rynku nie tknąć nogą. Ale to nie była jeszcze loferka. - To kiedy się zaczęła? - Skończyły się zadymy, a miasto zaczęło wciągać. Wcześnie znudziły mi się knajpy, więc szukało się wrażeń po różnych dziwnych miejscach. Zresztą, nie od razu. Snuliśmy w środowisku [anarchistycznym, alternatywnym - przyp. red.] jakieś marzenia o arkadiach, utopie się wymyślało przyjemne, marzyło o sielskich wioskach i domkach, że niby tam się trzeba przenieść. Ale się okazało, że z nas mieszczuchy, że jesteśmy tu przypisani. Bez tego zresztą nie byłoby loferki. Bez wpisania w miejsce, otoczenie. Bo to nie kolekcjonowanie turystycznych doznań, tylko oswajanie miejsca, poznawanie go. Dobrze jest znać jego historię, dzieje. Nie wszystko zresztą pamięta się od razu, do miejsc trzeba wracać. Odkrywam czasem jakieś podwórze, a potem myślę: "przecież ja to już widziałem". A wszystko wydaje się inne: klimat, światło... Zresztą, coraz mniej tych podwórzy. Miasto zarasta. Nieraz miałem spotkanie z bramą tam, gdzie kiedyś było przejście. Podwórza zamyka się teraz wieczorami, więcej w nich sklepów, knajp. Nie chce mi się już tam zaglądać, gdy obok w sklepie kobiety szukają skarpet dla męża... - Ale to też jest klimat miasta... - No, fakt. Bez ludzi loferki by nie było. Mija się ich, podgląda trochę, gada z "autochtonami" w bramach, czasem ktoś wpuści na klatkę schodową, by można spojrzeć sobie na ciekawsze detale. Niekiedy opowiadamy sobie też historie o mijanych właśnie przechodniach. "Wymyślamy" człowieka: kim jest, co robi. Specjalistami od tego są jednak inne lofry: bracia Wytrychowie z Kielc. Stworzyli mnóstwo na pół prawdziwych na pół zmyślonych opowieści o ludziach ze swojego miasta. - Czy jakieś miejsce w Poznaniu jest w stanie zaskoczyć starego lofra? - Pewnie! I to w samym centrum! Między ulicami Święty Marcin, 27 Grudnia i Ratajczaka. Zdawało mi się, że nie powinno być tam nic ciekawego. To w końcu środek wszystkiego: sklepy, ciągle coś się zmienia, ruch. A tu: wchodzimy w podwórze, za nim w drugie i... zupełnie inny świat. Żadnych sklepów, spokój, nic! I stara fabryczka wśród kamienic, drabinki metalowe na dach prowadzą. Wchodzimy na górę i widok jak kolaż, posklejany z zupełnie różnych części. Ciemne sylwetki ludzi na dachu, a za nimi "Alfa" w świetle - ten obleśny Manhattan socjalistyczny, dalej jakieś dachy, ściany stare. Doskonałe to wszystko na zdjęcie. Tak się jednak składa, że mało robię fotek... - Bo potem okazuje się, że to nie to? Nie oddają chwili, klimatu? - Nie. To nie tak. Choć czasem tak jest. Po prostu: rzadko zabieram aparat. A jeśli już, to mam pecha. Zacząłem robić zdjęcia detalom, ciekawym szczegółom, maszkaronom ze starych kamienic, fantazyjnym drzwiom, klamkom. Chciałem z tym wszystkim książeczki powydawać małe, a tu większość zdjęć zginęła w popsutym komputerze. Muszę zacząć od nowa, bo warto takie rzeczy udokumentować. Rzeˇby z klatek schodowych znikają, czasem ktoś poręcz ze schodów wymontuje starą, kafelki secesyjne wyrwie. Dawna stolarka okienna też zanika. Szkoda tego. - Czasem się za to coś wygrzebie z ziemi... - Fakt. Tam gdzie teraz jest Rozbrat dawno temu był zakład sztukatorski i w ziemi jest mnóstwo odpadów: kawałki gzymsów, ozdób gipsowych. Wygrzebaliśmy tego trochę, trafiła się nawet głowa anioła. Chciałem poszukać, czy na jakiejś kamienicy jest podobny egzemplarz, chcieliśmy zrobić jakąś dekorację na ścianie z tych znalezisk. Na razie zdobią kwietnik przy Rozbracie. - Dość już o przedmiotach. Gdzie się zachował dawny klimat Poznania? - Na Zawadach jest niesamowicie. To odmienny świat: małe senne miasteczko. Tam nawet mieszkają inni ludzie... Śródka też ma klimat; może nie zniszczą go tak szybko, choć różnie bywa. Wilda jest też nietknięta prawie. Łazarz częściowo: im dalej od rynku, tym bardziej po staremu. - A cały Poznań? Jakie to miasto? - Przyjezdnym lofrom na ogół przypada do gustu. Chwalą, że taki niejednorodny, że się miasto przestrzennie nie rozlazło. Secesja im się podoba, klimat. Ja też go bardzo lubię, ale jestem stronniczy (śmiech). Dryfowałem w wielu miastach, ale tylko tu czuję się pewnie. Miastem trzeba nasiąknąć, stale sprawdzać, co się w nim dzieje, w pewnym sensie - zaopiekować się nim. Na wyjazdach to niemożliwe. - Brakuje czegoś temu cudnemu Poznaniowi? - Szkoda, że nie zachowała się ani jedna brama pruskich fortyfikacji. Byłby jakiś ślad po tamtym okresie. Brak też czasem ładnych dachów, wieżyczek. Poutrącało je w czasie wojny, spłaszczyło. Do dziś nikt tego nie odbudował do końca. Przydałby się też porządny deptak. Nie handlowy, a spacerowy - przyzwoita publiczna przestrzeń. Mógłby taki powstać od pl. Wolności po most Teatralny. - Chodzicie po starych miejscach. A na nowe apartamentowe osiedla się nie zapuszczacie? Nie chcecie porównać klimatów? - Nie... Jeszcze nie. Ale nimi też się zajmiemy. - Przed loferką jest więc świetlana przyszłość? - Jasne. To jest rozwojowe. Myślę, że niedługo więcej ludzi zainteresuje się miastem nieco głębiej. Że poziom witryn sklepowych i knajp przestanie im wystarczać. Ostatnio odkryliśmy stary bar robotniczy vis-a-vis "Ceglorza". Fascynujący! Wbetonowane w podłogę stoły i krzesła! Dla takich rzeczy warto dryfować po mieście. Rozmawiał Jakub Głaz, Gazeta Wyborcza (Wielkopolska) 18.11.2004 r. Poznański
skłot Rozbrat obchodzi właśnie swe 10. urodziny. Na zorganizowanym
z tej okazji festiwalu nie mogło zabraknąć też anarchistycznego
wcielenia Melpomeny. Skłotersi zaprosili aż sześć zespołów, co sprawiło,
że Dzień Teatru stał się także teatralną nocą Występowały zarówno zespoły młode, jak i te ze sporym już bagażem doświadczeń. Całość zaczęła się filmem. Historia Teatru Ósmego Dnia była doskonałym prologiem do reszty teatralnych akcji. Pokazywała,
jak 40-letni dziś już zespół zaczynał swoją działalność. Jak prowadził
(nie zawsze jedynie artystyczną) walkę z historią, czasem i ustrojem
kształtując tym samym dzieje polskiej alternatywy. W oryginalnej
formie życzenia Rozbratowi złożyła też Komuna Otwock. Męska część
zespołu wspinała się na 10-metrową konstrukcję, niczym na wielki,
urodzinowy tort rozświetlony jarzeniówkami. Kobiety tymczasem w
charakterystyczny dla Komuny sposób recytowały życzenia, podsumowując
zarazem dotychczasową działalność skłotu. Natomiast
"E-utopia" krakowskiej grupy Pif Paf zaczęła się od awarii.
Na terenie Rozbratu siadł prąd, a kiedy wreszcie problemy techniczne
zostały przezwyciężone, zespół oświadczył, że ich projekt sam z
siebie okazał się utopijny i wobec tego nie może być zaprezentowany.
W zamian krakowiacy pokazali jednak wideo-art stworzony w ciągu
kilku dni obecności w Poznaniu. Dokonano uroczystego odsłonięcia
różowych drzwi, a projekcja dowodziła kolejno: że utopia jest w
kolorze różowym, mieści się na Rozbracie, ale i stopniowo przecieka
stąd na świat zewnętrzny. Dowodem były liczne zdjęcia okolic, gdzie
niektóre płyty chodnikowe, znaki drogowe czy uliczne pasy rzeczywiście
mieniły się odcieniami różu. Proste to, a zarazem nadzwyczaj dowcipne
i w pewien sposób poetyckie. Kiedy późną nocą wracałem ul. Pułaskiego do domu, co chwila napotykałem na ślady tej skłoterskiej utopii. Różowe elementy otoczenia stały się dla mnie metaforą działalności 10-letniego jubilata, który coraz bardziej się aktywizuje i gdzie królują nie tacy chyba straszni "anarchiści terroryści". Marcin
Maćkiewicz - Ciężko określić, czym właściwie jest teatr anarchistyczny, bo anarchizm to pojęcie bardzo szerokie - mówi Marek Piekarski, skłoters, jeden z organizatorów festiwalu "10 dni na 10 lat". Poznański skłot Rozbrat obchodzi właśnie dziesięciolecie swego istnienia. W ramach trwającego z tej okazji festiwalu "10 dni na 10 lat" skłotersi przygotowali szereg imprez uświetniających tę okrągłą rocznicę: filmy, prelekcje, wykłady, wystawy, koncerty... W czwartek - Dzień Teatru. O godz. 16 na skłocie Rozbrat (ul. Pułaskiego 21a) odbędzie się projekcja filmu "Teatr Ósmego Dnia". - Artystów tego teatru traktujemy jak starszych braci. Od czterdziestu lat popularyzują w Poznaniu treści anarchistyczne, choć sami pewnie anarchistami by się nie nazwali - mówi Marek Piekarski. Aktorów
z "Ósemek" zobaczymy we czwartek na Skłocie również na żywo. - Teatr anarchistyczny nie tylko łamie konwencje. On kontestuje rzeczywistość - mówi Piekarski. - O, właśnie dostałem piłką w głowę - dodaje. Rozmawiamy w środę, a skłotersi obchodzą właśnie... Dzień Sportu. Marta
Kaźmierska POZNAŃ OD PODSZEWKI "Rany Boskie!" krzyknąłby zwykły turysta, patrząc na widoki, które zafundował w sobotę swym podopiecznym "miejski partyzant Metys" ze skłotu Rozbrat. Zamiast odpicowanych zabytków pokazał bowiem Poznań od zupełnie innej strony. Kolekcjonerzy miejsc, chwil ulotnych, widoków, a nawet zapachów opanowali w sobotę niektóre poznańskie terytoria, uprawiając w ten sposób "miejską loferkę"... - ... czyli swobodne, miejskie dryfowanie, poznawanie miasta od zupełnie innej strony: bram, starych podwórzy, schodów lub dachów - tłumaczy Maciej "Metys" Hojak, przewodnik włóczęgi, która była częścią jubileuszu 10-lecia poznańskiego skłotu Rozbrat: azylu dla wszelkiej maści kontestatorów zastanej rzeczywistości. Sobotnia loferka zaczęła się zresztą od małego konfliktu z tą ostatnią. Świeżo pomalowany żółty słupek zostawił bowiem ślad na dłoni "Metysa", który tak naznaczony poprowadził nietypową wycieczkę. Ponad 30 osób, którzy na rocznicę Rozbratu zjechali z Polski i zza granicy podążyło za żółtorękim przewodnikiem. - Taki tłum to wyjątek. Loferkę najlepiej robić w kilka osób - tłumaczył "Metys" w marszu, który rozpoczął się na poznańskiej Śródce. Miejscy włóczędzy podążyli z niej na Stare Miasto, bocznymi uliczkami, poprzez nadwarciańskie chaszcze, most kolejowy, chwaliszewskie rudery i zasypane koryto Warty. Co jakiś czas "Metys" przystawał i opowiadał o mijanych miejscach, budynkach i poznańskiej historii. Łowcy miejskich klimatów dorzucali swoje trzy grosze, porównywali poznańskie zakamarki z innymi miastami i uzupełniali je własnymi doznaniami. - Ach, ten zapach kolejowych podkładów! - przed przeprawą przez most kolejowy zachwycał się jeden z "lofrów". Zwracano uwagę nie tylko na wonie. Furorę zrobiła nazwa agencji ochroniarskiej "Pleban", strzegącej kościoła przy ul. Mostowej. Przy tabliczce z napisem niektórzy robili sobie pamiątkowe zdjęcia. Inni sprawdzali miejską infrastrukturę, tłocząc wodę przykatedralną pompą. - Święta woda! - rzucił ktoś. - Arcybiskupia! - dodał inny głos, co zwiększyło ilość chętnych do ablucji. Chwilę potem w katedrze, Janusz "Jany" Waluszko z Gdańska, anarchistyczny weteran, opowiadał chętnym o nagrobnych rzeˇbach. Ze znawstwem zachwycał się póˇnośredniowiecznymi dziełami, potem dziwił wielkopolskim fobiom. - Co oni mieli przeciw tym lwom? - zastanawiał się, widząc kamiennych możnych, którzy u stóp swych tłamszą króla zwierząt. Rajd
przez nieoficjalny, ukryty Poznań zakończył się w miejscu bardzo nobliwym:
tuż obok magistratu przy pl. Kolegiackim. Niektórzy zastanawiali się
po cichu, czy nie zaanektować go na kolejny skłot. Zrezygnowali jednak
z pomysłu i - w mniejszych już grupkach - ruszyli dalej w miasto. "Gazeta Wielkopolska" 22 sierpnia 2004 r. Sypiała
tu Dorota Maslowska, autorka głośnej "Wojny polsko-ruskiej...",
gdy przyjeżdżała do Poznania. Swoje nowe prace pokazywał tu Zbigniew
Libera - niezwykle popularny ostatnio artysta. I nie chodzi tu o żaden
modny hotel w centrum Poznania, ale o... świętujący właśnie swoje
10-lecie poznański skłot Rozbrat. "Anarchistyczna wyspa w środku
miasta" - mówią jedni, "niezależne miejsce spotkań w jednym
z najbardziej komercyjnych miast w Polsce" - dodają sami jego
mieszkańcy, czyli jakieś 15-20 osób plus psy, koty, rybki, króliki...
Wszystko zaczęło się jesienią 1994 r. - wówczas to poznańskie środowiska
wolnościowe zaskłotowały budynek po opuszczonej hurtowni przy ul.
Pułaskiego (między salonem Peugeotaa Krukiem), który z czasem przyjął
nazwę "Rozbrat". Dlaczego Rozbrat? -
Bo chodzi o rozbrat z otaczającym komercyjnym kapitalistycznych...
światem - wyjaśniali na łamach "Gazety". - Pierwotną ideą
"Rozbratu" było wspólne mieszkanie grupki ludzi o podobnych
poglądach na życie, chęć tworzenia swoistej komuny, wspólnoty stanowiącej
alternatywę dla świata opartego na wyścigu szczurów - dodają na swojej
stronie Internetowęj. Bo anarchiści z Rozbratu mają swoją stronę www,
mają też konto bankowe, stowarzyszenie Ulica, które reprezentuje skłot
na zewnątrz, legalny prąd, telefon i własną ubezpieczalnię - Anarchistyczny
Czarny Krzyż - Życie (jeśli będziesz represjonowany za swoje poglądy,
za udział w manifestacjach, ACK zapłaci za adwokata, grzywnę, pożyczy
na kaucję). Rozbrat to dziesiątki organizacji, projektów, akcji: Federacja
Anarchistyczna, Pogotowie Antywojskowe "Szwejk", Biblioteka
Anarchistyczna, knajpa Kulawy Muł, Klub Nieudaczników, Wolnościowy
Klub Dyskusyjny. To także ambitna działalność kulturalno-społeczna:
koncerty, wystawy, festiwale itd. Największy - jubileuszowy festiwal
"10 dni na 10 lat Rozbratu" - rozpoczął się wczoraj. sw "Wszystko jest łatwiejsze, kiedy kochasz swojego sąsiada, a nie swoje państwo" - to hasło, które namalowane zostało na ścianie poznańskiego skłotu, czyli pustostanu przy ul. Pułaskiego 2la, w którym pomieszkują anarchiści. Hasło jest bardzo dobrze widoczne z trasy "Pestki". Co o nim sądzą poznaniacy? Piotr Myszko, nauczyciel, mieszkaniec os. Jana III Sobieskiego: - Hasło nabrało aktualności. Państwa kochać się teraz nie da, ale sąsiada czasem też trudno. Andrzej Sikorski, poeta i archeolog z UAM: - Trzeba mieć sąsiada... Prof. Marek Ziołkowski, socjolog z UAM: - To jedno z takich haseł - dobrych pomysłów, które mają bulwersować. Ale przypisywanie mu głębszych treści przypominałoby opowiadanie o tym "co poeta miał na myśli"! Jeśli się jednak o to się pokusimy, to musimy zapytać, o jakich sąsiadów w nim chodzi. Jeśli o tych, którzy są inni ode mnie - np. Cyganów, to byłoby przepiękne hasło. Ale nie sądzę, żeby to akurat "autor miał na myśli". Natomiast wyraˇnie w tym haśle pobrzmiewa negatywny stosunek do państwa, rządzących polityków i nieudolnych urzędników. Marcin Libicki, poseł PiS: - Hasło jest kretyńskie! Powinno się kochać i sąsiadów, i państwo. Dlaczego te dwie rzeczy przeciwstawiać sobie? A w ogóle to najlepiej kochać swoją żonę! Juliusz
Kubeł, pisarz i scenarzysta, twórca Starego Marycha: - Jest w tym
haśle sporo racji, pomijając anarchistyczne skłonności mieszkańców.
To jest po prostu dobre hasło. Trzy lata temu, kiedy odsłanialiśmy
pomnik Starego Marycha, powiedziałem: pokochajcie Starego Marycha,
a wszystko będzie łatwiejsze". Sztuką jest w swojej małej społeczności
darzyć się szacunkiem. Gazeta
Wyborcza (Wielkopolska) 23.III.04 r. SKŁOT, ANARCHISTYCZNA WYSPA W ŚRODKU POZNANIA Mieści się między salonem Peugeota a Krukiem, poznańskim złotnikiem. Autonomia, kolorowe irokezy, pacyfy, czarne gwiazdy. Nazwali ją Rozbrat, bo chodzi o "rozbrat z otaczającym komercyjnym kapitalistyczno-ch... światem". Tak mówią. Łyk wina. Metys układa zdania z literek wyciętych z gazety. "obwisłe piersi grażyny szapołowskiej wszyscy starsi panowie byli w SB". Łyczek znowu, wino Metysa jest lekko słodkie, bardzo młode. Gąsior stoi w rogu, pokoik zagracony. Za drzwiami szuranie rodziny, za oknem blokowisko. "pierwszy do rozjebki jest męski szowinizm aczkolwiek zaraz potem zniszczymy feminizm bój to będzie ostatni". Metys wydaje z kolegami nieregularnie "Szelesta". To bardziej art-zin niż pismo literackie. ("wszelkie prawa zastrzeżone są poronione, kopiowanie mile widziane"). 120 egzemplarzy. Wiersze, kolaże, opowiadanka i komiksy. Metys jest poetą, codziennie zmienia pampersy niepełnosprawnym, pracuje w warsztatach terapii zajęciowej dla osób z zespołem Downa. Po południu jest anarchistą. Nie. Zawsze jest anarchistą i poetą. - Kiedy błaznuje na happeningach Frakcji Rewolucyjnej Zużytych Dętek Rowerowych "Okorczege" (tak się kiedyś ułożyło z wyciętych literek i zostało). - Kiedy ze skłotu wywozi złom i makulaturę, smołuje dach. Sobota jest na Rozbracie dniem czynu społecznego na rzecz kolektywu. - Kiedy protestuje przeciw zamykaniu baru mlecznego przy placu Wolności. - Kiedy dużymi ciemnymi oczyma patrzy wysokiemu sądowi w oczy (wysoki sąd był kobietą) i zeznaje: "Będąc osobą mówiącą przez tubę nie słyszałem, by ktoś wzywał do rozejścia się". 11 listopada 2001 roku Metys czytał z kartki przed konsulatem amerykańskim w Poznaniu, że w Afganistanie armia amerykańska łamie prawa człowieka, giną cywile. Policja zatrzymała 11 osób. Po pięciu rozprawach sąd wszystkich uniewinnił. To nie happening ani jaja z wysokiego sądu, tylko normalna robota anarchistyczna. Walka z systemem. Są
laski i jest Katarzyna Na Solidparty w Berlinie, latem 1997 roku, kiedy niemieccy anarchiści zrobili imprezę na rzecz poznańskiego skłotu, można było kupić metalowe gwiazdki organizacyjne. Każdy szukał swojej. Ekolodzy - zielonej, anarchoekolodzy - zielono-czarnej, anarchiści - czarnej. Anarchosyndykaliści kupowali czerwono-czarne, anarchofeministki - fioletowo-czarne itd. Katarzyna przypięła sobie zieloną. Potem w czasie protestów na Górze św. Anny przeciwko budowie autostrady nosiła już zielono-czarną. Siedziała trzy tygodnie na drzewie, protestersi z Wielkiej Brytanii nauczyli ich, jak wysoko, w gałęziach, budować obozy, platformy z drewna i folii. - Widziałam, jak ludzie rzucali się na koparki i nic, ryły dalej. Widziałam, jak w parku krajobrazowym wycinają trzystuletnie buki. Radykalizowałam się. Na szczycie World Trade Organization w Pradze w 2000 roku miała już gwiazdę czarną. Szła w czarnym bloku. - Jest blok żółty, różowy... ale jak idzie czarny, to wiadomo, że idą ludzie gotowi naparzać się z policją. Że w razie natarcia nie położą się, nie będzie biernego oporu. Będą się fajtować. Czarny blok to nie organizacja, lecz taktyka demonstracji ulicznych. Psychologiczna zagrywka, czarne ubrania, bez znaków rozpoznawczych, kominiarki (najlepiej maski kierowców rajdowych, twarz się w nich nie poci), w kieszeniach bojówek zapas kamieni. Czapka z daszkiem zasłania przed kamerami z góry, ale najlepszy jest kask motocyklowy, zasłania potylicę. I pamiętaj, przed demonstracją zrób siusiu. Kiedyś dziewczyny zapomniały. Potem chciały na chwilę wyskoczyć z potrzebą, ale szpaler gliniarzy nie puścił, "nie wolno wychodzić z manifestacji". Katarzyna nie fajtuje. Robi zdjęcia. Jej fotografie z Pragi objechały Polskę. Pytałem Katarzynę, czy nie czuje się głupio w tych czarnych adidasach. - Anarchista w 2003 roku ma ogólnie przerąbane. Co but albo spodnie, to jakiś międzynarodowy koncern, globalny kapitał. Nie kupować tuńczyka, bo giną delfiny, bojkotować Danona, bo zwalnia ludzi, nie kupować Nike, bo wyzyskują Trzeci Świat. Ale ostatnio szukaliśmy z Damianem płatków na śniadanie, nie ma wyboru, wszystkie Nestle. Więc w końcu na manifestację przeciw globalizmowi idziesz w adidasach. Takie, k..., czasy. Przecież nie wyrzucę komputera. Trzeba myśleć globalnie, działać lokalnie. A właściwie to nie jesteśmy antyglobalistami, tylko alterglobalistami. Siedemnastu
skłotersów plus Mikołaj Mieszka na skłocie, ksywa Didżej. Z zawodu zegarmistrz. W zawodzie pracował krótko, bo zegarki elektroniczne kładły właśnie zegarmistrzów na łopatki. Cały dzień siedzenia i wymiana jednej baterii w elektroniku za 2 zł. Zrobił wieczorowy ogólniak. Ma 31 lat, dziesięć lat temu przestał jeść mięso i został punkiem. Jeszcze niedawno grał na gitarze w garażowej kapeli Hałas. "Nie masz siły stać na nogach, nie mówiąc o obalaniu systemu. Jesteś bierny jak każdy obywatel. Myślisz, że jesteś inny, bo inaczej się ubierasz. Ile razy mam ci powtarzać, że to nie jest żadna alternatywa. Robisz za przeciętnego Polaka, podnosisz średnią spożycia alkoholu". Didżej pije niewiele, browarek, dwa. Nie może, odpowiada za całą imprezę, za porządek. Od dwóch lat organizuje koncerty na skłocie. Za zwrot kosztów grają kapele z całej Polski, których nie usłyszysz w radiu, w telewizji. Przychodzi 200-300 osób. Większych koncertów nie robi, bo potem cały skłot zasikany, wszędzie kupy. A tu trzeba żyć. W 13 pokojach mieszka 17 skłotersów, studenci, ktoś na zasiłku, plus Mikołaj, syn Didżeja i Gosi. Poznali się na skłocie. Mikołaj ma 18 miesięcy. Mieszkają w jednym pokoiku. Didżej zmajstrował właśnie prysznic i kombinuje, jak z nieczynnego klubu punkowego wykroić drugi pokoik. Jest pracowity. Jak na skłocie ciągnęli wodociąg od sąsiada, drukarza, to kopał rów. Przedtem wozili wodę beczkami z salonu Peugeota. Każdy pokój ma licznik, a za wodę płacą ryczałtem, 7 zł miesięcznie. Z działkowcami z tyłu też dobrze żyją, Didżej odpala trochę prądu ze swojego licznika, a oni dają zdrową marchew i pietruszkę. Kulawy
Muł i Klub Nieudaczników Ząb
w bitwie z naziolami W
bitwie z naziolami Damian stracił ząb. Bibliotekarz ma 23 lata, z
zawodu elektromonter, pracuje jako gospodarz domu w spółdzielni mieszkaniowej.
Robi wieczorowy ogólniak. Wcześnie stracił ojca. Od małego wycinał
z gazet ciekawe artykuły, układał działami, niezrozumiałych słów szukał
w encyklopedii. Na przykład, że ktoś "anarchizuje politykę".
Odkrył, że są słowa, które zmieniają człowieka. Odsunął się od kolegów
z podstawówki. Przestał chodzić do kościoła. Na pierwszą demonstrację
poszedł, jak miał 15 lat. Do biblioteki przyniósł kilka tysięcy wycinków.
Zaczynali od pożółkłego Kropotkina i podziemnych bibuł z lat 80. Zimą
grzali się gazem. - Ładowanie butli było w sobotę, a w piątek na moim
dyżurze była już końcówka, siedziałem z soplami pod nosem. Teraz co roku ciułają na tonę węgla. Biblioteka dyżuruje od wtorku do piątku, od 17 do 21. 10 tys. książek, czasopism, gazet, ulotek. Wlepek jest pod 2 tys. Współpracują z Ośrodkiem "Karta", z biblioteką anarchistyczną w Berlinie. Dorobili się już kilku prac magisterskich i jednej doktorskiej. Anarchisto,
ubezpiecz się Sancho ma pięć szwów z tyłu głowy. Kamień w Pradze, trzy lata temu na szczycie WTO. I bliznę po innej zadymie anarchistycznej. Właściwie pojechał do Nysy na prawybory, okazja, żeby dokopać durniom politykom. Skompromitować. To już nie jest bezpieczna debata telewizyjna, polityk politykowi oka nie wykole. Tu są ludzie, emocje, krótka celna piłka i facet nie wie, co powiedzieć, przecież nie opluje wyborcy, ludzie się śmieją, kamery lubią takie momenty. Z Nysy było blisko do Pragi. CNN pokazało, jak przewraca pierwszą bramkę, z tyłu transparent. "Kapitalizm zabija, zabij kapitalizm". Sancho ma 27 lat, technik górnik mechanik z Tarnobrzega. Już w podstawówce wycinał żyletką szablony w kartonie. Pierwszy z Kaszpirowskim. "Kaszpirowski pomóż socjalizmowi". Malował graffiti na pawilonie handlowym w Tarnobrzegu. Wydawał niezależne gazetki. Jeździł stopem po Polsce, w walizce cztery szablony, wałek, farba. Przez graffiti poznał anarchistów. Do Poznania przyjechał na studia, zrobił absolutorium z ochrony środowiska. Jest jednym z liderów poznańskiej FA, odpowiada za kontakty z mediami. Sancho mieszkał na skłocie, teraz rodzice wynajmują mu kawalerkę w bloku. - Anarchizm na koszt tatusia - zaczepiam złośliwie. - Rodzice szanują to, co robię. Trochę czuję się nie fair wobec ludzi z Rozbratu. Ale jak ktoś mnie napada, że niby taki twardziel jestem, a biorę od rodziców, to mówię: fakaj się, stary, to jest moja bajka. Grill
od Cegielskiego Duży stalowy grill to prezent od Cegielskiego. Pospawali go robotnicy, wdzięczni anarchistom za pomoc. Kiedy w "Ceglorzu" były zwolnienia, anarchiści z Inicjatywy Pracowniczej powołali Pogotowie Pracownicze. O piątej rano rozdawali przed fabryką ulotki, tłumaczyli robotnikom, jakie mają prawa. Jak organizować protest. Jak wzajemnie sobie pomagać. Jak walczyć w sądzie. - Na początku baliśmy się, że wchodząc do "Ceglorza" z czarną flagą, przestraszymy robotników, ale ci kolesie są bardziej radykalni od nas. Wiele spraw udało się wygrać. Robotnicy zapisywali się do ACK. A cichym sukcesem anarchistów jest wybór Marcela Szarego, radykalnego tokarza z Solidarności 80, do zarządu spółki. Załoga wybrała go w pierwszej turze. Cios dla zarządu i dużych central związkowych. - Co Marcel ma tam robić? - osiemdziesiątka radziła z anarchistami. Wymyślili, że będzie typowym przedstawicielem załogi. Niech przekazuje zarządowi pytania robotników i pyta robotników o każdą decyzję. Robotnicy zdecydują, czy sprzedawać fabrykę, komu i na jakich warunkach. Niech w Cegielskim zapanuje demokracja bezpośrednia. Przy grillu od "Ceglorza", z Abramowskim na skórze, myślałem sobie, że dawno, bardzo dawno nie spotkałem młodych ludzi tak zaangażowanych w coś, co nie jest karierą, polityką i forsą. Za Inicjatywę Pracowniczą FA odpowiadają Katarzyna i Jarek Urbański. Jarek jest socjologiem, autorem książki "Globalizacja a konflikty lokalne". Pracuje w Wielkopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Ma 39 lat, kiedyś był w "Wolności i Pokoju", już w liceum siedział za ulotki. Tata był palaczem w Cegielskim. Jarek zakładał w Poznaniu Federację Anarchistyczną, potem się wyłączył z ruchu. Działał w samorządach, nosił włosy po pas, wydawał "Magazyn Samorządowy", nieźle zarabiał, miał własną firmę badań rynku. Dlatego na Rozbracie mówią, że jest anarchistą z odzysku, wrócił do ruchu trzy lata temu. Nie zgadza się z teorią końca historii. Mówi, że kapitalizm jako system pęka na całym świecie pod każdym względem, ekonomicznie, politycznie, społecznie. W Ożarowie Jarek stał z robotnikami pod bramą. - Taki robotnik żył spokojnie - praca, rodzina, telewizor, w niedzielę suma i supermarket. Nagle zamykają mu fabrykę, ochroniarze go nie wpuszczają, państwowa policja bije i broni prywatnego przedsiębiorcy, który rozkrada fabrykę. Dorośli faceci płakali, nie rozumieli, co się dzieje. Etatowe związki zawodowe nie wiedziały, co robić. W końcu ludzie sami się zorganizowali. I tak całe społeczeństwo powinno się zorganizować, rodzina - kamienica - dzielnica - miasto. - Czas na demokrację uczestniczącą i demokrację bezpośrednią - mówią anarchiści. Byli w ostrowskim Wagonie, w szpitalu Rydygiera we Wrocławiu, w Tonsilu we Wrześni, wszędzie, gdzie wybuchają protesty. W Ożarowie Sancho zorganizował konferencję prasową, obdzwonił media, nagłośnił brutalność policji. - Zrobiliśmy więcej niż cała komisja zakładowa. Kiedy nie ma koniunktury rewolucyjnej - mówią na Rozbracie - trzeba się uczyć, jak pracować, i czekać na lepsze czasy dla anarchistów. Rzygali
z dachów jak koty W sierpniu po raz trzeci FA zorganizowała "Abramowszczyznę", dni alternatywy wobec państwa i kapitału. Metys zrobił piknik dla niepełnosprawnych i ich terapeutów. Namawiał do wspólnego działania. - Nie może być tak, że 18 niepełnosprawnych czeka w kolejce na śmierć uczestnika warsztatów, bo wtedy zwolni się miejsce. Miasto powtarza, że nie ma pieniędzy, a wydaje kupę kasy na "igrzyska" z okazji 750-lecia Poznania. Nie chcemy utyskiwania nad biednymi, upośledzonymi itd., ale żeby sprawy socjalne były ważne dla samorządu. Jak niepełnosprawni i ich opiekunowie podniosą głowę - zapala się Metys - to dla władzy będzie szokulec. Z tej strony zawsze mieli ciche, proszące na kolanach środowisko. Niech się ludzie radykalizują. Hiszpański
anarchista i Hipolit Cegielski -
Nie mamy pieniędzy - tłumaczyli zaskoczeni. -
A na piwo to macie? Nie trzeba pieniędzy, wystarczy praca. Ale w hiszpańskich
skłotach jest tak samo - uśmiechnął się. Chciał zobaczyć jakąś polską
fabrykę, więc zawieżli go do Cegielskiego, pokazali muzeum Czerwca
'56. Przedstawili Szaremu. Przy biurku Hipolita Cegielskiego napisał:
"Fabryki są więzieniem dla robotników i miejscem rozrywki dla
kapitalistów. Jest mi bardzo przykro z powodu tych robotników, którzy
stracili życie, walcząc z komunizmem i kapitalizmem. Które są tym
samym. Tylko emancypacja robotników bez Boga i właściciela sprawi,
że będą prawdziwymi ludźmi". Zapalił papierosa, chociaż w muzeum nie wolno. Pytał, czy płacą podatki, czy przechodzą na czerwonym świetle. Obśmiał manifestacje antyglobalistów. - To międzynarodowa turystyka. Jak ktoś ma pieniądze, niech jedzie protestować do Meksyku, ale protestować trzeba codziennie. Wstaję, schodzę do kafejki na małą czarną i zawsze znajduję powód, żeby protestować. Ten świat tak funkcjonuje, bo jesteśmy nijacy.
Ma
około tysiąca stałych czytelników i kilkaset publikacji w swoich zbiorach.
Nazywa się Biblioteka Wolnościowa i obchodzi czwarte urodziny. Urodziny
Biblioteki Wolnościowej stały się pretekstem do zorganizowania II
Spotkań Środowisk Anarchistycznych i Wolnościowych, czyli Abramowszczyzny. Od
kilku lat ośrodkiem kultury alternatywnej stał się w Poznaniu skłot
Rozbrat przy ul. Pułaskiego 2la. - Pewnego dnia stwierdziliśmy, że
to bardzo dobre miejsce i trzeba je wykorzystać - mówi Marek Piekarski,
poznański anarchista, od początku związany z Rozbratem. - Okazało
się, że wszystkie drogi prowadzą na Rozbrat. Spotykało się tu mnóstwo
ludzi związanych nie tylko ze środowiskiem anarchistycznym, wolnościowym,
ale też artystycznym. Niektórzy przynosili ze sobą ciekawe pomysły,
inni ich tu poszukiwali. Pomyśleliśmy, więc o stworzeniu miejsca,
gdzie można by swobodnie wymieniać myśli i gdzie można zgromadzić
wszystkie pomysły, które ktoś kiedyś przelał na papier. Tak powstała
biblioteka - wspomina Piekarski. Ludzie zaczęli przynosić swoje prywatne
książki, niezależne, niskonakładowe wydawnictwa. Powoli zbiór rozrastał
się. -
Przychodzą tu nie tylko anarchiści - mówi Piekarski - pojawia się
sporo młodych naukowców, studentów, socjologów, antropologów kultury,
politologów. Dla wielu biblioteka to po prostu dobre archiwum - wyjaśnia
poznański anarchista. Biblioteka
Wolnościowa na poznańskim Rozbracie była pierwszym tego typu księgozbiorem
w Polsce. Później powstały podobne miejsca we Wrocławiu, Warszawie,
Białymstoku i Gliwicach. Spotkania wolnościowców rozpoczną się w piątkowy wieczór spotkaniem trzech pokoleń tworzących ruch alternatywny w Poznaniu. Do pogawędki o wolności i innych ważnych sprawach zasiądą aktorzy Teatru Ósmego Dnia, dawni działacze ruchów alternatywnych z końca łat 80. i młodzi anarchiści. Na sobotnie popołudnie poznańscy wolno-ściowcy zapowiadają dyskusje i wykłady. Wieczorem będzie można zobaczyć artystyczne działania Teatru Komuna Otwock oraz performance kontrowersyjnej śląskiej grupy Suka off. Teatralnym działaniom towarzyszyć będzie m.in. wystawa zdjęć dokumentujących działania Teatru Ósmego Dnia. Nazwa Abramowszczyzna spotkafkia-wiązywać ma do działalności Edwarda Abramowskiego, żyjącego na przełomie XIX i XX w. filozofa, socjologa i psychologa, znanego z sympatii dla anarchizmu etycznego i bezpaństwowego socjalizmu. Gazeta Wyborcza (Wielkopolska) 28.11.2001 r. NATURALNE ZBLIŻENIE Rozmowa z Ewą Wójciak i Marcinem Koszyckim Joanna Gęga: Jak doszło do współpracy między anarchistycznym Rozbratem a Teatrem Ósmego Dnia? Ewa Wojciak: W całkiem naturalny sposób. Ich działania i program Teatru Ósmego Dnia mają zbliżony profil - obserwujemy świat w podobny sposób. Zaczęliśmy spotykać się z najbardziej aktywną grupą osób ze skłotu. Oni nas zapraszali, my ich. Razem zorganizowaliśmy manifestację przeciwko bombardowaniu Groˇnego. W Teatrze odbyła się kilkudniowa prezentacja ich twórczości. Były wystawy, filmy, dyskusje. Chcieliśmy naszym widzom, którzy niekoniecznie znają działalność Rozbratu, przybliżyć ten model aktywności. Chcemy pokazywać alternatywny model życia - kreatywny, niezależny, z własnym poglądem na świat. Marcin Kęszycki: Okazało się, ku naszej satysfakcji, że ˇródła inspiracji są podobne. My też w latach 70. czytaliśmy Abramowskiego. Ten sam Abramowski jest teraz ważny dla tych młodych z trzeciego pokolenia Przypominam sobie, że podczas pierwszego spotkania Uniwersytetu Latającego w Poznaniu w końcu lat 70. Adam Michnik miał wykład, który dotyczył właśnie Abramowskiego. Pamiętam, jak powiedział, że aby odkłamać całą historię lewicy, całą ideę socjalizmu, należy wrócić do Abramowskiego. Jak widać jest wiele punktów stycznych między tym, co robią młodzi anarchiści i co my robimy czy robiliśmy. Choć istnieje też kilka różnic, które wynikają z różnych doświadczeń, z różnicy pokoleń. Jak postrzegacie działalność młodych związanych z ideami anarchistycznymi? E.W.: Oni są bardzo różni, ale w trakcie tych naszych wspólnych spotkań w Teatrze okazało się, że ich pytania, ich refleksje świadczą o dojrzałym, przemyślanym podejściu do sprawy. Tych, których znam, uważam za ludzi bardzo świadomych tego, co robią. To są ciekawi intelektualnie ludzie i dlatego warto ich słuchać, warto z nimi rozmawiać. M.K.: Nam się podoba to, że ci ludzie są bardzo jednoznaczni w swoich postawach, a w dzisiejszych czasach to jest taka istotna cecha. Jak zapatrujecie się na łączenie działań artystycznych z ideologią? E.W.: Sztuki ideologizować nie można. Natomiast łączenie sztuki i ideologii wymaga doświadczenia. I jest trudne. Ale uważam, że próbować warto. My wytrwaliśmy w naszej pasji zabierania głosu w sprawach ważnych za pomocą sztuki właśnie. To nie jest tak, że musimy się wszyscy zamienić w bezproblemowych, uśmiechniętych ludzi. Można walczyć. A działania artystyczne powinny stawać po stronie cierpienia I dlatego ci ludzie z Rozbratu są mi bardzo bliscy, bo są czyści i mądrzy w tym, co robią. Rozmawiała
JOANNA GĘGA Wyrok dla anarchisty-ekologa By szanował cudzą pracę Uczestnik
protestu ekologów w Wysokiej Damian Kaczmarek został uznany winnym
obrzucania ochroniarzy fekaliami i został skazany na osiem miesięcy
ograniczenia wolności. Skazany zamierza się odwołać. 19-letni
Damian Kaczmarek z Poznania był jedną z kilkudziesięciu osób, zrzeszonych
w Koalicji na rzecz Góry Świętej Anny, które w lipcu ubiegłego roku
zajęły przeznaczone do rozbiórki domy we wsi Wysoka, stojące na drodze
powstającej właśnie autostrady A4. Podczas akcji firmy ochroniarskiej,
której pracownicy mieli za zadanie ściągnąć ekologów z domów, zostali
obrzuceni kamieniami i oblani fekaliami czy starymi kompotami. Damian
Kaczmarek, mieszkaniec Poznania, jest jedyną osobą, którą udało się
zidentyfikować. Prokuratura oskarżyła go o użycie przemocy wobec pracowników
ochrony, którym tym samym uniemożliwił wykonanie czynności służbowych.
Prokurator
w mowie końcowej zaatakowała nie tylko oskarżonego. - Jest szereg
osób, które pojawiają się tam, gdzie coś się dzieje, gdzie są media.
Osoby te szukają taniej sensacji - spojarzała wymownie w stronę czterech
przyjaciół Damiana przysłuchujących się rozprawie. Przypomniała,
że w czasie budowy autostrady ekolodzy niszczyli znaki, obrzucali
kamieniami maszyny, nabijali drzewa gwoździami. - Co jest bardzo ekologiczne
zresztą - ironizowała. Stwierdziła, że wyjaśnienia bezpośredniego
świadka, ochroniarza, który został oblany fekaliami, są bardzo szczegółowe,
dokładne i wskazują na winę oskarżonego. Następnie powiedziała, że
do zeznań świadków powołanych przez ekologa trzeba podchodzić z dużą
ostrożnością. -
Nie można wykluczyć, że ci świadkowie brali czynny udział w zajściach
w Wysokiej. -
Oskarżenie opiera się na zeznaniach jednej osoby i nie są one tak
spójne, jak chciałaby prokuratura - odpierał Kaczmarek. W czasie procesu
zwrócił uwagę, że ochroniarz, który go póˇniej rozpoznał, zaraz po
akcji w Wysokiej zeznał, że nie jest w stanie rozpoznać na zdjęciu
żadnego z ekologów, gdyż byli brudni i zarośnięci. Kaczmarek
chciał uniewinnienia. Prokurator, mimo iż za czyn grozi aż do trzech
lat więzienia, wnioskowała o łagodniejszą karę. - To człowiek młody,
pracą się jeszcze nie pohańbił, nauką też nie. Miał do czynienia
z policją, ale nie był karany. Dlatego też wnioskuję o skazanie go
na rok ograniczenia wolności i pracę 20 godzin w wymiarze miesięcznym
na cel związany z ochroną środowiska. -
To śmieszny wyrok, nie miałem jednak złudzeń, że taki będzie. Spodziewałem
się, że mnie skażą. Na pewno złożę w tej sprawie apelację - komentował
po wyjściu z sali Kaczmarek. Damian denerwował się, że nie ma nikogo z opolskich ekologów, którzy organizowali protesty przeciwko budowie autostrady. Dzwonił nawet do nich. - Powiedzieli, że nie przyjadą. Dziwne jest ich zachowanie, choć spodziewałem się po nich tego - powiedział. Gazeta
w Opolu nr 113, z dnia 2000/05/16, dział JEDYNKA, str. 1 Trwa Proces Ekologa Ekolog Nadal Sam Zeznania powołanych przez oskarżonego Damiana Kaczmarka świadków wykluczały się wzajemnie. Osiemnastolatek nadal broni się sam. Damian Kaczmarek jest jedyną osobą biorącą udział w proteście ekologów w Wysokiej, którą udało się zidentyfikować. Kilkadziesiąt osób z całej Polski, zrzeszonych w Koalicji na Rzecz Góry świętej Anny, na początku lipca ub.r. okupowało kilka przeznaczonych do rozbiórki we wsi Wysoka domów, stojących na trasie budowanej autostrady A4. Ekolodzy protestowali w ten sposób przeciwko budowie autostrady na terenie parku krajobrazowego Góra ?więtej Anny. Wykonawca, chcąc uniknąć strat związanych z opóznieniem prac, wynajął firmę ochroniarską Gwarant, której pracownicy w ciągu 3 godzin usunęli ekologów z zajmowanych obiektów. Prokurator zarzuca Damianowi Kaczmarkowi, że, używając przemocy wobec pracowników Gwaranta, zmuszał ich do zaniechania czynno?ci mających na celu usunięcie stanu niezgodnego z prawem. Jeden z zeznających na poprzedniej rozprawie ochroniarzy wskazał Damiana jako osobę, która w czasie "zdobywania I piętra" obrzuciła go kamieniami i fekaliami. Oskarżony natomiast broni się, twierdząc, że w czasie akcji był przypięty karabińczykiem do rury w ścianie, więc nie mógł używać jakiejkolwiek formy przemocy wobec ochroniarzy. Zapewniał, że okna w ekologicznej twierdzy były zabite deskami, więc z racji mroku ochroniarz nie mógł wyra?nie widzieć, kto rzucał w niego kamieniami. Zeznający wczoraj ?wiadkowie mieli potwierdzić zeznania oskarżonego, jednak ten zamysł nie bardzo się powiódł, gdyż ich relacje były sprzeczne. Maciej Roszak potwierdził wersję Damiana o panujących ciemnościach, a ponadto dodał, że oskarżony w czasie interwencji ochroniarzy był przypięty do ściany w zamkniętym pokoju, którego na pewno nie opuszczał. Z kolei Jakub Kujawski, który obserwował zajęcie z zewnątrz, stwierdził, że na zdobywanym piętrze nie było żadnego pokoju i drzwi. Poddasze było otwartą przestrzenią z dwoma oknami w dachu, które "z tego, co pamiętam, miały być zabite od środka". Prokurator Beata Niedziela mnożyła pytania dotyczące finansowania protestu, jego organizatorów, kosztów zakupu urządzeń czy osób dostarczających protestującym żywność, gdyż - jak powiedziała po rozprawie - ten proces to wierzchołek góry lodowej. Nie chciała jednak komentować nieporadno?ci broniącego się samodzielnie Damiana. - Nie mogę tego robić. Moim obowiązkiem jest oskarżyć go, biorąc pod uwagę zarówno okoliczności obciążające, jak i łagodzące. Trudno mi odpowiedzieć na pytanie, czy może zostać skazany na 3 lata w zawieszeniu. Kodeks przewiduje w takich wypadkach również samoistną grzywnę lub ograniczenie wolnoŚci polegające na nałożeniu na skazanego obowiązku wykonania pracy na rzecz wskazanej przez sąd instytucji - tłumaczyła prokurator Niedziela. Damian natomiast jest pełen optymizmu. - Myślę, że mnie uniewinnią - przekonuje.
Początek Procesu Ekologa Z Koalicji Na Rzecz Góry św. Anny Za Jakieś Ideały Damian Kaczmarek jest jedynym uczestnikiem protestu ekologów w Wysokiej, którego udało się zidentyfikować. Wczoraj przed Sądem Rejonowym w Strzelcach Opolskich rozpoczął się jego proces. Osiemnastoletni Damian Kaczmarek z Poznania był jedną z kilkudziesięciu osób zrzeszonych w Koalicji na rzecz Góry świętej Anny, które w lipcu ubiegłego roku zajęły przeznaczone do rozbiórki domy we wsi Wysoka. Stały one na drodze powstającej właśnie autostrady A4, której lokalizacja miała, zdaniem ekologów, negatywny wpływ na środowisko parku krajobrazowego Góra św. Anny. Protest w Wysokiej miał zwrócić uwagę opinii publicznej na problem budowy autostrad, a szczególnie na umiejscowienie 11-kilometrowego odcinka A4 na terenie parku. Ponieważ obecność ekologów na domach w Wysokiej opózniała postęp prac wykonywanych przez Ilbau-Kirchner, wykonawca wynajął firmę ochroniarską Gwarant, której pracownicy w ciągu 3 godzin zdjęli ekologów z domów. Ochroniarze zarzucają ekologom, że w czasie swojej interwencji byli obrzuceni kamieniami i oblewani fekaliami czy starymi kompotami. Damian Kaczmarek jest jedyną osobą, którą udało się zidentyfikować; wczoraj zasiadł na ławie oskarżonych. Prokurator oskarżyła go o użycie przemocy wobec pracowników Gwaranta, zmuszając ich tym samym do zaniechania czynności mających na celu usunięcie stanu niezgodnego z prawem (polegającego na zajęciu budynków przeznaczonych do rozbiórki i uniemożliwieniu w ten sposób budowy odcinka autostrady A4). Za ten czyn grozi kara do trzech lat więzienia. Rozprawie przysłuchiwali się dziennikarze lokalnych mediów i czterej działacze z Koalicji na rzecz Góry św. Anny. Osiemnastolatek bronił się jednak sam. - Tak wyszło. Nie stać mnie na adwokata, a prawnik Koalicji widocznie nie mógł mnie bronić. Ale z drugiej strony to sąd pierwszej instancji i nie wiem, czy jest sens angażowania prawnika - odpowiedział nam. Olaf Swolkień natomiast, jeden z liderów Koalicji na rzecz Góry św. Anny, zapytany, dlaczego Damian nie ma prawnika, odparł, że ten go nie chciał. Damian nie przyznał się do winy, podtrzymując swoje wcześniejsze zeznania, w których twierdził, że nie miał możliwości obrzucania nikogo fekaliami, gdyż po pierwsze był przypięty karabinkiem do ściany budynku na I piętrze, po drugie okna obiektu były zabite deskami, więc nie można było z nich wyrzucać czegokolwiek, a po trzecie fekaliów po prostu w budynku nie było. Występujący jako świadek jeden z ochroniarzy przedstawił zupełnie odmienną wersję wydarzeń. - Kiedy zdobywaliśmy I piętro, zostałem obrzucony kamieniami i fekaliami przez kilku ekologów, wśród których rozpoznaję oskarżonego. Z jakiej przyczyny tam siedział nie wiem, ale widocznie bronił jakichś tam swoich ideałów - wyjaśnił sądowi. Jednak kiedy na wniosek oskarżonego przeczytano wcze?niejsze zeznania świadka, okazało się, iż po akcji w Wysokiej zeznał, że nie jest w stanie rozpoznać na zdjęciu żadnego z ekologów, gdyż "byli brudni i zarośnięci" i nikomu się nie przyglądał, za wyjątkiem osoby, która z dachu rzuciła w niego kamieniem, powodując stłuczenie ramienia. Po konfrontacji i pokazaniu materiału filmowego wskazał Damiana. - W pomieszczeniu stało trzech panów z brodami w wieku ok. 40 lat. Nie zdążyłem nawet odłożyć kurtki, gdy dowiedziałem się, że ochroniarz mnie rozpoznał - Damian relacjonował przed rozprawą przebieg konfrontacji. Broniąc się natomiast w sądzie, próbował wykazać, że ochroniarz nie został uderzony wewnątrz budynku. Bowiem na pytanie Damiana, gdzie stał, kiedy został uderzony, odpowiedział, że na zewnątrz. Świadek, odpowiadając na pytania oskarżonego, zeznał również, że w trakcie wchodzenia na piętro budynku ochroniarze podważyli zakrywający dziurę po wyrwanych schodach podest z desek ("prawdopodobnie drzwi") na wysokość ok. 20 cm i przez powstałą szparę widzieli ekologów obrzucających ich kamieniami i fekaliami. - Panował półmrok, ale rysy tych, którzy stali blisko, rozpoznałem - zapewnił, dodając, że jest pewien, iż jedną z osób był Damian. Sąd zgodził się na powołanie ?wiadków obrony (innych uczestników protestu), o co wnioskował wczoraj oskarżony. Następna rozprawa w grudniu. - Czy warto było protestować? Myślę, że tak. Nie czuję się przegrany, przed nami jeszcze wiele walk przeciw budowie autostrad i, być może, kiedyś wygramy... - prorokował przed rozprawą Damian. Okazała się ona jednak dla niego bardzo stresującym przeżyciem, gdyż kiedy poprosiłam go o numer domowego telefonu, odpowiedział: - Nie pamiętam. Gazeta w Opolu nr 269, wydanie opo (Opole) z dnia 1999/11/18, dział JEDYNKA, str. 1 Komórka w Squacie Cztery lata temu anarchiŚci zaanektowali barak przy ul. Pułaskiego w Poznaniu. Z okazji jubileuszu w ten weekend zjechało do squatu ponad stu goŚci z całego kraju. Swój squat [nielegalnie zajęty pustostan - przyp. red.] nazwali Rozbrat. W ciągu czterech lat zajęli także kilka baraków w sąsiedztwie. Dopiero zeszłej zimy zaczęli ogrzewać swoje pokoje gazem. WczeŚniej grzali prawdopodobnie kradzionym prądem. Choć wodę dowożą beczkami, można się z nimi skontaktować przez telefon komórkowy. Trzy lata temu na squat napadli skinheadzi. Jedną z lokatorek ciężko ranili nożem. Winnych napaŚci skazał Sąd Rejonowy w Poznaniu. AnarchiŚci organizują w squacie koncerty punkrockowe i spektakle niezależnych grup teatralnych. Raz na tydzień spotykają się tam członkowie Federacji Anarchistycznej i feministki. Wiosną tego roku zorganizowano w squacie festiwal graffiti. W jednym z pokoi działa biblioteka anarchistyczna. W barakach mieszka na stałe 15 osób. bewu PAŃSTWO SQUAT Jeśli
nie będę w squacie, to skończę jak moi koledzy: po pracy piwko, telewizor,
wieczorem kłótnia. Do tej pory za złe zachowanie wyleciały dwie osoby
- mówi Piszpunt, przywódca squatu Rozbrat. - Jedna piła, druga nie
dbała o psa. Z głodu gryzł swoje łapy. Chrystus ma oczy zasłonięte
czarnym paskiem, na głowie domalowane rogi. Pacik lubi ten obraz:
- Chrystus to był taki Kaszpirowski. Naśmiewam się z tych, którzy
się do niego modlą. Kilka metrów od Chrystusa ubrana w białą bluzkę
terrorystka Ulrike Meinhof pali papierosa. Plakat jest nieco już wyblakły,
musi wisieć tu od dawna. Ściany korytarza pokrywają rysunki i napisy:
"Każda władza jest do dupy", "Jesteś idiotą, przyłącz
się. Młoda prawica potrzebuje Cię" (na tle oryginalnego zdjęcia
neofaszystów), "Pijąc wspierasz państwo", "Prawdziwy
punk ścierwa nie jada", "Precz z przymusową służbą wojskową",
"Nie dajmy się wciągnąć na członka NATO" (na rysunku Polak
w krakowskiej czapce wypina siedzenie w stronę żołnierza NATO), "Poznaj
fakty. Unikaj zakażenia AIDS", "Palenie - wychudzenie, ćpanie
- szybkie umieranie, picie - gnicie". Niewielkie zdjęcie złączonych
w pocałunku gejów z hardcore'owej kapeli Homomilitia. Pod spodem napis
"Fight homofobia". Obok grafik przypomina o dyżurach sprzątania
i noszenia wody. Inny napis nakazuje segregację śmieci. Na drzwiach
wejściowych ostrzeżenie "No hard drugs". Sukces
nie jest ważny Nie
jedzą mięsa. Protestują przeciwko obowiązkowej służbie wojskowej,
podatkom, autostradom. Zwalczają rasizm, zabójców zwierząt futerkowych
i restauracje McDonald'sa. Większość należy do Federacji Anarchistycznej.
Nikt z dwudziestki nie był w wojsku. Piszpunt studiuje ochronę środowiska,
choć jak podkreśla, nigdy nie lubił "studencików, pieprzonych
inteligentów". Studia traktuje jednak serio - za dobre wyniki
w nauce dostaje stypendium. Od rodziców pieniędzy nie bierze. Żyje
oszczędnie. W zarabianiu pieniędzy nie widzi zresztą nic złego. -
Jeśli robi się to, co się lubi, to można przy tym zarabiać - mówi.
Ale na dorabianie się szkoda mu młodości. Sancho (także student ochrony
środowiska) też nie wystartuje w "wyścigu szczurów": - Po
co robić pieniądze i bać się szefa? Czy jest sens pracować po to,
by móc ciągle więcej kupować? O kolegach z roku mówi bez zrozumienia:
- Pracują w McDonald'sie albo w Pizza Hut. Są kopani, a w sobotę muszą
się nachlać, żeby to odreagować. Boją się rozmawiać o poważnych sprawach.
Tłumaczę takiemu kolesiowi: studiujesz ochronę środowiska, a pijesz
coca-colę z puszki. Przez to gówno giną lasy tropikalne. Sancho przyjechał
do Poznania z Tarnobrzega. Do squatu trafił przez przyjaciół z Federacji
Zielonych. Dzięki temu może mieszkać z ludźmi, których lubi. Rodzice
Sancha nie są zachwyceni, że syn mieszka w sypiącym się baraku. Matce
zrobiło się żal, przysłała firanki. Ojciec chciał mu wynająć mieszkanie,
ale to oznaczałoby wejście "w kapitalistyczne tryby". O
akademiku nawet nie pomyślał. - To środowisko ma więcej do zaoferowania.
W akademiku nie ma wyjścia na świat - tłumaczy. Każdy może tworzyć.
Squat
wychodzi do świata. Hasior i Sancho przygotowują transparent na demonstrację
przeciwko obowiązkowi powszechnej służby wojskowej. Od żółtego tła
odcinają się czerwone litery "Precz z przymusową służbą wojskową".
Obok uwięziony w znaku "stop" człowieczek w zielonym mundurze.
Przed wiosennym poborem squatersi wydrukowali ulotki z radami, jak
najlepiej uniknąć służby wojskowej. Piszpunt i Sancho ciągną kampanię
przeciwko budowie sieci autostrad w Polsce. - Będą zbyt drogie, by
przeciętny człowiek mógł z nich korzystać, ale łożyć na nie będziemy
musieli wszyscy. Lepiej rozbudowywać kolej - argumentuje Sancho. Do
squatu przyciągają koncerty. Pacik (gra na gitarze basowej w kapeli
Gloria Victis) tłumaczy: - To nie tylko muzyka, ale i postawa życiowa.
Na naszych koncertach nie ma podziału na idoli i publiczność. Każdy
może tworzyć. Pacik ma dwadzieścia lat, żółty czub, w nosie i uszach
kolczyki. Do squatu wprowadził się półtora roku temu. Jego matka straciła
wtedy pracę i służbowe mieszkanie. Rzucił szkołę. Zawsze potrafił
się o siebie zatroszczyć. - Ojciec odszedł, matka chodziła z imprezy
na imprezę, a ja mogłem robić to, co chcę. Ludzie dziwili się, że
sześcioletni chłopiec sam jeˇdzi autobusami po mieście - opowiada.
Robi zupę dla psa z kaszanki i makaronu. Mówi: - W squacie nikt nie
jest sam. Kiedy byłem chory, Klaudia przynosiła mi herbatę, jedzenie.
Ludzie dbają o siebie, mówią, gdzie można zarobić. W domu tego nie
miałem. Życie praktycznie niezależne Dla
Dominika squat to "praktyczna możliwość życia niezależnego".
Niezależność oznacza pracę wolną od przymusu i wolność wyboru. - Jak
przestanie mi się tu podobać, to poszukam innego pustego domu - zastrzega.
Dominik nie dostał się na dzienną socjologię. Za jego studia wieczorowe
(900 zł za semestr) płaci matka. Piotr widzi pustkę w życiu rodziców
i kolegów. Po szkole pracował w drukarni. Męczył go brak sensu. Dla
niego squat to był imperatyw: - Jeśli się tu nie dostanę, to skończę
jak moi koledzy. Po pracy piwko, telewizor, wieczorem kłótnia. Piotr
chce odrobić służbę wojskową, ale nie może znaleˇć stałej pracy i
bywa bez pieniędzy. Kiedy jest głodny, je u rodziców. O przyjęciu
do squatu, podobnie jak o innych ważnych dla ogółu sprawach, decyduje
walne zebranie mieszkańców. Decyzja powinna zapaść jednomyślnie. -
Unikamy dyktatu większości nad mniejszością. Przekonujemy tak długo,
aż wszyscy się zgodzą - wyjaśnia Piszpunt. Kandydat przyjmowany jest
na próbę. Powinien się czymś wykazać, bo chętnych jest wielu. Piotr
bardzo się starał. Jeszcze zanim zamieszkał, przychodził pomagać przy
koncertach. Będziesz to zlizywać Zasady
współżycia wpisano do regulaminu: "Squat Rozbrat to nasz dom.
Rozbrat to nie melina albo noclegownia. Jesteśmy wszyscy sobie równi.
Każdy reprezentuje swoją postawą squat. W squacie nie ma narkotyków.
Cisza nocna po 22.30. W swoim pokoju możesz mieć syf, jeśli nie przeszkadza
to nikomu (nie śmierdzi na zewnątrz i nie jest wylęgarnią robaków).
Za złe zachowanie gościa możesz wylecieć na zbity pysk". W ubikacji
ktoś napisał dużymi literami: "Nie szczaj na klapę, bo jak Cię
dorwę, to będziesz musiał to zlizywać". - Do tej pory za złe
zachowanie wyleciały dwie osoby - mówi Piszpunt. - Jedna piła, druga
nie dbała o psa. Z głodu gryzł swoje łapy. Złego słowa nie powiem
Sąsiadom
nie wadzą. - Złego słowa na nich nie powiem - mówi właściciel graniczącej
ze squatem drukarni. - Żyjemy w symbiozie. Oni mają oko na złodziei,
ja pozwalam im zimą brać wodę. - Dziwnie ubrana młodzież. Brudna.
Ale spokojni, konfliktów nigdy nie było - zapewnia księgowa z pobliskiej
firmy jubilerskiej. Sprzedawca z salonu samochodowego: - Kontaktów
z nimi żadnych nie mamy. Ale nie przeszkadzają. Od czasu napadu skinheadów
(półtora roku temu) na squat robi "naloty" policja. - Skini
wtargnęli o szóstej rano. Wybili szyby, ciężko poranili dziewczynę.
Proces toczy się w sądzie do dzisiaj - mówi Piszpunt. W pokoju Sancha
na lodówce marki Silesia ktoś nakleił kartkę "Skini won".
Piszpunt uprzedza moje pytanie. - To głupia naklejka. My nigdy pierwsi
bójek nie zaczynamy. Każdy chciał tu zamieszkać Prawie
nikt nie zagrzewa tu miejsca na dłużej. Ze starej gwardii został tylko
Piszpunt. Tomek (ksywa Matoł), frontmen kapeli Apatia wyprowadził
się już ponad rok temu. - Od czasu napadu squot zaczął mi się ˇle
kojarzyć. To był wstrząs - mówi. Przyznaje, że były też inne powody:
- Nagle do squatu zaczęło przychodzić mnóstwo ludzi. Każdy chciał
tu mieszkać. O drugiej w nocy do drzwi pukały jakieś małolaty, które
uciekły z domu. Przedtem obowiązywała zasada, że przyjmujemy tylko
znajomych. Akurat stracił pracę, więc wrócił do rodziców. Jest barmanem
w tanim pubie. Do dzisiaj przychodzi do squatu na koncerty, ale zastrzega,
że z mieszkańcami łączy go tylko przynależność do tej samej subkultury.
Piszpunt nie wie, co będzie robił za 10 lat. - Może kupię gospodarstwo
ekologiczne albo knajpę wegetariańską. Bez reklam papierosów i muzyki
z MTV - mówi. Sancho o przyszłości nie myśli. "No future"
powtarza za kontestatorami z lat 60. Ale zaraz dodaje, że od pokolenia
hippisów różni ich wszystko. - Oni byli jak Jezus, który nastawia
drugi policzek. Bierni. Dla nas ważne jest działanie. Nie jest jasne,
co Klaudia będzie robiła za dwa lata. - Może przeniosę się na studia
dzienne - mówi niepewnie. Malowany Chrystus Pacik nie pamięta, kto powiesił nad jego drzwiami obraz Chrystusa. - Chłopak, który tu kiedyś mieszkał, trzymał go w swoim pokoju. Zawiesił go zwyczajnie, w ramkach na ścianie. Dopiero w lecie ktoś go przemalował, a nad górną krawędzią dopisał "Satanicek". Pacik nic przeciwko temu nie ma: - Nie lubię, jak ludzie są ogłupiani przez Kościół. Piszpunt wskazuje na plakat z Ulrike Meinhof. - Niektórzy solidaryzują się z terrorystami z Frakcji Czerwonej Armii. Zanim zostali zmanipulowani przez Stasi, byli idealistami. Dodaje: - Frakcja to dla mnie żaden autorytet, ale każdy może zawiesić to, co chce. Podpis fot. - Mieszkańcy squatu mówią, że młody człowiek z uczciwej pracy nie kupi nawet kawalerki. A squat ma tę zaletę, że jest tani. Małgorzata Wyszyńska |
|
|||