![]() |
||||
|
Fuckenbirds czyli lot artysty po magistracie Eskadra myśliwców nie powstrzymywana przez nikogo wbiegła do magistratu wydając głośne "Uuuu" i krzycząc: "Stop F-16". Niebywałą gratkę mieli w piątkowe przedpołudnie pracownicy poznańskiego Urzędu Miasta. Specjalnie dla nich aktorzy z legendarnego amerykańskiego Living Theatre we współpracy z Poznańską Koalicją Antywojenną i Federacją Anarchistyczną urządzili w budynku przy placu Kolegiackim niepowtarzalne show. Eskadra myśliwców nie powstrzymywana przez nikogo wbiegła do magistratu wydając głośne "Uuuu" i krzycząc "Stop F-16". Wykonali parę beczek i wbiegli na pierwsze piętro. - They are flying high! (wzbijają się wyżej) - wzdychali oniemiali Amerykanie, którzy nie załapali się do akrobatycznej trupy. Popisy skończyły się przed czasem. Przed punktem informacyjnym myśliwce uległy katastrofie. Fuckenbirds rzadko pojawiają się w Polsce. Jeszcze rzadziej niż oblatujący F-16 Thunderbirds, którzy we wtorek wystąpili w bazie wojskowej w Krzesinach. Living Theatre ostatni raz występował na Malcie w 1996 r. nat Pierwszy raz od siedmiu lat cegielszczacy wyszli "na płytę", historyczne miejsce protestów w sercu fabryki. Już od 1956 r. w HCP jest to znak, że robotnikom dzieje się źle. Podobnie jak przed laty, zażądali podwyżek i prawa do wyrażania własnych opinii.
- Gdy praca traci sens, jedynym logicznym wyjściem jest jej przerwanie. To są, kurczę, ludzie, a nie maszyny - krzyczał Marcel Szary, szef Inicjatywy Pracowniczej w "Ceglorzu". Sens pracy w Cegielskim straciło ponad 200 osób, głównie z zakładu W-2, czyli Fabryki Silników Okrętowych (tu pracuje w sumie ok. 900 osób). Już w czwartek spotkali się spontanicznie "na płycie", a w piątek wyszli przed bramy zakładu i stanęli pod siedzibą zarządu. Do budynku nie weszli, bo drzwi zostały zamknięte na klucz. Dlatego krzyczeli: - Chodźcie do nas! Zapraszamy! Po kwadransie otrzymali zaproszenie do rozmów dla trzech delegatów. Nie zgodzili się na niejawne negocjacje gabinetowe. Wyszedł więc do nich rzecznik prasowy "Ceglorza" Bolesław Januszkiewicz. - Zarząd nie wie, o co wam chodzi - stwierdził. Te słowa wywołały salwy śmiechu i gwizdy, podobnie jak zapowiedź kar za przerwanie pracy. Marcel Szary przekazał rzecznikowi ustnie robotnicze postulaty: 550 zł podwyżki dla wszystkich pracowników bez względu na przynależność związkową. - W negocjacjach możemy zrezygnować z podwyżek dla dyrekcji - oznajmił. Robotnicy chcą też m.in. likwidacji systemu akordowego i dniówki, a za to wprowadzenia stałej płacy miesięcznej. W czasie strajku do siedziby zarządu próbowało dostać się kilkunastu interesantów. Jeden z nich, pan Paweł z Poznania, szedł złożyć swoje CV, bo chciał być przyjęty do pracy jako elektryk. - Jestem tu drugi raz, bo słyszałem, że płace wzrosły. Poprzednio proponowano mi 670 zł miesięcznie. To się wtedy uśmiałem. Jednak takie wynagrodzenie to nie rzadkość w Cegielskim. Wprawdzie średnia płaca wynosi 2500 zł brutto, ale liczona razem z pensjami dyrekcji. Ci, którzy rozpoczynają pracę, mogą liczyć na 500-600 zł. Także tegoroczna podwyżka - od kilkudziesięciu do 130 zł brutto - robotników nie satysfakcjonuje. - Co to jest tysiąc złotych pensji? Jakieś grosiki dają - żali się Eugeniusz Poczta, który w "Ceglorzu" ma tytuł mistrzowski od 25 lat. Ale pracownikom chodzi nie tylko o podwyżki, ale i o swobodne wypowiadanie się. Twierdzą, że zarząd umówił się z czterema związkami, iż te będą popierać wszystkie jego ustalenia, a przestali brać pod uwagę głos Inicjatywy Pracowniczej, która teraz jest w opozycji. Faktycznie wczorajszego protestu nie poparły inne związki działające w Cegielskim. Strajk ostrzegawczy skończył się po dwóch godzinach. - Stoimy tak długo, aż mi się ćmiki skończą - oznajmił wcześniej pracownikom Szary. I mimo że nikt z zarządu nie podjął rozmów, protest zakończył się pokojowo. Rozległy się gwizdy, chóralne "dziękujemy!", po czym cegielszczacy wrócili środkiem ulicy do zakładu. Inicjatywa Pracownicza zapowiada kolejny protest we wtorek. Jacek
Łuczak, Sylwia Sałwacka Rozmowa z rzecznikiem HCP Jacek Łuczak: Jaka jest reakcja zarządu na postulaty robotników? Bolesław Januszkiewicz, rzecznik HCP Cegielski: Pracownicy nie przedstawili żadnych postulatów. Jest taka rzymska zasada, że słowa uciekają, a pismo pozostaje. Jednak zarządowi żadnego pisma nie złożono. Pracownicy nie raczyli też skorzystać z zaproszenia do rozmów. My wyszliśmy do nich ponownie, ale to było już wtedy, kiedy krzyczeli "dziękujemy". Nie podjęli rozmów, które są przecież zupełnie czym innym niż te wykrzykiwania. Inicjatywa Pracownicza twierdzi, że jest pomijana we wszelkich negocjacjach... - To organizacja anarchistyczna. Liczy 12 czy 20 osób. Natomiast w czwartek porozumienie płacowe podpisały z zarządem cztery największe związki zawodowe. W czwartek pracownicy otrzymali po 130 zł podwyżki. To nie zadowala Inicjatywy Pracowniczej... - Ja też bym wolał tysiąc złotych podwyżki.
- Zbuntowałam się i straciłam pracę, ale nie żałuję. Może to pomoże
innym kobietom. Zasługują na to - mówiła wczoraj Jolanta Szypura z
niewielkiej fabryki paneli podłogowych w Stęszewie. Twierdzi, że straciła
pracę, bo założyła związki zawodowe Wczoraj ogólnopolski związek zawodowy "Inicjatywa Pracownicza" zorganizował w tej sprawie konferencję prasową. W piątek w imieniu kobiet będzie prowadził negocjacje z dyrekcją zakładu. Obie zwolnione zapowiadają, że jeśli nie wrócą do pracy, złożą pozew do sądu przeciwko szefom fabryki. Greenkett Polska zatrudnia około stu osób, głównie kobiety z okolicznych wiosek. Przy taśmie robią z desek panele laminowane. Opowiadają: - Zimą w hali zamarzają ręce, latem jest jak w piecu. Pyli, wciąż chce się pić. Od noszenia paneli wysiada kręgosłup. Walczyłyśmy o wodę do picia, słuchawki ochronne i większe pensje. saw Wizja lokalna pod pomnikiem Świerczewskiego
Pomnik jest w złym stanie technicznym - ustalił podczas wizji lokalnej
pod obeliskiem ku czci gen. Waltera Lech Polkowski, wicedyrektor Wydziału
Kultury i Sztuki Urzędu Miasta. Polkowski wraz z autorką pomnika Anną Krzymańską dokonał wczoraj lustracji pomnika. To kolejny krok w kierunku zmiany wymowy - a być może również wyglądu - pomnika Świerczewskiego, której domagają się radni Poznania ze wszystkich trzech klubów. - Pomnik jest w złym stanie, beton w wielu miejscach koroduje. Gdyby pomnik miał się ostać, to powinien zostać wyremontowany. Wniosek ten dotyczy również płyt wokół pomnika, które pękają i kruszą się - powiedział nam dyr. Polkowski. Gdyby pomnik miał zmienić swoją wymowę i stać się - jak planują radni - pomnikiem Polskiego Czynu Zbrojnego w II Wojnie Światowej, zburzone musiałyby zostać tablice sławiące rewolucję październikową i udział Świerczewskiego w wojnie domowej w Hiszpanii. Tymczasem przeciwko niszczeniu części obelisku, dotyczącej właśnie udziału polskich ochotników w wojnie w Hiszpanii, zaprotestowało wczoraj Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych "Ulica". "Nie zapominajmy, że świadomość historyczna nie należy tylko do jednej opcji ideowej" - napisali autorzy protestu. Swój sprzeciw wysłali m.in. do ambasady Hiszpanii w Warszawie. boj Rozbrat
nad Rospudą - Z wykształcenia jestem ochroniarzem - mówi Marek Piekarski. - Ochroniarzem środowiska - wyjaśnia, widząc moje zaskoczone spojrzenie. Poznański ekolog, związany z Federacją Anarchistyczną, 19 lutego wyruszył do Doliny Rospudy, by chronić unikalną przyrodę przed najazdem buldożerów. Na miejscu od dwóch dni był już Łukasz Weber, studiujący na UAM socjologię. - Sprawy środowiska od dawna są dla mnie ważne. Aby wziąć udział w akcji przeciwko budowie autostrady na górze św. Anny, rzuciłem szkołę. A teraz mam urlop dziekański - mówi. Relacje chłopaków z linii frontu ukazywały się na naszym gazetowym blogu. 19
lutego: domy na drzewach Obóz ekologów znajduje się przy polnej drodze prowadzącej do miejscowości Raczki. Tworzy go kilkadziesiąt namiotów rozbitych między oznaczonymi na pomarańczowo sosnami. To znak, że drzewa przeznaczone są do wycięcia. Kolejny charakterystyczny element to rozpięte między drzewami liny alpinistyczne. Kiedy w lesie pojawią się drwale, ekolodzy wejdą na drzewa. Liny tworzą sieć: ścięcie jednego drzewa sprawia, że na ziemi, z połamanymi żebrami, ląduje przynajmniej kilka osób. Codziennie ktoś nocuje w koronach drzew, w namiotach rozstawionych na specjalnych podestach. Jest mróz. Temperatura w nocy spada poniżej minus 20 st. C. 20
lutego: anarchiści robią porządek Łukasz Weber: "Dziś pojawił się pan, który przywiózł nam piec. Nabijamy się, że brakuje nam tylko jacuzzi. Dzielimy się na dwie grupy: jedna będzie rozmawiać, negocjować; druga wchodzić w korony drzew". - Was zawsze obowiązuje pruski dryl - mówili o poznaniakach ekolodzy, którzy mieszkali w obozie przed ich przyjazdem. Bo poznaniacy - choć to anarchiści z Rozbratu - natychmiast po swoim pojawieniu się w dolinie, zaczęli wprowadzać ordnung. Przede wszystkim został ustalony plan dnia. Pobudka o dowolnej porze: ważne by zdążyć na zebranie o godz. 9. Na nim następuje podział na grupy zadaniowe: alpiniści, wartownicy, kolektyw kuchenny, budowniczowie nadrzewnych ławeczek i orlich gniazd. Część ludzi kierowana jest na warsztaty z biernego oporu. Niektórzy wędrują po lesie - wraz z Adamem Wajrakiem szukają żyjącego w puszczy głuszca. 21
lutego: szyszka zamiast nosa Marek Piekarski: "Na powitanie Szyszki chcieliśmy ulepić bałwana. Z szyszką zamiast nosa. Nie udało się, śnieg jest zbyt zmrożony, rozsypuje się. Noc była tak zimna, że ludziom pozamarzały soczewki kontaktowe". 20 osób może nocować w zaprzyjaźnionym gospodarstwie. Za dnia ogrzać się można przy trzech beczkach, w których płonie ogień. Ognisk nie pali się wprost na ziemi, aby nie niszczyć runa. Przy beczkach toczy się życie towarzyskie. Ekolodzy dyskutują. Okazuje się, że część z nich na co dzień liczy nietoperze lub szuka po lasach rzadkich roślin. Inni są zaprawieni w bojach, mają za sobą protesty przeciwko budowie dróg. - W Dolinie Rospudy okazuje się, że mamy wspólne cele. Mimo że ludzie zwykle tylko tych pierwszych nazywają ekologami, a na nas mówią "oszołomy" - mówi Piekarski. O godz. 17 landrover - jedyny wóz, którego nie zmogły augustowskie mrozy - dowozi do obozu obiad. Tego dnia minister nie dojechał. 22 lutego: jak w zwierzyńcu Marek Piekarski: "Rozpoczęły się prace ziemne od strony Augustowa. A przedstawiciele społeczności lokalnej przywieźli nam czekoladę. Nie wszyscy mieszkańcy Augustowa przychodzą jednak ze słodyczami. Wczoraj jedna dziewczyna opowiadała nam o swoim znajomym, który zginął na augustowskiej ulicy pod kołami tira. Zrobiło nam się przykro". Rozmowę z tą dziewczyną, mieszkanką Augustowa, przez cały czas obserwowała telewizyjna kamera. Gdy ekolodzy próbowali wytłumaczyć jej, że im także zależy na szybkiej budowie obwodnicy, zostali zakrzyczani przez innych augustowian. Ucichli dopiero wtedy, gdy znikły kamery. Ekolodzy ponownie podjęli rozmowę z dziewczyną, której przyjaciel zginął pod kołami. Przyznała, że wymyśliła tę historię. Tak dla mediów. Obozowicze praktycznie nigdy nie są sami. Przed południem przyjeżdżają z Augustowa pierwsze auta. Droga jest tak wyślizgana, że wozy transmisyjne radia i telewizji lądują w rowach. Poznaczeni pomarańczowymi wstążkami zwolennicy wycinki drzew kręcą się dookoła, oglądają obóz, jakby był zwierzyńcem. Ale są też tacy bez pomarańczowych wstążek. Przywożą czekoladę, fasolkę po bretońsku, koce. Rozmawiają. 23
lutego: Gwiazda wśród kryminalistów Marek Piekarski: "Z Augustowa przychodzi coraz więcej młodych ludzi, licealistów, dwudziestolatków. Mają trochę czasu by posiedzieć na ławce i porozmawiać. Przyjechał też Andrzej Gwiazda z żoną". Gwiazda chciał sprawdzić, jaka jest temperatura na dworze. Niestety, wskutek mrozu zepsuł mu się termometr. Został z ekologami. 26
lutego: wszędzie wiszą krzyże Spędziliśmy dwie godziny, stojąc naprzeciwko nich, rozdzieleni kordonem policji. Też paliliśmy znicze. Na pamiątkę tych, co zginęli pod kołami tirów. Nasi goście śpiewali pieśni religijne, w przerwach miotając obelgi. Augustowianie poszli, a krzyże pozostały. To takie niewielkie krzyżyki. Nie ruszamy ich, choć boli nas, że zostały przybite do drzew gwoździami. My swoje domy mocujemy na linach. Znicze, te które się wypaliły, posprzątaliśmy." Każdego wieczora odbywa się spotkanie podsumowujące dzień. Co zostało zrobione, a co nie. Kto dał radę, a kogo przenieść do innych zadań. Np. kolegę odpowiedzialnego za nocne warty. Miał wyznaczyć ludzi, a ograniczył się do wywieszenia kartki. Między 3 a 4 nad ranem nie było ochotników do czuwania. Anarchiści zrobili porządek. 28
lutego: kto poinformuje ptactwo? Mówimy sobie: okej, w takim razie musimy zostać w dolinie dłużej niż planowaliśmy. Spokoju nie daje nam jednak pytanie, kto poinformuje ptactwo? Straż graniczna będzie prowadzić rozmowy? - Halo, ptactwo, bardzo nam przykro, ale w tym roku wasz okres lęgowy został zniesiony". Natalia
Mazur Poznańska
policja wszczęła śledztwo w sprawie obrazy uczuć religijnych przez
autorów plakatu z Matką Boską i braćmi Kaczyńskimi. O sprawie napisaliśmy jako pierwsi pod koniec sierpnia. Wówczas to na jednym z billboardów w Poznaniu zawisł kontrowersyjny plakat. Przedstawiał on Matkę Boską, która trzymała dwie głowy postaci do złudzenia przypominających Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Pikanterii całej sprawie dodał fakt, że plakat pojawił się 26 sierpnia - w dniu, w którym polski Kościół obchodzi święto Matki Boskiej Częstochowskiej. Jak ustaliliśmy - za prowokacją stali anarchiści ze skłotu Rozbrat i grupy Manufaktura oraz Radykalnej Akcji Twórczej RAT. Po kilku dniach plakat zniknął w równie tajemniczych okolicznościach, jak się pojawił. Cała sprawa zbulwersowała jednak posła Jana Filipa Libickiego, szefa poznańskiego PiS. Jego zdaniem autorzy plakatu dopuścili się obrazy uczuć religijnych i znieważenia głowy państwa. Libicki złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury. - Nie on jedyny - tłumaczy Mirosław Adamski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. - W tej samej sprawie zgłosiły się do nas 22 dwie inne osoby. Wszyscy czuli się obrażeni treścią plakatu. Stanowisko w tej sprawie zajęli też hierarchowie poznańskiego Kościoła: "Posłużenie się wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej dla wyrażenia własnych poglądów politycznych czy ideologicznych w żadnym stopniu nie usprawiedliwia szargania wizerunkiem, który dla wielu ludzi wierzących stanowi sacrum" - napisali w oświadczeniu zamieszczonym na stronach internetowych Archidiecezji Poznańskiej. Autorzy plakatu specjalnie się tym nie przejęli: "Atmosfera, która narosła wokół plakatu, jest kwintesencją polskiego bagienka" - odpowiedzieli również w internecie anarchiści z Rozbratu. Teraz będą musieli przekonać do swoich racji policję, która prowadzi już śledztwo w tej sprawie. kop Uczestniczka demonstracji antywojennej przed sądem Jak fotografka została organizatorką pikiety. Jeśli w tym mieście pojawi się ktokolwiek, komu nie jest obojętna polityka światowa i chce dać wyraz swoim poglądom, natychmiast znajduje się na niego paragraf. Postawienie kogoś takiego w stan oskarżenia stanowi przykład łamania wolności wypowiedzi - mówiła mecenas Agnieszka Rybak-Starczak, podczas wczorajszej rozprawy w sądzie grodzkim. Obwinioną w procesie była Katarzyna Jankowska, pracownica agencji reklamowej i fotografka. A prywatnie: przeciwniczka zbrojnej interwencji w Iraku. Oskarżycielem był Komisariat Policji Poznań Grunwald. O co poszło? 19 marca 2006 r. grupa młodych ludzi spotkała się przed Dworcem Zachodnim. Protestowali przeciwko wojnie w Iraku, rozdawali jedzenie ubogim. Byli wśród nich członkowie Federacji Anarchistycznej i Poznańskiej Koalicji Antywojennej. Wkrótce na miejscu pojawiła się także policja. - Naszym podstawowym zadaniem było znalezienie organizatora pikiety i sprawdzenie, czy demonstracja jest legalna - zeznał przed sądem jeden z policjantów. Jankowska tym organizatorem nie była. - Na pikietę poszłam, bo to bliski mi temat. Jestem przeciwniczką przemocy. Chciałam też zrobić zdjęcia - wyjaśnia. Rybak-Starczak: - Każdy ma prawo przyłączyć się do manifestacji, a zdobycie zezwolenia należy do obowiązków organizatora. Policjanci
wzięli Jankowską za organizatorkę, a ponieważ kobieta zezwolenia nie
miała, skierowali sprawę do sądu. Jednak przed sądem nie potrafili
udowodnić przywództwa pani fotograf. Sąd uniewinnił Jankowską. nat Plakat z Matką Boską trzymającą na rękach braci Kaczyńskich znieważył przedmiot czci i religijnej - uważa poznański poseł Jan Filip Libicki, który wczoraj złożył w tej sprawie w Prokuraturze Rejonowej Stare Miasto zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Poseł wnosi również o zbadanie, czy nie doszło do popełnienia przestępstwa znieważenia prezydenta RP i premiera. Kontrowersyjny plakat pojawił się w ubiegłą sobotę na rogu ul. Pułaskiego i Nowowiejskiego, a zniknął w poniedziałek. Widniała na nim sylwetka Matki Boskiej z twarzą przypominającą twarz Adama Michnika. Do dzieła przyznali się poznańscy anarchiści ze skłotu Rozbrat i grupy Manufaktura oraz Radykalnej Akcji Twórczej RAT. leh Kuria
protestuje przeciwko plakatowi Plakat, który pojawił się w weekend na jednym z poznańskich billboardów - nadal budzi emocje. W poniedziałek zaprotestował poznański PiS, a we wtorek - Kuria Metropolitalna. Przypomnijmy: plakat przedstawiał sylwetkę Matki Boskiej Częstochowskiej wyposażoną w twarz podobną według jednych do Hitlera, a według innych do Adama Michnika. Trzymała ona na rękach postacie zbliżone wyglądem do braci Kaczyńskich. To dzieło anarchistów z poznańskiego skłotu Rozbrat, grupy Manufaktura oraz Radykalnej Akcji Twórczej zawisło na rogu ul. Pułaskiego i al. Wielkopolskiej. W oświadczeniu Kurii Metropolitalnej czytamy m.in., że "usankcjonowane w Deklaracji Praw Człowieka prawo do wolności wyrażania myśli nie obejmuje prawa do obrażania uczuć religijnych ludzi wierzących", a "posłużenie się wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej dla wyrażenia własnych poglądów politycznych czy ideologicznych w żadnym stopniu nie usprawiedliwia szargania wizerunkiem, który dla wielu ludzi wierzących stanowi sacrum". Kuria odniosła się też do faktu, że malowidło zawisło w dniu Matki Boskiej Częstochowskiej i uznała to za "szczególnie perfidne". Wyraziła też nadzieję, że "powołane do tego organa państwowe staną na wysokości zadania, przeciwdziałając obrażaniu uczuć religijnych". Dzień wcześniej poznański PiS zapowiedział skierowanie sprawy plakatu do prokuratury. Jg Plakatem
z Matką Boską trzymającą braci Kaczyńskich na rękach ma zająć się
prokuratura na wniosek poznańskiego PiS. Ponadto pojawiły się wątpliwości,
czyją głową zastąpiono na billboardzie twarz Matki Boskiej: Adolfa
Hitlera czy Adama Michnika? Plakat zawisł na jednym z billboardów w Poznaniu w sobotę 26 sierpnia - w dniu, w którym polski Kościół katolicki obchodzi święto Matki Boskiej Częstochowskiej. To prowokacja poznańskich anarchistów ze skłotu Rozbrat i grupy Manufaktura oraz Radykalnej Akcji Twórczej RAT, którzy popełnili dzieło prezentowane przez nas w poniedziałkowej "Gazecie". Libicki deklaruje, że zawiadomi prokuraturę, nawet jeśli okaże się, że twarz przypisywana Hitlerowi może należeć do kogoś innego. Artystyczna prowokacja jest bowiem większa, niż mogłoby się wydawać. Niektórzy obserwatorzy i goście forum portalu "Gazety" rozpoznali bowiem w twarzy, która zastąpiła oblicze Matki Boskiej, ...Adama Michnika, kpiąc, że redakcja nie rozpoznała swojego naczelnego. I - według nieoficjalnych informacji ze skłotu - rzeczywiście miał być to Michnik. Tyle tylko, że - przez ciemną wąsopodobną plamę pod nosem - nie wyszedł tak, jak trzeba. Stąd też niejasności interpretacyjne. Dlatego też w niedzielę anonimowy przedstawiciel anarchistów nie zaprzeczał, że na plakacie widnieje Hitler. - Bo dzięki temu wyszło ciekawiej. Jest co interpretować i nad czym się zastanawiać, a o to właśnie chodzi - mówił w poniedziałek. - Cóż. W polskich warunkach czarna plama pod nosem może od razu kojarzyć się z Hitlerem - mówi socjolog dr Krzysztof Podemski, który komentując w niedzielę plakat, widział na nim niemieckiego Führera i w poniedziałek podtrzymywał swą opinię. - Zresztą, mechanizm jest prosty. Przeciwnicy Kaczyńskich, podejrzewając ich o autorytaryzm i widząc zestawioną z nimi twarz zbliżoną do Hitlera, automatycznie przypisują ją dawnemu kanclerzowi Rzeszy. Nawet jeśli różnica między stylem sprawowania władzy między tymi panami jest ogromna, bo w końcu Kaczyńscy nie mają krwi na rękach - tłumaczy kłopoty. Na przypisywanie podświadomych znaczeń wskazują też sami twórcy. W wydanym wczoraj oświadczeniu twórców plakatu, "Gazeta" dostaje prztyczka w nos: "Neoliberalne media, polujące na wszystko, co "przeciw" obecnej władzy, nawet w twarzy Adama Michnika widzą Adolfa Hitlera. Znamienne. Czy stać nas jako społeczeństwo na odrobinę więcej niż to, co mówią w mediach?". Interpretacji plakatu więc przybywa. Ma być on m.in. anarchistyczną krytyką polskiego establiszmentu, niezależnie od politycznych zapatrywań. Może też przedstawiać ubolewanie nad trzymanymi w rękach postaciami - czarne linie na twarzy głównej postaci to podobno łzy. Niezależnie od interpretacji plakatem zajęła się poznańska policja. - Po prasowej publikacji wysłaliśmy policjantów, by obejrzeli plakat - mówi Andrzej Borowiak, rzecznik poznańskiej policji. Stróże prawa mieli też szukać twórców plakatu w skłocie Rozbrat. Dlaczego, skoro nikt nie doniósł o popełnieniu przestępstwa? - Po to jest policja. Lubimy wiedzieć, co się dzieje w mieście - mówi Borowiak. W poniedziałek rano kontrowersyjny plakat zniknął z billboardu.
Fot.
Beata ziemowska / AG Jakub
Głaz Prowokacyjne malowidło z Matką Boską i braćmi Kaczyńskimi Sylwetka Matki Boskiej o twarzy podobnej do Hitlera trzyma zaopatrzone w aureole głowy o fizjonomiach zbliżonych do polskiego prezydenta i premiera. Jeden z nich trzyma papier z napisem "Gazeta". Poza tym - żadnych inskrypcji i komentarzy. Takim prowokacyjnym plakatem zaklejono w sobotę billboard na skrzyżowaniu ulic Pułaskiego i al. Wielkopolskiej. Obraz powstał podczas niedawnych warsztatów w pobliskim skłocie Rozbrat, siedzibie poznańskich anarchistów. Twórcy warsztatów informują, że dzieło to jest politycznym komentarzem autorstwa Radykalnej Akcji Twórczej RAT, warszawskiej grupy artystycznej Vobin i poznańskiej formacji Manufaktura, która ostatnio wsławiła się plakatem przedstawiającym zmodyfikowany herb Poznania. W miejscu świętych Piotra i Pawła umieszczono prezydenta Grobelnego i biznesmena Jana Kulczyka. RAT znana jest zaś z akcji, podczas których reklamowe billboardy zalepia prowokującymi plakatami o wydźwięku obyczajowo-politycznym: przeciwko rządzącym, wojnie w Czeczenii, konsumpcyjnemu stylowi życia. jak pisze na swojej stronie internetowej "RAT jest nieformalną grupą podejmującą sporadycznie działania i inicjatywy o charakterze artystyczno-wywrotowym.(...)". - Ten rysunek jest drastyczny, radykalny, kontrowersyjny. Ma prawo nie podobać się osobom wierzącym i uważającym, że głowom państwa należy się szczególna cześć. Sam też go bym w domu nie powiesił. Choć nie sprzyjam obecnie rządzącym, to skojarzenie braci Kaczyńskich z Hitlerem uważam za grubą przesadę - komentuje dr Krzysztof Podemski, socjolog z UAM. A co o plakacie sądzi szef poznańskiego PiS, Jan Filip Libicki? - Jeszcze go nie widziałem, więc trudno mi oceniać. Jeśli jednak mieści się w granicach politycznego dyskursu, to wszystko jest w porządku, bo każdy ma prawo głosić własne poglądy. Gdyby jednak okazało się, ze jego forma godzi w uczucia religijne to podejmiemy w tej sprawie odpowiednie kroki - deklaruje. - To plakat ostry politycznie, ale nie antyreligijny, bo przecież celem ataku nie jest tu Matka Boska, lecz politycy. Zresztą, instrumentalne wykorzystanie wizerunku Matki Boskiej zdarza się także środowiskom prawicowym. Oczywiście, w zupełnie innym sensie - zastrzega jednak Podemski. - Poza tym, jako liberałowi, bliskie jest mi stanowisko, by w tego typu sprawach nikogo za radykalną akcję artystyczną nie karać i nie ścigać - dodaje. Na wszelki wypadek organizatorzy przedsięwzięcia wolą jednak pozostać anonimowi. Jeden ze współtwórców warsztatów twierdzi, że plakat nie ma profanować wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, mimo, że na ulicy pojawił się w dzień, gdy polski Kościół obchodzi jej święto. Nie widzi też problemu w zalepianiu tablicy należącej do prywatnego właściciela. - Każdy ma prawo w przestrzeni publicznej wyrażać swoje poglądy i komentować rzeczywistość. Nie mam jednak wątpliwości, ze w poniedziałek ten plakat zostanie usunięty - dodaje. Jakub Głaz Kiedy skazywano protestujących przeciwko zdjęciu "Dziadów" w 1968 roku, władza ustami prokuratorów mówiła, że to "chuligańskie wybryki", a demonstrantów skazywano za "naruszanie porządku publicznego". W czerwcu 1976 roku robotników Radomia i Ursusa, którzy protestowali przeciwko podwyżce cen, wyzywano od "warchołów" i "chuliganów". Partyjni aparatczycy nie umieli uporać się z przyczynami oporu społecznego, próbowali więc zagłuszyć go przemocą i epitetami wobec protestujących. Demonstracje to nie były demonstracje, tylko "wybryki", "naruszanie ładu prawnego", "wandalizm", "zakłócanie porządku publicznego". Minęły lata, przywrócono suwerenność, mamy podobno wolność i słyszymy to samo. Dziś jednak obchodzi to niewielu. Zaangażowanie w budowę nowego porządku oślepiło także większość z tych, którzy stali niegdyś w pierwszym szeregu obrońców uciskanych. Nie ma oczywiście porównania skali dzisiejszych represji z tymi z PRL-u, ale dawne "chuligańskie" interpretacje znów są modne. Ostatnie miesiące przyniosły liczne procesy przeciwko uczestnikom demonstracji i pikiet, głównie ze środowisk lewicowych i anarchistycznych, kończących się wyrokami skazującymi. Najczęściej jest to wysoka grzywna zamieniana na wielodniowy areszt. Powiedzmy o kilku przykładach z ostatnich miesięcy. 27 września sąd skazał warszawskiego działacza społecznego Andrzeja Smosarskiego na grzywnę w wysokości kilku tysięcy złotych, z zamianą na karę aresztu, za rzekomą napaść na funkcjonariusza w trakcie demonstracji pielęgniarek i położnych w grudniu 2000 roku. Jak wynika z relacji uczestników, Smosarski próbował wyprowadzić z kordonu jedną z pielęgniarek, która zasłabła. Policjanci nie zgodzili się przepuścić jej do stojących obok karetek. Kiedy Smosarski usiłował mimo to przeprowadzić kobietę do karetki, przepychając się przez kordon, został aresztowany. Według oskarżonego, policjanci przy uchylonych drzwiach radiowozu uzgadniali przyszłe zeznania, "wybierając", który zostanie "ofiarą" jego "napaści". Dziś Smosarskiemu grozi 100 dni aresztu. 10 września działacze Wrocławskiej Koalicji Antywojennej zorganizowali kilkunastoosobową pikietę podczas obchodów 60-lecia Śląskiego Okręgu Wojskowego. Obok zbudowanej na wrocławskim rynku makiety obozu polskich wojsk okupacyjnych pojawili się protestujący z hasłem: "Przeprosiliśmy za Jedwabne, przeprosimy za Irak". Kilkunastoosobowa grupa została zaatakowana przez tajniaków, którzy według relacji prasy lokalnej i samych demonstrantów nawet nie wylegitymowali się przed atakiem. Większość protestujących sądziła, że zaatakowali ich pseudokibice lub skinheadzi. "Dobrze zbudowani, krótko ostrzyżeni. Byli w cywilu, nie wylegitymowali się, tylko rzucili na nas" - mówił dziennikarzowi "Gazety Wrocławskiej" uczestnik pikiety. Zatrzymani przez tajniaków zostali oskarżeni o zakłócanie porządku publicznego. Jeden z demonstrantów, który udał się sam na posterunek w poszukiwaniu zatrzymanych kolegów i zapowiedział tam, że złoży skargę na bezprawne postępowanie funkcjonariuszy, został przez nich na miejscu "rozpoznany" jako osoba, która "czynnie napadła na funkcjonariusza policji". Sprawa jest w toku. Styczeń 2005, władze Krakowa odrzucają jako "spóźnione" zgłoszenie demonstracji przeciw wizycie Putina. Protest mimo to odbywa się. Jak podaje portal informacyjny Indymedia, policja wyciąga z tłumu stojącego spokojnie demonstranta, wlecze po śniegu i kałużach stające w jego obronie osoby. W sumie zatrzymanych zostaje około 30 osób. Ostatecznie zarzuty "napaści na funkcjonariusza" zostają postawione kilku z nich. 31 października aresztowano w Krakowie Marka Kurzyńca - członka Federacji Anarchistycznej i uczestnika wielu inicjatyw wolnościowych i społecznych. Aresztowania dokonało pięciu tajniaków. Termin aresztowania nie był przypadkowy - zarówno tego dnia, jak i następnego (Wszystkich Świętych) nie pracowały sądy czy prokuratura. Adwokat i rodzina zatrzymanego nie byli w stanie ustalić ani przyczyn aresztowania, ani czasu, na jaki Marek został zatrzymany. W końcu okazało się, że Kurzyniec ma przebywać w areszcie 15 dni, a powodem jest niezapłacona grzywna za udział w demonstracji przeciwko wizycie Władimira Putina. W wielu wypadkach drobne protesty uliczne są reakcją na bieżące wydarzenia i w związku z tym ustawowy nakaz poinformowania o zgromadzeniu przez organizatorów z trzydniowym wyprzedzeniem staje się pretekstem do ograniczania wolności obywatelskich przez widzimisię policji. Tak było na przykład z warszawską demonstracją w dniu wybuchu wojny w Iraku. O ile niemal na całym świecie pokojowe protesty odbyły się bez jakichkolwiek problemów, to warszawska policja rozgoniła setki osób manifestujących przeciw atakowi na Irak pod ambasadą amerykańską. Wyłapanych uczestników spontanicznego, pokojowego protestu, zatrzymano wtedy pod zarzutem udziału w nielegalnym zgromadzeniu. Nie było natomiast ze strony policji żadnych problemów, gdy doszło do również nielegalnej pierwszej demonstracji "Solidarności" z Ukrainą pod ambasadą. Wówczas także nie było czasu na załatwienie pozwolenia, manifestacja została zwołana SMS-ami, ale pozwolono na nią, policjanci tylko grzecznie w pewnym momencie poprosili o rozejście się. Protestować przeciw wojnie w Iraku natomiast się nie powinno, więc kończy się to nie grzecznymi pouczeniami, ale grzywnami, jak w przypadku wielokrotnie karanego w ten sposób Filipa Ilkowskiego z Inicjatywy "Stop wojnie" - ostatnio za protest antywojenny pod Pałacem Prezydenckim w związku z porwaniem Polki w Iraku jesienią ubiegłego roku. Prześladowania uczestników protestów to nie jedyny element tej układanki. Przypomnijmy, że ciągle zagrożona jest artystka Dorota Nieznalska. Sąd już raz skazał ją za "obrazę uczuć religijnych", w drugiej instancji wyrok uchylono i sprawę przekazano do ponownego rozpatrzenia. Wszyscy liberalnie myślący niby przyznawali, że nie wolno skazywać za poglądy, ale los Nieznalskiej, która nie może dziś wystawiać ani nie ma z czego żyć, nikogo już nie obchodzi. A gdy nawet wolność słowa stoi pod znakiem zapytania, nietrudno sobie wyobrazić, co dzieje się z prawem do protestu. Przypomnijmy także przypadki bezprawnego ograniczania przez władze miejskie wolności zgromadzeń: Parady Równości i Tolerancji w Warszawie i Poznaniu, zakazy organizowania protestów przez Komitet Wolny Kaukaz. Przypomnijmy inwigilację i zastraszanie działaczy społecznych podczas warszawskiego Antyszczytu. Część mediów razem z policją tworzyły atmosferę zagrożenia, w której wszyscy "porządni ludzie" wyjeżdżają, uciekając z miasta przed "zamieszkami", aby przy pomocy sterowanej histerii wyizolować protestujących. Jak się okazało nieskutecznie - kilkutysięczna demonstracja przeszła spokojnie przez miasto, a protestujący przeciwko globalnym nierównościom i dyktatowi rynków alterglobaliści zyskali sympatię warszawskiej ulicy. Podczas tej demonstracji widzieliśmy wielu dziennikarzy najważniejszych polskich mediów, podczas Parady Równości widzieliśmy także wielu polityków chętnie udzielających wywiadów. Gdzie są dziś (poza naprawdę nielicznymi wyjątkami), gdy po długotrwałych procesach demonstranci trafiają do aresztu albo zmuszeni są płacić grzywny? Lekceważenie przez funkcjonariuszy wolności manifestacji nie bierze się znikąd. Przykład tego, jak poważnie traktuje się w Polsce wolności konstytucyjne, płynie z góry - np. od dzisiejszego prezydenta elekta, który zasiadając w warszawskim ratuszu ostentacyjnie pogwałcił prawo do wolności zgromadzeń. Dyktat "nielegalności zgromadzenia" staje się pretekstem do brutalnych interwencji policji. Lekceważenie prawa do manifestacji nie pozostaje bez wpływu na stosunek policjantów do demonstrujących. Protestujący, którzy nie dość, że nie mają jak się bronić, znajdują się z góry na straconych pozycjach, bo przed sądem słowo funkcjonariusza prewencji będzie i tak ważyć więcej niż "chuligana", który odważył się zaprotestować przeciwko władzy. Nie jest niestety w Polsce banałem stwierdzenie, że prawdziwym wskaźnikiem demokratyzacji ustroju jest liczba manifestacji i sposób traktowania demonstrujących. Manifestacje są wyrazem najdalej idącego zainteresowania sprawami publicznymi i nie ma tu, a raczej nie powinno mieć znaczenia, jakie hasła wypisane są na sztandarach, dopóki nie stoją one w sprzeczności z konstytucją. Gdy jednego z dziennikarzy prasy lokalnej skazano jakiś czas temu "za naruszenie dóbr osobistych", mogliśmy obserwować cały spektakl fotografujących się w klatce redaktorów naczelnych głównych mediów. Sądziliśmy, że dziennikarze bronią konstytucyjnej wolności słowa, gdy jednak obserwujemy dziś, jak ich milczenie skrywa los innych szykanowanych, dochodzimy do wniosku, że był to tylko branżowy protest wpływowej grupy zawodowej w obronie swoich interesów. W szykanowaniu organizatorów demonstracji, w robieniu biurokratycznych trudności, które przed jednymi się piętrzą, inni z kolei mogą liczyć na przychylność władzy, w "zabezpieczaniu" manifestacji tysiącami policjantów (przy pochodzie alterglobalistów było ich podobno 13 tys., czyli kilkakrotnie więcej niż demonstrujących), w traktowaniu manifestujących jak zwykłych chuliganów jest oczywiście metoda. Poturbowany, zastraszany czy wreszcie bezpodstawnie obsmarowany przez prasę uczestnik demonstracji zastanowi się dwa razy, zanim ponownie zdecyduje się wziąć udział w jakimś proteście. A później usłyszymy, że podejmowane przez demonstrujących sprawy są nieistotne, skoro przyszło tak mało ludzi, a w zasadzie wyłącznie "chuligani" i "fanatycy". Albo powoli wszyscy przyzwyczają się, że jeśli robić demonstrację - to tylko z kamieniami i sztachetami, bo inaczej nikt tego nie zauważy, a i władza zaraz zmieni zdanie przekonana argumentami siły, a nie siłą argumentów. To, jak władza zachowuje się wobec protestujących, to jedno. Drugie, to brak czujności ze strony czwartej władzy. Kiedyś podziemna prasa nagłaśniała każdy akt represji politycznych. Dziś, podobno służąca społeczeństwu prasa lekceważy wszystko, co nie jest związane z establishmentem. Żeby ją zainteresować, trzeba podpalić lub zdemolować. Legalne i spokojne demonstracje są nudne. A krzywda ludzi społecznie i politycznie zaangażowanych, bitych, represjonowanych nie jest żadnym tematem. "Ta młodzież, która demonstrowała przeciwko decyzji zdjęcia "Dziadów ", jest młodzieżą dobrą, tą, która dowodzi, że obchodzi ją coś więcej poza własną karierą. Że ktoś tak, czy inaczej podczas demonstracji się zachowywał - byłoby źle, gdyby ludzie mający lat 20 zachowywali się zanadto rozsądnie. Wtedy jest zupełnie źle. Wtedy zbyt wielki triumf święci nasza mała stabilizacja, mówiąc po staremu - mieszczańskie karierowiczostwo". Odważne słowa Pawła Jasienicy z 1968 roku to niestety coś znacznie więcej niż komentarz do przeszłości. Sławomir
Sierakowski, Adrian Zandberg |
|
|||