Hierarchiczna armia jest w stanie wygrać wojnę, nigdy rewolucję; niezdyscyplinowana horda nie wygrywa ani jednej, ani drugiej. Chodzi więc o to, żeby organizować, nie hierarchizując; innymi słowy, czuwać, żeby prowodyr nie przerodził się w przywódcę.
Raoul Vaneigem

Demonstracje podczas szczytu MFW i BŚ w czeskiej Pradze 2000 r.

rozbrat.org
Praska jesień 2000

"Wspomnienie wspólnej walki, jak i atmosfera błękitnego marszu na długo pozostaną w naszych sercach"

S-26

Prolog: Informacje na temat zbrodniczej działalności wielkiego kapitału międzynarodowego pobrzmiewają w podświadomości co poniektórych, żyjących w białej, sytej, spokojnej twierdzy, której to częścią jeśli już nie jesteśmy, to z całego serca i wszystkich sił dąży do tego nasze bierne społeczeństwo zachęcane obietnicami "unijnego raju". Dlatego na co dzień, bierną swą postawą, zajęci sprawami doczesnymi, siłą konsumpcyjnego rozpędu, uczestniczymy w tej mitycznej "machinie systemu" będąc jej ślepymi trybikami. Brniemy w niej, rzadko pozwalając sobie na jakiekolwiek związane z tym refleksje, próbując ze śmietnika systemu ulepić jakąś rachityczną alternatywę konsumentów - reducentów i to w najlepszym wypadku. Naszą błogość żywota oświeca jak ta kometa od czasu, do czasu jakiś przedruk pracy Chomskiego, lub petycja w sprawie ginących Indian, budzące nas z letargu, napełniające żalem i trwogą, rodzące w nas bunt.

Pierwszy słyszalny, zbiorowy akord i pierwsze informacje, o zbiorowym wielotysięcznym proteście przeciwko spekulacyjnemu, pseudo-wolnorynkowemu, nieograniczonemu i zbrodniczemu kreowaniu rzeczywistości przez wielkie instytucje zwane multikolporacjami, pochodzą z Seattle. Skąd tylko i wyłącznie dzięki gwałtowności, liczebności i długotrwałości oporu informacje o samych zamieszkach jak i o ich przyczynach sprzedają się i docierają poprzez media na cały świat. To jest pierwsza iskra, mimo poprzednich, która się przebija. Wszak to nie tylko obdarci, głodni, uciemiężeni Indianie, czy Hindusi protestują, to protestuje "biała i bogata" Ameryka. Dalsze wydarzenia jako kontynuacja prowadzą do informacji o spotkaniu w Pradze.

Przygotowania: Jak na polskie realia, mimo wielu niedociągnięć, była to pierwsza, do tej pory, tak duża akcja, przygotowana pod względem informacyjnym i organizacyjnym (może z wyjątkiem Góry św. Anny). Nie ukrywam, że sporą pomocą okazało się osobiste zaangażowanie i videokasety przygotowane przez ludzi mieszkających w Niemczech. Nieodzowną pomocą teoretyczną okazały się przedruki prac Noama Chomskiego. Podczas tych wszystkich przygotowań odczuwalny był nasz organizacyjny bezład, z którego trudno było wnioskować entuzjazm i chęć wzięcia udziału w proteście. Sądzę, że skala problematyki, jak i skala samego protestu przerosła i w pewnym stopniu przeraziła większość z nas, gdy nagle okazało się, że jest to namacalna, o przysłowiowy rzut kamieniem, możliwość, jeśli nie samego wpłynięcia na światową rzeczywistość, to uczestnictwa w wielotysięcznej akcji protestacyjnej przeciwko zbrodniczej polityce najbardziej wpływowych instytucji finansowych świata. Jestem przekonany, że dzięki tej "antyglobalizacyjnej kampanii", wewnętrzny rozkład organizacji anarchistycznej w Polsce został powstrzymany, dając mu szereg doświadczeń, kontaktów, motywacji i ducha bojowego (oraz pokazał błędy, na których być może się czegoś nauczymy). Nie chciałbym tu i teraz nikogo pouczać, czy tym bardziej wypominać komuś to czy tamto. Napiszę zatem w skrócie czego ja osobiście nie zrobiłem, a co można by i trzeba będzie zrobić w naszej dalszej działalności:

1) Współtworzyć jak najszerszy dostęp do informacji, przepływu idei i myśli wolnościowej, powiększając tym samym wiedzę o sytuacji ekonomiczno-politycznej na świecie, mechanizmach ją kształtujących oraz możliwościach wpływania nań, jak i szukania alternatyw. Tworząc w ten sposób bazę danych, z której można by czerpać konkretną wiedzę

2) Kontaktować się z jak największą liczbą grup i jednostek wolnościowych. A w szczególności być w kontakcie z ośrodkami planującymi wspólne protesty, czy akcje. Tego mi zabrakło z Czechami. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, że mimo bliskości położenia, łatwości komunikacji itd.. naprawdę w nikłym stopniu udaje nam się ściślej współpracować z anarchistami z Czech. Szczerze mówiąc zabrakło mi przy tych przygotowaniach właśnie bezpośredniej współpracy z czeskim ruchem anarchistycznym.

3) Poza akcyjnością, budowanie trwałych związków przyjaźni zarówno wewnętrznie, jak i międzynarodowe poprzez tworzenie społeczności wolnościowej będącej w stanie, nie tylko zafundować sobie i innym malowniczy, spektakularny protest na ulicach, ale mogącą wypracować i wspierać wzajemnie alternatywy w naszym życiu względem otaczającego nas systemu

4) Docierać z ideami wolnościowymi do jak najszerszych grup społecznych. Zabrakło w Pradze np. polskich związkowców i rolników.

5) Dopracować zawczasu wiedzę o realiach prawnych, pomoc materialną i prawniczą. Jak i wypracować metody działań, aby zminimalizować straty własne, przy nie rezygnowaniu z siły i zaangażowania w akcji.
Dzień przed wyjazdem: Mą duszę raduj ą wieści napływające z Australii, gdzie anarchiści, ekolodzy i związkowcy skutecznie zablokowali spotkanie światowych potęg finansjery. Pierwsze godziny w Pradze. Nadzieja była naprawdę wtedy potrzebna. Padał deszcz, na mieście znikoma liczba plakatów, infocentrum zamknięte.

Jest 21.09., błąkam się od 7 do 11, kiedy to pojawiają się pierwsi czescy anarchiści. Przed wejściem jest jakiś zabłąkany Anglik i ktoś tam jeszcze. Deszcz leje, tego dnia miał się odbyć "Dzień bez samochodu" i ruszyć machina spektaklu, ale jakoś tego nie widać. Może jedynie poza większą obstawą placówek dyplomatycznych. Po jakimś czasie jedziemy na Palmovkę gdzie znajduje się "Convergence Centre" -olbrzymia hala przy jakiejś byłej stoczni rzecznej. Pierwsza myśl to: skąd oni to wytrzasnęli? Dzień wcześniej w tym miejscu spotkała się czeska Antifa, lokal nie jest jeszcze do końca wynajęty. Dochodzi do nieporozumienia z firmą ochroniarską. Pojawiają się pierwsi ludzie, pierwsze znajome twarze, jest nas wszystkich około 40 osób, w tym grupa ludzi z Izraela, Hiszpanii, Belgii i Danii. Zaczynają się mozolne prace porządkowe, z początku iście syzyfowe ale jakoś posuwamy się do przodu. Cała sala po paru godzinach jest wyszorowana i umyta. Półmetrowy kurz znika a atmosfera wspólnej pracy napawa optymizmem. Pierwsze nasze spotkanie odbywa się w jakiejś knajpie, gdzie obsługa najpierw nas wywala na zewnątrz a potem serwuje wegetariańskie dania z szynką. Do dziś nie wiem czy to nasze paranoje, czy faktycznie jesteśmy tam śledzeni. W końcu uzbierało się nas z 20 i zaczęliśmy snuć plany o światowej rebelii, nie wiedząc ile osób tak naprawdę przyjedzie i na co będą nastawieni. Wprowadzamy powoli niewerbalny język migowy, dość idiotyczny na początku, ale genialny w końcowym efekcie i chyba stworzony z myślą o gadulskich Polakach przekrzykujących się i przerywających sobie nawzajem (w czym swego czasu przeważałem sam). Pojawiają się pierwsze mapy, plany, strzałki i wykresy, dyskusje o tym, czy w ogóle i jak, jak i gdzie etc. Większość obstaje za tajną wersją ataku od południa, w polskiej grupie tzw. akcja "Banan". Na razie cały czas zbieramy informacje, jak się przespać, jak przejechać granicę, gdzie się spotkać, co ustalać, podział na udział w spotkaniach, grupy komunikacyjne itd. Pogoda się poprawia. Powoli zaciskaj ą się więzi w naszej grupie.

22.09. Większość ekipy spóźnia się na spotkanie o godz. 14.00, trochę to zmniejsza wiarę w nasze możliwości organizacyjne i odpowiedzialność. Pojawia się za to trochę więcej ludzi z Polski, no i karawana rowerowa z Niemiec. Robimy pierwszą zrzutkę pieniędzy, szukamy czarnego materiału, farb, wałków i trzonków do flag. Widnieje polska tablica informacyjna. Ponownie rozmawiamy i dowiadujemy się, że odbędzie się pierwsze wspólne spotkanie, na zasadach demokracji bezpośredniej, ale za pomocą przedstawicieli i tłumaczy, którzy nie decydują za grupę, ale tylko przedstawiają jej zdanie. Coś co żywo przypomina nasz ustrój demokracji szlacheckiej nawet z prawem veta. Grup było co nie miara i chyba jedynie my zdecydowaliśmy się od razu na anarchistyczno-radykalno-ekologiczny polski blok. Inni rozdrabniali się w małe grupki liczące po kilka, lub kilkanaście osób, były to praktycznie grupy całej Europy i z USA. Na tym spotkaniu wspomniano właśnie o koncepcji akcji "Union March"- tj. wspólnego wymarszu dnia 26.09 i o planie "Pilovska" tj. trójkolorowego marszu, dzielącego się na trzy bloki, który miał za zadanie zablokowanie wyjazdu z Centrum Kongresowego. Podczas tego spotkania było około 700 osób i było chyba największym. W następnych biorą udział raczej przedstawiciele, lub tylko konkretne grupy zadaniowe. Podczas tego pierwszego pojawiła się też kwestia mediów, którą szybko rozwiązała hiszpańska anarchistka stwierdzając, iż "media jak będą chciały to i tak zrobią z nas debili, ukazując tylko te aspektyjakie będą chciały, a my nie przyjechaliśmy, aby się przypodobać mediom, ale zrobić swoje, zablokować, albo rozpieprzyć obrady". Tak naprawdę to do tej pory nie wiem, czy odcinanie się od naszego bloku - niebieskiego marszu, przez oficjalną część organizatorów jest tylko i wyłącznie dobrą taktyką unikania odpowiedzialności i kreowania w mediach pozytywnego wizerunku, czy ci ludzie faktycznie tak myślą i pomiędzy nimi i nami (chociaż w naszym natarciu byli też ludzie z INPEG'u - Inicjatywa Przeciwko Ekonomicznej Globalizacji - fasadowego organizatora protestu), doszło do jakiegoś nieporozumienia odnośnie metod i intencji. Podczas przygotowań klimat był otwarty na przeprowadzenie i zaplanowanie wszelkiej maści i gatunku akcji i taki też klimat panował w polskim bloku. Nie narzucano niczego, wszelkie decyzje jak i ostateczny kształt i charakter naszej grupy uformował się, jak nigdy dotąd, całkowicie oddolnie. W trakcie wspólnych dyskusji i argumentacji, poczynając od kwestii stosunku do przemocy, udziału w walkach, pogodzenia i dogadywania ludzi, którzy nie widzieli się w roli gladiatora a mieli sporo do zaoferowania itd. odrzucamy propozycje udziału w kolejnych marszach i zostaje niebieski.

23.09. Sobota. Dzień antyglobalizacyjnej i anty lewicowej demonstracji czeskich faszystów i dzień akcji antyfaszystowskiej. Dwie demonstracje o tej samej porze, w dwóch oddalonych od siebie punktach miasta. Nazistów aż 150, antyfaszystów około 2000. Antyfaszyści żądni konfrontacji. Policja powstrzymuje nielegalny antyfaszystowski marsz. Faszyści wdzierają się do Infocentrum, jednak nic nie słychać o większych szkodach czy poturbowanych. Cały czas wszyscy czekają na pociąg z Włochami, gdzie trzon stanowi lewicowa grupa Ya Basta. W południe w Convergence Centre pojawiają się media, jest to otwarty dzień dla nich. My uczestniczymy w spotkaniach tematycznych, odbywają się ciekawe wykłady, ale większość z nas ma pełne ręce roboty. Kupujemy trzonki, robimy szablony, tniemy flagi i szukamy po całym mieście farby. Powoli kształtuje się polski blok i koncepcja na udział w błękitnym marszu. Jest nas coraz więcej. Trwają przygotowania do akcji alpinistycznej. Zwiadowcy obserwują trasy przemarszów i szacują szansę. Ustalamy ostatecznie, że idziemy w błękitnym marszu, który ma uderzyć pierwszy i przedzierać się w niewygodnie położonym miejscu. Liczymy na 100 do 200 osób z Polski, jest nas w tej chwili około 50. Wpisujemy się jako "Diskopolo". Planowany jest happening, ale w rezultacie nie dochodzi do jego realizacji. Zabrakło para chwil spokoju. Pojawia się ekipa kucharska z Holandii ale niestety nie na nasze możliwości finansowe. Na co wspaniale zareagowała ekipa Wrocławska przygotowując własną kuchnię o niebo tańszą.

24.09. Polska grupa ciągle się powiększa. Nawiązujemy kontakt z francuskimi anarchistami z CNT i Wolnościowej Alternatywy, oraz dowiadujemy się, że greccy anarchiści pragną przyjść na nasze spotkanie i iść z nami w marszu. Jest to naprawdę pokrzepiające. Gdybyśmy już wtedy poznali Greków... jednak ubodzy o tą wiedzę raczej potraktowaliśmy ich z pobłażliwą serdecznością, tak jak to w polskich realiach traktuje się 40-latków. Pojawiają się również nasi przyjaciele z Białoruskiej Federacji Anarchistycznej, no i Niemcy. Powstaje naprędce formowany przez anarcho-komunistów z Czech, Irlandii, Francji i Wielkiej Brytanii antykapitalistyczny "czarno-czerwony Blok", ale po rozmowach z nami, jak i skonfrontowaniu ogólnie panujących tendencji w marszach, cały czarno-czerwony blok przyłączył się do naszej koncepcji wydarzeń w dniu 26.09 i prawie cały błękitny blok załopotał czarnymi i czarno - czerwonymi flagami, co nie znaczy, że w pozostałych blokach nie było anarchistów. W naszym za to mało było socjalistów czy komunistów. Malujemy olbrzymi baner przeciwko Bankowi Światowemu, Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu i Światowej Organizacji Handlu, który dzięki współpracy całej polskiej grupy i szczególnemu zaangażowaniu kilku osób, pojawił się w poniedziałek pod najbardziej strzeżonym mostem w Pradze prowadzącym do "Żelaznego miasta". Tej nocy nasza grupa, wraz z hiszpańskimi anarchistami, osłania Infocentrum przed atakiem nazistów. Cały czas odczuwalny jest słaby kontakt z ludźmi z czeskiego ruchu anarchistycznego, jednak nie ma co się dziwić, cały czas są na widelcu a ilość akcji jaką przeprowadzili, do tej pory w tej sprawie, zadziwia. Nie wiem czy gdyby nas, w Polsce, spotkało "szczęście" goszczenia finansowego forum, umielibyśmy podołać psychicznie i organizacyjnie.

25.09. Wspólnie decydujemy o treści naszego transparentu. Propozycji jest wiele, ale consensus otrzymuje hasło "Zabij kapitalizm, zanim on zabije ciebie", chciano go w trakcie wyboru skrócić do "Zabij kapitalizm", ale zakasowała to jakże radosna propozycja skrócenia jeszcze bardziej, do niewątpliwie wymownego "Zabij!". Tak więc w atmosferze czarnego humoru powrócono do pierwotnej wersji. Pojawia się włoska Ya Basta. Wszystko jest dograne: wspólny wiec na Namesti Miru, Union March, Akcja Pilowska, blokady, walki w razie blokad policyjnych i akcje na mieście.

26.09. Tak też się stało. Czy można było coś zrobić lepiej? Oczywiście, zawsze można ale i tak wyszło nieźle. W większości cele, ustalone na wstępie zostały osiągnięte. Nie zaobserwowałem też, ani nie słyszałem o bezsensownych i bezmyślnych aktach wandalizmu, czy tym bardziej kradzieży, ani udzielaniu się jakichkolwiek negatywnych zachowań. Również wyczuwalna atmosfera odpowiedzialności, zaangażowania i solidarności pozwala sądzić i spojrzeć z dużą dozą optymizmu na dalszy rozwój świadomego ruchu anarchistycznego, myśleć o społeczeństwie wolnych ludzi, którzy obywają się bez państwa i policji, budowanym oddolnie, w oparciu o demokrację bezpośrednią i wypracowywany consensus. Wydarzenia praskie są dla nas pierwszą tak dużą akcją, okazją do poznania i współpracy, dlatego też nie powinniśmy tego zmarnować. Szkoda tylko, że w warunkach polskich bardziej nas podnieca i zajmuje to co nas dzieli, a nie to w jaki sposób możemy prowadzić wspólną działalność i walkę. Stać nas na więcej!!! Pozdrawiam serdecznie wszystkich tych, którzy byli 26-28 na ulicach Pragi i tych wszystkich, którzy trzymali kciuki tu w Polsce, prowadząc akcje solidarnościowe i informacyjne, jaki i wszystkich tych, którzy nie mogąc przyjechać bezpośrednio do Czech, protestowali w swoich miastach na całym świecie.

Stanisław Krastowicz - Poznań

Relacja z Jesieni Praskiej

Spośród możliwych sposobów komunikacji w podróż na praski anty-szczyt wybrałam autostop. Pomysł okazał się trafiony, jako że dawał możliwość zapoznania się z poziomem wiedzy polskich kierowców na temat polityki prowadzonej przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Pierwsze kontakty z moimi "przewoźnikami" nie należały do budujących. Szczególnie utkwił mi w pamięci pewien elegancki, otyły jegomość, właściciel równie eleganckiego mercedesa. Otóż ów "przemiły pan" dowiedziawszy się o celu naszej podróży (jechałam z przyjaciółką), najzwyczajniej w świecie wyrzucił nas z samochodu. Wcześniej doszło między nami do niezbyt kulturalnej wymiany zdań i kilku pogróżek. Strona zaczepna sporu odjechała zpiskiem opon z wysoko podniesionym poziomem adrenaliny. Dalsza droga minęła już bez specjalnych niespodzianek. Miłym zaskoczeniem byli czescy stróże granic, nie tylko nie sprawiający żadnych problemów, ale nawet życzący nam miłego pobytu w stolicy. Zamiar przebrania się za sekretarki Havla okazał się przesadzony. Do Pragi dojechałyśmy na dwa dni przed S26. Od razu natknęłyśmy się na roztańczoną, różnobarwną paradę przeciągającą przez plac Wacława. Natomiast następnego dnia atmosferę panującą w mieście można określić na ciszę przed burzą. Wszystko wyglądało niby normalnie: spacerowicze przechadzali się beztrosko, turyści fotografowali się z wszelkimi możliwymi obiektami. Nikt nie zwracał uwagi na zatrważającą liczbę patroli policyjnych szwędających się po praskich uliczkach. Zainteresowania przechodniów nie wzbudzały również obstawy banków, hoteli oraz sklepów i barów różnych korporacji. W prawdziwe osłupienie wprawiła mnie pewna grupka Polaków. Zaczepieni na ulicy nie mieli pojęcia o tym, co ma niebawem wybuchnąć w centrum miasta. Informacja o protestach przeciwko BŚ i MFW nie wzbudziła ich zainteresowania. Okazało się, że w tych gorących dniach do Pragi przyjechali nie tylko młodzi zbuntowani bojownicy.

Wieczorny obchód miasta nie nastroił mnie optymizmem co do sukcesu antyszczytowych demonstracji. Policja wyglądała jak nieźle wyszkolona i uzbrojona armia. Sprzęt, jakim dysponowali dawał do zrozumienia, że będzie to bitwa w stylu "z szabelką na czołgi". Wydawało mi się, że po ostatnich protestach w Waszyngtonie i Seattle nic nie będzie w stanie tych uzbrojonych po zęby gliniarzy zaskoczyć. A jednak zaskoczyło... Zdaje się, że nie tylko członków kongresu i dziennikarzy, ale i samych demonstrantów. Przez cały dzień policja próbowała zatrzymać fale marszów i pochodów, jednak bezskutecznie. Demonstranci podzieleni na trzy grupy, a później na dziesiątki pomniejszych opanowali całą siatkę ulic w centrum Pragi. Na zdobytych ulicach odbywały się spontaniczne zabawy, tańce, wybuch radości, rosły barykady. Wiele strategicznych punktów policja oddawała bez walki. Takie posunięcia przyjmowałam z największą ulgą, jako że nie narażały żadnej ze stron. Chociaż może nie wszyscy demonstranci byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy, cześć z nich wyobrażała sobie zapewne, że uczestniczy w prawdziwej wojnie, gdzie celem głównym jest zlikwidowanie jak największej liczby przeciwników. Rozumiem sytuacje, w których należy bronić się przed prowokacyjnymi działaniami policji, albo starać się nie rozproszyć i nie dać rozgonić. Lecz walki uliczne nie powinny polegać na bezwzględnej chęci zwycięstwa, bez kompromisu, za cenę życia, bądź śmierci.

Mimo kilku negatywnych spostrzeżeń byłam pełna podziwu dla siły oporu, jaką potrafi stworzyć oddolnie koordynowana akcja. Szczególnie pomysłowa okazała się metoda rozbijania barierek policyjnych za pomocą wyrzucanych kotwic (bardzo skuteczna!). Organizatorzy przewidzieli wiele niebezpiecznych sytuacji i ubezpieczyli się na każdą z nich dość profesjonalnie. Dla skaleczonych, potłuczonych od razu znajdowały się środki sanitarne, dla oblanych z armatek wodnych - ręczniki, suche ubrania. Wcześniej można było zaopatrzyć się w maski przeciwgazowe. Solidarność między wszystkimi uczestnikami protestu była ogromna. W wirze blokad, starć, potyczek nieraz trudno było się odnaleźć i określić co się właściwie dzieje. Najbardziej trzeźwi demonstranci zawsze służyli pomocnym ramieniem, aby podnieść, bądź wyprowadzić z kłębowiska przerażonych i oszołomionych.

Niesamowicie wyglądał ten rozszalały tłum protestujących. Ludzie przyodziani byli w sportowe ochraniacze, archaiczne kaski motocyklowe, wielu wymalowało ciała w barwy wojenne. Oprócz tego kolorowe wstążki, pióropusze, pokrywy od garnków i śmietników służące za tarcze, wszystkie te elementy sprawiały wrażenie nieustającego, szalonego karnawału. Żaden z pochodów nie zdołał przebić blokady wokół centrum kongresowego.

Później dowiedziałam się, że kilku walczącym udało się jednak tam dostać. Wieczorem trudno było swobodnie poruszać się po mieście, komunikacja miejska była prawie unieruchomiona, a policyjne patrole wyłapywały "podejrzanie" wyglądające osoby. Mimo różnorodności grup biorących udział w demonstracjach (anarchiści, związki zawodowe, radykalni ekolodzy) wysuwa się na czoło jeden wspólny dla nich wszystkich argument: Dość już monopolu w kontroli rozwoju gospodarczego świata! Staje się oczywiste, że zbiurokratyzowane instytucje-molochy nie są predestynowane do prowadzenia za rękę wszystkich mieszkańców Ziemi i dyktowania im warunków, na zasadzie których mieliby się organizować. Tylko decentralizacja międzynarodowych organizacji rozproszy wielki kapitał (największy atut w rozgrywkach o wpływy). Jednak spotkałam się w Pradze z takimi opiniami, że należy walczyć ze wszelkimi przejawami globalizacji, włączając w to internet i telefon komórkowy (napotkani pasterze owiec, podstarzali WiPowcy z Karkonoszy). Opinie te są absurdalne, biorąc pod uwagę fakt, że za pomocą owych najnowszych osiągnięć technologicznych antyszczyt mógł się odbyć z takim rozmachem. Należy walczyć jedynie z takimi skutkami globalizacji, które w jakiś sposób gwałcą prawa wolności i równości. Na zakończenie dodam, że nieprawdą jest jakoby problemem globalizacyjnym zainteresowana była tylko radykalna młodzież. Istnieje duża grupa ludzi nie biorąca bezpośredniego udziału w protestach, a jednak popierająca postulaty wojujących. Najlepszym dowodem na to jest moja droga powrotna do domu. Większość kierowców przyznała się do tego, iż wiernie kibicowała demonstrantom (szkoda tylko, że przed telewizorem). W największe osłupienie wprawił mnie pewien kierowca, będący prywatnym przedsiębiorcą. Wzruszony prawie do łez, pełen poczucia winy, że nie mógł osobiście uczestniczyć w protestach, ofiarował nam pewną sumę pieniędzy z przeznaczeniem na wspieranie inicjatyw oddolnych. Ostatnie protesty w Pradze, przeciwko polityce MFW i BŚ, są kolejnym dowodem na to jak owe organizacje tracą zaufanie w oczach coraz szerszych kręgów społecznych.

AS

UOP szuka kontaktów
Jak się dowiadujemy UOP próbuje pozyskiwać do współpracy osoby, które brały udział w proteście S26 w Pradze. Funkcjonariusze Urzędu wzywają na spotkania głównie osoby młodsze i niedoświadczone oraz dziewczyny. Wezwania dostarczane są telefonicznie lub osobiście przez pracowników Urzędu, jednocześnie od wybranych osób bezprawnie wymaga się zachowania tego faktu w tajemnicy. Również nalega się, aby na spotkanie stawić się bez osób towarzyszących. Należy się spodziewać, że wezwanie takie oznacza złożenie propozycji współpracy na zasadach tajnego agenta w zamian za np. rzekome odstąpienie od zarzutu utrudniania śledztwa lub wynagrodzenie finansowe.

Artykuł opublikowany w piśmie A-tak

Lepsi i gorsi Polacy

Polskie MSZ odrzuciło starania polskich uczestników antyszczytu S26, twierdząc, że gdyby zatrzymani antyglobaliści nie zachowywali się agresywnie podczas manifestacji, nie zostaliby zatrzymani przez czeską policję oraz że od tego są polskie konsulaty.

Tymczasem przyjaciele uwięzionych zwrócili się z prośbą o pomoc do polskiej ambasady w Pradze, placówki wyższej rangą niż konsulat, w dodatku znajdującej się na miejscu. Co więcej zarówno konsulowie jak i ambasadorowie obowiązani są dbać o należyte traktowanie obywateli polskich za granicą. Jednak zarówno polska ambasada jak i polskie MSZ oceniło, że zatrzymani zachowali się agresywnie. Pomijając fakt, że jest to naruszenie zasady domniemania niewinności, postawili się oni w roli sądu, prokuratora i ławy przysięgłych a priori wydając wyrok. Jednocześnie stosując odpowiedzialność zbiorową, uznali, że WSZYSCY uwięzieni zostali aresztowani za walkę z policją i są winni zarzucanych im czynów. Nie muszą się tym samym fatygować, aby zweryfikować, czy oskarżenia są zasadne, czy nie są torturowani, czy nie wymusza się na nich zeznań.

W tym samym czasie rząd polski prowadzi starania się o uratowanie życia Polaka, którego w Stanach Zjednoczonych skazano na karę śmierci za popełnienie morderstwa. Cóż więc tak naprawdę nie pozwala rządowi chronić wszystkich Polaków?! Zważywszy na charakter protestów i stosunek rządu polskiego do samego procesu neoliberalnej globalizacji oraz udział jego przedstawicieli w samym szczycie, należy uznać, że przyczyną odmowy są względy polityczne, a tym samym rząd polski, rząd wszystkich Polaków, dzieli Polaków na lepszych i gorszych, na tych, którzy się z nim zgadzają i mogą na niego liczyć oraz na tych, których można sobie odpuścić. Wypada tu wspomnieć przypadek rządu Hiszpanii, który poinformował czeskie MSW, że wśród jadących na antyszczyt Hiszpanów mogą się znajdować potencjalni terroryści baskijscy, dostarczając jednocześnie listy typowych baskijskich nazwisk. W myśl tego rasistowskiego kryterium wszyscy aresztowani z typowo baskijskimi nazwiska byli najgorzej maltretowani przez policję. Tak oto rządom bliżej jest do siebie nawzajem niż do swych obywateli, których, jak zdradził sekretarz generalny SLD, Krzysztof Janik, traktują one jako zbiorowość wywrotowców, gotowych rozłożyć państwo w pierwszej dogodnej chwil.

Perun

Artykuł opublikowany w piśmie A-tak

Siedem dni w Pradze

To był najdłuższy tydzień w moim życiu. Nigdy nie zapomnę atmosfery protestu, a później międzynarodowej solidarności wobec represji nowego totalitaryzmu - tym razem błękitnego, posługującego się jednak podobnymi metodami co ten brunatny i czerwony.

NIEDZIELA

Do Pragi przyjechaliśmy w niedzielę rano. Dla zmylenia przeciwnika wsiedliśmy do wagonów do Wiednia. Nie mieliśmy żadnych problemów z przekroczeniem granicy. Zaraz też udaliśmy się do zamkniętego jeszcze infoshopu na ulicy Paryskiej tuż obok rynku. Infoshop zajmował parter w stylowej kamienicy. Okna zalepione plakatami i gazetami, bo z naprzeciwka filmują. Wkrótce wszyscy udali się na dworzec kolejowy, aby powitać pół tysiąca Włochów z organizacji Ya Basta. Ya Basta jest organizacją radykalną, dość powiedzieć, że wysłali do kolei włoskich zamówienie na specjalny pociąg do Pragi w cenie 2 DM od osoby. Koleje się zgodziły.

Po dwóch godzinach sterczenia pod dworcem dotarła wiadomość, że pociąg został zatrzymany na granicy. Wobec tego udaliśmy się pod ministerstwo spraw wewnętrznych, aby domagać się przepuszczenia Włochów. Kiedy ruszaliśmy, a było nas coś z pół tysiąca, filmowali i fotografowali nas tajniacy. Ludzie z OPH (obserwatorzy prawni, dokumentujący sposób działania policji, nosili niebieskie kamizelki) zrobili im zdjęcia. Po drodze nawinął nam się jakiś merc z uczestnikiem zjazdu, więc go trochę poblokowaliśmy.

Po południu wpadliśmy do Convergence Center na spotkanie polskiej grupy. Convergence Center to wynajęta za zgodą władz stara fabryka, z dwiema dużymi halami. Zainstalował się tam też Rampenplan - holenderska organizacja, stworzona w czasie protestów antyatomowych, w celu sprawnego, wegańskiego żywienia wielotysięcznych tłumów.

Spotkanie było dla mnie żenujące. Gdy wokół szykowano mnóstwo fajnych akcji, np. zespół samby ćwiczył rytmy, polska kilkusetosobowa załoga zdominowana przez anarchistów szykowała się do zadymy. Najważniejsze problemy to tworzenie zespołów medycznych i ochrona przed gazem. Moje, Konrada Dybka i Olka Buczyńskiego głosy przeciwko stosowaniu przemocy nie spotkały się ze zrozumieniem.

Szybko okazało się, że najsłabiej zorganizowano kwestię noclegów. Właściwie był tylko Stadion Strahov, który wynajęła prywatna firma, a policja obiecywała, że go nie otoczy. Ale opłaty były wysokie. My spaliśmy pierwszą noc u kolegi kolegi, w drugą rozbiliśmy się między jakimś blokiem a żywopłotem. Następne noclegi zapewniło nam już państwo czeskie.

PONIEDZIAŁEK

W poniedziałek wybrałem się na konferencję prasową INPEGu. "Wizerunek Afryki biednej, głodującej, wymagającej pomocy, pozwala na dalszą eksploatację naszego kontynentu" - mówi Marie Shaba, przewodnicząca Związku Organizacji Pozarządowych Tanzanii - "Pod pozorem pomocy organizacje międzynarodowe w rodzaju MFW mogą prowadzić swoją szkodliwą politykę, wyłudzając zresztą na jej finansowanie pieniądze zachodnich podatników.?Polityka MFW uzależnia samowystarczalne niegdyś kraje od technologii, nasion, chemii, paliw i zbytu należących do transnarodowych korporacji. I to do nich w efekcie trafia pomoc. To one przejmują nowe rynki zbytu, kosztem lokalnych gospodarek."

Strukturalny program dostosowawczy, jaki realizuje MFW w Tanzanii, spowodował zlikwidowanie dotacji do nasion, przy jednoczesnym wspieraniu upraw eksportowych, oraz reformę rolną, w wyniku której znaczne tereny rolne zostały wykupione przez korporacje. Obecnie wielu tanzańskich chłopów nie posiada ziemi. Z powodu gwałtownego rozwoju upraw eksportowych, spadła produkcja żywności na lokalny rynek i wzrosły jej ceny. Ponieważ podobna polityka jest prowadzona w całej Afryce, spadają ceny na eksportowane płody. Na "pomocy" MFW skorzystały głównie zachodnie koncerny, zyskując tani surowiec i wzrost produkcji, kosztem mieszkańców, którzy tracą pracę, ziemię i źródła taniej żywności.

Ogłoszona redukcja długów najbardziej zadłużonych krajów spowoduje, że będą płaciły mniej, ale tak dużo jak tylko są w stanie. Mozambik, na przykład, będzie nadal musiał przeznaczać na spłatę zadłużenia 40% swoich przychodów, to jest ponad 3 razy więcej niż wydaje na edukację i zdrowie razem. Tymczasem w Mozambiku 80% kobiet nie umie czytać, a 60% populacji nie jest objęte nawet podstawową opieką medyczną.

Po południu kolejne spotkanie grupy polskiej. Pod koniec oglądamy film z dzisiejszej akcji - naszym udało się zawiesić olbrzymi transparent na Nuselskim Moście pod Centrum Kongresowym. Nawet ich szybko puścili.

WTOREK

Wstajemy rano, zwijamy namiot i dojeżdżamy do Convergence Center, gdzie zostawiamy plecaki w przechowalni. Dołączamy do radykalnej grupy. Wsiadamy do metra i docieramy do Namesti Miru - placu Pokoju. Tu jest sporo ludzi, ale nie wypełniają całego placu. Dziennikarz TVNu ocenia na ponad 5 tysięcy. Ale z czasem ludzi przybywa. Czego tu nie ma? Ktoś wiezie grubasa symbolizującego MFW na taczce, obok podrygują wielkie kościotrupy...

Po kilku godzinach ruszamy. Dopiero w ulicach widać jak nas dużo. Nie widać początku, nie widać końca, a z przecznicy wychodzi jeszcze inny marsz. Całe zgromadzenie podzieliło się na trzy marsze, pilnujące flag ze swoim kolorem: różowym, żółtym, lub niebieskim. Każdy ma inną trasę, aby dotrzeć z różnych stron i otoczyć Centrum Kongresowe. Ja, mimo różnicy poglądów, idę z Polakami w marszu niebieskim - radykalnym. Policji nie widać w ogóle.

Zbliżamy się pod wzgórze Wyszehradzkie. Skręcają w małą uliczkę Lumirową. Ja widzę to dokładnie z przecznicy: tuż za skrzyżowaniem, na wąziutkiej Lumirowej stoi kordon policji. Kiedy tylko marsz zbliża się do niego, leci grad kamieni. Wbiegam razem z dziennikarzami na posesję narożną. Z niej widzę w dole uliczkę jak w wąwozie, a to co się tam dzieje to jakiś Armaggeddon. Policjanci mają na głowach barierki, znaki drogowe, demonstranci ukrywają się za brezentowym transparentem, który jest zmywany razem z nimi w dół armatką wodną. Leci mnóstwo kamieni. Na kordonie wybuchają butelki z benzyną. W pewnym momencie czuję ciepło płomieni. Nie chciałbym być na dole po żadnej ze stron.

Walka ciągnie się ponad godzinę. Idę na samą górę posesji, koło dziennikarzy i robię zdjęcia zza kordonu. Obserwuję jak zmieniają się wozy z armatkami po zużyciu wody. W głębi zauważam transportery opancerzone. Dziennikarz Radia Zet wystawia mikrofon na krzyki tłumu i komentuje: "Cały czas lecą w naszą stronę kamienie, policjanci są szczęśliwi - oni mają kaski!". Na dole opatrywanie rannych. Staje się jasne, że nie uda się przebić blokady. Policja rzuca petardy. Są całkiem skuteczne. Po każdym wybuchu szturmujący odskakują. Czuć gaz łzawiący, unoszą się białe dymy. Powoli anarchiści tracą energię, Zakładam maskę, przechodzę przez skrzyżowanie i cofam się do początku ulicy. Tam na skrzyżowaniu budowana jest barykada, koncentruje się więcej osób.

Dostajemy wiadomość o potrzebie wsparcia marszu różowego. Połowa wycofuje się w stronę rzeki. Odchodząc widzimy jak pali się barykada. Omijamy wzgórze Wyszehradzkie od zachodu, wzdłuż rzeki. Po drodze wyprzedza nas mercedes z tabliczką CD. Dostaje kamieniem w szybę. Niektórzy go kopią. Ja ich odciągam i tłumaczę, że nie ma na szybie znaczka zjazdu. Skręcamy i zajmujemy uliczki na południowy zachód od Centrum. Tym samym około godziny drugiej zamykamy pierścień oblężenia.

WOKÓŁ CENTRUM KONGRESOWEGO

Robię wycieczkę dookoła Centrum. Wszystkie ulice przegrodzone kordonami policji. Naprzeciw nich siedzące nasze blokady. Największa na ulicy 5 kwietnia. Jest to szeroka aleja schodząca z mostu Nuselskiego, mijająca Centrum i biegnąca dalej na południe. Na obu jezdniach siedzą ludzie. Siatka między jezdniami zdemontowana. Idąc dalej na wschód docieramy do ronda, które blokuje tylko kilkanaście osób i dzięki temu policji udaje się tam wjechać kilkoma autobusami, mimo że kładziemy się im pod koła. Ja zostaję wyniesiony, a Ania dostaje pałą.

Wraz z różowym marszem, grającym i tańczącym sambę, idziemy dalej wokół Centrum na północ i docieramy pod Nuselski Most z drugiej strony. Tutaj w stok wzgórza wbudowana jest niska część Centrum Kongresowego, złożona z kilku cofających się ku górze tarasów. Oddziela ją od jezdni barierka, chroniona tylko przez paru policjantów! Ktoś popycha jeden segment barierki, a ta przewraca się cała. Wbiegamy na górę. Odkrywam, że na lewym końcu budynku można po stoku wejść na najniższy taras. Z kilkunastoma osobami ładujemy się tam. Wołamy innych, niestety, nie ma zbyt wielu chętnych. Na tarasie stoją stoliki, na jednym z nich dostrzegamy jeszcze nie zaczęty posiłek. Pokazuję to tym na dole i zrzucam (nóż z zastawy przywieźliśmy do Warszawy). Wybite zostają dwie szyby. Gdyby tu byli nasi anarchiści, zamiast bezsensownie się wykrwawiać na pierwszym napotkanym kordonie, weszliby do środka. Tu jednak nie ma zbyt wielu radykałów i wszyscy wycofują się przed pięcioma policjantami bez kasków. Jesteśmy pilnie obserwowani z wyższych tarasów przez bankowców. Podobno mieli tam krótkotrwałą panikę. Trwają walki na zboczu pod tarasem. Raz goni policja, raz nasi. Później policja wypiera ze stoku i naciera wzdłuż ulicy.

ZATRZYMANI

Zatrzymano nas około godziny 16, siedzących na ulicy i nie stawiających oporu. Uciekałem z tłumem przed natarciem policji, a stojący z tyłu ludzie próbowali nas uspokoić. Rzeczywiście, nie było potrzeby panikować. Ja usiadłem i patrzyłem jak zbliża się policja. Kiedy dobiegli do mnie, kilku mnie złapało, położyło na ziemi, przewróciło na brzuch, zaczęło wykręcać ręce. Nie stawiałem żadnego oporu, mówiłem im, żeby się wyluzowali. Ze swojej pozycji widziałem tylko asfalt, ale usłyszałem Anię, a więc została aresztowana razem, ze mną. To dobrze - nie będziemy się o siebie martwić. Ludziom z OPH udało się spisać nasze dane i wetknąć ulotkę z poradami.

Zaprowadzono nas na górę. Byliśmy jednymi z nielicznych demonstrantów, którzy weszli na plac przed Centrum Kongresowym. Wrażenie było niesamowite. Zupełna pustka, cisza i spokój - totalne odcięcie od normalnego świata normalnych ludzi. Widzieliśmy tylko kilka osób - głównie policjantów, jakichś bankowców i kamerę, do której rzuciłem: "Czy wyglądamy na terrorystów albo bariery handlowe?". Policyjny autobus, twarzą do autobusu, ręce na ścianę, nogi szeroko, dokładna rewizja. Zabierają paszport, wyjmują wszystko z kieszeni. Potem sadzają w autobusie, przypinają kajdankami do rury. Jest już kilka osób, później dochodzą następne. Głównie dziewczyny, nikt nie wygląda na zadymiarza.

O zmierzchu ruszamy, nie możemy przebić się przez blokady, czekamy jeszcze z godzinę, aż demonstranci opuszczą Wyszehrad, by udaremnić bankiet w operze. Obok stoi inny autobus - z maleńkimi, ciemnymi oknami.

NA KOMISARIACIE

Wieczorem jesteśmy na najbliższym komisariacie dzielnicy Nusli. Zabierają nas na dziedziniec, rozstawiają twarzami do ścian, z rękami opartymi o ściany. Znowu rewizja, bolesne spinanie rąk plastikowymi taśmami. Ktoś twierdzi, że potrzebuje lekarza, ktoś żąda telefonu do adwokata. Nie poddajemy się. Jedna z dziewczyn wykrzykuje policjantom "Jesteśmy dumni z tego, że tu jesteśmy. Każdego dnia 19 tysięcy dzieci umiera z głodu z powodu polityki MFW. MFW niszczy Afrykę, Azję, Amerykę Łacińską". Te słowa wprowadzają atmosferę solidarności. Skandujemy: "On potrzebuje lekarza!". Reagujemy na zachowanie policjantów: "numer 239348 - bardzo brutalny, numer 239456 - bardzo brutalny, będziecie w BBC".

Po godzinie policjanci się uspokajają i rozwiązują nam ręce. Obiecujemy, że nie będziemy ich atakować. W miarę upływu czasu udaje nam się odwrócić od ścian, a nawet rozmawiać w grupkach. Odprowadzają nas też do toalety. Dziewczyny są na końcu. Żeby się zbliżyć do Ani, idę do toalety i po powrocie zajmuję miejsce na granicy między płciami. Jest 34 cudzoziemców i 3 Czechów - pomocnych jako tłumacze, bo żaden policjant nie zna angielskiego. Czechów wkrótce zabierają - nie wiemy czy będą mieli lepiej, czy gorzej niż my.

Mijają godziny, zaczynają się przesłuchania. Na przesłuchaniu podpisuję protokół, w którym stoi, że nie mam zastrzeżeń do tłumacza, pouczono mnie o moich prawach i odmówiłem zeznań (co ich zmartwiło). Domagam się prawa do telefonu. Niby się zgadzają, ale mówią, że stąd nie można zadzwonić poza Pragę. Później każą zapłacić mandat - za uczestnictwo w nielegalnej demonstracji, grożą deportacją. Nie podpisuję, bo przyjęcie takiego mandatu mogliby wykorzystać jako moje przyznanie się. Mówię, że żadnego mandatu nie zapłacę, bo nie zrobiłem niczego niezgodnego z prawem. Inni albo nie podpisują protokołu, albo odmawiają zeznań.

Niektórzy wahają się co do mandatu. Jego wysokość się zmienia. Ani powiedzieli, że wynosi 1000 Koron, gdy odpowiedziała, że tyle nie ma, zaproponowali 500. Ktoś utargował do 200. Później rozmawiałem z ludźmi, którzy zapłacili mandat i nie zostali wypuszczeni, wbrew obietnicom. Mendom nie należy wierzyć. Nie należy im także podpisywać niczego obciążającego. Przed Anią wymachiwali jakąś kartką, na której miały być zeznania kogoś, kto widział jak rzucała kamieniami. Nie chcieli jednak tego odczytać.

Jeden Niemiec podchodzi po kolei do każdego i mówi, że udało mu się zachować komórkę. Dzwonił z niej do OPH i opisał sytuację. Dowiedział się że jest dwustu zatrzymanych, wielu pobitych policjantów, udało się w kilku miejscach przełamać blokadę, bankowcy zostali ewakuowani, były zamieszki na mieście. Liczbę uczestników różne źródła szacują na od 9 do 25 tysięcy. Mówi, że MFW i władze czeskie dużo dzisiaj stracili, dlatego policja jest taka wściekła. A więc sukces! To nas bardzo podnosi na duchu.

Przesłuchują po jednej osobie. Trwa to bardzo długo. Jest noc, robi się coraz zimniej. Domagamy się jedzenia (zatrzymany ma prawo do posiłku co 6 godzin). W ogóle staramy się być głośni. Dziedziniec komisariatu jest wewnątrz kwartału zabudowy mieszkaniowej. Sądzimy, że hałas w środku nocy będzie dobrym środkiem nacisku. Potrafimy skandować jedno hasło nawet przez pół godziny. Każdy może co jakiś czas odpocząć, później znowu się włącza. Najpierw jest to: "chcemy jeść!", później "mamy prawa!", czy "chcemy spać!". Najpierw się złoszczą, później przynoszą jedzenie. Trzeba pokwitować, dają kubek wody mineralnej, kromkę chleba i jakąś kiełbasę. Odmawiam kiełbasy (jestem wegetarianinem) i wody (w jednorazowym kubku, a na dziedzińcu jest kran), proszę w zamian o więcej chleba. Nie dają, "bo wyliczone". Nie podpisuję. Ktoś z zatrzymanych daje mi jeszcze jedną kromkę. Robi się naprawdę zimno. Dają nam nasze kurtki. Siadamy pod ścianą w kilku rzędach i staramy się spać ogrzewając się nawzajem.

O jakiejś 4 nad ranem zabierają gdzieś 17 osób. Dokładnie dzielą każdą narodowość na pół. Zabierają też Anię. Koło szóstej robią nam kąt w korytarzu komisariatu i dają jedzenie. Ale 2 godziny później budzą nas i wyrzucają na dziedziniec. Ustawiają pod ścianami, krzyczą i poszturchują. Stoimy z godzinę. Potem kolejno wyczytują nazwiska i zabierają. Po drodze w bramie bierzemy swoje rzeczy. Stoi tam grupa zomowców. Poszturchują wszystkich. Kiedy widzą, że biorę maskę, dostaję parę kopów, upadam i rozsypuję swoje rzeczy. Krzyczą, żebym je zbierał. Zbieram i znowu mnie przewracają. Rozbijają mi maskę, tracę też transparent. Przy wyjściu jeden powstrzymuje innego, czuję, że są wściekli. Wrzucają mnie do innych do autobusu z małymi okienkami. Ma kratę oddzielającą od eskorty.

ŚRODA

Podjeżdżamy pod komisariat na południowym krańcu miasta. Tu dorzucają z dziesięć osób. Dorzucają dosłownie. Wszyscy są szarpani i kopani, także dziewczyny. Jedna płacze. Zwracam uwagę na Słoweńca ze zranioną ręką, berlińskiego anarchistę i... Owcę - lidera warszawskich anarchistów. Opowiada, że bili go całą noc w piwnicy. Kazali klęczeć i zawiązali oczy. Potem co któryś przechodził, to go kopał. Uderzyli go jego maską p-gaz w twarz i złamali przedni ząb. Na piersi ma ranę od policyjnej petardy. "Muszę trochę ochłonąć, niech ta dziewczyna się nie awanturuje, żadnych buntów, teraz najchętniej byłbym takim przydupasem, mogę zmywać podłogę".

Wiozą nas w eskorcie kilku wozów na Żiżkow. Olbrzymi gmach z mnóstwem anten. Wyprowadzają do budynku w ciuchci - każdy trzyma się pleców poprzednika. Jesteśmy na policji dla cudzoziemców - oznajmia tłumaczka po angielsku, hiszpańsku i francusku. Część jest na piątym piętrze, część na czwartym. Na wyższym biorą każdego do pokoju, każą się rozebrać, rewidują ubranie i bagaż. Rozcinają naszyjniki i bransoletki, każą wyjąć sznurowadła. Pakują cały bagaż i pieczętują, pieniądze i komórki w osobnych kopertach. Kiedy mówię spokojnie jednemu, że złapali niewłaściwych ludzi, dostaję w twarz. Mają też mały areszt, gdzie część osób zamknęli (poprzednią grupę zamknęli tam w całości). Piętro niżej fotografują i zdejmują odciski palców. Trwa to cały dzień. Niektórzy utrudniają, robiąc dziwne miny przy fotografowaniu, lub rozmazując odciski. Mnie przy mierzeniu wzrostu mówią: "183, 184? - koledze z Polski damy 185", drugi mówi mi, że w ośrodku deportacyjnym spotkam się z Anią, ona była tu rano.

Tłumaczka wręcza każdemu zawiadomienie o wszczęciu postępowania deportacyjnego. Nie podpisujemy kopii, bo stoi tam, że braliśmy udział w nielegalnej demonstracji, zakłócaliśmy porządek publiczny, używając przemocy. Teraz nie są tym przejęci, ale z poprzednią grupą bardzo się kłócili. Kiedy pytamy o możliwość telefonowania, jedzenia, sposób odwołania się od postanowienia, tłumaczka mówi nam, że w ośrodku deportacyjnym jest telefon, można dzwonić ile się chce, można sobie coś kupić do jedzenia, jest pomoc prawna i w ogóle jest to niemal raj.

Budzę się o zmierzchu gdzieś w górach. Zawieźli nas do ośrodka deportacyjnego Balkova niedaleko granicy niemieckiej. Rozbieramy się, ciuchy do wora, prysznic, zakładamy więzienne ubrania (bardzo fajne spodnie), oględziny lekarskie, numer na ręku i do celi. Cele są czteroosobowe. Po dwa łóżka pod ścianami, między nimi po stoliku i krzesełku - wszystko przykręcone do podłogi. Rejon drzwi odgrodzony kratą, obok umywalka i kibel. W dalszym ciągu żadnej możliwości telefonowania. Nie mamy nawet długopisu. Mówią że jedzenie dadzą jutro, jednak wkrótce przynoszą, nawet względne. Przez poprzednie 30 godzin zjadłem tylko 3 kromki chleba. Noc jest chłodna, nie mamy żadnych kocy, tylko same poszwy.

CZWARTEK

Rano stawiają jakąś butelkę. Anglik pije, mówi że kakao. Myślałem, że żartuje, ale nie, rzeczywiście, dali też po trzy pyszne bułeczki z powidłami. Siedzę z Anglikiem, Hiszpanem i Niemcem. Jest całkiem miło, opowiadamy sobie różne rzeczy. Okazuje się, że mamy bezpłatne konwersacje, bo Anglik jest nauczycielem angielskiego. Wyszło też, że byliśmy na tej samej Reclaim the Streets w Londynie w 96 roku. Thomas jest z Saarbrücken, przez które przejeżdżałem w tym roku do Paryża. Dowiaduję się, że bardzo ładna, jedyna linia tramwajowa w tym mieście, wykorzystująca częściowo tory kolejowe, została otwarta dopiero w zeszłym roku. Hiszpan jest z Barcelony. Opowiada o nietypowej akcji, którą zrobili przeciwko budowie trzeciej zewnętrznej obwodnicy autostradowej. Stwierdzili, że zamiast budować tę obwodnicę wystarczy znieść opłaty na istniejącej, a wtedy przejmie więcej ruchu. Zablokowali szlabany na punkcie poboru opłat tak, że przepuszczały auta za darmo. Mieli pełne poparcie kierowców!

Pukają w ścianę sąsiedzi z lewej. Odkrywamy, że można się porozumiewać przez okno. Jest tam Holender, Niemiec, Hiszpan i Owca. Z prawej Amerykanin, Kanadyjczyk, Bask i Norweg. Od tej pory często wymieniamy informacje, także z innymi piętrami. Na samym dole jest jakiś Niemiec w celi jednoosobowej - jest chory. Ja wykrzykuję nazwisko Ani, ale nie ma odpowiedzi.

Na obiad są jakieś knedliki z mięsem. Nie wiem czemu innym knedliki się nie podobają. Z pudełek po serku robimy grę planszową. Mamy własną olimpiadę. Wygrywa Wielka Brytania.

Po kolacji biorą Hiszpana. Kiedy wraca oznajmia, że rozmawiał z przedstawicielem ambasady. Zrobi co w jego mocy, aby ich wypuścili w ciągu najbliższych dni. Ambasady próbują się tu dostać, hiszpańska jest pierwsza, której się udało. Są w kontakcie z innymi, będą się starali im pomóc. Bask z pokoju obok mówi, że w Pradze były demonstracje, aby nas uwolnić, również w Madrycie. Podobno spalono jakiś samochód. Hiszpanie stanowią najliczniejszą grupę, aż 61, samych Basków 27. Zapisuje dane wszystkich osób spoza Unii Europejskiej, bo oni mogą siedzieć najdłużej - ma długopis w aparacie do mierzenia poziomu cukru (jest cukrzykiem). Przynoszą też wiadomość że w pozostałych skrzydłach trwa strajk głodowy. Teraz domyślamy się, dlaczego dziś strażnicy byli w porządku - myśmy jedli. Krótka konsultacja z innymi celami - przyłączamy się.

Po kilku godzinach zabierają wszystkich Hiszpanów. Budzę się wcześnie, widzę przejeżdżający autobus - chyba dopiero wtedy odjechali. Znowu zasypiam.

PIĄTEK

Budzą mnie wrzaski i łomoty strażników o drzwi. Krzyczą, budzą wszystkich, nie pozwalają leżeć na łóżku. Anglik nie wie o co chodzi. Wbiega strażnik, wrzeszczy mu w twarz: "Ne rozumiesz? Jesteś w Czeskiej Republice! Ne spat!". Anglik ma to gdzieś. Kiedy zauważają, że się położył, przypinają go na stojąco kajdankami do kraty. Jest jasne, że są wściekli, bo widać będą musieli nas wypuścić.

Ale nie idzie to łatwo. Koło południa zabierają na rozmowę Niemców, wkrótce ich wypuszczają. Ja wyrywam z etykiety od butelki z piciem literki i pastą do zębów wyklejam z nich moje nazwisko i telefon, pod który proszę o przekazanie informacji i prośby o naciskanie polskiego konsulatu. Doszło. Później wychodzą Anglicy i Norwedzy. Rozmawiam z Amerykaninem, że nasze pieprzone ambasady mają nas gdzieś.

Zostałem sam, po lewej Owca również sam, po prawej Kanadyjczyk i Amerykanin. Ale pod wieczór mam gości. To ludzie z kancelarii prezydenta Havla. Mówią, że byli u Ani i ona kazała im przyjść do mnie. Kamień spada mi z serca - wie że tu jestem więc się tak nie martwi. Pytają o traktowanie. Obiecują, że będą robili co się da, żeby dzisiaj już wszystkich wypuścili. Rzeczywiście po kilku godzinach wychodzimy. Biorę sobie grzebień i szczoteczkę na pamiątkę. Schodzę na dół. Tu spotykam Anię. Dają mnóstwo papierów do podpisu. Znowu trzeba być czujnym. Podpisuję potwierdzenia oddania rzeczy. Wykrywam pismo, w którym pisze się o używaniu przemocy wobec służb porządkowych - nie wolno podpisywać. Tak naprawdę trzeba podpisać tylko jedno - zobowiązanie do opuszczenia terytorium kraju w ciągu następnego dnia. Podpisuję z przyjemnością.

Wiozą nas autobusem do Pilzna. Stąd najbliższy pociąg do Pragi mamy dopiero po trzeciej. Czekają jednak na nas ludzie z OPH - wypełniamy ankiety o traktowaniu w czasie zatrzymania. Akurat ktoś z nich jedzie samochodem do Pragi i zabiera mnie, Anię i Owcę. Dzwonią też, żeby nam załatwić nocleg. Kupujemy czeskie gazety. A tam propaganda jak w Trybunie Ludu: wypowiedzi tzw. porządnych obywateli i jakiegoś tamtejszego Tejkowskiego czy Korwina, który by do demonstrantów strzelał. Prawdziwy cymes to notka o oburzeniu, wywołanym zranieniem policyjnego psa. Towarzystwo Ochrony Zwierząt złożyło wniosek o wszczęcie dochodzenia przeciwko anarchistom.

Przyjeżdżamy prosto do infoshopu. Tutaj atmosfera party. Jest trochę jedzenia i mnóstwo znajomych. Bardzo się zżyliśmy przez ten czas. Wypełniamy ankiety, odnajdujemy swoje plecaki, przywiezione z Convergence Center. Przychodzi po nas Amerykanin z Indymedia (Independent Media Center - niezależne media umieszczające w internecie materiały uczestników antysystemowych wydarzeń) i zabiera nas do domu, który okazuje się wynajętym apartamentem w centrum miasta. Ogromne pokoje, wielkie łóżka. To wszystko dzieje się zbyt szybko, Owca woli spać na podłodze.

SOBOTA

Rano robią nam śniadanie. Wpadamy do infoshopu, zaglądamy w spisy zatrzymanych - mają tam spory bałagan, przeglądamy ulotki. Później kupujemy jeszcze jakieś drobiazgi i wsiadamy do pociągu. Dopóki nie jesteśmy w Polsce, nie mamy pewności, czy będziemy wolni. Ale na granicy nie mamy większych problemów. Pokazujemy wizę na zero przejazdów, oddajemy kwity, które nam dali w Balkovej i nawet nie dostajemy misiów do paszportów.

Krzysztof Rytel, 2000.09.30
Artykuł ze strony http://www.zm.org.pl/index.php?a=praga

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian