Koncerny i państwa przeciwko wolności Internetu

  • piątek, 20 styczeń 2012
18 stycznia w anglojęzycznym świecie upłynął pod znakiem internetowego protestu przeciwko ustawom Stop Online Piracy Act (SOPA) i Protect IP Act (PIPA), które mają być głosowane w amerykańskim kongresie.  Na 24 godziny wyłączone zostały min. serwisy Wikipedii, Mozilli czy odwiedzanego przez 2 miliardy osób miesięcznie serwisu społecznościowego Reddit, a także tysiące mniejszych witryn i portali. Choć ustawy  SOPA  i PIPA  przyjęte mają być przez Kongres w USA, ich oddziaływanie będzie miało zasięg globalny. Stanie się tak, gdyż amerykańskie władze przyznają sobie prawo min. do blokowania domen stron, które  zostaną oskarżone o łamanie praw autorskich, a także nakłada obowiązek usuwania ich z wyników wyszukiwania.

Zaledwie wczoraj okazało się, że polski rząd zamierza 26 stycznia podpisać podobną w treści, umowę międzynarodową Anti-Counterfeiting Trade Agreement (ACTA) dotyczące walki z podrabianiem towarów i piractwem. Tajne negocjacje w sprawie porozumienia rozpoczęto w 2007 r. Tylko dzięki przeciekom opinia publiczna dowiedziała, że taki akt jest przygotowywany i o czym rozmawiają twórcy ACTA. Po oficjalnym ujawnieniu tekstu porozumienia w serwisie Wikileaks rozpoczęto starania o jak najszybsze podpisanie ACTA, przy możliwie małej liczbie etapów i konsultacji. Wycieki Wikileaks ujawniły również,  że celową intencją w procesie uchwalania ACTA było pominięcie międzynarodowych organizacji jak WIPO lub WTO, w których istniała opozycja w postaci krajów rozwijających się.

ACTA nakazuje krajom, które te prawo wprowadzą, drakońskie rozwiązania w celu ochrony własności intelektualnej, których wprowadzenie otwiera drogę do naruszeń prywatności i praw podstawowych w imię walki z piractwem. Odpowiedzialność za walkę z naruszeniami praw autorskich przenoszona jest min. na dostawców Internetu, którzy, aby nie być posądzonymi o ich ułatwianie, będą zmuszeni monitorować treści przesyłane przez użytkowników i blokować określone usługi i dostęp do witryn, które mogą być podejrzane o piractwo. Otwiera to drogę do powszechnego naruszania ludzkiej prywatności i ograniczaniu możliwości komunikacji.

ACTA dzięki przyjętej definicji naruszeń praw autorskich może również utrudnić dostęp do tańszych zamienników leków ratujących życie.

Podczas polskiej prezydencji Unii Europejskiej ACTA uzyskała poparcie Rady UE, o czym opinia publiczna dowiedziała się post factum, z dyskretnej notatki  na 41 stronie informacji prasowej dotyczącej rolnictwa i rybołówstwa. Centrum Informacyjne Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego 27 grudnia, po kilku tygodniowej zwłoce potwierdziło, że „Polska, razem z UE i 26 innymi państwami członkowskimi UE zamierza podpisać umowę w ustalonej dacie, planowanej na początek przyszłego roku”. Dziś wiemy, że ma się to stać 26 stycznia.

Ministerstwo uważa, że przyjęcie ACTA nic nie zmieni gdyż „polskie prawo przewiduje wyższy poziom ochrony praw własności intelektualnej niż przyjęty w porozumieniu ACTA. Z krajowego punktu widzenia – pomimo pojawiających się wątpliwości – ACTA nie stanowi więc żadnego zagrożenia dla konsumentów, internautów ani przedsiębiorców korzystających z własności intelektualnej”. Jednak nawet pobieżne przejrzenie treści porozumienia uwidacznia, że nakazuje ono wprowadzanie obostrzeń i definiuje  wiele elementów związanych z piractwem zupełnie inaczej niż obecne prawodawstwo. Po podpisaniu porozumienia, zapewne „z ciężkim sercem” i odpowiadając na protesty „koniecznością dostosowania prawa do umów międzynarodowych” polski parlament przegłosuje odpowiednie zmiany w ustawach.

Bezpośrednim pomysłodawcą tych porozumień i aktów prawnych jest "przemysł praw autorskich" z USA, w tym głównie potentaci medialni i filmowi. Jak ujawniły przecieki z prac nad ustawami, wiele punktów było wręcz napisanych w ich gabinetach. Co ciekawe sama atmosfera tajności prac nad tymi aktami nie miała jeszcze precedensu w historii umów międzynarodowych.  Pokazuje to jasno fasadowość „instytucji demokratycznych” służących jedynie interesom wielkiego biznesu.

Serwis „The Pirate Bay” w oświadczeniu wydanym przy okazji protestu przeciwko SOPA i PIPA, przypomniał ciekawy fakt. Wielkie koncerny filmowe z Hollywood, które są jednymi z najbardziej zagorzałych zwolenników ustaw, swe istnienie i obecną potęgę ufundowały na… piractwie. W pierwszej połowie XX wieku, wytwórnie te przenosiły się masowo ze wschodniego wybrzeża USA do Los Angeles dlatego, że nie obowiązywały tam prawa patentowe do „urządzenia służącego do wyświetlania ruchomych obrazów” zastrzeżonego przez Thomasa Edisona.

Co ciekawe, przemysł praw autorskich mimo gigantycznej według niego „fali piractwa” ma się całkiem dobrze. Wszelkie niezależne badania oceniające wpływ wolnego udostępniania treści w Internecie na zyski wielkich koncernów, wydawców itp.  pokazują dokładnie odwrotny skutek od tego jaki przedstawiają koncerny. Mimo światowego kryzysu firmy branży rozrywkowej notują ciągły wzrost zysków.

Jak to możliwe? Nie trzeba wyrafinowanych badań, aby zauważyć to zjawisko z perspektywy lokalnej. Niektórzy z Państwa pamiętają zapewne alarmistyczne artykuły w prasie pod koniec lat 90. XX wieku dotyczące słabej kondycji kin i szerzej przemysłu filmowego w Polsce. W międzyczasie nadeszła rewolucja internetowa i powszechny dostęp do „nielegalnych” kopii filmów i piosenek, w otoczeniu o wiele mniej restrykcyjnego prawa dotyczącego rozpowszechniania takich treści. Powinno to więc dobić konającą wówczas gałąź przemysłu rozrywkowego.

Dziś, mimo że wiele filmów możemy zobaczyć jeszcze przed oficjalną premierą za darmo, kina radzą sobie jednak bardzo dobrze. Okazało się, że problemem jest właśnie ograniczający dostęp do wytworów kultury poddanej kapitalistycznej logice zysku. Dostęp i związane z tym uzyskanie kompetencji kulturowych zarezerwowane jest dla wąskiego grona osób, które na to stać. Powszechny dostęp do „pirackich” treści sprawił, że kompetencje kulturowe mogło uzyskać znacznie większe grono osób, a co za tym idzie znacznie poszerzył się krąg potencjalnych „konsumentów kultury”. Jak pokazują badania, osoby korzystające z wolnego dostępu do treści w Internecie znacznie częściej od reszty populacji kupują płyty, chodzą na koncerty czy do kina.

Na podobnej zasadzie swoją hegemonię zbudował Microsoft. Użytkownicy wychowani na pirackich kopiach systemu operacyjnego Windows nie wyobrażają sobie instalacji innego oprogramowania i w późniejszych latach wybierają go mimo bezpłatnej (i jak wiele osób twierdzi lepszej) alternatywy w postaci Linuxa.

Dziś podobna sytuacja jak z kinami w latach 90. istnieje w czytelnictwie. Z roku na rok coraz większy odsetek osób deklaruje, że w ciągu 12 miesięcy nie miało w ręku książki. Przyczyniają się do tego horrendalne ceny książek w stosunku do średnich zarobków oraz fakt, że zamykana jest coraz większa liczba lokalnych bibliotek. Co ciekawe wydawnictwa sztucznie ograniczają rozwój rynku e-książek poprzez brak edycji cyfrowych, tłumacząc to obawą przed piractwem. E-książka, której kopiowanie i dystrybucja odbywa się prawie bezkosztowo, mogłaby sprawić, że dostęp do treści stałby się szerszy. Faktycznym problemem nie jest to, że 20 tys. kopii ściągniętych zostanie bez opłat z Internetu, ale że 20 milionów Polaków nie przeczyta w tym roku ani jednej książki i na dodatek nie przekażą nawyku czytania swoim dzieciom.

Komercyjnych wydawnictw, podobnie jak amerykańskich koncernów, a raczej kapitału który za nimi stoi, nie interesują jednak skutki społeczne swoich działań, ani tak naprawdę długofalowa polityka. Inwestorzy chcą zysku tu i teraz, chcą z jednej strony skorzystać z pozytywnych skutków wolnego i darmowego dostępu do kultury, który nastąpił dzięki „piractwu”, z drugiej zakończyć ten dostęp i wycisnąć z nas dodatkowe miliardy dolarów. Nawet jeśli w długim okresie działania te doprowadzą do spadku zysków i załamania branży, nic się nie stanie – kapitał przeniesie się do innego segmentu rynku, który w danej chwili zapewnia odpowiednią stopę zysku.

Kapitał, rękami skorumpowanych polityków, stosuje w tym wypadku „taktykę spalonej ziemi” – prawa uchwalane pod hasłami walki z piractwem niszczą „przy okazji” niezależność Internetu, ograniczają prawo do wolnej wypowiedzi i prywatności, powodują rozrost aparatu przymusu i kontroli, który, możemy być pewni, będzie w przyszłości stosowany nie tylko w stosunku do „piratów”.

Problematyczne jest też to, że wielu oponentów wobec praktyk rządów i koncernów ograniczających wolność Internetu przejmuje retorykę władzy, zastrzegając, że nie są przeciwnikami walki z „piractwem”, jednak chcieliby, aby odbywało się to mniej brutalnymi metodami. My nie powinniśmy się bać mówić, że w wolnym dostępie do kultury nie ma nic złego. Możemy przekonać się bowiem naocznie, że w hierarchicznej reglamentacji dostępu do kultury, którą funduje nam korporacyjny kapitalizm, nie ma z pewnością nic dobrego.

Ludzie czytają....

Jesteśmy, działamy, Rozbratu nie oddamy - relacja z demonstracji

18-09-2019 / Rozbrat zostaje!

14 września o godzinie 13:00 na ulicy Pułaskiego, tuż przy istniejącym już 25 lat skłocie Rozbrat, rozpoczął się protest w...

Biji Rojava! - Kurdowie się nie poddają

11-10-2019 / Walka klas

Od kilku dni z całego świata płyną doniesienia o tureckiej agresji na położoną w północnej Syrii Rożawę, multietniczy, autonomiczny region...

Business as usual

21-10-2019 / Poznań

W poprzedni weekend postanowiliśmy przypomnieć o roli banku PKO BP, w inwestycji która będzie mieć katastrofalny wpływ na nasz klimat...

Mniej mitów, więcej faktów o Rozbracie

09-10-2019 / Rozbrat zostaje!

Rozmowa na temat sytuacji prawnej skłotu z Antonim Wiesztortem, działaczem warszawskiego i poznańskiego ruchu lokatorskiego, członkiem Kolektywu Rozbrat.