Wydrukuj tę stronę

Gdzie wysiedlimy „trudnych właścicieli”?

  • Stanisław Krastowicz
  • sobota, 06 październik 2012
Zasiedlanie kontenerów socjalnych na Średzkiej wydaje się nabierać tempa. Kryteria doboru lokatorów wydają się w dalszym ciągu niejasne. Wytknęliśmy ZKZL, że zamiast „trudnych lokatorów”, zsyłani są po prostu „biedni i zadłużeni”. Nie wiemy bowiem, czym więcej pan Bogdan i Paweł (ponoć pierwsi wybrani) mieliby narazić się miastu. Jednak retoryka uwolnienia społeczeństwa od „uciążliwych żuli” powróciła. Czy zarzut ten dotyczy pana Pawła i Bogdana? Czy ich przypadkiem nie obraża, a co więcej, nie dyskredytuje? Czy oni mogą się bronić przed napastliwymi atakami urzędników pokroju Jarosława Pucka?

Okazuje się, że skierowani do kontenerów socjalnych mogą zostać „trudni lokatorzy” z prywatnych zasobów lokalowych, o ile ciąży na nich wyrok eksmisyjny z przydziałem do lokalu socjalnego. A co z ich rodzinami, jeżeli mają to być – jak deklaruje ZKZL – tylko mężczyźni? Znamy oczywiście odpowiedź. Żeby dostać się do kontenera, trzeba być nie tylko mężczyzną, ale jeszcze samotnym. Stosując te demograficzne kryteria, urzędnicy naruszają zakaz dyskryminacji. Kto jednak w tym kraju przejmuje się takimi niuansami. Już najmniej władza, która niby te zasady sama układa. Urzędniczą arbitralność skrywa się pod pozorami dobrowolności – pozwala się wybrać wytypowanym: „przytułek albo kontener”.

Co więcej, możemy zapytać, jakim to cudem prywatny właściciel może sugerować władzom publicznym, kto jest „trudnym lokatorem”? Sam słyszałem, jak prominentna urzędniczka, pani Konieczna, mówiła w telewizji, że urząd nie ingeruje w relacje między lokatorami a właścicielami kamienic. Była to wypowiedź a propos sytuacji na ulicy Stolarskiej. Ale okazuje się, że ta deklarowana i broniona „neutralność” władzy obowiązuje tylko w określonych przypadkach. Mamy zatem kontenery dla „trudnych lokatorów”, ale nie mamy ich dla „trudnych kamieniczników”. Ani żadnego projektu, który pozwoliłby pomóc dręczonym lokatorom.

Porównajmy też skalę zjawiska. Jarosław Pucek swego czasu utrzymywał, że w Poznaniu mamy do czynienia z ok. 200 przypadkami „trudnych lokatorów”. Piotr Śruba, szef Fabryki Mieszkań i Ziemi, chwali się, że „oczyścił” z mieszkańców, znanymi metodami, ok. 30 kamienic. Każda z nich to średnio 20-30 rodzin. Każda rodzina to przeciętnie 3 osoby. A gdzie inni „czyściciele”? Przykładowo kamienicznik Schultz i spółki zakładane przez NeoBank, które nie wysługują się już Śrubą, ale w dalszym ciągu działają?

Wreszcie sprawa ostatnia. Do kontenerów z prywatnych zasobów mają trafić lokatorzy z orzeczonym przez sąd prawem do lokalu socjalnego, tymczasem kontener lokalem socjalnym nie jest. Jeżeli lokator odmówi, prawo do lokalu przepada. Z jakiej racji? Na podstawie jakiego wyroku, poza oczywiście wyrokami wydawanymi przez pana Pucka i Kruszyńskiego?

Napisaliśmy we wcześniejszej publikacji, że koszt ogrzewania kontenera w okresie zimowym to nawet 2000 zł. Jarosław Pucek ponoć nas sprostował i stwierdził, że w okresie zimowym to 1000 zł., ale miesięcznie, czyli za – powiedzmy – grudzień, styczeń i luty to w sumie 3000 zł. Biorąc pod uwagę wielkość tych „apartamentów”, ledwie przekraczających 10 metrów kwadratowych, kwota ta jest po prostu astronomiczna. Biorąc pod uwagę, że minimalne wynagrodzenie w Polsce wynosi 1500 zł brutto, a większość rent i emerytur nawet nie osiąga tej kwoty, to możemy by być pewni, że lokatorzy kontenerów tyle za ogrzewanie nie zapłacą. A jak nie będą płacić – wg zasad ustanowionych przez ZKZL – nigdy się z nich nie wyprowadzą. Mówienie, że mają taką szansę, „jeśli będą grzeczni” i będą regulować rachunki, jest podłym cynizmem.

Krótko mówiąc, kontenerowe getto się tworzy i niebezpieczny eksperyment trwa. Ofiarami jego pada jednak tylko jedna ze stron – lokatorzy. Właściciele mogą spać spokojnie.