System pracy najemnej jest wynikiem przywłaszczenia indywidualnego narzędzi produkcji i ziemi; jest on zarazem koniecznym warunkiem rozwoju produkcji kapitalistycznej: wraz z nią musi też zginąć.
Piotr Kropotkin

Polityka i mury

Stanisław Krastowicz

reklamyNa portalu informacyjnym codziennypoznan.pl ukazał się, porażający w swym „obiektywizmie”, artykuł Lidii Łady, w którym autorka atakuje anarchistów za serię politycznych napisów na murach. Trudno oprzeć się wrażeniu, że został on opublikowany na zamówienie radnego Mariusza Wiśniewskiego z poznańskiej Platformy Obywatelskiej. Utyskuje on, że protest przeciwko podwyżkom cen biletów zaowocował m.in. serią haseł w stylu: „Kasuj władzę, nie bilety”.

Wiśniewski w swojej wypowiedzi (czytaj TUTAJ) przekonuje czytelników, że kiedyś, w czasach PRLu, napisy na murach miały sens, bowiem istniał zamordyzm i cenzura. Obecnie, nawet gdy niosą one treść polityczną,  są przejawami zwykłego wandalizmu tak, jak działania, znienawidzonego przez władze, Pive i jemu podobnych. Jak to bywa w „wolnym kraju” - w którym wydaje się Wiśniewskiemu, że żyje - policja już zapowiedziała zintensyfikowanie ściganie grafficiarzy (czytaj TUTAJ). Polityk tylko podpowiada, żeby zaliczyć do nich także tych, którzy podpisują się nie tylko tagiem, ale hasłowo, otwartym tekstem, piszą na tematy dla władzy niewygodne: „Eksmisje stop”, „Dość podwyżek cen”, „Miasto to nie firma”, „Nie dla getta kontenerów” itd.

Radny nie wspomina też, że protest przeciw podwyżkom cen biletów, który przeniósł się na mury, był spowodowany przede wszystkim skandalicznym, w swej istocie niedemokratycznym, odrzuceniem uchwały obywatelskiej, podpisanej przez 16 tys. osób, domagającej się przynajmniej odroczenia tegorocznych podwyżek. Sam Wiśniewski, jako jeden z trzech z grona rajców PO, też bezskutecznie oponował. Może jednak mury w takich warunkach powinny przemówić, skoro podpisy tak wielu osób pod uchwałą tak mało znaczą?

Kurz opadł. Bilety zdrożały. Jako przewodniczący Komisji Rewitalizacji (jak widać swoiście rozumianej, w kategoriach drobnomieszczańskiej estetyki, a nie aktywności obywatelskiej), Wiśniewski atakując anarchistów, zdaje się zapewniać partyjnych kolegów i koleżanki o swojej lojalności. Cel ataku nie jest przypadkowy. Z drugiej bowiem strony Wiśniewski jest jakoś dziwnie bezradny i powściągliwy w ściganiu nielegalnych reklam (tak jak policja czyścicieli kamienic), które wiszą gdzie popadnie w całym Poznaniu i epatują niejednokrotnie głupkowatymi treściami, seksizmem i promocyjnym kłamstwem. Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego oceniał w 2011 roku, że ok. 90% wszelkiego typu nośników reklam zamontowano niezgodnie z prawem. Stan ten trwa od początku lat 90. i jakoś włodarze miasta nie potrafią sobie z nim porodzić.

Równolegle, wiele nośników, które jeszcze w latach 90. służyły wszystkim mieszkańcom miasta, ponownie w imię estetyki, zostało przez władze sprywatyzowanych i oddanych w ręce większych i mniejszych agencji reklamy outdoorowej – jak pochodzący z Poznania AMS. Krótko mówiąc, żeby się publicznie wypowiedzieć, trzeba zapłacić i to sowicie. Ale cenzury nie ma!

Inaczej jest z okresowo wieszanymi plakatami wyborczymi. Wobec wypowiedzi oficjalnych polityków stosuje się niejednokrotnie taryfę ulgową. Jest tajemnicą poliszynela, że wiele z nich w czasach kampanii wisi wbrew normom i regulacjom ordynacji wyborczej.  Tygodniami szpecą – przynajmniej wg niektórych opinii – krajobraz miasta, przede wszystkim swoim kłamstwem obietnic wyborczych. Z reguły słyszymy wówczas na usprawiedliwienie, że taka jest cena demokracji. Demokracji – jak łatwo zauważamy – swoiście rozumianej, której ramy określają interes   prywatnych firm i partii politycznych dziwnie ze sobą splecionych.

Hasło „Miasto to nie firma” – koleżanko Łady – właśnie o tym wszystkim mówi, ale nie wszyscy chcą to słyszeć.

Komentarze

+1| 11 | Jarosław Urbański2013-01-25 17:06
Do TM: To czy ktoś mówi czy nie z perspektywy elit władzy nie zawsze zależy od jego subiektywnego przekonania. Dwa: tego typu zarzuty można odnieść do jakiejkolwiek działalności człowieka w przestrzeni, np. reklama czy plakaty wyborcze. Ale tylko w niektórych przypadkach nawołuję się do sięgnięcia po metody policyjne, aby czemuś przeciwdziałać. Więcej - można było takie zarzuty stawiać też w czasach PRL. O tym jest w zasadzie artykuł. Trzy. Co do stwierdzenia, że każdy odpowiada za siebie, to kończy to w zasadzie dyskusję. Jej warunkiem było uznanie społecznego kontekstu. TM nie może się zdecydować, czy kwestia jest indywidualna, czy społeczna. Jak indywidualna, trzeba znać faktycznie opinię autora (-rów) napisów.
+2| 10 | Maras2013-01-25 12:12
A może mądrzej byłoby po prostu nie odmalowywać co chwilę budynków? Mi tam tagi na murach podobają się bardziej, od brudnych i osmolonych ścian starych kamienic.
+1| 9 | TM2013-01-25 02:20
@MariuszX:
"Gdyby napisy na murach niczego nie zmieniały, nie byłyby zakazane."
Absurdalny argument, sugerujący, że istnienie zakazów uprawomocnia ich łamanie (sic!). Logika, błagam!

@Jarosław Urbański
Nie mówię z perspektywy elit władzy, więc argumenty znów chybione.
Natomiast odnoszę się do:
* niszczenia mienia (destrukcja zamiast tworzenia)
* marnowania zasobów
* narażania innych, niewinnych ludzi na problemy związane z zamalowywaniem
* obniżanie jakości przestrzeni
* symboliczne, ale jednak - pogłębianie dziury budżetowej

Oczywiście możesz mi odpowiadać, że inni też łamią czasem przepisy, robią złe rzeczy itd. To nie jest żadne wytłumaczenie. Każdy odpowiada za siebie.

Obawiam się, że zbyt trudno będzie Wam przyznać się do błędu i będziecie dalej brnąć w tę argumentację "władza jest zła, więc możemy użyć wszelkich środków przeciw niej". Niestety, sojuszników w ten sposób nie znajdziecie.

Pozdrawiam krąg wzajemnej adoracji minusujący i plusujący ;)
+1| 8 | m.2013-01-25 01:56
Zgadzam się z przesłaniem, ale malując po odremontowanych budynkach nie odeprzecie argumentu, że to wandalizm. Rozumiem, że kamienica na Fredry jest miejscem strategicznym z racji, że codziennie chodzi tamtędy masa ludzi, ale czy naprawdę nie brakuje brzydkich, szarych budynków, które byłyby trochę ciekawsze dzięki graffiti?
+2| 7 | Jarosław Urbański2013-01-24 23:26
Do TM: Tu nie chodzi o to co jest fajne, a co nie. I co przynosi radość, a co nie, ale jakie są realia. One wyglądają tak, że w sensie zarówno estetycznym, jak politycznym, elita władzy rości sobie prawo do decydowania co jest odpowiednie na murach, a co nie (proponuje wrócić do treści artykułu). O jakie zarzuty chodzi - że napisy są nielegalne? Masę rzeczy jest nielegalnych. Ludzie i politycy łamią prawo codziennie i masowo, ale tylko niektóre akty nabierają dla władz szczególnego znaczenia - te które w nich bezpośrednio uderzają.

Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian