Buntownik niedostrzegający na horyzoncie niczego prócz ściany przymusów, zazwyczaj rozwala sobie o nią łeb albo kończy, najgłupiej na świecie, zaciekle jej broniąc.
Raoul Vaneigem

MALTA 2015. Idiom: „POZdro 600” (w kontekście „Żółtej Kartki” oraz dyskusji w Gazeta Cafe)

Mikołaj Iwański, Rafał Jakubowicz, Marek Piekarski

zolta kartkaMieszczańska poznańska tradycja nakazuje każdemu młodemu człowiekowi zainteresowanemu poważną karierą w kulturze finansowanej z miejskiego budżetu wykonać dwie rzeczy. Po pierwsze popracować nad tzw. stylówką i rozkręcić przynajmniej kilka eventów. Po drugie spektakularnie się zbuntować i czekać na efekty. Wbrew pozorom może to zadziałać całkiem sprawnie (w zależności od stawki). Należy tylko pamiętać, żeby nie upolityczniać stawianych postulatów. Bunt nie powinien być zbytnio na serio, należy zostawić możliwość szybkiego załatwienia sprawy, przyjmując dość bezpieczną postawę koncyliacyjną – inaczej rytuał inicjacyjny może się nie powieść.

 

Rzecz przebiega w bardzo przewidywalny sposób: po nadaniu swemu zaniepokojeniu losem poznańskiej kultury (oraz własnym losem w jej kontekście) odpowiedniego rozgłosu należy wypatrywać reakcji władz miasta. W drugim etapie operacji zwykle odbywają się publiczne badania potencjału medialnego sprawy oraz spotkania i dyskusje panelowe, po których wzrasta nadzieja na jakąś formę zaproszenia do udziału w lokalnym establishmencie kulturalnym.

Nie trzeba dodawać, że poruszenie naprawdę istotnych problemów funkcjonowania kultury, m.in. jej kontekstu społecznego, klasowego, gentryfikacyjnego oraz kompetencji zarządzających kulturą kończy całą operację długoletnim szlabanem na udział w rozdaniach miejskich pieniędzy. Padające argumenty powinny być więc wyważone, ogólnikowe i przede wszystkim mieć „konstruktywny” charakter.

W tej perspektywie inicjatywa „Żółta Kartka”, czyli „List Otwarty Poznańskich Twórców i Ludzi Kultury Młodego Pokolenia do Prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego”1 wygląda naprawdę modelowo. Mamy pozorny bunt młodych działaczy i artystów, któremu towarzyszy domniemanie, że władze miasta chcą w sumie dobrze. Tyle, że błądzą, więc trzeba im jakoś pomóc. I – co najważniejsze – jest wola porozumienia, czyli ugodowe nastawienie. Między wierszami pada też deklaracja lojalności wobec „partnerów” z urzędu miasta. Piłka w grze.

Poza wiekiem, rozżaleniem i poczuciem pominięcia nie ma tak naprawdę niczego, co mogłoby odróżnić młodych artystów i animatorów od starszych kolegów z branży, którzy zajęli już wpływowe pozycje i zdążyli się na nich okopać. Dlatego właśnie nikt się nie obraża za ich utyskiwania. Jest gotowość do rozmów – bo w końcu przecież tak samo "im" jak i "nam" chodzi o dobro poznańskiej kultury. Wyczucie formy na piątkę.

Przejdźmy do etapu debat. W smutnych, typowo „poznańskich” dyskusjach o kulturze trzeba rytualnie zademonstrować miejsce w hierarchii oraz zaznaczyć własne stanowisko, najlepiej rzucając konkretnymi liczbami – bo te zawsze robią na poznaniakach wrażenie. W tym akurat pewniej czują się starsi, już doświadczeni i zasłużeni działacze. Na spotkaniu w Gazeta Cafe (14 kwietnia 2014) Michał Merczyński wymieniał imponującą ilość młodych „aktywistów”, którzy w 2010, 2011, 2012 i 2013 roku uczestniczyli w Festiwalu Malta (podawał co do łebka!). Konkluzja: wyraźna tendencja wzrostowa. Trudno powiedzieć, co rozumie on przez pojęcie „aktywista”. Bo aktywizm akurat w ramach Malty to kompletna fikcja.

Gdy braliśmy udział w „Nowych Sytuacjach” (Malta, 2011 rok) na plakatach i billboardach w całym mieście widoczny był idiom „Wykluczeni”. Wszechobecne hasło promujące festiwal, w kontekście inauguracyjnej imprezy z udziałem Ryszarda Grobelnego i Michała Merczyńskiego w Piano Bar, snobistycznej restauracji w Starym Browarze, która zasłynęła wówczas z dyskryminacji Romów2, zakrawało na groteskę. W czasie promowania Malty idiomem „Wykluczeni” powstawało getto kontenerowe oraz ruszyła trzecia odsłona kampanii Programu Przeciwdziałania Procederowi Żebractwa, prowadzonej od 2009 roku pod szyldem Miasta know-how. W jej ramach wyprodukowano gadżety – dystrybuowane na stacjach benzynowych zapachowe zawieszki samochodowe – odświeżacze powietrza o intensywnym zapachu oraz rozdawane w centrach handlowych plastikowe żetony do wózków na zakupy w kształcie monety o nominale dwóch złotych z komunikatem ”Nie ma dających nie będzie biorących”3. Figura „wykluczonego” stała się narzędziem tworzenia brandu festiwalu, co jest symptomatyczne dla zjawiska festiwalizacji kultury, w którym stawką jest tylko ekonomia uwagi odbiorcy. W „Wykluczonych” nie chodziło o dyskryminowanych Romów ani rasizm klasowy i penalizację biedy (dotykające głównie żebraków i tzw. „trudnych lokatorów”). Praktycznie o nic nie chodziło.

Problem wykluczenia może być idiomem festiwalu tylko pod warunkiem, że owo „wykluczenie” ma charakter na tyle egzotyczny, że nie dotyczy problemów lokalnej społeczności, z którymi władza nie ma ochoty się konfrontować, nawet na gruncie kultury. Dlatego właśnie Festiwal Malta, który zresztą z roku na rok staje się coraz bardziej elitarny (dla „gawiedzi” jarmarczne szczudła i pochodnie w plenerze, dla tych lepiej sytuowanych coraz droższe biletowane spektakle) ciągle trzyma się mocno, będąc jednym z trzech okrętów flagowych poznańskiej kultury. W 2012 roku ten okazały okręt popłynął w kierunku Azji, a obecnie dryfuje już po wybrzeżach Ameryki Łacińskiej (idom 2014: „Ameryka Łacińska: Mestizos / Mieszkańcy”4). Poznaniacy będą się mogli przekonać, że w krajach tzw. „Trzeciego Świata” żyje się jeszcze gorzej (słynne slamsy).

Michał Merczyński jest sprawnym, kreatywnym i dobrze ustosunkowanym politycznie menedżerem wyspecjalizowanym w branży kulturalnej. W radzie prowadzonego przez Merczyńskiego Narodowego Instytutu Audiowizualnego zasiada Ryszard Grobelny5. Zasiada obok Edwina Bendyka. Wiemy dlaczego w radzie tej szacownej instytucji znalazł się Edwin Bendyk. No i domyślamy się, rzecz jasna, dlaczego pojawił się też Grobelny. Raczej nie za osiągnięcia na polu kultury (bo w Poznaniu to pole jest akurat ugorem). W oczywisty sposób nasuwa się tu na myśl artykuł Tomasza Polaka o zblatowaniu poznańskich elit6. Podczas spotkania Merczyński wsparł pomysł ekipy Grobelnego – przymiarkę do prywatyzacji instytucji kultury, przywołując sprawę Arsenału i argumentując, że na Zachodzie takie rozwiązania są już normą. Proszę państwa – „na Zachodzie”! A skoro „na Zachodzie” to przecież i w peryferyjnym Poznaniu. To nic, że w myśleniu cofamy się do wspaniałych lat 90., złotych lat polskiej transformacji. Merczyński wie jakie rozwiązania funkcjonują na świecie, bo w końcu przecież pracuje w Warszawie, co zresztą wytknął mu któryś z panelistów.

Szef Malty żałował, że w dyskusji nie uczestniczył również Jan A. P. Kaczmarek, kolega po fachu, hołubiony przez samorządowe władze oskarowy książę z Rozbitka, mieszkający w Stanach wybitny specjalista od gładkiej kultury dworskiej, drugi po Michale Merczyńskim beneficjent miejskich dotacji. W blasku reflektorów oraz fleszy aparatów fotograficznych prezydent Ryszard Grobelny zawsze chętnie uściśnie rękę „aktywistce” typu Yoko Ono, celebrytce zatroskanej losami tego łez padołu, która po zjedzeniu tatara w restauracji Toga7 chętnie podzieli się refleksją o szkodliwości wydobycia gazu łupkowego, którą ma zresztą w stałym repertuarze8. Najważniejsze, że Yoko Ono w ogóle zaszczyciła poznańską publiczność swoją obecnością, dzięki czemu event był spektakularnym sukcesem medialnym miejskich decydentów. Swoją drogą ciekawe, kim będzie Yoko Ono tegorocznej edycji Transatlantyka.

Sięgnijmy teraz do tego, co wywołało ową kurtuazyjną debatę, czyli wspomnianej „Żółtej Kartki” – jeremiady adresowanej do prezydenta Poznania. Na wstępie autorzy wyrażają „zaniepokojenie znacznym ograniczeniem ilości projektów realizowanych przez twórców i artystów młodego pokolenia (dwudziesto- i trzydziestolatków)” oraz narzekają na brak zróżnicowania oferty kulturalnej, które byłoby przestrzenią międzypokoleniowego dialogu. „Niepokojąca jest – piszą młodzi artyści i animatorzy – tendencja do festiwalizacji poznańskiego życia kulturalnego, skoncentrowanego w okresie wakacyjnym, co, rzecz jasna, odbywa się kosztem dbania o całoroczną i zróżnicowaną ofertę kulturalną adresowaną do różnych grup odbiorców. I choć wiele młodych osób jest uczestnikami tych niewątpliwie prestiżowych dla Poznania festiwali, to jednak w perspektywie całorocznej brakuje wsparcia dla działań adresowanych do młodych mieszkańców miasta”. Rzeczywiście tendencja do festiwalizacji poznańskiego życia kulturalnego jest niepokojącym zjawiskiem. Jednak chyba nie tylko dlatego, że owe „prestiżowe dla Poznania” festiwale odbywają się „w okresie wakacyjnym”, posiadają „mało zróżnicowaną ofertę” i nie ma w nich propozycji „do młodych mieszkańców miasta” (nota bene brak również działań adresowanych do seniorów).

Autorzy „Żółtej Kartki” nie podjęli krytyki samego formatu festiwalu, nie odnieśli się do problemu festiwalizacji kultury9, chociażby z perspektywy warunków pracy (permanentny wyzysk stażystów i wolontariuszy, prekaryzacja oraz nietransparentne zasady wynagradzania artystów). Podejmowanie tego rodzaju kwestii w zaistniałych okolicznościach zwyczajnie się nie opłaca. W ten sposób młodzi po prostu niczego by w tym mieście nie ugrali. Reprezentujący „żółtokartkowców” Andrzej Pakuła zapewniał wręcz na spotkaniu w Gazeta Cafe siedzącego obok szefa Malty, że „nie są w opozycji do festiwali”.

Skoro „nie są w opozycji do festiwali” to nic dziwnego, że prezydent Grobelny, w odpowiedzi na list, zaproponował im stworzenie koalicji lokalnych inicjatyw kulturalnych, z których w przyszłości wyłoni się propozycja ...nowej marki festiwalowej, którą miasto – jak obiecuje – poważnie rozważy10. Nic dodać, nic ująć. Świetnie, byle nie w sezonie ogórkowym.

Gdzie myślenie o kulturze jako narzędziu zmiany społecznej oraz szersza perspektywa, krytyczna wobec polityki miasta również w innych sferach? Od tej strony można by skutecznie zaatakować zarówno Maltę, Transatlantyk, jak i trzeciego molocha, Mediations Biennale, słusznie podważając podstawy prowadzonej przez miasto polityki kulturalnej. Jednak zamiast języka agonistycznego sporu mamy dobrze znaną, wyświechtaną retorykę potencjału „klasy kreatywnej”.

„W tak ważnym ośrodku akademickim, jakim jest Poznań, młode pokolenia powinny – piszą autorzy listu – cieszyć się szczególnym zainteresowaniem władz, ponieważ stanowią naturalną siłę napędową dla kreatywnego rozwoju Poznania nie tylko w obszarze kultury, lecz także polityki miejskiej, edukacji czy gospodarki. Chcąc zadbać o przyszłość i zrównoważony rozwój miasta, jego władze nie mogą zapominać o ludziach młodych". I dalej podobnie: „Jest dzisiaj faktem niezaprzeczalnym, że bogata, zróżnicowana i dopasowana do potrzeb różnych grup odbiorców oferta kulturalna jest czynnikiem silnie sprzyjającym innowacyjnemu i kreatywnemu rozwojowi miast oraz ich atrakcyjności gospodarczej”. Jak widać, młodzi twórcy przeczytali Richarda Floridę.

Uprawiana przez Floridę popsocjologia była modna i powszechnie bezmyślnie „kupowana” kilka dobrych lat temu. Niemniej pojęcie „kreatywności”, uzasadniające gentryfikacyjną politykę samorządów oraz deweloperów, a także usprawiedliwiające podziały klasowe, nadal wiedzie prym w rodzimych dyskusjach o kulturze, ponieważ okazuje się bardzo użyteczne z punku widzenia kapitału. W Polsce o „klasie kreatywnej” ciągle chętnie mówią nie tylko piarowcy oraz różnej maści specjaliści od rewitalizacji, zatrudnieni w miejskich urzędach. Co zaskakujące, w tych kategoriach myślą o sobie również młodzi artyści, autorzy rzeczonego listu. „Teoria klasy kreatywnej stała się tak popularna dlatego, że zawarta w niej uwodzicielska wizja oraz polityczna recepta na stymulowanie rozwoju miast zostały doskonale skrojone – jak pisał Jamie Peck – pod polityczno-ekonomiczny krajobraz neoliberalizmu”11. Posługiwanie się wywiedzionym z Floridy pojęciem „kreatywności”, prowadzącym w efekcie do utowarowienia kultury i sztuki, współbrzmi z propagandową retoryką władzy („innowacyjność”, „kreatywność”, „atrakcyjność gospodarcza”), znacznie podnosząc tym samym szanse na ewentualne porozumienie z urzędnikami.

Nie ulega wątpliwości, że Poznań faworyzuje kilka podmiotów, w tym Maltę, Transatlantyk i Mediations Biennale, co należy napiętnować. Młodzi, jak to określił Pakuła w trakcie panelu, chcą być traktowani „równorzędnie”, a nie „ciągle walczyć o swoją obecność”12. Czyli chodzi im głównie o środki na produkcję własnych eventów. No właśnie, wciąż niestety eventów. Na początek oczywiście mniejszych, ze skromniejszym budżetem, z mniejszą ilością artystów, młodszych i tańszych niż Yoko Ono. Czyli najprawdopodobniej z udziałem tzw. „miejskich aktywistów”. Najważniejsze – nie chcą zostać „wykluczeni” przy kolejnym rozdaniu środków z miejskiej kasy.

Tymczasem należałoby domagać się nie tyle „równorzędnego” traktowania, co zakwestionować politykę kulturalną miasta, w całej rozciągłości, żądając również zmian personalnych. Prawdziwie krytyczny głos młodego środowiska artystycznego to siła, z którą urzędnicy musieliby się liczyć.

Spójrzmy na poznańskie uwarunkowania. Niedawno byliśmy świadkami siłowej próby prywatyzacji Arsenału, której przeciwstawiali się również młodzi twórcy. Konsekwentnie niszczony jest Teatr Ósmego Dnia – ostatnia w tym mieście instytucja o wyraźnie krytycznym potencjale. Galerii AT, działającej od ponad trzydziestu lat, nie przyznano w tym roku śmiesznie niskiej dotacji, bo eksperci (których nazwiska nota bene chcielibyśmy poznać) najwyraźniej nie wiedzą co to jest sztuka konceptualna. Pawilon czyli tzw. „Hincówka”, przyczółek Nowej Gazowni, która nigdy nie powstanie, ożywa tylko podczas flagowych festiwali. W międzyczasie można sobie Hincówkę wynająć na komercyjnych zasadach od Estrady Poznańskiej. A przestrzenie niezależne? Niebawem może dojść do próby ewikcji Od:zysku.

Więc po co produkować nowe eventy? Zamiast obnażać i kwestionować mechanizmy dystrybucji środków na gigantyczne festiwale „żółtokartkowcy” rozpaczliwie szukają w tym systemie swojego miejsca. Po co mnożyć kolejne mikro-Malty, miko-Transatlantyki i mikro-Mediations? Czy po to tylko, żeby „młodzi” mieli możliwości działania i mogli poszerzać pole swojej widoczności? Żeby mogli, uprawiając animację czasu wolnego, promować Miasto know-how, wspierając wątpliwą działalność miejskiego PR? Żeby łaskawie nie wyjechali do Warszawy czy Berlina – miast, które „proponują szerszą ofertę kulturalną, a tym samym większe możliwości działania”? Dramatyzowanie o wyjeździe do Warszawy czy Berlina nie brzmi przekonująco – ma raczej budować efekt retoryczny. I tu wypada docenić dramaturgiczny kunszt autorów apelu. To fantastyczny sposób na odejście od prawdziwego problemu jakim jest społeczny kontekst funkcjonowania ich pracy, który skutecznie omijają (berlińskich artystów stać przynajmniej na krytyczne analizy13). Zatem „obecność” dla obecności, „możliwości działania” jako wartość sama w sobie? Inne, bardziej ambitne i przekonujące cele, nie zostały, niestety, chociażby ogólnie zarysowane.

„Pragniemy wspólnie [wspólnie z urzędnikami] zastanowić się nad rozwiązaniami, które mogłyby przeciwdziałać tym niepokojącym zjawiskom. Taki dialog – piszą autorzy listu – byłby również dobrą okazją do wspólnej refleksji nad przyczynami ucieczki wielu młodych twórców z Poznania oraz działaniami, które mogłyby zatrzymać lub ograniczyć ten niebezpieczny trend”. Deklarowana ugodowość autorów „Żółtej Kartki” (język dialogu zamiast języka konfliktu) to dobrze wszystkim znana strategia z czasów Sztabu Antykryzysowego Na Rzecz Poznańskiej Kultury oraz Poznańskiego Kongresu Kultury14. Strategia, która się nie sprawdziła. Obie inicjatywy skończyły się, jak pamiętamy, spektakularną klapą. Szkoda, że młode poznańskie środowisko artystyczne nie przepracowało efektów działalności Kongresu, którego jedynym sukcesem było to, że się w ogóle odbył.

Inicjatywa „Żółta Kartka” wydaje się być nastawiona bardziej kompromisowo niż niegdyś Sztab. Tam również nie było dążenia do rewolucyjnej zmiany – raczej artykułowana koszmarnie technokratycznym językiem ambicja lekkiego udrożnienia istniejącego systemu. Tymczasem autentyczny bunt młodego środowiska artystycznego skierowany przeciwko zblatowanym elitom zarządzającym kulturą w tym mieście, przeciwko niekompetencji oraz ignorancji urzędników realizujących politykę kulturalną, przeciwko zjawisku festiwalizacji, NGO-izacji, dążeniu do maksymalnej ekonomizacji kosztów w instytucjach kultury oraz wpisywaniu działań artystycznych w programy rewitalizacji (oznaczające tak naprawdę gentryfikację), przeciwko nieprzejrzystym kryteriom oceny wniosków o dotacje, a także, w szerszej perspektywie, polityce społecznej (cała sfera reprodukcyjna) – byłby bardzo pożądany. Przydałoby się zawalczyć o coś więcej niż tylko o mocno osadzoną w dyskursie neoliberalnym „swoją obecność”. Autorzy listu powinni więc zacząć od określenia o jaką sztukę im chodzi – sformatowaną pod festiwale, będącą decorum władzy oraz narzędziem promocji miasta, służącym przyciąganiu „klasy kreatywnej”, czy radykalną, dokonującą – mówiąc za Andrzejem Turowskim – dekonstrukcji pychy i arogancji władzy, wykorzystującą swój subwersywny potencjał do obnażania dogmatyzmu i populizmu jej politycznych manifestacji15.

Sygnatariusze „Żółtej Kartki” nie zadali sobie trudu przeprowadzenia krytycznej analizy urzędniczego języka opisującego idylliczną wizję kultury finansowanej z grantów oraz sponsoringu. Nie zakwestionowali od dawna powtarzanego przez urzędników kłamstwa o możliwości finansowania kultury z zewnętrznych grantów jako substytutu dotacji samorządowych. Jak pokazuje doświadczenie, ilość pozyskanych na zewnątrz środków stanowi zawsze pewien procent budżetu, którym dany podmiot dysponuje – zwykle nie więcej niż maksymalnie 30%. Tę kwotę stanowią też dotacje ze źródeł samorządowych. Czyli jest to przekładanie środków w jednej kieszeni. Kilkumiesięczna próba zarżnięcia galerii Arsenał w imię wyższej efektywności, niczego nie nauczyła młodych buntowników. Robert Kaźmierczak, mający wsparcie Marcina Kostaszuka oraz asekuracyjnie nieobecnego na dyskusjach Dariusza Jaworskiego, może – przez nikogo nie niepokojony – powtarzać znane bajki o systemie grantowym. Ten rodzaj monologu władzy w Poznaniu nazywany jest konstruktywną dyskusją.

Młodzi artyści nie zwrócili także uwagi na kwestię, wydawałoby się dość fundamentalną, mianowicie problem wolności twórczej. Smycz niejasno rozdzielanych grantów to idealne narzędzie do kontroli produkcji kulturalnej. Efektywność, na którą powołuje się władza, to przede wszystkim efektywność kontroli. Do dziś nie wiemy kto odpowiadał za rozdział kluczowych środków w konkursie grantowym w ramach kultury (ujawniono jedynie nazwiska ekspertów w konkursie wieloletnim). Nie dowiemy się, który z ekspertów tak pilnie przeliczał efekty jakościowe i ilościowe, że w efekcie dofinansowano Misterium Męki Pańskiej kwotą 50 tysięcy złotych, uznając, że spełnia wymogi realizacji priorytetów określonych jako „Wzbogacanie życia kulturalnego Poznania poprzez projekty artystyczne, w tym festiwale, konkursy i warsztaty, ze szczególnym uwzględnieniem międzynarodowych przedsięwzięć interdyscyplinarnych” oraz „Wzmacnianie współpracy kulturalnej z zagranicą, w tym z miastami partnerskimi Poznania”16.

Cenzura ekonomiczna w praktyce, czyli trwający od dłuższego czasu proces finansowego zarzynania Teatru Ósmego Dnia, na który miejskie elity wydały wyrok skazujący, również jakoś nie działa na wyobraźnię protestujących. Pomijanie tego wątku w dyskusji o polityce kulturalnej miasta, abstrahując już od sfery etycznej, jest dowodem na problem z wyobraźnią. Władza, która nie toleruje wolności krytycznej wypowiedzi, nie może być partnerem ani stroną kompromisu. Solidarność w środowisku mocno zindywidualizowanych, nastawionych na własny sukces artystów nigdy nie była, niestety, pierwszą z cnót. Nawet jeśli stawką w grze jest docelowo ich własna głowa.

„Kierujemy się troską zarówno o sferę kultury w naszym mieście, jak i ogólny rozwój Poznania. Pragniemy być partnerem w żywym i szczerym działaniu na rzecz kultury i miasta” – tym serwilistycznym zdaniem kończą swój list młodzi artyści. Czy naprawdę wierzą, że wspólnie z tą władzą można cokolwiek zdziałać? Czy naiwnie liczą na wzajemną „szczerość”? Czy rzeczywiście chcą wspólnie z tymi ludźmi wypracowywać jakieś rozwiązania? Jak wyobrażają sobie taką współpracę w praktyce i czy na pewno potrafiliby się w niej odnaleźć? Czy nie dostrzegają faktu, że w ramach takiej współpracy uwiarygodnialiby, poprzez przyzwolenie na wprzęgnięcie ich działań w siermiężną machinę promocji miasta, wątpliwe poczynania urzędników? Najwyraźniej w ogóle im nie przeszkadza, że jako partnerzy samorządu legitymizowaliby tylko antyspołeczną politykę miasta zamiast ją kwestionować.

Inicjatywa „Żółta Kartka” nie zwiastuje, niestety, żadnej zmiany jakościowej w myśleniu o kulturze w tym mieście. Jedyne wrażenie wyniesione ze spotkania w Gazeta Cafe było takie, że wszyscy się tu znają, w sumie zgadzają i rozumieją, chcą tylko pieniędzy. Niewykluczone, że szef Malty, doświadczony animator kultury, jakoś dogada się z młodszymi kolegami i koleżankami, którym w gruncie rzeczy chodzi o to samo co jemu – produkcję eventów w ramach miejskiego budżetu. Skończy się pewnie tak, że zaproponuje on „żółtokartkowcom”, zanim wypracują własną markę festiwalową, zagospodarowanie w 2015 roku w ramach Malty działki dla młodych twórców. Idiom: „POZdro 600”. W końcu Miasto know-how potrzebuje ludzi młodych, kreatywnych, dynamicznych, elastycznych i co najważniejsze ugodowo nastawionych. Można ich, z obopólną korzyścią, włączyć w programy rewitalizacyjno-promocyjne. I wszyscy będą zadowoleni. Łącznie z Robertem Kaźmierczakiem. A propos Kaźmierczaka – byliśmy przekonani, że tak wymęczy on swoimi monologami zgromadzoną na panelu publiczność, że na żadną otwartą dyskusję nie będzie już w tej debacie czasu ani energii. Wyszliśmy.

Nie wiemy, czy Poznań stać na lepszą politykę kulturalną. Prawdopodobnie nie, bo jest ona częścią większego skorodowanego systemu władzy. Niestety, przykłady „Żółtej Kartki” i Sztabu Antykryzysowego pokazują, że lokalnego środowiska nie stać nawet na umiarkowanie sensowną jego krytykę.

 

 Przypisy:

11 Jamie Peck, „Zastrzyk kreatywności”, [w:] „Ekonomia kultury. Przewodnik Krytyki Politycznej”, Warszawa 2010, s. 100.

15 Por. Andrzej Turowski, „Sztuka, która wznieca niepokój. Manifest artystyczno-polityczny sztuki szczególnej”, Warszawa 2012, s. 41.

16 http://bip.poznan.pl/bip/wydzial-kultury-i-dziedzictwa,22/news/od-2014-01-27-do-2014-12-31,c,3689/od-2014-01-27-do-2014-12-31,67408.html

Tego samego autora

Brak pasujących artykułów


Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian