Prezydenci i lokatorzy

  • Katarzyna Czarnota, Jarosław Urbański
  • czwartek, 26 luty 2015
Stowarzyszenie Prawo do Miasta (PdM) stanęło w obronie swojego wiceprezydenta Macieja Wudarskiego po tym, jak lokalny dziennik, Głos Wielkopolski, ujawnił, że posiada on kamienicę, w której dokonywał eksmisji lokatorów. PdM nie widzi problemu. Przyznaje, że wiedziało o całej sytuacji i mimo tego udzieliło Wudarskiemu pełnego poparcia, zarówno jako kandydatowi na prezydenta miasta, jak też w momencie obejmowania wiceprezydentury. Swoje stanowisko Stowarzyszenie określiło w kilku punktach opublikowanych na stronach internetowych. Wyjaśnienia opierają się na tezach, do których nie sposób się nie odnieść.

Nie wszyscy jesteśmy właścicielami

W punkcie 2 oświadczenia PdM stwierdza, że w działaniach Wudarskiego nie ma nic dziwnego, wszakże posiadanie kamienicy czy mieszkania jest czymś oczywistym i powszechnym. W Poznaniu – czytamy w tekście – „zdecydowana większość kilku tysięcy kamienic ma prywatnych właścicieli, a 90% mieszkań jest w prywatnych rękach”. Manipulacja w tym przypadku polega nie na tym, iż podane dane nie są prawdziwe. Jednak w kontekście posiadania przez wiceprezydenta Wudarskiego kamienicy i dokonywanych w niej eksmisji, cytowane zdanie próbuje za pomocą statystyki sugerować czytelnikom, że w zasadzie wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji. Wszyscy dysponujemy nieruchomościami. Jednak rzeczywistość jest inna. Część z nas nie posiada mieszkania na własność w ogóle i musi w zamian za czynsz je wynajmować. Część z nas posiada tylko jedno mieszkanie na własny użytek. Jeszcze inni posiadają dodatkowy lokal i go wynajmują, realnie „po kosztach” (gdyby uwzględnić amortyzację), wreszcie są tacy – i do nich należy Wudarski – którzy z najmu wielu mieszkań uzyskują niemałe dochody.

Sytuacja własnościowa, ekonomiczna i społeczna każdej z wyżej wymienionych grup jest inna. PdM próbuje zmarginalizować, ukryć, wepchnąć w ową symboliczną 1/10 wszystkich tych, którzy mogą stać się wyrzutem sumienia Wudarskiego. Tymczasem według przeprowadzonych przez nas badań sondażowych w 2011 r. na Jeżycach, dzielnicy, gdzie wiceprezydent posiada rzeczoną nieruchomość, tylko 21,6% była właścicielami zajmowanego lokalu, w 12,2% przypadków lokal był własnością innego członka rodziny. W innych przypadkach (czyli w blisko 2/3) zamieszkałe lokale na Jeżycach nie należały do badanych mieszkańców, ale: albo do obcych osób prywatnych – 39%, albo do miasta, spółdzielni (mieszkania lokatorskie) czy zakładu pracy – razem 26,8%. Nagle, jak widzimy, proporcje ulegają zmianie. Ważne bowiem jest nie to, do kogo należą budynki czy mieszkania, ale jaki jest status samych lokatorów. Pomimo zatem rzucanych w punkcie 3 omawianego oświadczenia PdM politycznych zaklęć, że Stowarzyszenie „nie uznaje prawa własności za święte” oraz jest krytyczne w stosunku do „wielkiej biznesowej własności”, faktycznie zaciera ono granice klasowe, aby rozgrzeszyć Wudarskiego. Jaka jest jednak naprawdę różnica między Wechtą a Wudarskim? Dziś straciliśmy pewność, że ona w ogóle istnieje.

Menele zawsze w cenie

Najbardziej żenująca w stanowisku PdM jest ta jego część, gdzie w obronie prawa do eksmisji i Wudarskiego Stowarzyszenie odwołuje się do najbardziej demagogicznej neoliberalnej retoryki dotyczącej „trudnego lokatora”. Lokatora, który „latami nie płaci czynszu”, choć posiada pieniądze, „zatruwa współlokatorom życie”, „dewastuje kamienicę”, „demoluje mieszkania” itd. (punkt 5 i 6 stanowiska PdM).

Od dwóch dekad tego typu argumentacja ma za zadanie bronić interesów właścicieli kamienic i stanowić uzasadnienie najbardziej brutalnych wysiedleń. Posłanka Barbara Blida mówiła dokładnie to samo, kiedy usprawiedliwiała wprowadzone w 1994 r. prawo do wysiedleń. Podczas jednej z debat lokatorskich w sejmie (1999 r.) odpierała argumentację ruchu lokatorskiego, mówiąc o mieszkańcach, którzy mają „doskonałe warunki”, ale nie płacą. „Nie można tego tolerować – ciągnęła. I nie można również tolerować tego, że ktoś niszczy, dewastuje, demoluje substancję mieszkaniową wybudowaną za wspólne pieniądze. Czy on ma być bezkarny? Ludzie mieszkają w budynkach, gdzie jest melina pijacka, gdzie jest jakieś inne utrudnienie, są zastraszeni – jedna melina potrafi zastraszyć wszystkich lokatorów. Kogo tak naprawdę chronimy, chcąc zlikwidować eksmisje?” Od połowy lat 90. na podstawie prawa do eksmisji wprowadzonego przez Blidę przymusowo wysiedlono w Polsce ok. 1,5 mln osób, a ok. 150 tys. zostało po prostu eksmitowanych, często na bruk. Sama Blida przyznała już w 1999 r., cztery lata po wprowadzeniu ustawy, że jest zaskoczona sposobem orzekania o eksmisjach: „mieliśmy – powiedziała – może zbyt duże zaufanie do sądów”. W rzeczywistości skala zjawiska była i jest o wiele większa, bo statystyki te nie obejmują wysiedleń nielegalnych, dokonywanych bez wyroków sądowych.

Jednocześnie według szacunków samych władz miasta „trudni lokatorzy” to problem marginalny, dotyczący wręcz kilku promili mieszkańców Poznania. Na początku Zarząd Komunalnych Zasobów Lokalowych, celem uzasadnienia budowy osiedla kontenerowego, twierdził, że w naszym mieście żyje ok. 200 tego typu osób. Potem okazało się, że po weryfikacji list ZKZL, między innymi przez Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, problem dotyczy co najwyżej kilkudziesięciu osób. Ilu z nich mieszkało w kamienicy Wudarskiego? Z oświadczenia PdM wynika (pkt. 5), że wszyscy eksmitowani tacy byli. Jak w to uwierzyć? Chyba że bardzo poszerzymy definicję „trudnego lokatora”, do czego PdM wyraźnie dąży i co leży w interesie właścicieli nieruchomości.

Skąd się wzięło prawo do miasta?

W 2012 r. ukazała się w Polsce książka Davida Harveya, naukowca i krytyka stosunków kapitalistycznych, pod tytułem „Bunt miast. Prawo do miasta i miejska rewolucja”. Tytułem swoim nawiązuje ona do eseju (pt. „Prawo do miasta”) innego znanego socjologa Henriego Lefebvre'a. Książkę Harveya przetłumaczyło środowisko związane z czasopismem uniwersyteckim „Praktyka Teoretyczna” i Pracownią Pytań Granicznych (UAM). Była to zatem pozycja znana, szczególnie w Poznaniu. Kiedy wiosną 2013 r. doszło do rozłamu w szeregach Stowarzyszenia My-Poznaniacy, grupa, która z niego odeszła, przyjęła nazwę ugruntowaną już w dyskursie publicznym, zwłaszcza wśród dysydenckich europejskich ruchów miejskich o lewicowej orientacji. Nie wyciągnęła jednak z tego daleko idących wniosków. Harvey bowiem w swojej książce stawia sprawę jasno. W naszych miastach dominuje dziś klasa kapitalistyczna, która stara się kontrolować nasz styl życia, pracę, kulturę i wyznawane wartości polityczne. „Miasto i procesy miejskie wytwarzające tę kontrolę są zatem główną areną walki politycznej, społecznej i klasowej” (tamże, s. 101). Tymczasem powoływanie się na hasło „Prawa do miasta” w wydaniu poznańskim podszyte jest wręcz panicznym strachem przed poruszeniem kluczowych problemów socjalnych, takich jak wysiedlenia, wzrastające zadłużenie czy proceder „czyszczenia kamienic”.

Pomimo wydawałoby się zafascynowania Harveyem dziś PdM broni dobrego imienia i usprawiedliwia (pkt. 7 stanowiska) działania właścicieli kamienic, a w tym gronie też Macieja Wudarskiego, „reżimem rynkowym” i dystansuje się od uznania realności podziałów klasowych, określając je jako nieprawdziwy, manichejski podział: „na dobre, bez wyjątku ofiary – lokatorów oraz tylko złych krwiopijców – właścicieli kamienic”. Choć PdM przyznaje, że nie wszyscy lokatorzy to oszuści, to jednak zaraz w następnym zdaniu przywołuje kolejną drobnomieszczańską figurę retoryczną: „systematyczna zgoda na niepłacenie czynszu – czytamy – musi praktycznie prowadzić do dalszej degradacji kamienic w Poznaniu”. Jak wiadomo, poddane liftingowi fasady stanowią najlepsze uzewnętrznienie programu politycznego klasy reprezentowanej przez PdM. 

Trudny temat

Następnie (w punkcie 8) PdM sugeruje, że nigdy się od lokatorów nie odcięło, przywołując nie tylko Koalicję dla Stolarskiej, Mieszkaniowy Okrągły Stół, a nawet Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów. Pytanie, czy PdM w ogóle kiedykolwiek z lokatorami współpracowało? Rozpad My-Poznaniaków zbiegł się bowiem z faktycznym odejściem środowiska tworzącego dziś PdM od postulatów socjalnych i lokatorskich. PdM już nigdy do żadnej koalicji lokatorskiej nie przystało. Coraz częściej utożsamia się głównie ze swoim, jak się okazało, własnym otoczeniem – ludzi o wyższym statusie materialnym, właścicieli kamienic, biznesmenów i mieszkańców willowych osiedli, którzy jak ognia unikają problematyki socjalnej.

Możemy się o tym przekonać, śledząc np. prowadzony przez organizację profil na Facebooku. Kwestii mieszkaniowych podejmowano tam niewiele i raczej na poziomie ogólnym, starając się uniknąć udziału w bezpośrednich konfrontacjach z właścicielami kamienic – czy to podczas pikiet, czy na sali sądowej. Przed wyborami problem lokatorski na stronach PdM w zasadzie znika, zapewne w trosce o bezpieczne ramy debat. Powraca dopiero po wygranej Jaśkowiaka i nominacji Wudarskiego na wiceprezydenta. W odpowiedzi na informację prasową, że osiedle kontenerowe nie zostanie zlikwidowane, pojawia się dość symptomatyczny organizacyjny komentarz: „Dla każdych [!!!] władz to trudny temat…”. 

Choć środowisko związane dziś z PdM ostrożnie posługiwało się w przeszłości lewicową retoryką, de facto uprawiając rodzaj postpolityki, to czasami lubiło kokietować opinię publiczną marzeniami o rewolucji miejskiej i przedstawiać siebie jako opozycję pozostającą w kontrze do wielkiego biznesu, deweloperów i obyczajowej konserwy. Jeszcze przed wyborami PdM oburzało się, że władza przechwytuje postulaty ruchów miejskich. Dziś ustawiło się w jednym szeregu ze swoimi dawniejszymi oponentami i renegatami.  W obawie o naruszenie swojej pozycji w nowym układzie władzy PdM, niczym kameleon, upodabnia się do tła. Ostatecznym zerwaniem PdM z ruchem lokatorskim było, bez żadnej z nim konsultacji, głosowanie Stowarzyszenia za odrzuceniem postulatu powołania Biura Interwencji Lokatorskiej. Lefebvre przewraca się dziś w grobie, kiedy na to wszystko patrzy.

Król jest nagi

Ostatni, dziewiąty punkt oświadczenia PdM dotyczy programu „Mieszkanie dostępne”, jakoby autorstwa wiceprezydenta Wudarskiego i częściowo przeprowadzony w jego kamienicy. PdM tłumaczy, że jego wdrożenie pozwoliłoby miastu zaoszczędzić część odszkodowania i nie zmuszałoby samorządu do natychmiastowego wskazania lokali socjalnych dla zagrożonych eksmisją lokatorów. Stowarzyszenie przekonuje, iż jako właściciel Wudarski tylko minimalizuje własne straty z tytułu posiadania „nieszczęsnej” kamienicy, tak jakby nie przynosiła mu ona zysków. To odwracanie kota ogonem. W 2013 r. uzyskał on z tytułu czynszów 19,4 tys. złotych dochodu (posiadając ½ udziałów). A może jednak dzięki temu programowi po prostu Wudarski maksymalizuje zyski!

Nas interesuje jeszcze co innego. Co się stanie, kiedy szef poznańskiego Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych (ZKZL), korzystając z prawa do tzw. interwencji ubocznej, pośle na rozprawę prawnika, który będzie ramię w ramię z właścicielem Wudarskim (lub jego pełnomocnikiem) występował przeciwko interesom lokatorów jego kamienicy? Jarosław Pucek przyznał kiedyś w wypowiedzi dla jednego z tytułów prasowych, że korzysta z tego prawa, bo nie ma lokali socjalnych. „Robimy tak przy prawie każdej eksmisji, w 99% przypadków stajemy po stronie właścicieli i wnosimy o nieprzyznawanie lokalu socjalnego”. Eksmisje można wykonać „na bruk”. Albo jak będą brzmieć ugody w sprawie odszkodowań, zawarte między ZKZL a właścicielem Wudarskim? I jak w tych przypadkach wiceprezydent Wudarski będzie strzegł interesów obywatela Kowalskiego czy Kowalskiej, najemców mieszkania w jego kamienicy? Być może w sensie prawnym wszystko odbędzie się zgodne z wymogami, ale w sensie socjologicznym mamy do czynienia z nieuchronnym konfliktem interesów i asymetrią, gdzie naprzeciw lokatora staje „sojusz biznesu i tronu”. Nie pierwszy raz. Podobnie jak obecnie urzędujący wiceprezydent, także inni miejscy decydenci wysiedlali kamienice; lub robiły to ich rodziny, przyjaciele, znajomi, partnerzy w życiu i interesach.

Dziś władze miasta, wraz z Wudarskim, stwarzają dalsze przyzwolenie na kryzysową sytuację dotyczącą kwestii lokatorskich. Jedyną różnicą, którą można w pewnym sensie określić jako społecznie niebezpieczną, jest fakt, że rządzące w koalicji z Platformą Obywatelską PdM ciągle nazywa siebie ruchem miejskim. Jednak w tej całej modzie na „miejskość” wszelkie kwestie dotyczące reprezentacji interesów przeciętnych poznaniaków sprowadzają się do reprezentowania interesów klasy właścicieli nieruchomości. 

Nie tak dawno Wudarskiego nazwano listkiem figowym rządów Jacka Jaśkowiaka (i Platformy Obywatelskiej) w mieście. Dziś widzimy, że król jest raczej nagi.

Ludzie czytają....

Business as usual

21-10-2019 / Poznań

W poprzedni weekend postanowiliśmy przypomnieć o roli banku PKO BP, w inwestycji która będzie mieć katastrofalny wpływ na nasz klimat...

Biji Rojava! - Kurdowie się nie poddają

11-10-2019 / Walka klas

Od kilku dni z całego świata płyną doniesienia o tureckiej agresji na położoną w północnej Syrii Rożawę, multietniczy, autonomiczny region...

Mniej mitów, więcej faktów o Rozbracie

09-10-2019 / Rozbrat zostaje!

Rozmowa na temat sytuacji prawnej skłotu z Antonim Wiesztortem, działaczem warszawskiego i poznańskiego ruchu lokatorskiego, członkiem Kolektywu Rozbrat.

Przeciwko tureckiej inwazji! Stop rzezi Kurdyjek i Kurdów!

10-10-2019 / Świat

Pod cyniczną nazwą „Źródło pokoju” 9 października wojska tureckie, na rozkaz prezydenta Erdogana rozpoczęły inwazję militarną w północnej Syrii. W...