Specjalne Strefy Ekonomiczne - patologia władzy i biznesu

  • poniedziałek, 07 styczeń 2008
Sobotnie (04.01.2008) lokalne wydanie Gazety Wyborczej przyniosło na pierwszej stronie artykuł pod alarmującym tytułem: "Nie mamy studium, inwestorzy uciekają", pióra Aleksandry Przybylskiej i Sylwii Wilczak. Autorki sugerują, że z powodu nie przyjęcia przez radę miasta miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, na Franowie nie może powstać Specjalna Strefa Ekonomiczna (SSE). To z kolei powoduje, że inwestorzy nie mogący w strefie inwestować, chcą z Poznania "uciec". Artykuł nie wyjaśnia dlaczego firmom tak zależy na ulokowaniu się na Franowie i jakie konsekwencje z tytułu powstania SSE poniosą mieszkańcy Poznania. Więcej - sugeruje się, że z powodu braku Strefy, jako obywatele, stracimy.

Prawda jest niestety trochę inna, niż to sugerują autorki. Zacznijmy od odpowiedzi na pytanie dlaczego powstają SSE, i dlaczego przedsiębiorstwa tak chętnie w nich się lokują. Odpowiedź jest oczywista - żeby nie płacić podatków czy innych świadczeń na rzecz budżetu państwa. (Ten problem autorki odkładają - dosłownie - na bok). Do tej pory firmy, które zainstalują się w obrębie SSE (których w Polsce istnieje kilkanaście), w ramach SSE są zazwyczaj całkowicie zwalniane od płacenia podatku dochodowego przez pierwsze 10 lat, a w następnych płacą raptem połowę należnego podatku. Oprócz tego zwolnione są od uiszczania podatku od nieruchomości. Przywileje mogą być różne - większe i mniejsze. Ulgi te mają zachęcić do inwestowania w takim, a nie innym miejscu (stąd nazwa "strefa"). Oczywiście firmy muszą spełnić pewne oczekiwania - w odpowiednim czasie zainwestować odpowiednią ilość kapitałów i zatrudnić odpowiednią ilość pracowników.

Ideą powołania przez państwo w 1994 roku Specjalnych Stref Ekonomicznych było przeciwdziałanie bezrobociu w regionach szczególnie nim dotkniętych, poprzez skierowanie tam nowych inwestycji. Między innymi dlatego powstała, najbliżej Poznania działająca, Kostrzyńsko-Słubicka Specjalna Strefa Ekonomiczna, która miała działać na obszarze wymienionych tu miast. Powodem powołania przed laty tej Strefy, było bardzo duże bezrobocie w województwie lubuskim, sięgające w niektórych powiatach (w latach 2002-2003) nawet ponad 35 proc. (np. Krosno Odrzańskie). Powstanie SSE było związane z polityką wyrównywania szans poszczególnych regionów w Polsce, różniących się także jeżeli chodzi o poziom rozwoju infrastrukturalnego, szeroko rozumianego.

Z powyższego punktu widzenia staje się jasne, że powstanie SSE w Poznaniu musi budzić wątpliwości. Po pierwsze nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy, jako miasto i aglomeracja, obszarem dotkniętym konsekwencjami strukturalnego bezrobocia (wręcz przeciwnie). Po drugie, nie jesteśmy również, relatywnie rzecz biorąc, regionem o szczególnym zapóźnieniu infrastrukturalnym. Dlaczego zatem firmy, zwłaszcza do tej pory działające na terenie Poznania, miałyby korzystać ze szczególnego przywileju jakim jest zwolnienie z niektórych podatków i świadczeń? Jest rzeczą szczególnie kuriozalną, że SSE domagają się przedsiębiorstwa z branż bardzo w ostatnich latach dochodowych i osiągających spore zyski: elektronicznej i internetowej. Lokując się wcześniej w Poznaniu zyskiwały one już np. dostęp do dużego rynku odpowiednio wykształconej siły roboczej - wykształconej dzięki publicznym szkołom wyższym, na które wszyscy, jako podatnicy, łożymy. A to przecież nie wszystkie korzyści.

Jaki sens zatem miało zakładanie SSE, skoro dziś wyrastają one dosłownie wszędzie, teraz również i w Poznaniu? Czy jako narzędzie wyrównywania dysproporcji w rozwoju poszczególnych regionów, mają Strefy jeszcze jakieś uzasadnienie? Idea SSE przez lata uległa degeneracji. W Poznaniu nie powstanie żadna nowa, poznańska Specjalna Strefa Ekonomiczno, lecz podstrefa Kostrzyńsko-Słubicka. Dlaczego? W ten sposób na skalę masową powołując podstrefy, omija się ograniczenia narzucone przez Unię Europejską, która niechętna jest temu typowi przedsięwzięć i przeciwna jest powstawaniu nowych stref. Trudno się temu dziwić, kiedy przyjrzymy się polskim wypaczeniom. SSE stały się sposobem na unikanie przez przedsiębiorstwa płacenia, przynajmniej części, podatków. Więcej: inwestując na specjalnie przygotowanych terenach, stają się niekiedy beneficjantami pomocy publicznej. Naraża się przez to na straty nie tylko finanse publiczne, ale także przeczy się zasadzie wolnorynkowej gry, bo wiadomo, że inne podmioty muszą borykać się ze spłaceniem wszystkich należności wobec państwa. Ale kto powiedział, że mamy wolny rynek?

Proces lobbowiania w Poznaniu na rzecz korzystnych dla niektórych przedsiębiorstw rozwiązań, forsowanych jednocześnie ze stratą dla ogółu obywateli, ma długą tradycję. Weźmy chociaż Volkswagena, który, nie tak dawno, strasząc "przeprowadzką" z Poznania, domagał się szczególnych zasad traktowania, zarówno w kwestii planowania przestrzennego, jak również dysponowania majątkiem publicznym. Przez wiele miesięcy władze koncernu domagały się odsprzedania (a nie tylko dzierżawienia) części majątku zakładów Cegielskiego. Z tym, że akurat dla HCP, a więc dla skarbu państwa do którego zakład należy, korzystniej było budynki wynająć niż sprzedawać. W obronę interesów Volkswagena wdali się przede wszystkim ci radni, którzy wcześniej skorzystali np. z zaproszenia władz koncernu do odwiedzenia targów motoryzacyjnych w Hanowerze. Koncern dbał o liczne i w przyjaznej atmosferze utrzymane kontakty z radnymi. Sprawa ta była szeroko komentowana także na łamach Gazety Wyborczej. Koncern straszył, ale się z Poznania nie wyprowadził. Z tego co słychać, dziś również Volkswagen łączy wielkie nadzieje na uruchomienie SSE w Poznaniu, choć ostatnie lata dla przemysłu samochodowego były wyjątkowo tłuste. Ale któżby pogardził wzrostem stopy zysku.

Celem wymuszenia na radnych, a także na opinii publicznej, odpowiednich decyzji i przychylności dla pewnego typu praktyk, postanowiono ukazać problem SSE w zupełnie innym świetle: "nie będzie studium, nie będzie strefy, nie będzie firm". Co dziwne, zadania tego podjęli się "nasi" urzędnicy miejscy, którzy pod pozorem troski "o rozwój Poznania", ewidentnie sprzyjają tylko pewnego typu interesom: o dużo szerszym zasięgu, niż tylko trzy, wymienione we wspomnianym wyżej artykule, firmy. Nie jest tajemnicą, że od wielu miesięcy, przeciwko prezydencko-biurokratycznej koncepcji studium zagospodarowania przestrzennego, którą słusznie nazwano w artykule "przestrzenną konstytucją miasta", występuje silny ruch społeczny, któremu poszczególne jej zapisy się nie podobają - z uwagi na interes mieszkańców osiedli, dzielnic, czy kwartałów miasta. Protestują oni przeciwko temu, aby kolejny raz, interes inwestorów i developerów, czasami państwa, stał ponad dobrem mieszkańców. Ruch ten zjednoczył przedstawicieli różnych komitetów protestacyjnych, rad osiedli, organizacji i specjalistów, którzy rozpoczęli na tym polu rewolucję, która, mam taką nadzieję, doprowadzi do zburzenia Bastylii, jaką nasz, wieloletnio już panujący, prezydent Ryszard Grobelnych, wybudował. Tymczasem grając ciągle tą samą kartą, straszeniem, że firmy porzucą Poznań, próbuje się zdławić w zarodku wszelką dyskusję na temat tego, w jakim kierunki idzie rozwój Poznania i czego tak naprawdę jako jego mieszkańcy potrzebujemy. Ściślej: próbuje się ciągłe tę dyskusję formatować pod potrzeby biznesu, stawiając między jego a interesem mieszkańców Poznania, znak równości. Ale te interesy nie są takie same! Potrzebujemy oczywiście miejsc pracy, ale powiedzmy sobie szczerze, że już nie raz, taka czy inna firma wyprowadzała się do np. powiatu poznańskiego, i jakoś to przeżyliśmy. Dlaczego mieszkańcy mają się ustawicznie podporządkować potrzebom biznesu, a nie odwrotnie? Większość przedsiębiorstw będzie się trzymać blisko miasta, bowiem mają tu już dogodne warunki do inwestowania: duży i dobrze rozwinięty rynek pracy, rynki zbytu z zasobniejszymi portfelami, infrastrukturę, itd. Nie musimy drżeć przed decyzją każdego, takiego czy innego prezesa przedsiębiorstwa. Bez przesady.

Być może, w niektórych miejscach SSE odegrały pozytywną rolę, choć powinniśmy także pamiętać, że prawie zawsze z ich powstaniem łączyło się deptanie praw pracowniczych i związkowych (to jeszcze inny temat). Dziś, strefy to gospodarcza i społeczna patologia. Podstrefy zakładane są w dziesiątkach miejsc, również tam, gdzie jest niskie bezrobocie i dobrze rozwinięta infrastruktura. Dlatego warto zapytać, czy jako Poznań się do tego patologicznego zjawiska chcemy dopisać? Czy naprawdę damy sobie narzucić ów regionalny partykularyzm, którym tak chętnie żonglują "nasi" prezydenci miasta? Wiedząc, że w szerszym kontekście i dłuższej perspektywie, może przynieść nam to więcej strat niż korzyści. Trzeba widzieć rzeczy szerszej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

Jarosław Urbański

Ludzie czytają....

Biji Rojava! - Kurdowie się nie poddają

11-10-2019 / Walka klas

Od kilku dni z całego świata płyną doniesienia o tureckiej agresji na położoną w północnej Syrii Rożawę, multietniczy, autonomiczny region...

Business as usual

21-10-2019 / Poznań

W poprzedni weekend postanowiliśmy przypomnieć o roli banku PKO BP, w inwestycji która będzie mieć katastrofalny wpływ na nasz klimat...

Mniej mitów, więcej faktów o Rozbracie

09-10-2019 / Rozbrat zostaje!

Rozmowa na temat sytuacji prawnej skłotu z Antonim Wiesztortem, działaczem warszawskiego i poznańskiego ruchu lokatorskiego, członkiem Kolektywu Rozbrat.

Przeciwko tureckiej inwazji! Stop rzezi Kurdyjek i Kurdów!

10-10-2019 / Świat

Pod cyniczną nazwą „Źródło pokoju” 9 października wojska tureckie, na rozkaz prezydenta Erdogana rozpoczęły inwazję militarną w północnej Syrii. W...