Parlamentaryzm jest najodpowiedniejszą formą organizacji dla społeczeństwa opartego na pracy najemnej i wyzysku mas ludowych przez posiadaczy kapitału.
Piotr Kropotkin

Biznes „Scenowy”

Sasza Berskin

17757297 1300949669952327 9071512921896510007 nScena - miejsce gry aktorów w teatrze, oddzielone od widowni kurtyną. To pierwsza definicja słowa scena, jaką podaje Słownik Języka Polskiego, chyba najbardziej oczywista i jako pierwsza przychodząca na myśl osobom niezaangażowanym w żaden sposób w ruch wolnościowy, squaterski, działalność anarchistyczną czy lewicową.

Jednak w przypadku w/w osób słowo to w codziennym użyciu oznacza całą otoczkę kulturowo-obyczajową dla środowisk, które swoją tożsamość osadzają w mniejszym lub większym stopniu w muzyce, czy szerzej pojętej kulturze scenowej. Genezą zespolenia z tego rodzaju kulturą są wpływy muzyki Punk, czy później HardCore Punk, na których fali odrodził się ruch wolnościowy nad Wisłą i choć czasem staje się już post-scenowym, to wpływy kulturowe czy subkulturowe nadal są znaczące.

Sprawa jednak dotyczy zarabiania na scenie i wykorzystywania niegdyś wiele znaczących haseł dla własnych partykularnych interesów.

O ile nie jest problemem, że ktoś jeździ na koncerty, gdzie sprzedaje koszulki, przypinki czy inne gadżety, o tyle zdarza się, że czasem ktoś wpada na pomysł, że można to zrobić w wydaniu kapitalistycznym - ktoś pracuje na mnie. Wchodzi w ten sposób w znoszone buty symbolicznego szefa, przejmuje tę rolę z całym „dobrodziejstwem inwentarza” i choć lubi pośpiewać na koncercie „zabij swego szefa w pracy, bóg na pewno to wybaczy”, całkiem dobrze czuje się w tej roli.

Schody zaczynają się w momencie, kiedy to nasz antysystemowy szef chce, jak to szef, dokręcić trochę śrubę. Okazuje się, że wśród kolegów-pracowników (tych, którzy stoją obok niego pod sceną na sobotnim koncercie) znajdują się tacy, dla których to nie tylko zabawa i wyżej od relacji z kolegą cenią swoją godność i mówią głośne "nie". Zresztą w to, że to kolega, wierzą już tylko pracownicy, bo szef dawno pojął, że takie relacje się wykorzystuje, żeby pracownicy szli na rękę wielu kwestiach.

Nauczył się bardzo dobrze wchodzić w swoje role i pod płaszczykiem koleżeństwa wprowadzać niekorzystne dla pracowników rozwiązania, ale kiedy pracownik chce rozwiązać sprawę z klucza koleżeństwa, nie musi się martwić - szef przypomni, że to praca, a on ma wykonywać polecenia.

W pewnym momencie rodzi się jakże oczywisty w takim przypadku konflikt klasowy.

Okazuje się, że dawny kolega już nie jest działaczem, a wyzyskiwaczem, bardzo dobrze rozumiejącym mechanizmy relacji pracownik-„pracodawca”. Tworzą się dwa obozy: do pierwszego należą ci, dla których owa scena to fajne ciuchy, drogi napój, kozackie dziary, wege żarcie. Z całą swoją powierzchownością i bezrefleksyjnym przyjęciem skutków bez świadomości przyczyn swojego działania.

I druga, która też może w mniejszym lub większym stopniu ma ten sam background kulturowy, ale ma świadomość, że to tylko skutek, a nie przyczyna wszystkich innych działań i mechanizmów ruchów wymienionych w pierwszym akapicie tekstu.

Efektem takiej polaryzacji staje się fakt, że gdy rodzi się konflikt na tle pracownik-pracodawca, np. w wegańskiej knajpie (co miało miejsce nie raz), pierwsza grupa widzi próbę zorganizowania puczu na ich ulubioną knajpę, gdzie mają najlepsze wegańskie buły w mieście, gdzie chodzą w każdy piątek z kolegami wcielać w życie swój weganizm i zwiększać zaangażowanie w walkę o emancypację zwierząt, a przez to także ludzi (sic!).

Druga grupa widzi próbę instrumentalnego wykorzystania pewnych ideałów dla maksymalnego zmniejszenia kosztów pracy i maksymalnego dokręcenia śruby byłym już towarzyszom spod sceny, bo z czasem nawet szef, widząc bezsens takiego dualizmu, przestaje na te koncerty przychodzić.

Wartym zaznaczenia jest fakt, że gdy konflikt na tej samej linii rodzi się gdzieś dalej, z szefostwem jakiejś dużej firmy, które personalnie jest odległe, wtedy nie ma problemu, żeby stanąć po stronie pracowników, bo przecież szef nie jest czyimś kolegą i nie powiedział, „że tak naprawdę to burzą się obiboki, bo im się pracować nie chce, w sumie te wszystkie rzeczy, o których słyszałeś, że się u nas dzieją, to nieprawda”. Kiedy się usłyszy coś takiego, to wypada nawet współczuć koledze, że ktoś chce zburzyć to, co on tak ciężko wypracował.

Dopóki wszyscy nie będą potrafili rozstrzygać takich konfliktów przez pryzmat klasowy, a nie koleżeński, dopóki zasadność działalności związkowej w takich miejscach będzie deprecjonowana przez ludzi uważających się za część rzeczonej sceny, dopóty nie zrobimy jako scena kroku naprzód w walce o jakąkolwiek emancypację.

Tego samego autora

Brak pasujących artykułów


Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Reklama

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian