![]() |
|||
|
24.06.07 Wystąpienia poznańskich robotników w czerwcu 1956 r. rozpoczęły w Polsce szeroki ruch, którego celem była radykalna demokratyzacja zarządzania gospodarką. W wielu fabrykach w kraju tworzono rady robotnicze, które przejmowały kierowanie zakładami pracy wbrew stanowisku oficjalnych związków zawodowych i PZPR. Robotnicy uchwalali Statuty Samorządu Robotniczego, w których przyznawano prawo decydowania o sprawach przedsiębiorstwa zebraniom załóg. Ten ruch samorządów pracowniczych został stłumiony przez komunistyczne elity, które nie chciały oddawać władzy ludziom. W latach 80-tych, dążenia do budowy samorządu robotniczego odżyły w programie "Samorządnej Rzeczpospolitej", w której podstawą demokracji miały być samorządy pracownicze kierujące poszczególnymi zakładami, tworzące oddolnie federacje regionalne i krajową. Jej główne założenia znalazły się w programie pierwszego Zjazdu Delegatów "Solidarności" w sierpniu 1981 r. Ponownie władze, aby stłumić ten ruch, użyły siły wprowadzając stan wojenny. Majątek wypracowany ciężką pracą wielu pokoleń został rozdysponowany dzięki porozumieniu "konstruktywnych" działaczy opozycji i kierownictwa PZPR. Zamiast samorządów pracowniczych otrzymaliśmy nowych prywatnych szefów, którzy za nic mają nasze prawa: wypłacając nędzne pensje, ograniczając prawo do strajków i działalności związkowej. Ruch robotniczy został rozbity, a zgodnie ze sloganami kapitalizmu każdy ma troszczyć się tylko o siebie. W 2001 r. w Argentynie realizującej podobny program gospodarczy, jaki Polska przyjęła po roku 1989 r., kryzys ekonomiczny wyprowadził na ulice miliony ludzi pozbawionych w jedną noc wszelkich perspektyw. Tak jak w Polsce kilkadziesiąt lat temu do protestujących strzela wojsko. Fabryki zostają zamknięte, ludzie tracą oszczędności całego życia. Tam także odżyły postulaty samorządowe. Setki zamkniętych fabryk zostaje ponownie uruchomionych przez byłych pracowników. Teraz nie pracują już dla swoich szefów, ale dla siebie. Sami decydują o tym jak prowadzą zakład i jak dzielą zyski. Oczywiście argentyński rząd nie zamierzał patrzeć na to ze spokojem, wiele samorządowych fabryk zostało zdobytych przez policję, inne doprowadza się do upadłości przez sankcje administracyjne. Jednak do dziś przetrwało ponad 180 zakładów pracy przejętych przez pracowników, które zatrudniają ponad 10 000 osób. W niedzielę 1 lipca, odwiedzą Poznań robotnicy drukarni Chilavert w Buenos Aires, którą w kwietniu 2002 r. zajęli sami drukarze, aby uniknąć wywozu maszyn. Wkrótce drukarnia została przekazana w ręce pracowników i do dziś jest zarządzana bezpośrednio przez całą załogę. Podczas spotkania opowiedzą o swojej walce i podzielą się doświadczeniami. Przyjdź 1 lipca (niedziela) o godz. 18.00, do Teatru "Ósmego dnia" przy ul. Ratajczaka 44. 19.06.07 Szczyt G 8 w Rostoku i masowe demonstracje mu towarzyszące spowodowały, że w mas mediach wrócono do dyskusji nad podstawowymi problemami globalnymi, jakimi są m.in. zadłużenie i degradacja środowiska naturalnego (efekt cieplarniany). Oczywiście część polityków woli udawać, że biedni są sami sobie winni, problemu ocieplenia klimatu nie ma, a zamieszki uliczne to tylko wynik rozróby wywołanej przez chuliganów. Janusz Lewandowski, były minister do spraw przekształceń własnościowych, dziś europoseł PO, w Gazecie Wyborczej (8 czerwca) pytał: "Co mianowicie Afryka zrobiła z astronomiczną kwotą 600 mld. bezzwrotnej pomocy, jaka wchłonęła od lat 60?" Pisze dalej, że to nie kraje bogatej Północy, ale sama Afryka jest sobie winna obecnej sytuacji, tak jakby fakt kolonialnej eksploatacji, nigdy nie miał miejsca. Ta sugestia to kłamstwo, równe w swej wymowie "kłamstwu oświęcimskiemu". Tylko Belgia na przełomie XIX i XX wieku, podbijając i eksploatując Kongo spowodowała śmierć, często w wyniku masowych i bestialskich mordów, od 5 mln. do 15 mln. rdzennych mieszkańców tych terenów. To było ludobójstwo, za które Bruksela nigdy nie odpowiedziała. Polityka Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Niemiec, Hiszpanii i Portugalii nie była w tym względzie, wobec krajów Południa, mniej represyjna. Przez wieki Europa Zachodnia wyzyskiwała regiony Ameryki Łacińskiej, Afryki i Azji. Europoseł Lewandowski jest dziś tej polityki kontynuatorem. O jakiej bezzwrotnej pomocy pisze Lewandowski? Afryka nigdy takich pieniędzy w gotówce od bogatej Północy nie otrzymała! Chodzi może o umarzane od czasu do czasu odsetki? Gdyby europoseł dokładnie przeanalizował strukturę i historię choćby polskiego długu, zrozumiałby na czym ten mechanizm pozornej dobroczynności polega. Jak pamiętamy w 1980 roku Polska była winna zachodnim wierzycielom 24 mld. dolarów. Z biegiem czasu zadłużenie rosło. W latach 1971-1987 rząd polski był zapożyczony na łączną kwotę 47,5 mld. dolarów. Ale w sumie spłaciliśmy już w tym okresie (odsetki i raty kapitałowe) 50,6 mld. dolarów. Zatem Polska oddała do 1987 roku ponad 3 mld. dolarów więcej niż wynosił pierwotnie pożyczony kapitał. Mimo tego, po restrukturyzacji i umorzeniu części polskiego długu w pierwszej połowie lat 90., byliśmy nadal winni zachodnim wierzycielom z tytułu pożyczek zaciągniętych za czasów realnego socjalizmu 31,3 mld. dolarów (na rok 1999). Dziś jesteśmy zadłużeni na ok. 56 mld. dolarów i rocznie przeznaczamy kilka miliardów dolarów na spłatę zagranicznych zobowiązań. W roku 2007 z tytułu obsługi zadłużenia zapłacimy 3,5 mld. dolarów, a w 2008 - 3,9 mld. Podobny los dotyczył także innych krajów, np. Meksyk po spłaceniu długu wynoszącego 100 mld. dolarów, nadal winny jest 100 mld. dolarów. Czy to oznacza, że Polacy, podobnie jak - wg sugestii Lewandowskiego - Afrykańczycy, roztrwonili te wcześniej pożyczone miliardy dolarów? Nie! Trzeba powiedzieć, iż według szacunkowych danych, tylko 20% otrzymywanych w latach siedemdziesiątych kredytów, przeznaczono na finansowanie inwestycji i wzrostu mocy wytwórczych. Główną ich część (ok. 65%) wykorzystano na import surowców i materiałów do produkcji, dopiero z reszty (ok. 15%) sfinansowano zakup artykułów konsumpcyjnych. Z tego wynika, iż z ok. 24 mln. dolarów pożyczonych w epoce gierkowskiej, 15,5 mld. dolarów trafiło z powrotem w "krwioobieg" państw bogatej Północy, głównie z G-8. Można oczywiście wyliczać, ile to długu darowano Polsce, co nie zmienia faktu, że zdecydowanie więcej już spłaciliśmy (i ciągle spłacamy) niż pożyczyliśmy, a państwowi i prywatni wierzyciele zarobili na nas krocie. Podobnych globalny mechanizm zarabiania na najuboższych trwa. W latach 1980-2001 zadłużone kraje spłaciły 4,6 biliona dolarów co, dla zobrazowania, stanowi równowartość dochodu państwa polskiego za okres ponad 60 lat. Trzeci Świat winny jest dalej ponad 2 biliony dolarów. Południe zostało najpierw przez Północ podbite i jest ciągle, różnymi metodami, eksploatowane. Podobnie jest z Polską. O przyszłości świata decydują dziś np. Niemcy i Rosja, które to państwa - jak się twierdzi - są bezpośrednio odpowiedzialne za wcześniejszą ruinę ekonomiczną naszego kraju. Najważniejszy natomiast z "klubowiczów" G-8, Stany Zjednoczone kantują nas teraz, choćby na zakupie F-16 i tzw. "offsecie". Czy to normalne? Słowa Lewandowskiego są przejawem głupoty, cynizmu lub celowej dezinformacji, albo wszystkim na raz. Wbrew deklaracjom, zebrani na G-8 przywódcy, raczej zastanawiali się jak dalej czerpać profity z istniejącego zadłużenia (także zadłużenia Polski), niż jak pomóc biednym. W tym kontekście "chuligani" w Rostoku reprezentowali nas lepiej, niż Lewandowski w Europarlamencie. Jarosław Urbański 11.06.07 Komu służą kłamstwa i represje? Agencja Reuter podsumowując szczyt G8 i protesty antyglobalistów podaje, że w protestach wzięło udział ponad 30 000 osób. Skutecznie blokowali oni drogi dojazdowe do Heiligendamm przez ponad trzy dni, policja musiała użyć planu awaryjnego i przewozić delegatów wraz z obsługą drogą morską oraz helikopterami.Według źródeł policyjnych z Rostoku w sumie zostało zatrzymanych 1 057 protestujących, z czego 125 aresztowano. Szczyt zabezpieczało 17 800 policjantów (z czego 443 zostało rannych, w tym 43 ciężko) oraz 43 helikoptery. Straż pożarną wzywano 642 razy. Ochrona szczytu kosztowała 118 milionów euro (sam 2,5 metrowy płot otaczający Heiligendamm, ciągnący się przez 14 km, kosztował 12 milionów euro). W tym samym artykule Reuter podaje, że w tym roku tylko w Berlinie zostało podpalonych ponad 70 luksusowych samochodów. Uwaga ta, nie mająca realnego związku ze szczytem G8 (nie wiadomo, kto podpala te samochody; szczyt nie odbywał się w Berlinie), ma sugerować, że ogrom wydanych pieniędzy na zabezpieczenie szczytu był uzasadniony. Antyglobaliści są przedstawiani jako zagrożenie, dlatego że używają przemocy. Zastanówmy się jednak, czym innym, jeśli nie przemocą stosowaną przez państwo, były prowokacyjne przemarsze uzbrojonych po zęby policjantów, wysyłanie armatek wodnych w roli straszaków, zakazywanie oficjalnie zgłoszonych demonstracji (łamanie prawa do wolności zgromadzeń), uniemożliwianie przekroczenia granic (dlatego, że osoby wiozły ze sobą okularki pływackie lub puste słoiki), wstrzymywanie ruchu pociągów, wielokrotnie przeszukiwania? Przypomnijmy, że dwukrotnie podczas demonstracji złapano policyjnych prowokatorów, którzy nawoływali do stosowania przemocy (do praktyk tych przyznała się niemiecka policja). Nagłaśnianie przypadków przemocy (np. zawyżanie liczby rannych policjantów po demonstracji w Rostoku, 2 czerwca 2007 r.) juz wkrótce posłuży niemieckiej policji do wprowadzenia gumowych kul, którymi w przyszłości będzie można strzelać do demonstrantów. Tymczasem sami aktywiści oprócz stosowania taktyki zwanej czarnym blokiem, zorganizowali m.in. Armię Klaunów, Nagą Armię, Sambę, pomagali w technicznym przygotowaniu obozów - przeciwko im wszystkim były wymierzone policyjne represje. Na protestujących próbuje sie również przerzucić koszta związane z ochroną szczytu. Warto jednak zapytać, ile kosztowało wynajęcie luksusowego hotelu w Heiligendamm, po to aby głowy najbogatszych państw mogły dyskutować o dalszej liberalizacji handlu? Ile co roku kosztują nas konsekwencje polityki krajów G8 (wydatki na zbrojenia, przerzucanie kosztów związanych z produkcja na środowisko lub lokalne społeczności, kredyty przekazywane dyktatorom w tzw. trzecim świecie, by móc korzystać ze złóż ropy, rosnące ubóstwo itd.)? Nikt raczej nie wątpi, że zmiany klimatyczne i długi państw krajów trzeciego świata, które były podnoszone na szczytach, są medialnym tematami zastępczymi, zazwyczaj później nie realizowanymi (jak postanowienia z Gleaneagles). Zresztą jak mogą być zrealizowane, skoro są konsekwencjami dokładnie tej samej polityki ekonomicznej, która jest postulowana i narzucana reszcie świata przez kraje G8? Reuter cytując
niemieckiego policjanta, sugeruje, że kolejne szczyty państw G8 powinny
odbywać się w Afryce lub po prostu poprzez telekonferencje. Antyglobaliści
nie są zagrożeniem dlatego, że stosują przemoc, przecież wszystkie środki
przymusu - broń, wojsko, policja i prawo - stoją po stronie polityków
z najbogatszych krajów świata. Antyglobaliści są zagrożeniem dlatego,
bo pojawiają się zawsze tam, gdzie szczytują głowy państw G8 i pokazują,
że ich polityka nie ma żadnej demokratycznej legitymizacji. Następna feta
G8 nie odbędzie się jednak w kosmosie, lecz w Japonii, w miejscowości
Hokkaido, 750 kilometrów na północ od Tokio. Japońscy aktywiści wzięli
udział w demonstracjach w Niemczech i miejmy nadzieję, że ich opór będzie
jeszcze większym zagrożeniem dla możnych tego świata, niż udane symboliczne
blokady w Heiligendamm. (AM) 11.06.07 Przeciętny Polak nie dowie się o problemach, które poruszane są podczas protestów w Niemczech podczas szczytu G8. Prasa, radio i telewizja, z których większość ludzi czerpie informacje o otaczającym nas świecie, przekazuje kłamliwy obraz rzeczywistości. Tak jak w czasach PRL-u, media były "tubą propagandową" rządzących, tak dziś przedstawiają one wiadomości w taki sposób, aby społeczeństwo nie dowiedziało się zbyt wiele. Formalnie nie ma już cenzury, jednak aby prowadzić telewizję czy wysokonakładową gazetę, trzeba mieć gigantyczne pieniądze. Znamiennym przykładem jest tu gazeta "Fakt", bardzo chętnie czytana przez wielu ludzi. Podczas protestów w Niemczech, raziła ona czytelników krwawymi tytułami o tym jak to "chuligani demolują Rostock", a protestujący nazywała "gangiem międzynarodowych przestępców". Nie dowiedzieliśmy się z niej, dlaczego policja zaatakowała pokojową demonstrację, doprowadzając do zamieszek, ani dlaczego ta demonstracja się odbywała i przeciwko czemu protestowano. Tak podane wiadomości mają sprawić, abyśmy nie dociekali zbytnio, dlaczego zamyka się kolejne fabryki, ludzie lądują na bruku, a ceny mieszkań przekraczają już możliwości nawet dobrze zarabiających. Mamy spokojnie siedzieć przed telewizorem, gdy inni bogacą się naszym kosztem. Gazeta "Fakt" często stroi się w piórka "obrońcy zwykłych ludzi", tak naprawdę jednak jest gazetą prezentującą poglądy wielkich biznesmenów. Wydawcą "Faktu" jest niemiecki koncern "Axel Springer", który publikuje kilkadziesiąt tytułów pisma na całym świecie (w Polsce poza "Faktem", także tygodnik "Newsweek" i "Dziennik"). W Niemczech wydaje min. najpoczytniejsze pismo "Bild" i jego odmiany tematyczne. To właśnie polską odmianą tej gazety jest "Fakt". Koncern "Axel Springer" jest znany ze swojej walki ze związkami zawodowymi, podczas protestów studenckich w 1968 r. "Bild" opatrywał okładki tytułami typu "Wytrzebić studentów szerzących niepokoje!" - co było bezpośrednią przyczyną zamachu na jednego z liderów protestów. Obroty koncernu są gigantyczne, o poparcie jego prezesów zabiegają politycy, w Niemczech powszechny jest pogląd, że "Wbrew 'Bildowi' nie wygrasz wyborów, a już na pewno nie porządzisz na dłuższą metę". Także w Polsce, politycy myślą podobnie - w marcu tego roku potajemne spotkanie z prezesem koncernu "Axel Springer" Mathiasem Doepfner odbył premier Jarosław Kaczyński, a następnego dnia odwiedził redakcję "Faktu". O czym rozmawiali? Tego się nie dowiemy. Świat mediów, biznesu i polityki łączą nierozerwalne więzi. Pamiętajmy o tym, kiedy otworzymy jakąkolwiek gazetę czy włączymy telewizor lub radio. Interesy, które one reprezentują nie są interesami ludzi pracy! (DK) Artykuł
ukazał się w najnowszym numerze biuletynu "Inicjatywy Pracowniczej" 16.05.07 Wywiad z czterema delegatkami komisji Inicjatywy Pracowniczej z zakładu Greenkett został przeprowadzony podczas Ogólnopolskiego Zjazdu Delegatów IP w Poznaniu, 17 marca 2007 r. Niecały tydzień później, 22 marca 2007 r., dwie aktywne członkinie IP - Aurelia Włodarczyk oraz Jolanta Szypura - zostały nielegalnie zwolnione z pracy (pierwsza z nich była chroniona prawem związkowym). Czym zajmuje
się firma, w której pracujecie? Na jakich
warunkach jesteście zatrudnione? Na czym
Waszym zdaniem polega łamanie praw pracowniczych z firmie Greenkett? Latem temperatura
na hali dochodziła do 43 stopni - potem zabrali nam termometry. Norma
to maksimum 28 stopni. Zimą nie było ogrzewania, dwa lata temu pracowałyśmy
w dwóch bluzach i czapkach w 8 stopniach, podczas gdy klimatyzacja w biurze
kosztowała 5 tys. Jak doszło
do tego, że zorganizowałyście się w związek zawodowy? Czy po tym zmieniły
się relacje w fabryce? Wasz zakład
jest mocno sfeminizowany. Czy spotkałyście się z dyskryminacją? Jak wygląda
ogólna sytuacja pracowników w Stęszewie? Czy działają tu jakieś związki
zawodowe? Dziękujemy
za rozmowę! Artykuł
ukazał się pierwotnie w 12 numerze Biuletynu Inicjatyw Pracowniczej 11.05.07 Dyscyplina
pracy Wcześniej Foucault zastanawia się czy władza zawsze zajmuje pozycję wtórną w stosunku do ekonomii? Sądzę, że warto wyjść z założenia, że charakter kapitalizmu nie powinien być określony jedynie w ramach formuł ekonomicznych, lecz przyjąć, iż w pierwszej kolejności uzależniony jest on od relacji społecznych. Najważniejszym momentem jest zatem analiza sieci stosunków sił między pracownikiem a szefem. Zauważmy, że dla zrealizowania zadania przedsiębiorstwa, dla ciągłości produkcji, niezbędne jest, aby pracownicy uznali roszczenia dyrekcji do kierowania procesem produkcji i ludźmi w nim uczestniczącymi. To roszczenie nie ma podstawy polityczno-prawnej, a jedynie wynika z faktu własności środków produkcji. Ciągłe uchylanie się pracowników od narzucanej podległości w organizacji produkcji, staje się oczywistym problemem dla funkcjonowania gospodarki kapitalistycznej. Relacja pomiędzy kapitałem a pracą, w swojej istocie nie jest symetryczna: praca może się uwolnić od kapitału, ale kapitał od pracy nie. Kapitał bez podlegającej mu pracy przestaje istnieć. Brak równowagi między mniejszością narzucającą podporządkowanie i większością uciekającą od tej dominacji, generuje dynamikę całego układu. Sytuacja ta owocuje sprzecznościami, a w ostateczności kryzysem mającym swoje odzwierciedlenie w społeczeństwie jako całości. /2/ Odwołując się do często przywoływanych dziś problemów, takich jak mobilność kapitału, jego swobodny przestrzenny przepływ, przemieszczanie produkcji itd., trzeba stwierdzić, iż stają się one zrozumiałe w optyce ciągłych zmian stosunków panujących wewnątrz czegoś, co nazywamy miejscem pracy. Przenoszenie kapitału może być traktowane, jako rezultat utraty zdolności do podporządkowania sobie pracy, jako reakcja na permanentny nadmiar niepodległych form pracy. Owa mobilność ma charakter funkcjonalny (kapitał jest przekształcany z produkcyjnego w finansowy i z powrotem) i przestrzenny (kapitał przekraczający granice i szukający nowych obszarów ekspansji). Wszystkie te ruchy są wyrazem uzależnienia kapitału od pracy. W tym miejscu chciałbym się zająć przede wszystkim konsekwencjami jakie za sobą niesie funkcjonalna mobilność kapitału: jak wpływa ona na obecny system władzy. Funkcjonalna mobilność kapitału polega na tym, że zarówno w skali lokalnej, jak też globalnej, kapitał porzuca sfery produkcji, na rzecz inwestycji kapitałowych, spekulacyjnych. Po czym, znowu powraca do działalności produkcyjnej. Zmiany te rozregulowują rynki pracy. Na przykład w wyniku porzucenia działalności produkcyjnej przez kapitał, wzrasta liczba bezrobotnych, zaczynają dominować nieregularne formy zatrudnienia, spadają zarobki itd., przez co spada siła pracowników odrzucających dominację pracodawców, co z kolei zwiększa możliwości wyegzekwowania podporządkowania ich reżimowi procesu produkcji. Mechanizm ten, charakterystyczny dla fazy produkcji, został już dobrze opisany. Natomiast chciałbym się zająć konsekwencjami deregulacji dla fazy finansjalizacji kapitału. Oczywiście kapitalizm czerpiący zyski z produkcji i kapitalizm czerpiący zyski ze spekulacji finansowych, koegzystują ze sobą. Gdyby patrzeć na to z punktu widzenia historycznego, od ok. 1970 roku mamy do czynienia z finansjalizacją kapitalizmu. Ponieważ proces ten przebiega w samym sercu gospodarki kapitalistycznej, rzutuje na globalnych charakter systemu ekonomicznego. Faza ta wydaje się dobiegać końca i coraz wyraźniej widać, że kapitalizm przechodzi do fazy produkcyjnej (Chiny, Indie). Kapitalizm w obu fazach - to jedna z moich głównych hipotez - inaczej stara się podporządkować pracowników. Przy czym do grona pracowników oprócz robotników przemysłowych czy wszystkich pozostałych robotników najemnych, należy zaliczyć również osoby socjalizowane do uczestnictwa w sytuacji wyzysku - uczniów, studentów; osoby wykonujące bezpłatną pracę w gospodarstwach domowych, pracowników sezonowych, jak też bezrobotnych czy emerytów, ze względu na wykonywane przez nich prace reprodukcyjne podtrzymujące funkcjonowanie systemu kapitalistycznego. Bowiem poza wykonywaniem pracy odpłatnej większość społeczeństwa, zobowiązana jest do wykonywania pracy nieopłacanej. Inaczej mówiąc pomimo, iż większość życia spędzamy poza miejscem pracy, to włącza ono w orbitę swoich oddziaływań także inne sfery. Dyscyplina reprodukcji kapitału zaczyna się tam, gdzie kończy dyscyplina produkcji - poza miejscem zatrudnienia. Uczestniczenie w produkcji, zaspokaja jedynie zestaw niezbędnych potrzeb do reprodukcji. Reprodukcja jest natomiast konieczna dla podtrzymania kapitalistycznych stosunków produkcji w perspektywie długoterminowej. Dwa rodzaje
dominacji Ponieważ rozproszony przestrzennie przedmiot kontroli wymaga niehierarchicznych, sieciowych strategii sprawowania władzy, w istocie rzeczy sprawujemy ją, jako pracownicy, sami nad sobą, poprzez posługiwanie się kartami bankomatowymi, płatniczymi, kredytowymi, dokonując przelewów przez internet, samodzielnie wpłacając i wypłacając gotówkę. Każdy taki krok związany z naszym funkcjonowaniem jest gromadzony i śledzony w bazie danych, i łączony z dostarczonymi bankowi przez nas danymi na temat naszych personaliów, zatrudnienia, statusu, sytuacji rodzinnej, cech fizycznych itd. Kiedy posługiwanie się internetem zostanie w pełni zintegrowane z naszymi aparatami komórkowymi, obie sieci (bankowa i telefonii komórkowej) dodatkowo uzyskają informację na temat naszej prywatnej korespondencji (SMS), kontaktów, przemieszczania się w przestrzeni i czasie. Idealny stan pełnej wiedzy na temat każdego osobnika, bez konieczności sprawowania nad nim bezpośredniej, fizycznej pieczy. Źródłem siły,
która podtrzymuje ten sieciowy charakter władzy, jest pieniądz. Postaram
się przybliżyć empiryczny wymiar tej kontroli narzędziami finansowymi,
a ściślej kredytem. Od 1998 roku do 2006 zadłużenie Polaków wzrosło z
ok. 16 mld. do 146 mld. złotych (połowa dziś to kredyty hipoteczne). Szacuje
się, że już ponad milion rodzin w Polsce jest nadmiernie zadłużonych,
a suma zagrożonych należności wynosi blisko 4 mld. złotych. 560 tys. osób
zwleka ze spłatą kredytów dłużej niż pół roku. Wraz z rodzinami i poręczycielami,
problem zadłużenia zaczął dotyczyć większości polskiego społeczeństwa.
Przez długi okres czasu, liberałowie przekonywali społeczeństwo do zaciągania
większej ilości kredytów dowodząc, że zadłużenie gospodarstw domowych
w Polsce, jest o wiele mniejsze (w stosunku do PKB) niż w USA, czy Hiszpanii,
Danii i innych krajów Europy Zachodniej. Ignorowano przy tym fakt, że
Polska gospodarka ma charakter półperyferyjny, jest o wiele mniej stabilna
niż wymieniane jako przykład gospodarki państw centralnych.
Instrumenty finansowe stały się nową kontrolą w tradycyjnie rozumianych miejscach pracy. Z jednej strony bezrobocie (wyższe w fazie kapitalizmu finansowego), z drugiej konieczność spłaty zobowiązań, zmusza pracownika do podporządkowania się dyscyplinie produkcji, nawet bez konieczności bezpośredniej kontroli i często w większym stopniu niż dotychczas. Zadłużenie skutecznie dyscyplinuje pracowników, zniechęcając do odmowy pracy. Ta nowa forma kontroli pozwala też na szersze stosowanie elastycznych form zatrudnienia (np. samozatrudnienie). Jedną z konsekwencji zadłużenia jest też np. konieczność pracy w nadgodzinach (o które pracownicy zabiegają dobrowolnie) lub równolegle na kilku etatach. Czas pracy, tych co ją posiadają, się wydłuża. Jest to też system pozwalający lepiej kontrolować rozproszone miejsca pracy w sektorze usług. Sposób realizacji wynagrodzeń został w większości firm zaprzęgnięty z systemem rozliczeń bankowych, tak iż płaca jest teraz kontrolowana przez bank oceniający jej wysokość i terminowość. Przynajmniej część płacy, jest od razu zabierana przez kapitał finansowy. Spróbujmy w tym miejscu wymienić choćby kilka technik pozwalających na kontrolę kredytowo-finansową. Pierwsza z nich to "debet", czyli sytuacja, kiedy na tak zwanym RORze (Rachunek Oszczędnościowo Rozliczeniowy) pracownik odnotowuje permanentny ujemny bilans, często wielokrotnie przewyższający jego miesięczne przychody z tytułu pracy. W istocie "debet" oznacza przejęcie kontroli nad finansami pracownika. Bank z tego procederu nie tylko czerpie zyski, ale także jest zdolny do zdyscyplinowania klienta poprzez groźbę wymówienia umowy rachunku ROR, zażądanie spłaty zadłużenia wielokrotnie przekraczającego miesięczne dochody i wyegzekwowanie należności poprzez przeprowadzenie procedury windykacyjnej. Technika kontroli pracownika poprzez jego zadłużenie nie jest nowa. W przeszłości np. kapitaliści otwierali przyfabryczne kantyny pozwalając pracownikom dokonywać zakupów na wysokooprocentowany kredyt, którego nie mogli w konsekwencji spłacić z powodów niskich zarobków oferowanych im przez pracodawcę i wpadali w tzw. spiralę zadłużenia. Ona z kolei na stałe "przywiązywała" pracownika do określonego miejsca pracy, nawet jeżeli oferowano tam bardzo niskie płace. Sposób ten był oceniany jako forma niewolniczego uzależniania pracownika od pracodawcy. Związany był z kontrolą fizyczną, bardzo konkretnie umiejscowioną w czasie i przestrzeni (de facto w miejscu pracy). Technika bankowa sprawia wrażenie, jakby oba momenty były od siebie odseparowane i działania bankowe nie miały nic wspólnego z działaniami pracodawcy. Oczywiście w sensie ogólnym, systemowy, efekt bankowej kontroli na pracownikiem jest taki sam - prowadzi do jego zdyscyplinowania i podporządkowania kapitałowi. Inną techniką jest tzw. "zdolność kredytowa". Współczesny system nie tylko dyscyplinuje poprzez zadłużenie, ale także poprzez odmowę udzielenia kredytu. Oczywiście można powiedzieć, że kluczową rolę odgrywa tu fakt narzucania całemu społeczeństwu konsumpcyjnym wartości i aspiracji. Ale to tylko część prawdy. Skutkiem przyjęcia bowiem niektórych strategii ekonomicznych jest to, iż bez kredytu staje się niemożliwe zaspokojenie nie wybujałych aspiracji konsumpcyjnych, ale podstawowych potrzeb życiowych. Weźmy np. sytuacje w mieszkalnictwie: przeludnienie, wygórowane ceny mieszkań, brak budownictwa czynszowego, komunalnego itd. - dziś jedynym realnym sposobem zapewnienia sobie dachu nad głową jest zakup mieszkania, ale z powodu polityki cenowej, prowadzi to do konieczności uzyskania kredytu hipotecznego. Podobnie w przypadku samochodu. Z reguły samochód traktuje się jako wskaźnik wzrostu zamożności, tymczasem samochód w określonych warunkach może stać się przyczyną pauperyzacji. Jest to konsekwencją polityki transportowej państwa (likwidacja transportu publicznego) i ekonomicznej (likwidacja lokalnych miejsc pracy). Skazuje to wielu pracowników na zakup własnego środka lokomocji, w celu znalezienia miejsca pracy wiele kilometrów poza miejscem zamieszkania. Uogólniając można powiedzieć, że "przestrzenne" i "czasowe" modele uelastyczniające pracę, wymuszają w konsekwencji wzrost mobilności pracy, który z kolei jest możliwy do osiągnięcia jedynie w oparciu o transport indywidualny. Oczywiście koszty utrzymania pojazdu i koszty kredytu zaciągniętego na jego zakup, obciążają dodatkowo pracownika, pomniejszając jego dochód z pracy. W tym przypadku widać też wyraźnie, że brak zdolności kredytowej (przy zakupie samochodu) determinuje możliwości życiowe pracownika. "Zdolność kredytowa" jest silnym zatem wyróżnikiem stratyfikacji, dzieląc społeczeństwo według bardzo precyzyjnych wzorów matematycznych, na poszczególne grupy. W konsekwencji doszło również do istotnych zmian na poziomie egzekwowania posłuszeństwa w przypadku, kiedy jednostka odmawia podporządkowanie się rygorom finansowym, albo nie może sprostać narzuconym przez systemem regułom gry. Aparatem represji stały się instytucje restrykcji profinasowych. Zaliczymy do nich prywatne firmy windykacyjne, czy wydziały windykacji samych banków. Dalej mamy instytucje typu komornik. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny na przestrzeni lat 2000-2005 liczba interwencji komorniczych wzrosła o blisko 100 proc. - z 852 tys. do 1680 tys. Dzięki nim mamy do czynienia z działaniem dyscyplinującym przeprowadzonym na ogromną skalę, przy akompaniamencie prokuratorów, sądów i policji. Wreszcie instrumenty finansowe stworzyły nowe możliwości dyscyplinarnego oddziaływania na całą populację, na przykład poprzez kontrolę stóp procentowych, których zmienna wysokość może skutkować albo obniżeniem, albo powiększeniem kosztów zaciągniętego kredytu. Decyzje w tym zakresie zależeć mogą nie tylko od sytuacji ekonomicznej, ale także - co ważniejsze - politycznej i społecznej. Odpowiedniej rangi nabierają instytucje typu Rada Polityki Pieniężnej, bank centralny w skali lokalnej i międzynarodowe instytucje finansowe w skali globalnej. Władza
finansowa i polityczna Zrodzone z dyscypliny dyskursy i techniki wdzierają się na obszar prawa, "tak że procedury prawne są coraz wyraźniej kolonizowane przez mechanizmy normalizacji"./4 Powstaje pytanie jak mechanizmy normalizacji finansowej wdzierają się na grunt prawny i wnikają do sfery politycznej, określając nowe techniki sprawowania władzy? Przytoczmy dwa przykłady, które zobrazują nam ten proces. Kiedy komornik zajmuje konta szpitali, egzekwując należności na rzecz banków, paraliżując jednocześnie jego pracę, w sposób oczywisty łamie konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia obywateli (co leży teoretycznie w sferze dominacji władzy politycznej). Inny przykład: co się dzieje kiedy komornik zajmuje rachunek bankrutującej firmy? Teoretycznie wynagrodzenia pracownicze mają pierwszeństwo przed innymi wierzytelnościami. Interesujące jest jednak jak zmieniano prawo, aby dostosować je do interesów kapitału finansowego. Najpierw wprowadzono regulacje, które ograniczyły ściągalność wynagrodzeń pracowniczych w pierwszej kolejności do 6 miesięcznych pensji. W połowie roku 2005 wszedł przepis, że lista płac pracowników musi zostać zatwierdzona przez... komornika, który faktycznie występuje w interesie innych wierzycieli. Tego typu regulacje wchodzą w życie bez konsultacji ze związkami zawodowymi, bowiem nie dotyczą norm prawa pracy, choć w sposób bezpośredni wpływają na stosunki pomiędzy pracownikiem i pracodawcą. Jest to oczywista konsekwencja działania lobby bankowego, które chroni tym sposobem swoje interesy zwłaszcza w przypadku zadłużonych dużych firm, gdzie np. wstrzymanie należnych wypłat dla jednego czy dwóch tysiąca pracowników, skutkuje wymiernym efektem finansowym liczonym w milionach złotych. Interes finansowych staje przed prawem pracowników do wynagrodzenia za pracę. W obu powyższych przypadkach widać też wyraźnie jak prawa wynikające z tytułu własności, w tym własności kapitału finansowego, ograniczają inne prawa w tym prawa socjalne i obywatelskie. Ta zasada jest rozciągana na inne sfery życia, a efektem jest postępująca kryminalizacja społeczeństwa. Domeną władzy politycznej jest ochrona interesów własnościowych, w tym momencie kapitału finansowego, a nie ochrona praw socjalnych czy obywatelskich. Celem polityki jest karanie wszystkich tych, którzy w taki czy inny sposób odważyli się naruszyć, nawet w najmniejszym stopniu, dominującą dziś normę wynikającą z obecnego typu własności. W latach 2000-2004 skazano prawomocnie przez sądy powszechne za przestępstwa ścigane z oskarżenia publicznego ponad 100 proc. więcej osób dorosłych (222,8 tys. wyroków w 2000 r. i 513,4 tys. wyroków w 2004 r. wg danych GUS), głównie z tytułu kradzieży, oszustw, rozbojów. Wzrostowi ilościowemu towarzyszy "przekwalifikowanie" czynów uznawanych za wykroczenia na przestępstwa. Coraz popularniejszym mechanizmem represji staje się nakładanie grzywien (33,7 tys. w 2000 r. i 111,5 tys. w 2004 r.), czy ograniczenie wolności (14,8 tys. w 2000 r. i 71,9 tys. w 2004 r.). Trzeba przy tym zaznaczyć, iż wyroki bezwzględnego więzienia powyżej 2 lat, stanowiły raptem 2 proc. wszystkich orzeczeń w 2004 roku. Kary mają częściej charakter dyscyplinujący, niż wykluczający.
Nadawanie zatem problemowi "braci Kaczyńskich" rangi podstawowego problemu politycznego tylko utrudnia możliwość przeprowadzenia właściwej analizy dotyczącej funkcjonowania współczesnych rządów. Autorytarny system sprawowania władzy jest tylko wynikiem szerszych tendencji liberalizacji i finansjalizacji gospodarki (liberalizacji o której już Hegel twierdził, iż nieuchronnie musi prowadzić do autorytaryzmu). Sedno problemu dzisiejszej władzy polega między innymi na tym, że - jak to określił Antonio Negri - nadaje się wszystkiemu charakter prawny i zastępuje w ten sposób suwerenność, czyli "procedury stały się ważniejsze od norm"./5/ Co to oznacza? Przywołajmy jeszcze jedne przykład. W połowie lat 90' wprowadzono prawo, które dawało możliwość właścicielom kamienic przeprowadzania eksmisji na bruk, pod warunkiem uzyskania odpowiedniego wyroku sądu. Autorzy ustawy tłumaczyli, że zakładano, iż każdy przypadek będzie przez sąd rozpatrywany indywidualnie i przy orzekaniu eksmisji będą wzięte pod uwagę względy społeczne. Tymczasem system sądowy zafunkcjonował w tym przepadku "automatycznie" i eksmisje zaczęto orzekać masowo. W szczytowym momencie w 1999 i 2000 roku sądy wydały ponad 30 tys. wyroków eksmisyjnych, z czego połowa została wykonana przez komorników - większość na bruk. Czy istnieją jakieś społeczne mechanizmy pozwalające uruchomić potencjał emancypacyjny w obszarze dominacji kapitału finansowego? Niektórzy doszukują się takich możliwości w sferze niematerialnych czy wręcz wirtualnych obszarów współczesnego funkcjonowania społeczeństwa. Tymczasem w dalszym ciągu najważniejszy jest fizyczny aspekty naszej egzystencji; zatem odmowa uczestnictwa w legislacyjnej grze pozorów, konsumpcyjnym wyścigu i odmowa uznania podporządkowania w miejscu pracy, pozostają najważniejszymi strategiami oporu wszędzie tam, gdzie odwzorowuje się dominacja między pracownikiem a szefem, w miejscu pracy czy poza nim. Poszukując natomiast alternatywnych rozwiązań na gruncie gospodarki finansowej trzeba zastanowić się na kilkoma kluczowymi zagadnieniami. Po pierwsze jest to problemem decentralizacji kapitały finansowego i odebranie bankom centralnym czy instytucjom typu Rada Polityki Pieniężnej możliwości samodzielnego, bez demokratycznej kontroli, instrumentalizowania rzeczywistości społeczno-ekonomicznej. To samo dotyczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego jako instytucji działających w skali globalnej. Drugim problemem jest kwestia uspołecznienia kapitału finansowego czyli powiązania ewentualnej podaży kredytowej z możliwościami finansowymi kredytobiorców i społecznego kreowania kredytu (usług finansowych), poprzez powrót do idei np. towarzystw ubezpieczeń wzajemnych, banków spółdzielczych itd. Generalnie chodzi o to, żeby kredytobiorca był równocześnie twórcą kredytu. Trzeci problem to zamiana kierunku wykorzystania funduszy: z konsumpcyjnego na inwestycyjny, i z indywidualnego na społeczny. Dzisiejszy system kredytowy stymuluje przede wszystkim konsumpcję. Tymczasem zasoby finansowe muszą zostać skierowane na realizacji potrzeb wspólnych (np. nie na zakup transportu indywidualnego, ale rozwój transportu publicznego). Cztery: uspołecznienie kredytu, zarówno w jego kreowaniu jak też wykorzystaniu, prowadzi do zniesienia odsetek i możliwości spekulacyjnym posługiwaniem się zasobami finansowymi. Realizacja tych postulatów znosi w zasadzie pieniądz jako środka transakcji w dzisiejszy, kapitalistycznym rozumieniu, ale przede wszystkim ogranicza jego funkcje dyscyplinujące i represywne.
Przypisy 24.04.07 Autonomia robotnicza - słowo wstępne
Powtarzanie modelu organizacyjnego, w którym występują (oficjalnie bądź w sposób zamaskowany) różnice statusu grup wchodzących w jego skład, jest prostym odwzorowaniem ograniczeń dzisiejszego świata. Rozróżnienie na teorię i praktykę, a co za tym idzie na teoretyków i wykonawców ich analiz, jest absolutnym zaprzeczeniem wyzwolenia. Związki między ruchem a jego przedstawicielami nigdy nie przyjmują formy bezkonfliktowej. Obie strony wzajemnie się kontrolują i dążą do ograniczania, powtarzając sprzeczności typowe dla kapitału. Również oddzielenie postulatów ekonomicznych od ich politycznego znaczenia, bądź działań politycznych od odniesienia w ekonomii, tak jak w poprzednim wypadku owocuje co najwyżej reformą kapitalizmu i realizacją rasistowskiego projektu społeczeństwa obywatelskiego. Aby zapobiec degeneracji ruchu społecznego, włoscy autonomiści zrealizowali koncepcję, wybiegającą o krok dalej od realiów ruchów czy partii oficjalnie kontestujących, lecz rzeczywiście potwierdzających istnienie kapitalizmu, w jego ewentualnie odświeżonej formie i treści. Dokonali analizy z punktu widzenia tych, którzy najbardziej odczuwali agresywny charakter gospodarki. Postulaty najgorzej usytuowanych stały się postulatami najważniejszymi. Walkę ekonomiczną określili jako kluczowy teren dla konfliktu politycznego. Odnaleźli istnienie mechanizmów władzy w codzienności życia społecznego. Zauważyli, że istnieje ona "na dole", a jeżeli jest to prawdą, istnieje również względem niej opór. Zaczynając od analizy wystąpień społecznych potwierdzili, że walka klasowa ma miejsce każdego dnia. W momencie kontaktu z przełożonym, w sposobie organizacji pracy, kiedy np. na początku linii montażowej ustawia się najmłodszych i najsilniejszych pracowników, aby narzucali tempo pracy całej załodze. Po pracy konflikt przenosi się do robotniczej dzielnicy, gdzie możliwości spędzania "wolnego" czasu, są znacznie ograniczone w porównaniu z tymi panującymi w okolicy zamieszkałej przez dyrektorów. Powtarza się on, kiedy rodzina z powodu braku możliwości opłacenia czynszu, jest eksmitowana na bruk, przez komornika w eskorcie policji. Autonomiści zauważyli, że kryteria kapitalistycznej produkcji organizują całe społeczeństwo, a konsekwencją tego jest intensyfikacja wpływów władzy. Urynkowienie relacji społecznych wkrada się do tych obszarów życia, w których kiedyś nie było miejsca na stosunki towarowe. Rozpoznając ten problem domagali się dla wszystkich prawa do mieszkania, bezpłatnej opieki medycznej. Postulowali o możliwość powszechnej, darmowej i łatwo dostępnej edukacji. Nie chcieli stypendiów dla wybranych, przekazanych przez zarząd fabryki, nie chcieli edukacji odbywającej się w przyzakładowej szkole, co w obu przypadkach oznaczało kształcenie na potrzeby przemysłu. Chcieli, aby realizacja własnej nauki, niezależnej od instytucji pełniących rolę aparatów ideologicznych, utrzymujących i odtwarzających dominację, mogła stać się częścią życia robotnika. W ten sposób autonomia proponowała cały wachlarz niedostępnych wcześniej dla "dołów" sposobów zorganizowania i aktywności. Określiła na nowo znaczenia polityczności i działań politycznych. Tego typu polityka prowadzona przez robotnicze komórki zakładowe, bądź społeczności dzielnic, okazała się być o wiele większym zagrożeniem dla parlamentaryzmu, niż działania realizowane w jego obrębie, albo inspirowanie walk przez grupy polityczne, istniejące na "zewnątrz" ruchu. Konsekwencją toczonych przez nich starć było wypracowanie możliwości dokonywania wyborów poza prawami ekonomii władzy, w obrębie swojej autonomii. Jeżeli można mówić o podstawach autonomistycznej teorii, wypływała ona z codziennych problemów i prób ich rozwiązania. Kształtowała się na poziomie stanowiska pracy, wychodząc od konkretu, przyjęła bardziej ogólną postać. W ten sposób rewolucyjny potencjał kryzysu nabrał intensywności w wyniku subiektywnych działań pracowników. Ideologia była traktowana jako integralna część działań ruchu. Uzależniona od jego stanu, odpowiadająca na jego zapotrzebowania. Uwolniona od reguł naukowego obiektywizmu. Aby nastąpił moment, kiedy pracownik staje się działaczem politycznym, a aktywista odnosi swoją pracę do konkretnych realiów, czyli aby funkcjonalny podział wykreowany przez władzę został zniesiony, obie strony muszą ze sobą obcować. W takim wypadku ich związek określony jest przez wspólny wszystkim ruch społeczny. Uspołecznienie wszelkiego rodzaju działań jest miernikiem efektywności walki. Własne potrzeby i potrzeby zmarginalizowanych grup stanowią program polityczny. Grupa polityczna nie posiadająca swojego społecznego odniesienia ma takie samo znaczenie co partia i istnieje na tej samej co ona pozycji - wyalienowana, nieświadoma realnych problemów społeczeństwa i nie mająca na niego rzeczywistego wpływu. Życie społeczne dzieje się poza parlamentem, partią i grupą działaczy. Aby poznać jego treść, punkt odniesienia nie może zawężać się tylko w swoim negatywnym znaczeniu do ekipy rządzącej i realizujących jej wymagania mediów, a w pozytywnym do uniwersytetu bądź galerii, co w polskich realiach jest barierą nie do przekroczenia. Rozszerzanie dyskursu jako sposób odzyskiwania zawłaszczonego przez władzę terytorium w zastanej sytuacji, sprowadza się dziś do rozszerzania konsumpcji. Społeczeństwo traktowane jako zbiór w większości składający się z konsumentów, co w konsekwencji oznacza podporządkowanie go władzy. Oparcie siły ruchu na konsumentach, trawiących kolejny dyskurs krytyczny, co oznaczać ma jego rozwój, jest zwykłą pacyfikacją buntu. Konsumpcja jest zawsze odwróconą stroną pracy, a to bez pracy władza przestaje istnieć. Praca bez kapitału zacznie być praktyczną inwencją twórczą, twórczą praktyką, człowieczeństwem... Krzysztof
Król 15.03.07 W kwestii feministycznej. Na marginesie kilku artykułów z prasy liberalnej
W Gazecie Wyborczej w wydaniu z 8 marca 2007 roku ukazał się na pierwszej stronie materiał, który nawiązuje do Dnia Kobiet. "Polska nie dla kobiet?" - brzmi tytuł artykułu w którym, piórem Piotra Pacewicza, przedstawiane są wyniki socjologicznych badań sondażowych przeprowadzonych specjalnie dla Gazety. Opublikowane dane pokazują zróżnicowanie odpowiedzi na kilka pytań ze względu na płeć badanej i badanego; inne odpowiedzi padają w przypadku kobiet, inne w przypadku mężczyzn. "Kogo w Polsce traktuje się lepiej pod względem awansu i zarobków?", "Kto jest lepszym szefem?", "To mężczyźni od wieków utrzymują rodzinę i dlatego dzisiaj powinni lepiej zarabiać. Zgadzasz się z tym?", "Czy dopuszczalne jest przyglądanie się nogom i dekoltom koleżanek w pracy?" No właśnie. W odpowiedzi na ostatnie pytanie 49 proc. mężczyzn twierdzi że tak, a 65 proc. kobiet że nie. "Zwłaszcza młodsze kobiety - pisze Pacewicz omawiając sondaż - widzą w męskich spojrzeniach nie miłą adorację, ale seksistowską nachalność". W tym samym numerze Gazeta Wyborcza, w lokalnym poznańskim dodatku, na stronie 16, w sąsiedztwie wielu reklama i anonsów, opublikowała materiał redakcyjny pod tytułem "Żywe manekiny". Donosi w nim, że na wystawie jednego ze sklepów w ramach promocji nowej kolekcji Pumy, trzy modelki (zamiast manekinów) przyciągały uwagę przechodniów na jednej z głównych ulic handlowych stolicy Wielkopolski. "Trzeba jasno powiedzieć - pisze Gazeta - że żywe manekiny prezentowały nie tylko sportowe ciuchy, ale też (a może przede wszystkim!) swoje wdzięki. (...) Uwagę przechodniów przeciągał zwłaszcza głęboki dekolt Sylwii - tej w czerwonej bluzeczce". I tu Gazeta na potwierdzenie swoich słów, publikuje stosowne zdjęcie, dzięki któremu możemy się przekonać, że wszystko co zostało napisane to szczera prawda. Czy w tym przypadku męskie spojrzenia są pożądaną adoracją, czy też mogą to być spojrzenia jedynie kobiet? Okazuje się, że jeżeli chodzi o biznes, to chyba nie ma to znaczenia. Nikt się nie przejmuje, że proponowanie ludziom takiego zajęcia jest etycznie dwuznaczne. Nagość w służbie biznesu nie jest jednak tabu, a wręcz przeciwnie, zręcznie wykorzystana pozawala przerobić nasze seksualne fantazje w niezły zysk. Epatuje nie tylko z witryn sklepowych, ale także z reklam telewizyjnych, okładek wysokonakładowej prasy kobiecej, billboardów itd. Jest wszędzie, aby ukształtować kobiety-modne, w komercyjnych kategoriach wyzwolone, o gołych nogach, gołych brzuchach i gołych dekoltach. Cała kultura poszła w kierunku wizualizacji i seksualności, i być może dowodzi to, że podporządkowana została ona wymogom i rygorom patriarchalnej seksualności. Ale atakowane są tylko wybrane jej elementy, które stoją w sprzeczności z obowiązującymi komercyjnymi wzorcami. "Kto jest lepszym szefem?" - inne pytanie omawianego sondażu, które od razu sugeruje, że spod hierarchicznego uzależniania nie można się wymigać. Mężczyźni w przypadku tego pytania częściej od kobiet są skłonni sądzić, że panowie są lepszym zwierzchnikami. Ale rację mają oczywiście te kobiety (48 proc.) i mężczyźni (42 proc.), którzy twierdzą, że płeć nie gra tu roli. Niedaleko od Poznania działa międzynarodowy koncern, którego szefową jest kobieta. Ponad 80 proc załogi to kobiety, najczęściej bardzo młode, które pracują przy taśmie, gdzie panuje spory hałas i zapylenie. Zarobki są bardzo niskie. W zeszłym roku, kiedy w lipcu nadeszły upały, na hali produkcyjnej panowała temperatura ponad 40 stopni Celsjusza; norma przy takiej pracy dopuszcza 26, góra 28 stopni. Kobiety pracowały - jak mi opowiadały - półnagie, bowiem nie sposób było inaczej. Oczywiście nikomu to, włączając szefową firmy, nie przeszkadzało, no bo produkcja "must go on". "Kogo w Polsce traktuje się lepiej pod względem awansu i zarobków?" zapytano w sondaży. "Mężczyzn" - odpowiadają zgodnie zarówno kobiety (66 proc.) i mężczyźni (61 proc.). Podczas spotkania dyskusyjnego przed manifestacją z okazji 8 Marca w Poznaniu (Wyzwania współczesnego feminizmu - idee i praktyka, 5 marca 2007, Teatr 8 Dnia), jedna z uczestniczek utyskiwała, że tylko 5 proc. kobiet jest menadżerkami. No tak, ale czy faktycznie, gdyby kobiety stanowiły połowę kadry kierowniczej, czy ulżyłoby to pozostałej zdecydowanej większości kobiet (i mężczyzn) sprzedających swoją silę roboczą i pracujących w fabrykach jak ta pod Poznaniem? W czym zatem problem tkwi w tym, aby w hierarchicznie zorganizowanym i odhumanizowanym systemie produkcji i organizacji gospodarki, funkcje kierownicze były pospołu pełnione przez obie płcie, czy też chodzi o to, żeby zmienić stosunki produkcji i znieść pracę najemną? Czy chodzi o to, żeby "chłopów zaprząc do garów", czy chodzi o to, żeby nieopłacona praca w domu (obojętnie czy wykonywana przez mężczyznę czy kobietę), była wynagradzana? (Dziennik pisze, że wykonuje ją 6 mln. kobiet i należy się im od 1300 do 2500 złotych miesięcznie). Wreszcie 13 marca, Gazeta Wyborcza ujawnia nam na czym radykalnie feministyczna rewolucja polega: "Zabrać mężczyznom i dodać kobietom" - krzyczy nagłówkiem na pierwszej stronie Gazeta i pisze: "Wielu mężczyzn pracujących w sektorze publicznym w Wielkiej Brytanii czekają obniżki pensji nawet o 40 proc. Wszystko po to, by zrównać płace place kobiet i mężczyzn". A dlaczego nie zrównać płace "do góry"? Bo to szkodzi kapitalistycznej gospodarce! Tak zwana renomowana agencja konsultingowa PriceWaterhouseCoopers (wynajęta przez Gazetę Wyborczą), ustalając wskaźniki dotyczące konkurencyjności miast polskich (ranking publikowany na jej łamach) przyjęła, że im wyższe bezrobocie i mniejsze oczekiwania wynagrodzenia, tym dla miast lepiej! Radykalny feminizm, gdyby faktycznie postulował obniżenie pensji mężczyznom, idealnie wpisywałby się w ten sposób myślenia. I Gazeta Wyborcza to dostrzegała. Moc radykalnej krytyki feministycznej polega na tym - jeżeli mi mężczyźnie wolno wyrazić tę opinię - iż wyzwala nie tylko kobiety, ale także mężczyzn z panujących patriarchalnych warunków życia i sposobów myślenia. Gazeta Wyborcza pyta: "To mężczyźni od wieków utrzymują rodzinę i dlatego dzisiaj powinni lepiej zarabiać. Zgadzasz się z tym?". Blisko połowa mężczyzn zgadza się z tą opinią (choć druga połowa - nie) i jest to nie tylko dowód na to, że ich świadomość ról społecznych, ugrzęzła w stereotypach dotyczących własnej męskości. Powoduje to również, iż stają się oni równolegle (nie tylko kobiety) ofiarami tych stereotypów. Dziś najczęściej samobójstwa popełniają mężczyźni w średnim wieku, z mniejszych ośrodków miejskich, robotnicy, którzy w swoim mniemaniu nie podołali roli ekonomicznej, jaką im narzuciło całe społeczeństwo. Oczywiście możemy splunąć na trumny tych mizoginów, ale czy to ulży doli kogokolwiek, włączając ich żony, partnerki, matki i córki? Wątpię. Dlatego sądzę, że feminizm jest nie tylko dla kobiet, ale także dla mężczyzn i powinien z równą stanowczością atakować przejawy seksizmu kierowane przeciwko mężczyznom: mężczyzna półanalfabeta z reklamówki "Cała Polska czyta dzieciom", którego jedyną lekturą, jest taki czy inny "Przegląd Sportowy". Albo obleśny, włochaty, tłuścioch pedofil, któremu tyłek wystaje ze spodni, serfujący po Internecie i polujący na małe dziewczynki. Jeżeli współczesna kultura wykreowała wzorzec kobiety-modnej, pól-nagiej bogini, może nie zawsze inteligentnej, ale z pewnością niegłupiej, to po przeciwnej stronie bieguna własnych wartości estetycznych, umieściła łysiejącego, grubawego, oślinionego faceta w średnim wieku, jako synonimu społecznego zła. Faceta, którego wzrok skierowany na dekolt, kobiety obraża. Wzorzec idealnego mizogina, które śmierć nikogo nie wzruszy. Oto inne oblicze patriarchalnego seksizmu, niszczącego wszystkich, którzy nie załapali się na kapitalistyczną transformację z początku lat 90, oferującą świat czystych koszul i starannie szczotkowanych zdrowych zębów, puszystych włosów i lśniących butów, wyczyszczonych i sterylnych kibli; świat mężczyzn wyglądających na góra trzydzieści lat, siedzących za kierownicą najlepszych samochodów, zaparkowanych przed luksusowymi domami lub oszklonymi biurowcami. W tym świecie nie ma miejsca dla nieudaczników w drelichach i gumiakach, którymi kobiety-modne powinny się brzydzić. Feminizm próbuje się wykorzystywać, do ugruntowania negatywnego obrazu robotnika-konserwatysty, jako przeciwnika a nawet wroga kobiet - lepiej bowiem, żeby nie kierowały one swoich niechęci w kierunku odpicowanych biskupów albo polityków. Feminizm w takim wydaniu niebezpiecznie staje się przede wszystkim kwestią estetyki. Dlatego Łyżwiński i Lepper świetnie pasują do roli gwałcicieli i damskich bokserów, ale politycy PO, a nawet PiS, już nie, dlatego mogą do woli łamać nosy "swoim" kobietom. Nie wierzę równocześnie w to, aby - jak pisze Magdalena Środa (Gazeta Wyborcza z dnia 9 marca 2007, "Władza dla kobiet") - przemoc i opresję wobec kobiet, skutecznie mogła zwalczyć władza polityczna. Na miejsce złej władzy patriarchatu, zdominowanej przez mężczyzn, może powstać tylko zła władza kobiet, która będzie w równym stopniu patriarchalna. Władza bowiem to patriarchat. Po drugie, pogląd ten nie uwzględnia faktu, że realna władza polityczna, lokuje się już poza tradycyjnymi instytucjami państwa i jest kreowana przez gremia nie podlegające demokratycznej kontroli. Powstaje zatem pytanie, czy stosowana w IV RP - jak pisze Środa - taktyka "wymuszania ciąż w celach politycznych" jest warunkowana względami nacjonalistycznymi (służyć ma "narodowi, jego trwaniu i ekspansji"), czy też jest odpowiedzią na pojawiające się niebezpieczeństwa rozpadu obecnie funkcjonującego, i kontrolowanego przez zachodni kapitał, systemu finansowego. W takim kontekście, odwołanie się do nacjonalistycznej retoryki, nie po raz pierwszy, jest tylko ideologicznym mydleniem oczu. Prawdziwa walka feministyczna - jak sądzę - jest do rozegrania na polu socjalnym. Dlatego nie mogę zrozumieć, dlaczego uważające się za "Radykalne Feministki", podsuwają represjonowanym pracownicom drugoplanowe rozwiązania, które nie wychodzą poza neoliberalną poprawność działań. "Normalna Kobieto - piszą - posłuchaj Radykalnych Feministek! Czytaj kodeks pracy, nie daj się wykorzystać, zgłoś krzywdę do Naczelnego Inspektora Pracy! Walcz! Krzycz! Masz sądy, kodeksy, ustawy, radnych, posłów." (Gazeta Wyborcza z 8 marca 2007, "8 marca, czyli radykalne życzenia od Radykalnych Feministek"). Czyli tak naprawdę nie masz nic! Dlatego Normalna Kobieto strajkuj, sabotuj pracę, blokuj ulice, przejmuj fabryki, organizuj się w kobiece związki zawodowe, bojkotuj wybory i polityków! Walcz! Krzycz! I w przeciwieństwie do Gazety Wyborczej zadaj naprawdę ważne pytania: "Czy jesteś za opłacaniem pracy domowej, wykonywanej obecnie przede wszystkim przez kobiety, na zasadach równych zasadom opłacania pracy pozadomowej?"; "Czy jesteś za rozwojem systemu społecznej opieki nad dzieckiem, w tym oświaty, z środków przeznaczanych do tej pory na zbrojenia i konflikty zbrojne?"; "Czy jesteś za tym, aby płace mężczyzn wzrosły o 30 proc. a płace kobiet o 60 proc.?"; "Czy jesteś za skrócenie tygodnia pracy dla mężczyzn i kobiet do 30 godzin tygodniowo?" Trzeba bowiem pamiętać, iż Dzień Kobiet został proklamowany dla upamiętnienia strajku 15 tysięcy kobiet, robotnic z nowojorskiej fabryki tekstylnej, które 8 marca 1908 roku podjęły strajk. Właściciel fabryki zamknął strajkujące w pomieszczeniach fabrycznych z zamiarem uniknięcia rozgłosu. W wyniku nagłego pożaru zginęło 129 kobiet. O obchodach 8 marca zadecydowano w 1910 podczas obrad II Międzynarodowego Zjazdu Kobiet Socjalistek w Kopenhadze. Budynek w którym obradowały 97 lat temu socjalistki, przeddzień 8 marca 2007 roku, został wyburzony, zniszczono wolnościowe centrum socjalne Ungdomshuset istniejące tam od ponad 20 lat. Wyburzono budynek pomimo sprzeciwu duńskich związków zawodowych i próby obrony jego przez kilkudziesięciu anarchistów. Wszyscy zostali aresztowani i osadzeni we więzieniach. W Kopenhadze trwają demonstracje i walki z policją na ulicach. Jak dla mnie jest to walka także o pamięć, że istnieje nie tylko liberalny, ale także socjalno-rewolucyjny nurt ruchu feministycznego. Jarosław
Urbański 12.03.07 Manifowe przemówienie
To będzie wystąpienie o MARZENIACH, o których chcę mówić na _każdej manifie,_ dopóki te marzenia się nie ziszczą. To będzie wystąpienie o tym, czego chcę, czego nie rozumiem i o tym, co widzę każdego dnia. W nowoczesnym kraju w XXI wieku, we wschodnim środku Europy, chcę zobaczyć rzeszę mądrych, wykształconych pedagogów - seksuologów, którzy zasilą wiedzą dzieci i młodzież w szkołach powszechnych, wiedzą gruntowną na temat antykoncepcji (pigułek, globulek, prezerwatyw), na temat, planowania rodziny, na temat równej roli kobiety i mężczyzny w każdej dziedzinie życia. W XXI wieku chcę zobaczyć, jak młodzież w szkołach uczy się odpowiedzialności i zdobywa na lekcjach podstawowe wiadomości o mądrym, empatycznym wychowywaniu dzieci. Bez przemocy, szarpania, klapsów, przypalania papierosem i wyzwisk. Z szacunkiem. Nie chcę aborcji. Nie chcę tragedii. Chcę dostępu do bezpłatnej antykoncepcji. Chcę WIEDZIEĆ.
Chcę decydować. Chcę dobrych warunków pracy dla zwykłych kobiet, które nigdy tu nie przyjdą, żeby wykrzyczeć swoją biedę i nigdy nie przyjdą na manifę, a którym życie doskwiera bardziej niż mnie. Choć pewnie jako nauczycielka stażystka (a więc w zawodzie typowo kobiecym) zarabiam tyle samo, co przeciętna kobieta w tym kraju, czyli 700 zł. Dodam, że przedszkole kosztuje 300. Jak tu żyć? Tu i teraz OBCY mężczyźni OBCEJ władzy dbają o dziecko i kobietę tylko w czasie 9 miesięcy jej ciąży. Poród nagradzają inkubatorską nagrodą w postaci becikowego i wysyłają kobietę z dzieckiem na łaskawe łono rodziny. Mówiąc te słowa, widzę straszne obrazy z genialnej książki pt. "Opowieść podręcznej" genialnej pisarki M. Atwood. Czytajcie ku przestrodze!!! Co jeśli jednak łono rodziny NIE jest łaskawe? Co jeśli kobietę w ciąży opuści mężczyzna? Jasne, że da sobie radę. Jasne, że przeżyje. Miliony kobiet na ziemi przeżywało samotnie z dziećmi wszystkie wojny mężczyzn. Kobieta zaciśnie zęby, wyzwoli poporodowe hormony szczęścia i przeżyje miesiąc za najniższy zasiłek na dziecko w historii 170 zł na jedną dziecięcą głowę. Ustawi się cierpliwie w kolejce przy placu Bernardyńskim do domu pomocy samotnej matce, dostanie chleb, wczorajsze warzywa i znoszone ubrania. Nie ma funduszu alimentacyjnego od 2 lat. Nie ma wsparcia dla kobiet - matek. Nie ma tanich, DOBRYCH przedszkoli i żłobków. Nie ma łatwego powrotu do pracy po urlopach macierzyńskich. Nie ma szefów idących na rękę młodym matkom. A jeśli są - to chwała im za to. O samotnych matkach nikt w tym kraju nie chce słyszeć, bo uważa się, że same sobie są winne. Warunki w ośrodkach pomocy społecznej są poniżej naszej godności. Środki na pomoc dla kobiet są poniżej naszej godności. Walka, żądania i prośby o poprawę naszego losu są poniżej naszej godności. Ale KROPLA DRĄŻY SKAŁĘ. Jak mówi amerykańska artystka Cristina Biaggi: "Można iść naprzód małymi krokami. Tworzyć grupy wsparcia, wspólnoty, dyskutować, uczyć się, kwestionować status quo, wyrażać niezgodę. I działać. Nie wolno chować głowy w piasek i udawać, że świat nas nie dotyczy. Trzeba czytać, uczyć dzieci, zwiększać swoją świadomość, pisać, tworzyć. Media, film, sztuka, Internet - to nowoczesne pole działania. Jeśli zrobimy założenie, że każdy głos się liczy, wtedy każde nasze działanie ma sens". 27.02.2007 Dwa procent dorosłych mieszkańców naszego globu posiada tyle, co ponad połowa wszystkich gospodarstw domowych. Tak podział na bogatych i biednych przedstawia raport instytutu badawczego ONZ. Bogactwo jest skoncentrowane w krajach Ameryki Północnej i Europy oraz w Japonii i Australii. Tam znajduje się 90 proc. tego, co posiada cała ludność świata. Te drastyczne nierówności znane są od dawna. Jednak ta przepaść pogłębia się z roku na rok i obszary biedy dominują. Na dnie znajduje się 18 krajów w Afryce i dwa w Azji - Wschodni Timor i Afganistan. W tych krajach PKB na głowę wynosi 500 - 900 dolarów. Natomiast 20 najbogatszych państw to 16 europejskich, dwa północnoamerykańskie oraz Australia i Japonia (26.800 - 55.100 dolarów PKB na jednego mieszkańca). 16 lutego
2007 roku James Morris szef Światowego Programu Żywnościowego Organizacji
Narodów Zjednoczonych, poinformował że codziennie z głodu lub niedożywienia
umiera około osiemnastu tysięcy dzieci, a 850 milionów ludzi idzie spać
z pustym żołądkiem. Enklawy bogactwa, przepychu i luksusu utrwalają się na tych samych obszarach. Prawda, wiele instytucji międzynarodowych dostrzega to, proponując różne środki zaradcze. Ale praktycznie nic one nie zmieniają, bowiem często owe recepty prowadzą do jeszcze większej biedy, przynosząc dodatkowe zyski bogatym. Ponadto ogromne środki idą na zbrojenia, które podsycają wojny przynoszące biedakom nowe nieszczęścia. Nędza, poczucie niesprawiedliwości i walka o największą część dostępnego tortu stają się siłą napędową wielu afrykańskich i azjatyckich konfliktów zbrojnych. O tym światowi decydenci również dobrze wiedzą. Kiedy nasilił się terror międzynarodowy, uznano, że dla zwalczania go należy wyrwać korzenie niesprawiedliwości społecznej. Skończyło się jednak na słowach i wszelkie działania ograniczyły się do... uruchomienia armii kilkudziesięciu państw. Zaskakujący to pomysł na likwidację biedy i społecznego niezadowolenia. Chyba że chodzi o wybicie wszystkich biedaków, bo jak na razie taki efekt przynoszą kolejne operacje zbrojne. Czy wyścig
zbrojeń nadal trwa? Wyrokowanie o ostatecznym zakończeniu wyścigu zbrojeń wydaje się być nieco ryzykowne; doświadczenie - także to najświeższe - uczy, że zjawiska społeczne miewają swoją kontynuację, nie kończą się nagle i ostatecznie. Wszak modne zaledwie kilka lat temu "endyzmy" z głośnym "końcem historii" F. Fukuyamy szybko poszły w zapomnienie. O wyścigu zbrojeń jako zjawisku obecnym i istotnym w dzisiejszym środowisku międzynarodowym ostatnio znowu nieśmiało mówi się i pisze. Pewne jego symptomy są rzeczywiście zauważalne. Czy jednak można mówić o renesansie wyścigu znanego nam z drugiej połowy XX wieku? Za postać symboliczną, prekursora nowoczesnego wyścigu zbrojeń można uważać admirała A. Tirpitza. W myśl jego koncepcji niemiecką flotę należało rozbudować tak, aby "...Anglia musiała uznać wojnę za przedsięwzięcie zbyt ryzykowne". Tirpitzowskie "Risikogedanke" to nic innego jak rdzeń strategii odstraszania/zastraszania. Zbrojeniom dodana została nowa funkcja, nabrały nowego znaczenia. W 1898 r. parlament Rzeszy przyjął sześcioletni plan rozbudowy floty. Na odpowiedź niedającej się zastraszyć Wielkiej Brytanii nie trzeba było długo czekać. Ten spektakularny niemiecko-brytyjski wyścig zbrojeń na morzu dziś można uznać za klasyczny, nadający się do akademickich analiz. Był to wyścig o przewagę rzeczową i psychologiczną: w wymiarze jakościowym doskonały przykład wyścigu "tarczy i miecza" - pancerza i pocisku; wyścig wyporności, szybkości, zwrotności, żywotności okrętów. W refleksji nad problemem nie sposób pominąć okresy poprzedzające wojny światowe. Były to czasy dążenia do uzyskania ostatecznej przewagi militarnej - posiadania najnowocześniejszych, niszczycielskich typów broni; masowych, wielusettysięcznych armii; potężnych flot; gromadzenia ogromnych ilości broni i amunicji. Nowych znaczeń i treści nabrał wyścig zbrojeń w czasach zimnej wojny. Pojęcie to jest w pewnym sensie metaforyczne. W wojnie tej substytutem starć na polach bitew była wyniszczająca spirala zbrojeń. Napędzała ją z jednej strony dążność do osiągnięcia przewagi nad przeciwnikiem, z drugiej - obawa przed skutkami przewagi osiągniętej przez rywala. Zbrojenia same w sobie stały się swoistym, autonomicznym środowiskiem walki. Wyścig zbrojeń stanowił zasadniczy element strategii stron, strategii odstraszania/zastraszania, wyrażanych w postaci kolejnych koncepcji (np. powstrzymywania). Strony utrzymywały niespotykanie dotąd liczne w czasie pokoju siły zbrojne, ilości uzbrojenia, amunicji czy sprzętu bojowego. Wyścig miał swoją wewnętrzną dynamikę. Jego apogeum przypadło na czas, w którym strony - jak pisze R. Aron - osiągnęły zdolność "gwarantowanego wzajemnego wielokrotnego zniszczenia". W trwającej od wieków, od "ogni greckich" Archimedesa, dążności do znalezienia broni ostatecznej osiągnięto moment krytyczny. Pożądana maksymalna śmiercionośność nowych broni przekroczyła racjonalnie ważone potrzeby, a zasięg tychże broni nie podlegał ograniczeniom. Rywal Ameryki - Związek Radziecki, jego gospodarka, nie był w stanie wytrzymać tego tempa. Przegrał wyścig. Zimna wojna się zakończyła. Lata 90. to czas "pokojowej dywidendy". Korzystali z niej wszyscy, choć stosunkowo mało Amerykanie. Do dzisiaj korzystać z niej chcą głównie społeczeństwa Europy Zachodniej i Środkowej. Radykalnie zmniejszyła się liczebność sił zbrojnych - w skali globalnej z prawie 28 mln żołnierzy służby czynnej do ponad 20 mln. Należy przy tym zauważyć, że redukcja nie objęła armii państw Azji Centralnej i Południowej oraz Afryki Subsaharyjskiej, gdzie liczba żołnierzy w tym czasie się zwiększyła. Ogólna tendencja zmniejszania wydatków wojskowych utrzymała się do roku 1996, w dwóch kolejnych latach nastąpiła ich stabilizacja. Od 1999 r. daje się zauważyć wyraźny zwrot. W każdym kolejnym roku odnotowuje się ich wzrost w skali od 4 do nawet 10 proc. To dynamika porównywalna, a nawet przewyższająca tę z czasów zimnej wojny. W opinii niektórych ekspertów - m.in. J. Płaczka - ten zdecydowany coroczny przyrost wywołany przez istotne przemiany polityczne, gospodarcze i technologiczne oznacza eskalację zbrojeń. Lwia część
obserwowanego wzrostu nakładów to efekt polityki zbrojeń Stanów Zjednoczonych.
W roku 2000 ich wydatki przekroczyły 300 mld dol., dwa lata później wyniosły
336 mld, by w roku budżetowym osiągnąć pułap 400 mld. W roku 2006 przekroczyły
sumę 440 mld dol. Udział Stanów Zjednoczonych w światowych wydatkach zbliża
się do 50 proc. (42-47 proc.) i jest równy wydatkom kolejnych jedenastu
potęg militarnych. Przewyższa kolejną na liście SIPRI Japonię co najmniej
siedmiokrotnie. Stany Zjednoczone płacą za swoje operacje wojskowe oraz utrzymanie baz i wojsk na całym globie horrendalną sumę 117 mld. dolarów (dobrą informacją dla państw na celowniku ekipy Busha, jest prognoza, iż w 2009 roku będzie to już 139 mld. dolarów). Do liczących
się udziałowców we wzroście zbrojeń należy zaliczyć Chiny oraz (w mniejszym
stopniu) Rosję. Pekin w klasyfikacji SIPRI (wg cen stałych) zajmuje piątą
pozycję wśród światowej czołówki. Jednak w szacunkach opartych na parytecie
siły nabywczej wydatki okazują się 4,5-krotnie wyższe, co sytuuje go na
drugim miejscu w świecie. Na uwagę zasługuje także to, że wydatki wojskowe
Chin w porównaniu z rokiem 1985 wzrosły prawie 2,5-krotnie, podczas gdy
w skali globalnej pozostają wciąż niższe aniżeli 20 lat temu. Istotnym kontekstem problemu są dokonujące się w sferze wojskowości ważne zmiany jakościowe, o charakterze rewolucyjnym. Dokonuje się tzw. Rewolucja w Sprawach Wojskowości (RMA), definiowana jako... "wielka zmiana w naturze działań wojskowych będąca następstwem innowacyjnych aplikacji nowych technologii, które w kombinacji z radykalnymi zmianami doktryny i organizacji fundamentalnie zmieniają charakter operacji militarnych". RMA oznacza gwałtowne zmiany obejmujące wszystkie sfery wojskowości. Ta rewolucja stanowi o charakterze, o istocie współczesnych zbrojeń. Wyścig zbrojeń nabrał przez nią całkowicie nowych cech. Należy zauważyć, że RMA w praktyce pozostaje wciąż fenomenem amerykańskim adaptowanym w różnym stopniu przez inne państwa. W samej dziedzinie technologii między Ameryką a jej partnerami oraz konkurentami istnieje niezmniejszająca się w istocie luka, przekładająca się na znaną z natowskich dyskusji "lukę w zdolnościach bojowych". Z wyraźnym wzrostem wydatków wojskowych nie idzie w parze zwiększanie liczebności armii. Te się kurczą, spada liczba żołnierzy służby czynnej. Nie pęcznieją też arsenały, nie zwiększają się zapasy amunicji i wojennego sprzętu. To widomy skutek generalnej zmiany cywilizacyjnej, kształtowania się społeczeństw informacyjnych, skokowego postępu w dziedzinie technologii i produkcji (według badań, każda nowa generacja broni jest średnio o 2-2,5 % droższa niż poprzednia). W każdym wyścigu uczestnikami są partnerzy mający ogólnie porównywalne szanse na wygraną. Dziś w dziedzinie zbrojeń ewentualny wyścig może odbywać się jedynie w cieniu absolutnego dominanta. Ameryka nie ma zagrażających jej na tym polu rywali. Damian
Kaczmarek 24.02.07 Dziś inwigilacja, jutro więzienie - walka władz z anarchistami i ruchami społecznymi
Pierwszą falę anarchizmu XIX wiecznego, spotykały represje za sam fakt bycia częścią rodzącego się nielegalnego ruchu robotniczego, tak jak w całej Europie. Daniel Grinberg w pracy poświeconej walce z anarchizmem pisał: "Nie ulega wątpliwości, że żaden z ruchów społecznych, które rzuciły wyzwanie dziewiętnastowiecznym realiom polityczno-ekonomicznym nie wywołał tak ostrej i jednolitej reakcji, jak właśnie ruch anarchistyczny. Żaden z nich nie potrafił tak dalece jednoczyć przeciwko sobie przedstawicieli skłóconych obozów ideowych. Jednomyślność polityków, urzędników, sędziów i policjantów spojonych uczuciem zagrożenia umożliwiała prowadzenie przeciwko 'siewcom chaosu' sprawnej, systematycznej i wielopłaszczyznowej akcji angażującej całą machinę państwową." W całej Europie mnożyły się antyanarchistyczne ustawy, jednoczyły policje w międzynarodówkach zwalczających anarchizm. Antyanarchistyczne histerie rządów wybuchające regularnie, co kilka lat, dotykały represjami dziesiątki tysięcy osób. Choć dziś w oficjalnej historiografii możemy przeczytać jedynie o kilku koronowanych głowach zabitych w ramach akcji odwetowych przez anarchistów, to w tym samym czasie zamęczono w więzieniach, czy po prostu zamordowano setki działaczy ruchu anarchistycznego. Na przykład w roku 1872 podczas jednej z akcji represyjnych 66 działaczy hiszpańskiej Międzynarodówki związano i wrzucono do morza. Oni jednak byli jedynie zwykłymi, szarymi robotnikami, nad którymi historycy się nie pochylają. Dzięki czemu terroryzm (zarówno ten XIX wieczny, jak i teraźniejszy) może być przedstawiany jako irracjonalne zjawisko chorych umysłów, a nie przyczynowo-skutkowy element historii. Mimo, tak silnych represji polscy działacze anarchistyczni najczęściej zmuszeni byli wybierać emigrację, gdyż na terenach polskich pod zaborami wszelka działalność polityczna była zakazana, a niezwykle rozbudowane sieci agentów tajnych służb uniemożliwiały jakąkolwiek aktywność. Sytuacja ta uległa zmianie podczas rewolucji 1905 roku. Jednak wtedy wraz ze wzrostem wpływów ruchu anarchistycznego, także represje stawały się brutalniejsze. Wprowadzony na terenie zaboru rosyjskiego stan wojenny, umożliwiał skazywanie działaczy robotniczych na śmierć przez trybunały wojskowe, w trybie natychmiastowym. Do 1910 roku, ruch anarchistyczny został praktycznie rozgromiony, ten "sukces" okupiony był życiem kilkudziesięciu anarchistów, setki zostały zesłane na Syberię. Bezwzględność carskich władz wywołała oburzenie nawet wśród burżuazji europejskiej, po tym jak w początku 1906 roku stracono na stokach Cytadeli warszawskiej kilkunastu działaczy Grupy Anarchistów-Komunistów "Internacjonał", z których część nie miała nawet 18 lat. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, nowa władza szybko przejmuje nawyki zaborców, do demonstrujących robotników się strzela, działaczy zamyka w więzieniach. Po przewrocie majowym, za samą propagandę anarchizmu można trafić na 10 lat do więzienia. W czasie wojny, anarchiści natychmiast stają do walki z hitlerowskim najeźdźcą, niewielu z nich udaję się przeżyć okupację. Nie uciekają, nie próbują czekać biernie na koniec wojny, płacąc życiem za swe pragnienie wolności. Ci, którzy przeżyją, trafią do stalinowskich więzień lub otrzymają propozycję "nie do odrzucenia": życie za zaprzestanie działalności. Oskarżenie o "anarchistyczne" odchylenia, przez kolejne lata oznaczać będzie pobyt w ubeckiej katowni. Odrodzenie anarchizmu w latach 80-tych, oznacza natychmiastową konfrontację z władzami komunistycznymi. Choć okres, po zakończeniu stanu wojennego charakteryzuję się względną liberalizacją systemu, dla działaczy anarchistycznych pobyty w aresztach i pobicia przez milicję wyznaczają rytm życia. Po roku 1989, formalnym ustrojem państwowym staję się liberalna demokracja. W jej ramach, wygodne życie dla nielicznych okupione zostaje pauperyzacją milionów robotników i rolników. Jednak poza tym ma ona przynieść wolność wyrażania poglądów nawet dla jej przeciwników, w tym dla anarchistów. Niczym w "Folwarku zwierzęcym" Orwella, jednym z pierwszych posunięć nowych władz jest odbudowa policji politycznej - Urzędu Ochrony Państwa. Na pierwszej konferencji prasowej nowego Urzędu, na pytanie "po co w wolnej Polsce instytucja wzorowana na PRL-owskiej SB?" nowy szef zaczyna opowiadać o... "rozpracowywaniu" środowisk anarchistycznych. Historia zatacza koło. Tak jak sanacyjne władze, korzystały z archiwów zaborców, hitlerowscy okupanci z dokumentacji sanacji, stalinowskie władze z kartotek hitlerowców, zbierane przez SB donosy agentów i informacje z inwigilacji działaczy anarchistycznych zasilają archiwa nowej policji politycznej. Przez co archiwa IPN dla anarchistów są zamknięte. Inwigilacja
dziś Dla przeciętnego obywatela, czerpiącego swój pogląd na świat przez pryzmat korporacyjnej propagandy sączącej się z TV i gazet, nie ma w sumie w tym nic dziwnego. Przyzwyczajony do komunikatów o zatrzymaniach przemytników, mafiosów, gangsterów itp. z taką samą obojętnością podejdzie zapewne do informacji o uwięzieniu anarchistów. Gdyby wywołało to inną reakcję społeczną, oznaczałoby to sytuację rewolucyjną. Dziś takowej jednak nie ma. Anarchizm neguje niesprawiedliwość leżącą u podstaw każdego ustroju państwowego, więc pozostaje wrogiem dla każdego państwa. Także demokratycznego. Liberalna demokracja w gruncie rzeczy jest systemem nie bardziej demokratycznym, niż autokracja, z tą różnicą, że posiada "wentyl bezpieczeństwa" w postaci możliwości dopuszczenia do władzy jednostek czy grup, których aspiracje wykraczają ponad przeciętność. Jednocześnie dopuszczenie do władzy, wiąże się z koniecznością dostosowania do panującego dyskursu, stania się "poważnym partnerem", co oznacza rezygnację z jakichkolwiek postulatów zmian systemowych. Jak pisał Noam Chomsky: "W państwie totalitarnym (...) proklamowana jest oficjalna prawda i na zewnątrz trzeba jej się podporządkować. W demokratycznym systemie kontroli myśli używany będzie subtelniejszy środek: zachęca się do sporów, ale w ramach pewnych założeń, które przez właściwie zaprojektowany system propagandowy nie są nigdy wyrażane wprost, ale określają granice 'odpowiedzialnych' opinii." Dla liberalnej demokracji wrogiem jest więc każdy ruch społeczny czy intelektualny, który neguje podstawy systemu, bez względu na to czy wysuwane są postulaty za dyktaturą czy autentyczną demokracją rozumianą jako faktyczny wpływ społeczeństwa na otaczającą rzeczywistość. Aktywność służb policyjnych zwalczających tego typu "ekstremistyczne" ugrupowania, teoretycznie powinna być adekwatna do faktycznego zagrożenia systemu. Jednak państwo nie jest technokratycznym molochem, w którym bezuczuciowi analitycy podejmują decyzje, zgodnie z neutralnym stanem rzeczy. Władza aby móc efektywnie zarządzać społeczeństwem w warunkach obiektywnie istniejących wewnątrz niego konfliktów, które są efektem nierównomiernego rozdziału władzy i dóbr, potrzebuje ciągłego odwracania uwagi i kierowania gniewu społecznego na tory nie zagrażające systemowi. Polityczne zarządzanie strachem i agresją, powoduje, że państwowe służby "aparatu przemocy" działają nieustannie w warunkach swoistego stanu wyjątkowego. Pozostałością po kolejnych "histeriach" zagrożenia są kolejne akty prawne ograniczające wolność i zwiększanie się nakładów na organy siłowe. O ile w XIX i początkach XX wieku, sam ruch anarchistyczny był obiektem "histerii" ze strony władz, dziś najczęściej uderza się w niego niejako rykoszetem. Ustawodawstwo wprowadzane pod wpływem "histerii antyterrorystycznej", jeszcze bardziej niż do tej pory rozmywa uprawnienia wszelkiego typu policji i służb wywiadu. Opublikowany niedawno Raport Macierewicza dotyczący funkcjonowania Wojskowych Służb Informacyjnych, przedstawiany jest jako "studium patologii" tego organu. Jak jednak słusznie zauważyła część korporacyjnych dziennikarzy, większa część raportu opisuje jedynie normalną działalność tego typu służb i bez problemu można ją "podpiąć" pod jakiś punkt w ustawie regulującej ich działalność. Oburzenie Macierewicza wywołał jednak fakt, że środki, którymi dysponują tego typu służby, użyte były przeciwko ludziom popierającym jego opcję polityczną. Ot po prostu bracia Kaczyńscy, stali przez chwilę tam gdzie przez cały czas znajdują się anarchiści i inne ruchy antysystemowe, byli przz krótki czas "ekstremistami". Chcieli zaszkodzić tym, którzy aktualnie stali u władzy, a nie trzeba dodawać, że "interes państwa" jest równoznaczny z interesem władzy (przy czym władzę należy rozumieć szerzej niż tylko aktualną klikę rządzącą). Ustawa o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencji Wywiadu formułuje dość lapidarnie jej zadania: "Do zadań ABW należy rozpoznaw | |||