![]() |
||||
|
16.09.07 Za każdym razem kiedy w centrum uwagi stają wybory, pojawia się także kwestia ich bojkotu. To normalne, bowiem od momentu pojawienia się instytucji powszechnych wyborów część społeczeństwa nie bierze w nich udziału, z różnych przyczyn: osobistych, światopoglądowych, politycznych, etc. Więcej - masowy, już np. ponad 80 proc., udział w wyborach jest traktowany ze słuszną podejrzliwością i najczęściej ma miejsce w systemach autorytarnych. Świadczy najczęściej o tym, że wybory są fałszowane. Zatem bojkot, odmowa głosowania, wbrew niektórym opiniom, jest rzeczą zupełnie naturalną. Przynajmniej tak samo jak udział w głosowaniu. Ustawowe przymuszanie do głosowania (np. Belgia) jest gwałtem. Podobnie zresztą jak natarczywa agitacja na rzecz uczestnictwa w wyborach, zwłaszcza prowadzona przez instytucje państwowe i za podatki również tych osób, które w wyborach uczestniczyć nie chcą. To argument pierwszy.
Trzy. Nadużyciem zatem w moim przekonaniu jest twierdzenie, jakoby wzywanie do bojkotu, służyło pogłębieniu się społecznej apatii. Udział w wyborach jest poparciem demokracji przedstawicielskiej, która de facto doprowadziła do rządów oligarchicznych. Na przykład opozycja polityczna (ponoć filar w systemie demokracji parlamentarnej) stała się fikcją, co widać najlepiej po PO i PiS - różnice mają głównie charakter medialny, są sprokurowane na potrzeby bieżącej polityki. W telewizji oponenci się łajają, a poza kadrem poklepują po ramieniu: "Dobrze Zdzisiu wypadłeś, ładny krawat". "O, nie byłeś gorszy Rychu. Idziemu na jednego?" Mamy do czynienia z niemożliwością przełamania owych oligarchicznych rządów kolegów i to jest główna przyczyną apatii społecznej, a naturalnym z niej wyjściem jest odmowa uczestnictwa w, z gruntu niedemokratycznym, systemie sprawowania władzy. Zarzut mówiący, że absencja wyborcza jest wynikiem apatii jest jeszcze o tyle nie trafiony, że mamy tu do czynienia z pewnym procesem. Ci co jeszcze w poprzednich wyborach szli głosować, dziś często decydują się na pozostanie w domu. Coś musiało spowodować tę decyzję i najczęściej tym czymś, jest rozczarowanie do systemu politycznego. Zatem decyzja ta jest decyzją polityczną w nie mniejszym stopniu jak trzymanie się kurczowo zasady, że "głosować trzeba". Cztery. Współczesny system sprawowania władzy, wyłączył spod zasad demokratycznych całe sfery życia społecznego. Miejsce pracy (zakłady pracy) jest typowym przykładem, gdzie system demokratyczny nie działa, choć dla niemałej rzeszy pracowników, stanowi naturalne środowisko funkcjonowania jako osoby publicznej. Jest dokładnie odwrotnie jak się zwykle przyjmuje. Poza bramami zakładów często stajemy się osobami już prywatnymi; dyskusja, wymiana poglądów, zawiązanie stowarzyszeń (choćby pod postacią związku zawodowego czy sportowego) następuje w pracy i to często pomimo prób wyeliminowania z zakładów wszystkiego co "polityczne", poprzez narzucanie systemu pracy, który alienuje pracowników, na zasadzie "pracować, nie dyskutować". Dostępne większości społeczeństwa wzorce nawiązywania stosunków społecznych, prowadzenia wymiany poglądów, rozstrzygania konfliktów itd., pochodzą z ich miejsca pracy i mają zwykle charakter autorytarny. Podobnie zresztą dotyczy to poziomu rodziny czy parafii, dwóch innych ważnych w Polsce sfer życia, które nie rządzą się zasadami demokratycznymi. Istnieje zatem fundamentalna sprzeczność pomiędzy tym czym w sensie deklaratywnym demokracja jest, a tym na jakich zasadach kształtowane są stosunki społeczne w praktyce życia codziennego. Sprzeczność, która prowadzi do odrzucenia głosowania i domaga się uznania zasad demokratycznych w realnych sferach życia, a nie w sferach dla większości abstrakcyjnych - jakim jest oglądanie partyjnych reklamówek i wrzucenie kartki do urny. Pięć. Następne argumenty mają charakter mniej ogólny, a bardziej są związane z bieżącą sytuacją polityczną. Pomimo bowiem wcześniejszych uwag, można by przyjąć, że udział w głosowaniu jest lepszy od odmowy, w momencie kiedy można zagłosować na ugrupowanie (a nie na konkretną osobę), które, choćby teoretycznie, może reprezentować nasze interesy czy poglądy. Argument ten bierze się z przekonania, że naczelną zasadą demokracji jest udział w sprawowaniu władzy, a nie odmowa. Tutaj nie będę zbyt oryginalny, kiedy powtórzę pewną tezę, że ludzie "nie idą do wyborów" głównie z powodu tego, że nie mają na kogo głosować, bo nikt nie reprezentuje ich interesów. Trudno jednocześnie mieć im to za złe i oskarżać o apatię. Tej reprezentacji przede wszystkim nie mają pracownicy najemni, osoby o niskim statusie materialnym, wykluczeni, ale także drobni rolnicy. Główne ugrupowania biorące udział w grze politycznej reprezentują najczęściej bardzo wąskie grupy interesu, pomimo że starają się przekonać wyborców, iż występują w imieniu wspólnego dobra, także, a nawet przede wszystkim, tych najbiedniejszych. Dla przykładu zidentyfikujmy czyje interesy reprezentuje Samoobrona, którą oponenci, a i ona sama, przedstawia się jako ugrupowanie populistyczne. Czy partia ta występuje w interesie wszystkich mieszkańców wsi? Tych posiadających małe areały, byłych pracowników PGR-ów, chłopo-robotników? Nie. Obojętnie co mówi Andrzej Lepper, reprezentuje on przede wszystkim interesy posiadaczy wielkich gospodarstw rolnych. Grupę tę scementowała wcześniej kwestia zadłużenia (sięgającego astronomicznych, jak dla przeciętnego zjadacza chleba, kwot) co skutkowało oporem wobec monetarystycznej polityki państwa i "reformy Balcerowicza". Choć opór ten zdołał zjednać Samoobronie sporą część mieszkańców wsi, to jak się okazuje z perspektywy czasu, ich interesy nie są jednorodne. Właściciele wielkich areałów, w istocie tylko w wyniku posiadanego tytułu do własności, jako rentierzy, czerpią dziś ogromne zyski z dopłat unijnych, przy czym jednocześnie los reszty rolników, gospodarujących na 5 czy nawet kilkunastu hektarach, a więc znakomitej większości, nie uległ radykalnej poprawie. Dla nich w dalszym ciągu najważniejsza jest kwestia produkcji, cen płodów rolnych, bowiem sam fakt posiadania ziemi nie czyni ich beneficjentami formułującego się nowego systemu społecznego na wsi. Przeciętny rolnik oddający głos na Leppera, de facto działa na szkodę swojego interesu. I nie ma alternatywy. Sześć. Jeżeli demokrację przedstawicielską traktować jako tylko grę różnych interesów, a nie procedurę wspólnego podejmowania decyzji, to byłby to już powód to tego, aby ją jako system odrzucić i zbojkotować wybory. Ale musimy sobie powiedzieć, iż nawet jako gra interesów dzisiejszy system demokratyczny nie daje nam możliwości właściwej ich identyfikacji. W czasach dominacji mediów elektronicznych, indoktrynacja zastępuje debatę, a klientelizm prawa obywatelskie. Już na poziomie języka, partie polityczne nie odwołują się do konkretnych grup społecznych, ale operują sformułowaniami, z którymi może się jednocześnie identyfikować każdy i nikt. Jest to często język pełen sprzeczności, co skazuje polityków na zarzut kłamstwa. Politycy często twierdzą, że to nie wynika z ich intencji, lecz kłamstwo w tym przypadku polega na wyborze języka jakim się posługują - środek przekazu sam stał się przekazem. Powszechne przekonanie, że wszyscy politycy kłamią nie jest wbrew pozorom dalekie od prawdy, choć nie wynika to (przynajmniej nie we wszystkich przypadkach) z cech osobowościowych, ale jest następstwem logiki walki o władzę. Odrzucenie uczestnictwa w wyborach często wiąże się z dostrzeżeniem tego fałszu w obietnicach spełniania czyichś nadziei, zorientowaniem się, że za pojedynczy głos można dostać tyle, ile za złotówkę w supermarkecie. Pojawia się wówczas refleksja: "gdybyśmy tak wszyscy razem", która odkrywa kompletny bezsens demokracji przedstawicielskiej w obliczu zatomizowanego społeczeństwa, natrafiającego na przeszkody w generowaniu grupowych postulatów. Siedem. Przeciwko bojkotowi wyborów, w obecnej sytuacji w Polsce, przemawiać ma argument, że pod rządami PiS, będzie postępować faszyzacja. To prawda, że socjalno-narodowo-katolicki program PiS-u niebezpiecznie przypomina pewne inne momenty historyczne. Trzeba być ostrożnym przy konstruowaniu analogi historycznych, ale doprawdy trudno nie zauważyć istotnych zbieżności, zwłaszcza jeżeli sami przedstawiciele rządzącej elity nie boją się nawiązywać do historycznych wzorców autorytarnych. W programie PiS roi się od fraz mówiących o konieczności "umocnienia", ale i "oczyszczenia państwa". Silne państwo, wodzowski i mentorski styl polityki oraz akcentowanie znaczenia tzw. "resortów siłowych" są typowymi przejawami autorytarnej tendencji. Jednak, jak kiedyś napisał Hegel, to liberalizm nieuchronnie prowadzi do autorytaryzmu. Polityka Kaczyńskich bazuje na efektach transformacji, której podwaliną ideową był polski konserwatywny neoliberalizm. Realnie zatem nie można opowiedzieć się przeciwko faszyzacji biorąc udział w wyborach, żadna bowiem, zwłaszcza licząca się siła polityczna (PO? LiD? PSL?) nie gwarantuje zwrotu, który oddalił by nas od zagrożenia autorytarnymi rządami. Na dziś taką alternatywą jest tylko otwarty protest. Wzywanie do głosowania "przeciwko Kaczyńskim" jest groźne właśnie dlatego, iż daje złudzenie że tą drogą, wyborów parlamentarnych i legalnymi środkami, można dać odpór pogłębiającemu się autorytaryzmowi. Tymczasem Kaczyńcy są efektem, a nie przyczyną problemu. Można co najwyżej liczyć na drobną estetyczną korektę, ale nie na likwidację przyczyn. Osiem. Nawoływanie do głosowania to jednocześnie torowanie drogi do zwycięstwa neoliberałom, którzy uzyskają prawdopodobnie w parlamencie ponad połowę miejsc (PO + LiD) lub stworzą z PiS (PO + PiS) większość zdolną zmienić każdą ustawę łącznie z Konstytucją. Większość której powinniśmy, zwłaszcza jako pracownicy, obawiać się najbardziej, bowiem można być pewnym, że układ szybko zostanie wykorzystany przez biznes. Będzie to też wymarzona sytuacja dla Kościoła katolickiego, wobec którego uległość PO, a nawet LiD, nie ulega wątpliwości. Oponenci twierdzą, że scenariusz taki, tak czy inaczej jest nieunikniony, bez względu na bojkot... ale i bez względu na uczestnictwo w wyborach. Skoro nie ma siły, która na drodze walki parlamentarnej może powstrzymać neoliberałów, to jednak bardziej logicznym rozwiązaniem, zwłaszcza gdyby uwzględnić wyżej wymienione argumenty, jest pozostanie w domu. Jeszcze bardziej logiczne jest wyjście na ulice. Dziewięć. Jeden z ostatnich argumentów "za wyborami", dość często podnoszony, ma naturę naiwnej wiary, że istnieją politycy i partie, które pomimo różnych pokus, są godne zaufania. Zaufanie do polityków pochodzić może tylko ze społecznej możliwości kontroli ich poczynań, a nie z wiary w ich cechy osobowościowe, choć oczywiście mogą one tej kontroli sprzyjać. Banałem jest chyba stwierdzenie, że uczciwie reprezentować daną grupę może tylko osoba z nią bezpośrednio związana, w innym przypadku, dla wyalienowanego społecznie polityka, grupą odniesienia stają się jego parlamentarni i partyjni koledzy, a nie wyborcy. I jak to powiedział Bakunin, kiedy już stają się "przedstawicielami ludu", reprezentują nie społeczeństwo, ale siebie i "swoje pretensje do kierowania" nim. Tą naiwną wiarą dotkniętych jest wiele grup działaczy, które na co dzień prezentują się jako partie antysystemowe, ba!, wręcz rewolucyjne, a gdy nadchodzą wybory, akceptują narzucone warunki gry, płacąc za to upokorzeniem własnym, ale co gorsza całego radykalnego ruchu. Przedstawiają się jako ci "jedynie sprawiedliwi", którzy wcześniej czy później muszą zostać wybrani. Tak jest! Jeszcze kilka korekt, a z całą pewnością zasłużą na uczestnictwo w wielkiej, oficjalnej polityce. Już dziś nie ukrywają, że celem ich jest "wrzucenie do parlamentu" choć jednego posła, lub załapanie się na dotacje państwowe. Cele jak widać bardzo rewolucyjne! Najczęściej jednak pozostaje zadowolenie się wynikiem poniżej 1 procenta, co przy całej tej wyborczej kołomyi nic nie znaczy. Czy mogą choćby stwierdzić jakich wyborców reprezentują? Podajcie choć jeden powód, dla którego warto na nich głosować, zwłaszcza w kontekście przytłaczających argumentów za bojkotem. Dla ich dobrego samopoczucia? Dziesięć. Argument ostatni ale nie najmniej ważny - moralny. Zastanówmy się czy to przypadek, że cała państwowa propaganda nastawiona jest na to, abyśmy uczestniczyli w wyborach. "Obojętnie na kogo, ale idź głosować!" - wiadomo, że większość z tych głosów przypadnie komu trzeba. Propaganda tym bardziej natarczywa, im głębsza jest odmowa i pogarda ludzi dla całego obecnego systemu sprawowania władzy: niesprawiedliwego, niedemokratycznego, oligarchicznego. Propaganda tym bardziej krzykliwa, im coraz mniej ludzi czuje się z tym systemem związanych. Postępująca absencja wyborcza, odmowa głosowania, to - bez wdawania się w szczegóły indywidualnych motywacji - odmowa legitymizacji systemu. Jeżeli system się wynaturzył, jeżeli ewidentnie widocznym jest, że nie można go zreformować, naszym obowiązkiem staje się odrzucenie go w całości - bojkot. Udział w wyborach, zwłaszcza kiedy nie widać w tym żadnego praktycznego sensu, to przyznanie się do tego, że coś nas z systemem łączy. To wybór moralny, którego sensu nie wolno bagatelizować. Jarosław
Urbański (wrzesień 2007) 05.08.07 Korzeni zjawiska, które chcę udokumentować można doszukać się w procesie demontażu struktury produkcyjnej, rozpoczętym wraz z zamachem stanu 24 marca 1976 roku. Dyktatura wojskowa rozwiązała partie polityczne, związki zwodowe, organizacje ludowe, gazety i inne formy ekspresji ludzkiej aktywności umysłowej. Robotnicy, delegaci związków, aktywiści, przywódcy, studenci, dziennikarze, artyści, naukowcy, zwykli mężczyźni i kobiety byli prześladowani i zabijani; porywano nawet dzieci. Tortury i zabójstwa miały zniszczyć znaczenie słowa godność.
Ale Proceso
de Reorganización Nacional (Proces Narodowej Reorganizacji) nie byłby
kompletny bez kasacji, pośród innych praw, prawa do godnej pracy dla wszystkich.
Nasz zagraniczny
dług wzrósł do niewiarygodnych rozmiarów dzięki Domingo Felipe Cavallo
(Minister Pracy), który upublicznił dług prowadzony przez firmy prywatne
za granicą. I jeśli dodamy do tego otwarcie się na import, dostrzeżemy
wkład wojskowego rządu w rozwój zdolności produkcyjnej narodu. Za demokracji
ludzie ani nie jedli, ani nie mieli dostępu do edukacji, ani nie zmieniała
się ich pozycja społeczna. (Slogan używany w kampanii prezydenckiej podczas
pierwszych demokratycznych wyborów po zamachu stanu w 1976 roku). Szersze otwarcie
się na import, niższe premie eksportowe i zrównanie peso z dolarem w proporcji
1:1 doprowadziło do fikcyjnej "rewolucji produktywności" napędzanej
przez prezydenta Menema. (Podczas kampanii wyborczej, po której został
wybrany na urząd prezydenta w 1989 r., Carlom Menem obiecał dokonać rewolucji
we wszystkich branżach przemysłowych w Argentynie). Prywatyzacja (wody,
energii, telefonii, kanałów telewizyjnych itd.) ostatecznie przemieniła
usługi, które powinny być konstytucyjnym prawem w "bardzo zyskowny
interes". I co więcej, pieniądze pochodzące z prywatyzacji nie tylko
pozwoliły ówczesnym złodziejom zostać królami, ale również wzmocniły pewność
siebie naszych wierzycieli, przez co mogliśmy powiększyć nasz dług zagraniczny
do poziomów nie do wyobrażenia. Wynikiem
tego było bezbronne państwo z wielkim długiem, niezdolne do poradzenia
sobie z problemem rosnącego bezrobocia. Gdy już sprywatyzowano
absolutnie wszystko, wtedy rząd zdecydował się wykorzystać oszczędności
tych, którzy jeszcze wciąż oszczędzali i łamiąc reguły zdrowego rozsądku
nigdy nie dobrał się do kieszeni grubych ryb. ("Corralito",
grudzień 2001). Próbując sprostać beznadziejnej sytuacji bezrobotni oraz pracujący robotnicy zaczęli się organizować: blokując drogi i ulice, żądając tego, co uważali za sprawiedliwe, gromadząc się w sąsiedzkich stowarzyszeniach, domagając się na własność ziemi na której żyli i pracowali, przejmując fabryki. W ten sposób próbowali przywrócić życie GODNOŚCI, którą niektórzy zdażyli już pogrzebać. Fragment
wstępu do album "No pasar" dotyczącego ruchu przejmowania zakładów
i dokumentującego życie samorządowych fabryk. Książka wraz z polskim tłumaczeniem
dostępna w dystrybucji Oficyny "Trojka" www.bractwotrojka.prv.pl 26.07.07 Coca-Cola Company jest jedną z największych korporacji na świecie. W 2004 roku jej zyski wyniosły 4,85 miliarda USD. Jednakże, pomimo powtarzających się apeli, Coca-Cola nie znalazła czasu ani źródeł by zapewnić najbardziej podstawowe środki bezpieczeństwa pracownikom zajmującym się butelkowaniem jej produktów. Nie powstrzymała też masowej dewastacji środowiska na obszarach, gdzie prowadzi swą działalność. Coca-Cola jest multikorporacją odpowiedzialną za łamie podstawowych prawa człowieka w Indiach, Kolumbii i Turcji. W Kolumbi SINALTRAINAL (www.sinaltrainal.org) związek zawodowy reprezentujący pracowników koncernu, ucierpiał z powodu zamachu na ośmiu z jego przywódców, m.in. Isidro Segundo Gila. Zabiły ich formacje paramilitarne wynajęte prawdopodobnie przez zarząd Coca-Coli. W stosunku do pracowników zrzeszonych w SINATRAINAL na masową skalę stosowano i nadal stosuje się bezprawne uwięzienia, wysiedlenia, tortury i grożenie śmiercią. Isidro Segundo Gil zatrudniony w zakładzie w Carepie w Kolumbii, został zabity na terenie fabryki. Jego żona, która miała być głównym świadkiem w sprawie przeciw Coca-Coli, została wywleczona z własnego domu i zamordowana na ulicy 18 listopada 2000 roku. Ich dzieci żyją aktualnie w ukryciu. Mrożący krew w żyłach opis zamachu na Gila - oparty na relacjach naocznych świadków - jest kluczową częścią procesu prowadzonego w Miami od lipca 2001 roku przeciw Coca-Coli Company i jej wspólnikom: Panamerican Beverages oraz Bebidas y Alimentos. W procesie tym związek do którego należał Gil - SINALTRAINAL, Międzynarodowy Fundusz na Rzecz Pracowników oraz Zjednoczeni Pracownicy Metalurgii (United Steelworkers Union) w USA utrzymują, że wspólnicy Coca-Coli "zawarli umowę bądź też kierowali paramilitarnymi siłami ochrony, które używały przemocy i mordowały, torturowały, porywały lub zmuszały do milczenia przywódców związku zawodowego". Kilka minut po tym, jak formacje paramilitarne pojawiły się na terenie zakładu w Carapie, ich członkowie oddali dziesięć strzałów w kierunku Gila, członka komisji zakładowej związku, raniąc go śmiertelnie. Godzinę później inny przywódca związkowy został porwany z własnego domu. Tego wieczora budynek, w którym mieściły się biura, wyposażenie i archiwa związku został podpalony. Następnego dnia grupa uzbrojona w broń ciężką powróciła do zakładu, zwołała pracowników i oznajmiła im, że jeśli nie opuszczą związku do godziny 16:00, również zostaną zabici. Formularze rezygnacyjne były przygotowane z góry przez zarządcę zakładu z Coca-Coli, który w przeszłości sympatyzował z formacjami paramilitarnymi i wcześniej "wydał [im] rozkaz, by wykonali zadanie zniszczenia związku" - jak powiedziano w trakcie procesu. W obawie o życie, członkowie związku w Carepie masowo z niego odeszli i uciekli z okolicy. Spółka przerwała negocjacje w sprawie układu zbiorowego, a formacje paramilitarne obozowały przed bramą fabryki przez kolejne dwa miesiące. Związek został rozbity. Doświadczeni pracownicy, którzy zarabiali około 380 dolarów miesięcznie, zostali zastąpieni nowymi, przyjmującymi minimalną płacę (130 dolarów miesięcznie). W Turcji maju 2005 roku Coca-Cola zwolniła 105 pracowników w Istambule. Dzień wcześniej każdemu z nich postawiono ultimatum: "jeśli nie odejdziesz ze związku, zerwiemy z tobą umowę". 20 lipca, podczas gdy reprezentant wyrzuconych pracowników usiłował znaleźć tymczasowe rozwiązanie, turecka policja przepuściła brutalny szturm bijąc około 150 pracowników i ich rodziny. Sytuacja ta miała miejsce na terenie fabryki Coca-Coli i za zgodą jej urzędników. W Indiach koncern został oskarżony o rabunkowe osuszanie terenu oraz zatrucie źródeł wody, niezbędnych ludziom do przetrwania oraz pracy. Mieszkańcy Plachimada w stanie Kerala od kwietnia 2001 roku czuwają przez 24 godziny na dobę przed fabryką Coca-Coli, która z ich terytorium odciąga 1,5 miliona litrów wody dziennie. Bez wody dla ich pól, tysiące ludzi straciło źródło utrzymania. Te powody
są zupełnie wystarczające, aby nie wspierać w żaden sposób morderców z
Coca-Coli. Od 2003 roku trwa międzynarodowa akcja bojkotu tej firmy, prowadzona
w: Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii i Wielkiej
Brytanii. W 2007 roku do bojkotu wezwał CK-LA, a przyłączą się prawdopodobnie
inne organizacje min. Inicjatywa Pracownicza. Wzywamy do bojkotu Coca-Coli
- www.killer-cola.info 23.07.07 Ryszard Kapuściński w swoje książce "Heban" przywołuje przypadek pewnej starej samotnej Nigeryjki, która nie posiadała niczego oprócz garnka i żyła z tego, że "u handlarzy jarzyn brała na kredyt fasolę, gotowała ją, przyprawiała sosem i sprzedawała ludziom". Kiedy garnek został jej skradziony, straciła jedyną rzecz, dzięki której egzystowała . Jak pisze dalej Kapuściński należała ona do rzeszy najuboższych mieszkańców Lagos, stolicy Nigerii, dla których wszystko w życiu "jest tymczasowe, płynne i kruche". Wieczna niepewność sprawia, że żyją oni "w ciągłym zagrożeniu, w nie słabnącym strachu".(1) W takich warunkach zapewnienie stabilnej egzystencji (co nazywam tu "bezpieczeństwem socjalnym") stanowi jedną z podstawowych kwestii społecznych. Pojawia się jednak pytanie o źródła bezpieczeństwa socjalnego: czy ma ono być gwarantowane przez sferę polityki czy sferę ekonomii? Pytanie to nabiera wyjątkowego znaczenia w momencie, kiedy na całym świecie obserwujemy wzrost niepewności egzystencji z uwagi na bezrobocie, gorsze wynagrodzenie, elastyczność rynku pracy, itd.
Najczęstszą społeczną reakcją na te tendencje jest odwołanie się do polityki, którą czyni się wprost odpowiedzialną za bezpieczeństwo socjalne. Formułuje się wówczas zarzut, że zniesienie restrykcji nakładanych przez państwo na wolny rynek, doprowadziło do zachwiania podstawami egzystencji całych grup społecznych. Rzadziej w takim przypadku stawia się postulaty o charakterze ekonomicznym, domagając się aby mechanizmy gospodarcze stanowiły odpowiednie zabezpieczenie socjalne. Dzieje się tak, ponieważ pokutują tu dwa przekonania: o chaotycznym, żywiołowym charakterze sfery gospodarki i porządkującym, stabilizującym charakterze władzy państwowej, oraz przekonanie, że mechanizmy rynkowe (ekonomiczne) i polityczne należą do dwóch odrębnych strukturalnie sfer życia społecznego. Tymczasem obie sfery pozostają ze sobą w ścisłych związkach i podlegają tym samym żywiołowym procesom. Kiedy w 1955 roku Michel Foucault znalazł się w Szwecji, gdzie "państwo socjalne" pomyślnie się rozwijało, stwierdził: "Niebawem odkryłem, że pewne formy wolności mają takie same restryktywne oddziaływania co społeczeństwo represyjne".(2) Z zapewnienia minimalnego poziomu dochodu, wyżywienia, mieszkania, uczyniono prawo, przysługujące na mocy obywatelstwa, a nie jako wynik np. akcji charytatywnej. Nie zmienia to jednak faktu, że podstawową przesłanką powołania "państwa socjalnego", było "jedynie zapobiec defektom rynku, nie naruszając w żadnym mierze podstaw systemowych".(3) W rzeczywistości miało ono zapobiec ewentualnym zmianom zagrażającym ustrojowi ekonomicznemu. Znamienne, że pierwsze ustawodawstwo socjalne w Niemczech, wprowadzone pod koniec XIX wieku (ubezpieczenie zdrowotne, od nieszczęśliwych wypadków oraz emerytalne i na wypadek inwalidztwa) skierowane było nie do całego społeczeństwa, ale "pracowników przemysłowych skłonnych do zrzeszania się i wzniecania konfliktów."(4) Pojawienie się natomiast prosocjalnej polityki keynesowskiej miało ścisły związek z cyklami koniunkturalnymi kapitalizmu, których negatywny wpływ na stabilność systemu chciano minimalizować. Cykle te były (są) związane także z wahaniami natężenia konfliktu społecznego. Fala protestów pracowniczych i społecznych w pierwszej połowie XX wieku stanowiła bezpośrednią przyczynę przyjęcia modelu "welfare state", "państwa dobrobytu" przez kraje Ameryki Północnej i Europy. "Welfare state" było ideą ściśle związaną z industrializacją, rozwojem produkcji przemysłowej, powstawania wielkich ośrodków miejskich i rodzącymi się tam konfliktami społecznymi. Kiedy w 1970 roku nastąpiła stagnacja produkcji przemysłowej, przyniosła ona trzy zasadnicze zmiany: po pierwsze właściciele kapitału zmienili swoje tereny poszukiwania głównych zysków ze sfery produkcyjnej przenosząc się do sfery finansowej. Po drugie, nastąpił znaczny wzrost bezrobocia w skali światowej. Po trzecie, doszło do znacznego przesunięcia produkcji z rejonów wysokich płac do rejonów płac niższych. (5) Powiększający się w wyniku tego odsetek osób nieaktywnych zawodowo oraz spadek wynagrodzenia wraz z próba zaspokojenia ciągle rosnących oczekiwań socjalnych, spowodowały, że w państwach rozwiniętych gwałtownie zaczęły wzrastać wydatki na zabezpieczenia socjalne (np. we Francji z 17,5% PKB w 1970 roku, do 28% PKB w 1999 roku; we Włoszech z 13,3% w 1960 do 26% w 1993).(6) Podobnie jak wcześniej polityka państwa miała za zadanie ochłodzenie nastrojów społecznych przez uruchomienia systemu redystrybucyjnych, tak w latach '80 i '90, przy relatywnie niskim poziomie konfliktu, ta sama polityka za cel postawiła sobie "korektę" społecznych oczekiwać socjalnych i egalitarystycznych. Nie jest przypadkiem zatem, że kiedy w drugiej połowie XX wieku fala konfliktów opadła, do łask powróciła konserwatywna i neoliberalna polityka gospodarcza, którą kojarzymy z procesami deregulacji rynku pracy. Polityka, zatem jest tu odpowiedzią raczej na konflikt społeczny, niż na stwarzane przez kapitalizm dysproporcje społeczne i zdradza ona bardziej swoje pacyfikacyjne, niż egalitarystyczne funkcje. Co powoduje zatem, że "welfare state" cieszy się taką estymą w wielu kręgach? Z pewnością jednym z zasadniczych powodów jest brak alternatywnej teorii, która byłaby krytyczną odpowiedzią zarówno w stosunku do koncepcji państwa socjalnego i koncepcji atakującej zdobycze socjalne i ideologię "welfare state". Nie bez znaczenia są też obawy, żeby - z politycznego punktu widzenia - tezy postawione przeciwko państwu socjalnemu, nie współbrzmiały z neoliberalną retoryką. Postawa taka prowadzi do sytuacji, że większość lewicy głuchnie na niekiedy ważne argumenty wyciągane przeciwko upolitycznianiu pomocy socjalnej. Na przykład, że działania lokujące bezpieczeństwo socjalne w obrębie pomocy państwa, stwarza rodzaj klientelizmu. Wzrastająca podaż świadczeń socjalnych, wywołuje efekt wzrostu popytu. Tym sposobem dochodzi do ubezwłasnowolnienia wobec władz i struktur biurokratycznych coraz szerszych grup korzystających z pomocy socjalnej państwa. Innym argument mówi, że nieprawdą jest iżby redystrybucja dochodów przez państwo prowadziła do tego, że bogaci płacą podatki na biednych. "Redystrybucja - pisze anarcholiberał Murray N. Rothbard - odbywa się wewnątrz poszczególnych grup dochodów. Jedni ubodzy muszą łożyć na innych ubogich".(7) I faktycznie, np. prace brytyjskich autorów Richarda Titmus i Juliana Le Grand dowodziły, że brytyjskie państwo socjalne "w rzeczywistości nie było redystrybucyjne, lecz raczej scementowało istniejące różnice klasowe", a korzyści z "welfare state" czerpały przede wszystkim warstwy średnie. (8) W tym kontekście nie bez znaczenia są także ataki na związki zawodowe, które w sposób walny przyczyniły się do "upolitycznienia" pomocy socjalnej i stworzenia "welfare state". Ich etatyzacja doprowadziły do sytuacji, w której związki zawodowe skoncentrowały się na obronie partykularnych interesów (określonych grup zawodowych czy branż, a nie całej klasy robotniczej) prowadząc w ten sposób w wielu przypadkach do pogłębienia się segmentacji rynku pracy. W układzie globalny natomiast musimy zwrócić dodatkowo na fakt, że procesy ekonomiczne przybierają charakter ogólnoświatowy, natomiast państwo z definicji jest tworem lokalnym. Jeżeli zatem jest możliwy jakiś projekt trwałego i głębokiego bezpieczeństwa socjalnego gwarantowanego przez państwo, to dotyczy to zwykle tylko nielicznych krajów zaliczanych do najbogatszych, a ludność krajów półperyferyjnych i peryferyjnych względem najbardziej rozwiniętego centrum gospodarki, skazana jest na całkowity brak bezpieczeństwa socjalnego. "Welfare state" jest, w obrębie danego kraju jak też w skali globalnej, ideą ekskluzywną. Według koncepcji neoliberalnej państwo socjalne jest ciężarem dla gospodarki. W momencie kiedy przestało być użyteczne jako sposób zapobiegania konfliktom społecznym, do łask wróciła koncepcja państwa "jako stróża nocnego". (Oczywiście pod tą poetycka metaforą najczęściej kryje się bezpośrednia, niczym nieskrywana przemoc). W koncepcji tej przyjmuje się, że "problemy społeczne powodowane są przede wszystkim przyczynami natury jednostkowej", a nie natury systemowej czy klasowej. Głównym zaś zadaniem polityki społecznej jest łagodzenie, a nie likwidacja biedy. "Instytucjami, za pomocą których potrzeby ludzkie powinny być zaspokajane są rynek prywatny i rodzina. Dopiero wtedy, gdy z jakichś powodów tak się nie dzieje, może wkroczyć polityka społeczna", jednak znowu nie w charakterze rozwiązania systemowego, ale "rozwiązania doraźnego". (9) Wspólnota, czy pod postacią rodziny, sąsiedztwa czy gminy jest tu podstawowym "dostawcą" usług socjalnych. Można byłoby sobie wyobrazić, że model ten nawiązuje w większym lub mniejszym stopniu do koncepcji pomocy wzajemnej. Lecz w ten sposób państwo neoliberalne zrzuca z siebie brzemię odpowiedzialności socjalnej, który - jak się twierdzi - niszczy "w człowieku ducha niezależności, przedsiębiorczości, gospodarności i poczucie szacunku dla samego siebie" (10), nie oferując w zamian nic więcej. W istocie pod tym liberalizmem okraszonym konserwatyzmem skrywa się inna rzeczywistość. Świat, który ta koncepcja opisuje, już nie istnieje. Procesy modernizacji i industrializacji doprowadziły do szeregu nieodwracalnych zmian społecznych uniemożliwiających to, co nazywa się w tym przypadku "prywatyzacją pomocy socjalnej": rozpad instytucji rodziny wielopokoleniowej uczynił ją w tym kontekście dysfunkcjonalną; masowe migracje - stymulowane procesami ekonomicznymi - prowadzą do rozpadu tradycyjnych wspólnot i atomizacji społecznej; korporacyjny kapitalizm kolonizuje i niszczy "rynek prywatny" czy nieformalną tak zwaną "ukrytą" gospodarkę, która często stawała się ostatecznym ratunkiem dla osób pozbawionych pracy i dochodu. Coraz częściej natomiast obserwujemy zjawisko "kryminalizacji" pomocy społecznej, kiedy przestępstwo, pobyt we więzieniu, gang, itd. stają się sposobami zagwarantowania sobie bezpieczeństwa socjalnego. Wówczas okazuje się, że "stróż nocny", to nie dziadek w wytartym kożuchu, ale uzbrojony po zęby ochroniarz, policjant, czy celnik.
1) Ryszard
Kapuściński, "Heban", Warszawa 1998, s. 119 i 122 18.07.07 Okres między lipcem 1936 a kwietniem 1939 roku w Hiszpanii należy do najbardziej zmitologizowanych w historii ubiegłego wieku. Już sama nazwa, którą nadała mu oficjalna historiografia zawiera pewne nadużycie. Mówi się więc o wojnie domowej, akcentując militarny aspekt ówczesnego konfliktu i jednocześnie wypierając jego wymiar społeczny. Szczególne warunki historyczne, w których ta wojna się toczyła sprawiły, że nadano jej całkowicie fałszywe miano preludium do światowej hekatomby, która zaczęła się pół roku po pacyfikacji Hiszpanii, zapominając jednocześnie o wyróżniających ją cechach szczególnych. Wszystkim tym nieścisłościom, przekłamaniom i obiegowym stereotypom towarzyszyły jednak, niemal od początku, kłamstwa motywowane względami politycznymi. Wojnę hiszpańską fałszowali bowiem i wciąż fałszują zarówno sympatycy, jak i spadkobiercy obydwu walczących wówczas stron. Klasycznym przykładem takiego propagandowego kłamstwa, które prawem zasiedzenia uwiło sobie gniazdko w monografiach tzw. bezstronnych badaczy przeszłości, jest mit o decydującej roli komunistów w obozie republikańskim. Przez długi czas kreowali go zarówno stalinowcy jak i faszyzująca prawica. Pierwsi po to, by dodać jeszcze jeden listek do laurowego wieńca swej kominternowskiej chwały, drudzy zaś, by zdyskredytować republikę hiszpańską jako poroniony płód dywersyjnej akcji Moskwy. W rzeczywistości konflikt zbrojny w Hiszpanii nie był ani poligonem doświadczalnym, na którym Hitler, Stalin i Mussolini przygotowywali się do decydującego starcia, ani tym bardziej klasycznym puczem wojskowym. Wojna hiszpańska była nade wszystko rewolucją społeczną. Mimo znacznego ograniczenia terytorialnego i czasowego, radykalizmem akcji politycznej i rozmachem urzeczywistnianych zmian dorównywała ona, a w pewnych kwestiach nawet przebijała rosyjską rewolucję roku 1917.
Jednocześnie trudno znaleźć konflikt społeczny, w którym przeciwieństwo między walczącym o podstawowe prawa ludem, a broniącą zagrożonej supremacji elitą byłoby tak czytelne i jaskrawe. Być może to właśnie ono przyczyniło się do ogromnego wybuchu międzynarodowej solidarności z walczącymi o wolność hiszpańskimi proletariuszami i chłopami. Mierzyła się ona nie tylko ilością organizowanych demonstracji poparcia, podpisywanych manifestów, składanych oświadczeń i listów otwartych, ale i tysiącami ochotników przybywających za Pireneje by rzucić na szalę swe życie. Rewolucja hiszpańska była przy tym procesem całkowicie spontanicznym i oddolnym. Wybuchła w momencie, gdy wojskowy spisek zagroził burżuazyjno-demokratycznemu rządowi, i była takim samym zaskoczeniem dla obydwu stron politycznej konfrontacji. Jest wielce symptomatyczne, że wszędzie tam, gdzie legalne władze lewicowego Frontu Ludowego zdołały zapanować nad procesem rewolucyjnym, faszystowscy generałowie szybko zdobyli przewagę (było tak m.in. w Saragossie, Oviedo i Sewilli). Natomiast wszędzie tam, gdzie polityczny autorytet rządu był słaby, gdzie musiał się on liczyć z silną opozycją z lewa, frankiści zostali z łatwością rozgromieni, a władzę przejęli uzbrojeni robotnicy, chłopi i intelektualiści. To właśnie tam, w zdominowanych od dziesięcioleci przez ruch anarchistyczny prowincjach, w lipcu i sierpniu 1936 roku doszło do autentycznego przewrotu społecznego. Objął on Katalonię, Aragonię i część Walencji, a jego dynamika zmusiła republikański rząd w Madrycie do zdecydowanego przeciwstawienia się Franco oraz poczynienia dużych koncesji na rzecz świata pracy na kontrolowanych przezeń obszarach. Nie ma żadnych wątpliwości, że główną siłą sprawczą rewolucji byli anarchiści. Ich dwumilionowa organizacja związkowa CNT, 50-tysięczna kadrowa organizacja polityczna FAI oraz zorganizowane z ich działaczy i sympatyków milicje, nie tylko ocaliły dla republiki główne tereny przemysłowe kraju, ale też zdołały gruntownie przekształcić stosunki ekonomiczne, społeczne i międzyludzkie w strefie przez siebie wyzwolonej. A wszystko to bez bolszewickiej dyscypliny partyjnej, bez centralizmu demokratycznego, bez autorytarnej elity przywódczej, bez reprezentacji politycznej w oficjalnych strukturach państwa. Trudno znaleźć w historii XX-go wieku fenomen o tak jednoznacznie oddolnej proweniencji, o tak wyraziście ludowym charakterze. Nie ma też chyba lepszego przykładu wskazującego niedwuznacznie, że wszystkie "atuty" tradycyjnej socjaldemokracji i leninowskiego bolszewizmu pozostają w sprzeczności z autentycznie emancypacyjnym projektem społecznym. W drugiej połowie 1936 roku projekt taki - słynny wolnościowy komunizm - eksplodował wszystkimi swoimi możliwościami, stając się udziałem milionów zwykłych ludzi. Ten niezwykły triumf możliwy był tylko dzięki wieloletniej pracy u podstaw, bezkompromisowości i wierności anarchistycznym ideałom, które cechowały CNT, a potem też FAI, od chwili ich powstania. Źródłami potęgi hiszpańskich anarchistów było bowiem ich naturalne zakorzenienie w żywej kontrkulturze krzewiącej się wśród wywłaszczonych, oraz płynąca stąd wewnętrzna presja na utożsamienie rewolucyjnych środków z wymogami stawianymi przez rewolucyjne cele. Presja ta uchroniła CNT-FAI od zdegenerowania się w typową związkową demokrację i zagwarantowała ich masom członkowskim autentyczną kontrolę nad prowadzoną akcją polityczną. Praktyka podporządkowywania środków celom oraz demokracja bezpośrednia, stały się w ten sposób głównymi rysami całej hiszpańskiej rewolucji. Dzięki temu, przynajmniej przez chwilę, gdzieś między lipcem 1936 a majem 1937 roku, marksowskie proroctwo, nakazujące proletariatowi wyzwolenie się własnymi rękami, bliskie było historycznego spełnienia. Podjęta przez hiszpańskich robotników i chłopów pod auspicjami CNT-FAI, próba urzeczywistnienia wolnościowego komunizmu była tylko kilkumiesięcznym epizodem wojny domowej. Nigdy też nie miała rysów utopijnej idylli. Anarchiści i ich antykominternowscy sprzymierzeńcy z POUM forsowali rewolucję w warunkach śmiertelnych zmagań z nacjonalistami i międzynarodową interwencją faszystowską oraz równie niszczycielskiego zagrożenia ze strony rosnących w siłę stalinistów. Ci drudzy unicestwili w końcu socjalne zdobycze rewolucji, ci pierwsi dokonali fizycznej eksterminacji dziesiątków tysięcy jej twórców. Oczywiście klęska przyszła nie tylko z zewnątrz. W niemałym stopniu odpowiadało za nią kierownictwo CNT-FAI, a także fakt, że początkowy sukces ujawnił nie tylko wielkość, ale też i wszystkie słabości oraz pułapki anarchistycznej strategii. Po ostatecznym zdławieniu rewolucji hiszpańskiej, jej faszystowsko-stalinowscy kaci zadbali, by wydarzenie to wyprzeć z historycznej świadomości po obu stronach Żelaznej Kurtyny. Dzięki temu do dziś stanowi ona bolesną wyrwę w samowiedzy euro-amerykańskiej lewicy. Po, z górą sześciu dekadach, czas już zatem by pamięć o niej trafiła na należne jej miejsce także i w naszym kraju. Nie chodzi tu jednak tylko o to, by oddać wreszcie sprawiedliwość zapomnianym bohaterom. Mimo, że świat pod koniec XX-go wieku jest już zupełnie inny niż w połowie jego trzeciej dekady, rewolucja hiszpańska nie należy tylko do przeszłości. Jej znaczenie, przynajmniej dla współczesnej lewicy, pozostaje wciąż nie wykorzystane. Nic w tym zresztą dziwnego, bo przecież po krótkim okresie ożywczego radykalizmu, na przełomie lat 60-ych i 70-ych, ugrzęzła ona znowu w marazmie przypominającym atmosferę z czasów II Międzynarodówki. Krótkowzroczność i ociężałość intelektualna zastąpiły rozmach utopii i krytyczne aspiracje. Prymat zasady samorządności porzucono dla drobnomieszczańskiego oportunizmu socjaldemokratów albo mizantropijnego elitaryzmu sfrustrowanych sekciarzy. Paradoksalnie jednak właśnie w sytuacji dzisiejszej mizerii lekcje roku 1936 wydają się na wskroś aktualne. Ich sednem jest przecież to, co stanowi istotę każdego radykalnego ruchu emancypacyjnego. Historyczne doświadczenie rewolucji hiszpańskiej sprowadza się bowiem do rewindykacji krytyczno-kreatywnego potencjału zawartego w pragnieniach i namiętnościach zwykłych ludzi. Ukazując bogactwo i różnorodność form ludowej samoorganizacji dała ona przedsmak tego, czym mogłaby być historia ludzkości, gdyby przekroczyła wreszcie ograniczenia prehistorii kapitalistycznego panowania. Z kolei kładąc nacisk na związek między polityczną organizacją rewolucyjną a spontaniczną kontrkulturą wskazała warunki konieczne dla osiągnięcia tego przekroczenia. W anarchistycznym zrywie sprzed pół wieku widać najlepiej, że tylko ze spotkania tych dwóch czynników zrodzić się może siła zdolna do praktycznego zakwestionowania nieludzkiej zasady rzeczywistości. Przemysław
Wielgosz W dniu 25 czerwca w Teatrze 8 Dnia odbyła się dyskusja na temat ostatnio wydanej publikacji pt.: "Krytyki Politycznej przewodnik lewicy". Organizatorem dyskusji było środowisko warszawskiej Krytyki Politycznej, ze strony której w dyskusji wzięli udział Maciej Gdula i Igor Stokfiszewski. Do debaty zaproszono przewodniczącego SLD w Poznaniu Tomasza Lewandowskiego oraz przedstawicieli ruchu anarchistycznego: Jarosława Urbańskiego (Federacja Anarchistyczna /Inicjatywa Pracownicza) i Marka "Sanczo" Piekarskiego (Federacja Anarchistyczna). W spotkaniu udział wzięło ok. 50 osób.
Etatyzm. Po pierwsze mamy tu do czynienia w "Przewodniku..." z koncepcją na wskroś etatystyczną. Przejawia się to w wielu miejscach "Przewodnika..." np. kiedy pisze się w nim, że lewica "opowiada się za ingerencją państwa w życie gospodarcze..." i postuluje tzw. progresję podatkową, jako lewicowy fundament polityki ekonomicznej. Generalnie przebija w publikacji teza sformułowana niedawno przez Kingę Dunin, że "podatki są OK". Otóż trzeba sobie powiedzieć, że ta recepta wcale nie charakteryzuje wszystkich nurtów lewicowego myślenia. Kluczowym problemem jest tu bowiem kwestia nie samych podatków, ale społecznej kontroli nad wydatkowaniem funduszy publicznych. Zatem pojawia się problem biurokracji państwowej i konieczności szerokiej decentralizacji podejmowania decyzji. O tych problemach w zasadzie w "Przewodniku..." nic nie ma. Konsternacje budzi sama definicja państwa. "Państwo - czytamy na stronie 19 - jest emanacją wspólnoty obywateli..." To pogląd raczej przynależący do dyskursu republikańskiej prawicy. Tak zdefiniowane państwo, z pominięciem kategorii klasowych, sytuuje autorów "Przewodnika..." daleko na prawo od Marksa (nie mówiąc już o nurtach anarchizujących). Europocentryzm.
Modernizacja.
Kulturalizm.
Lewica
bez anarchizmu. Jarosław
Urbański 28.06.07 Kiedy Inicjatywa Pracownicza z zakładów Cegielskiego zagroziła w 50 rocznicę wydarzeń poznańskich strajkiem, domagając się podwyżek, niektóre media podniosły larum, że związek zamierza zbezcześcić święto. Wtórowali im związkowi dysydenci z Solidarności, którzy udowadniali, że robotnicy pół wieku temu walczyli pod hasłami bogo-ojczyźnanymi, i że nie można tej rocznicy wykorzystywać z marnych ekonomicznych pobudek. W 2006 roku na pomniku upamiętniającym tamte wydarzenia - na wniosek Solidarności - do dotychczasowych słów: "Za wolność, prawo i chleb", dopisano "O Boga". Oto jeden z przykładów jak dziś próbuje się fałszować historię.
Z całą pewnością hasła narodowe i religijne były podnoszone, ale czy rzeczywiście dominowały? Czy miały tak wielkie znaczenie jak się im dzisiaj przypisuje? Pamięć świadków na których powołują się w tym przypadku historycy potrafi być zawodna i przede wszystkim wybiórcza; karze kłaść nacisk na detale, które z perspektywy teraźniejszości wydają się z jakichś powodów ważne. Ale czy były wówczas? Kiedy popatrzymy na bogaty zbiór fotografii z 28 czerwca 1956 roku (jak choćby te zamieszczone w bardzo znanej monografii "Poznański Czerwiec 1956", pod red. J. Maciejewski, Z. Trojanowicz, Poznań 1990) to zobaczymy, że wszystkie one dotyczą haseł bytowych: "Żądamy chleba", "Chcemy jeść", "Wolność, Chleba", "My chcemy chleba..." itd. Na zdjęciach przedstawiających demonstrujący tłum (wg niektórych danych liczący 100-200 tys. osób) na placu Mickiewicza (zdjęcia nr 8, 9, 15, 16, 17, 20), w rękach protestujących są tylko nieliczne flagi biało-czerwone i nie widać żadnych transparentów z hasłami, a tym bardziej z hasłami politycznymi i religijnymi. Ten tłum czekał od wczesnego rana na stanowisko władz i odpowiedź na ich postulaty socjalne. Plotka o aresztowaniu delegatów załogi Cegielskiego, skłoniła cześć demonstrantów do podjęcia prób ich uwolnienia najpierw z więzienia na Młyńskiej, które zdobyto, potem z gmachu służby bezpieczeństwa na ulicy Kochanowskiego.
Jeden ze świadków ("Poznański Czerwiec 1956", pod red. J. Maciejewski, Z. Trojanowicz, str. 263) opisując początki demonstracji doskonale oddaje atmosferę spontanicznych protestów robotniczych, które w zasadzie wystrzegają się upolitycznienia i ideologicznych haseł: "Na czele pochodu Cegielskiego szły kobiety pracujące na kamieniu przy szlifowaniu ręcznym pudeł wagonów. Obdarte, wychudzone, w wykoślawionych drewniakach - wyglądały jak prawdziwe katorżnice. Za nimi pracownicy montażu pudeł i spawacze. Szliśmy spokojnie, bez żadnych okrzyków. Po drodze zbieraliśmy robotników z okolicznych zakładów, jak: ZNTK, MPK, Wiepofama i inne. Ja z największym tłumem szedłem ulicami Dzierżyńskiego, Przemysłową, Mostem Dworcowym, Głogowską, aż do obecnego Placu Mickiewicza. Na placu zgromadziły się niezliczone tłumy sięgające daleko w przyległe ulice. Chyba nie przesadzę, jeżeli powiem, że mogło być ponad 100 tysięcy". Prawda jest też taka, że demonstracja podzielona była na dwa odrębne nurty, jeden zdecydowanie większy i dominujący, świadomy socjalnych źródeł protestu i zainteresowany problemami dotyczącymi realizacji postulatów płacowych, oraz mniejszy, który rozpoczął akcję zbrojną i podniósł kwestie natury politycznej, choć przeważanie tylko w postaci oderwanych haseł. Relacje (spisane zaraz po wydarzeniach) ówczesnych zachodnich gości targowych i zagranicznych dziennikarzy, jednoznacznie pokazują jakie treści w wydarzeniach poznańskich dominowały: "O ósmej rano, gdy ruszyła wielka demonstracja strajkujących, stałam w bramie domu przy ulicy czerwonej Armii. Kucharze w białych fartuchach i czepcach, robotnicy w znoszonych kurtkach, wielu z nich w płóciennym obuwiu na nogach, kobiety i młodzież, wszyscy szli wołając: Chleba, chleba przecz z wysokimi normami pracy, dajcie nam towary eksportowane do Rosji sowieckiej". Inny świadek: "To nawet trudno nazwać marszem - ludzie po prostu ciągnęli ulicami. W ponurym nastroju ustawicznie wołali: chleba, chleba." ("Poznański Czerwiec 1956", pod red. J. Maciejewski, Z. Trojanowicz, str. 336) Oczywiście o ile postulaty bytowe były wcześniej jasno sformułowane i popierane przez zdecydowaną większość załogi Cegielskiego i innych zakładów pracy, to o znaczeniu postulatów politycznych i religijnych zdecydowali, kilkadziesiąt lat po wydarzeniach, historycy i politycy odpowiednio interpretując "rzucane" dość przypadkowo hasła podczas demonstracji. Jedno z haseł brzmiało także "Nie deptać trawników" ("Poznański Czerwiec 1956", red. J. Maciejewski, Z. Trojanowicz, Poznań 1990 strony 74, 271) - nikt jednak przy zdrowych zmysłach nie twierdzi, że Poznański Czerwiec dał początek polskiemu ruchowi ekologicznemu. Jarosław
Urbański 27.06.07 Od maja 1968 do dziś Założycielka Living Theatre Judith Malina opowiada o teatrze rewolucyjnym
W tamtym okresie Living Theatre przekształcił się z teatru off-owego (off-Broadway'owskiego) w kolektyw, we wspólnotę. Żyliśmy razem i podróżowaliśmy razem. Udało nam się ostatecznie rozbić ten parszywy, sztuczny podział pomiędzy życiem prywatnym a publicznym, artystycznym, seksualnym, wewnętrznym, "ekonomicznym" i naprawdę udało nam się, jako wspólnocie, zintegrować wszystkie te czynniki. Mieliśmy sporo dzieci w naszym zespole, podróżowaliśmy z miasta do miasta. Raz ucztowaliśmy i świętowaliśmy, później przechodziliśmy klęskę niedostatku i głodu. Czasami popadaliśmy w straszliwe tarapaty finansowe, ale przez trzydzieści lat udało nam się utrzymać podróżującą, teatralną, anarchistyczną komunę. Traktowaliśmy siebie bardzo świadomie jako eksperyment mający na celu zbadanie warunków i możliwości życia w taki sposób. Byliśmy świadomi skali problemów, jakie będziemy musieli pokonać, by zachować anarchistyczne zasady podczas zbiorowego twórczego procesu i w toku przeobrażania się grupy. Na przykład, jednym z problemów, który powstał na samym początku, było to, że ja i Julian Beck byłyśmy starsze i bardziej doświadczone w teatrze i jak to działało w kontekście wspólnej energii twórczej. Co się działo? Byliśmy bardzo świadomi i głęboko wszystko analizowaliśmy. Nikt by nie uwierzył ile mieliśmy spotkań dyskusyjnych. Czasami zajmowało nam to sześć godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. Wałkowaliśmy wszystko, wszyściusieńko: nasz życie, nasze znaczenie, cele. Przewidywanie finału rewolucyjnego utopizmu, czy ustalanie kto posprząta w kuchni i zmyje łazienkę stawały się jedną i tą samą kwestią. I to było dobre. Wytworzyło grupę ludzi, która w Maju 1968 r. osiągnęła bardzo wysoki potencjał rewolucyjny. W sensie takiego wrzenia, gotowości, był to najwyższy poziom kreatywności osiągnięty przez ruch. Z perspektywy czasu, po wydarzeniach takich jak Maj '68, czy zburzenie Muru Berlińskiego, widzimy, że wysoki potencjał, który wydaje się być w danym momencie początkiem, faktycznie jest końcem. To znaczy, rewolucyjna siła załamuje się na entuzjazmie swojej pierwszej fali. Dlatego głosiliśmy hasło "La Lotta Continua" ("Walka trwa" / "Ciągłej walki" / "Permanentnej rewolucji"). Powinniśmy uczyć się od historii, zrozumieć ten rytm i następnym razem na to się przygotować. Po Maju '68 próbowaliśmy stworzyć alternatywne struktury, prasę, komuny, żłobki, centra kobiet, ale nie wiedzieliśmy jak to utrzymać. Wspaniałe anarchistyczne spółdzielnie żywnościowe stawały się zbyt często niczym więcej, jak sklepami dyskontowymi dla relatywnie dobrze usytuowanych "zaradnych ludzi". A przecież kooperatywy żywnościowe na początku lat 70 były planowane dla ubogich. Wszystkie te struktury nie utrzymały się, ponieważ robiliśmy rewolucje wykazując ogromny entuzjazm w pozbywaniu się starych gównianych układów, ale nie mieliśmy takiego samego, czy nawet większego entuzjazmu do tworzenia nowych struktur, które nie byłyby gówniane. Na tym powinniśmy się zaś skoncentrować. Kiedy Living Theatre przybył do Awinionu w Maju '68, odstąpiono nam stary budynek szkolny, który swego czasu był zamieszkiwany przez 400 studentów. Później, gdy wywalono z Paryskiej Akademii Sztuk Pięknych i Odeonu ekipę Enrages, także oni przyjechali do Awinion, by z nami zamieszkać. Gdy staliśmy się kolektywem, postanowiliśmy, że będziemy zawsze tam, gdzie jest rewolucyjne wrzenie. Zawsze chcieliśmy mieć ten przywilej, by być tam, gdzie coś się dzieje. I zawsze udawało nam się utrzymywać grupę na tyle niewielką, wystarczająco elastyczną i mobilną by to osiągnąć. To co wydarzyło się w '68 miało ogromną skalę, ale zapoczątkowała to bardzo mała grupa ludzi - Sytuacjoniści (którzy zresztą sprzeciwiali się "utopizmowi" i "zawikłanemu anarchizmowi" naszego Living Theatre). Myślę, że swoją broszurką "Nędza studenckiego życia" uderzyli w czułe miejsce. Kiedy studenci zobaczyli, że proces ich kształcenia jest nędzny, z tych samych powodów dla których nędzne było położenie robotników, że jedni i drudzy są "czarnuchami" w tym znaczeniu, że jedni i drudzy pędzą żywot służalczy - wtedy przejęli ulice i poszli do robotników. Zawsze podziwiałam śmiałość sytuacjonistów, ich styl, wigor, ale nigdy nie rozwinęła się między nami przyjaźń, nawet taka jak może powstać przez przyciąganie się przeciwieństw. Ideologicznie nie mieli z nami nic wspólnego. Tak czy inaczej, byliśmy w Awinionie. Przedstawialiśmy tam "Paradise Now" ("Raj - Teraz!"), sztukę, która kończyła się deklaracją, że teatr jest na ulicy. Pod koniec każdego przedstawienia wychodziliśmy z budynku teatru, niektórzy nadzy i rozpromienieni, i dochodziło do konfrontacji z policją. To była praca nad uczestnictwem publiczności w przedstawieniu. Uporczywie dążyliśmy do zaangażowania publiczności: ku przerażeniu kierownictwa teatru wyrywaliśmy krzesła z widowni i nalegaliśmy na większy kontakt fizyczny z widzami. Wielu uciekało, ale ci którzy pozostawali, wstępowali do raju! Po naszych przedstawieniach w Awinionie pojechaliśmy 13 maja do Paryża i od razu poszliśmy na barykady. Mieszkaliśmy w pięciu czy sześciu różnych miejscach, śpiąc na materacach i w śpiworach rozkładanych prosto na ziemi. Nie miałam zielonego pojęcia o strategii, która stała za wydarzeniami Maja, do czasu, gdy wzięłam udział spotkaniu, na którym planowaliśmy okupację budynków publicznych. Głównie chodziło o to by przejmować pewne obiekty, gdzie policja nie dałaby rady, lub nie mogłaby wejść. Skupiliśmy więc naszą uwagę na Lewym Brzegu, Sorbonie, Odeonie, zwanym Theatre de France. Ad hoc powstawały rady, które decydowały się organizować różne rzeczy podczas okupacji. Powstało także coś na kształt rady kulturalnej - w której uczestniczyło wiele osób, m.in. Jean-Jaques Lebel - która starała się zadecydować, jakie działania mogliby podjąć artyści. Odbywały się wielogodzinne dyskusje na temat możliwości zaokupowania obiektów kulturalnych. Była np. rozmowa o zajęciu Wieży Eiffela, ale był to teren zbyt mocno strzeżony przez policję i nie moglibyśmy go zbyt długo utrzymać. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Odeon. Oznaczonej nocy, w której postanowiliśmy zająć teatr, spotkaliśmy się z ekipą Enrages i skierowaliśmy się w stronę Odeonu. Mieliśmy sporo potyczek z policją, lataliśmy tam i z powrotem z brukowcami w rękach i gazem łzawiącym naokoło. W samym teatrze było sporo ludzi (właśnie kończyło się przedstawienie) i udało nam się przebić akurat w momencie, gdy cały ten tłum wychodził. I to był najlepszy moment. Policja nie mogła uderzyć, ponieważ było tam mnóstwo gości, którzy wychodzili ubrani w swoje wykwintne burżujskie stroje. Wciągnięto na maszt czarną flagę, zaraz przy samym napisie Theatre de France, i teatr był zaokupowany. Teraz musieliśmy podjąć decyzję co dalej. Teatr był nasz - okupowało go tysiące ludzi. Zorganizowaliśmy więc między innymi otwarte Forum, które działało ileś tam tygodni, gdzie każdy miał prawo korzystać z mikrofonu i mówić o drodze i sposobach przeprowadzenia rewolucji. Po jakimś czasie ogarnęły miasto spore zamieszki, a Odeon stał się placówką udzielającą pierwszej pomocy rannym. Najwięcej było osób poparzonych przez gaz łzawiący i wielu spałowanych. Policja grała na wyczerpanie, aż pewnego dnia zaatakowała skoncentrowanymi siłami o samym świcie. Ewiktowano wtedy wszystkich. Oczywiście znacznie przyjemniej robi się rewolucyjny teatr w okresie przypływu rewolucyjnej fali, niż wtedy, gdy mamy do czynienia z odpływem rewolucyjnej energii. Z drugiej strony ważne jest, by robić teatr polityczny właśnie wtedy, gdy mamy do czynienia z odpływem aktywności społecznej, by rozsiewać idee, które mogą motywować do działania. Cały czas uczymy się z przeszłości, i ważne jest by właśnie dziś o tym pamiętać, że okres post-rewolucyjny jest także okresem przed-rewolucyjnym. Im wcześniej to poczujemy, tym wcześniej będziemy mogli wytworzyć nową falę politycznej i społecznej aktywności. Musimy obwieszczać nadejście tej nowej energii. Tym właśnie obecnie zajmuje się Living Theatre. Cały czas działamy na rzecz zmiany, jesteśmy częścią ruchu, czy to pracując z anarchistycznymi grupami w Brazylii, jak to czyniliśmy w latach 70, czy prowadząc warsztaty i dając występy we Włoszech podczas okupacji fabryk, czy działając na Lower East Side z bezdomnymi i skłotersami, jak to robimy ostatnio. Jesteśmy zawsze tam, gdzie dzieje się coś, co ma dla nas sens i co powoduje, że nasze serca szybciej biją. Chciałabym zobaczyć jak na Lower East Side utwierdza się anarchistyczna idea, jak przybiera bardziej przekonującą i świadomą formę pozytywnych i praktycznych anarchistycznych struktur. Chcę tu robić teatr uliczny, który wciągnie naszych sąsiadów, ponieważ my zawsze chcemy być tam, gdzie jest trochę życia, trochę anarchizmu, trochę nadziei. Jest wiele przyjemniej robić rewolucyjny teatr w rewolucyjnych czasach - i ufam, że niedługo znów będziemy mieli tę przyjemność. tłum.
Łukasz Dąbrowiecki
|
|
|||