![]() |
|||
|
03.06.2008 Michał Kozłowski: Niektóre protesty i walki pracownicze budzą żywe zainteresowanie mediów. Chodzi o duże i zorganizowane grupy zawodowe, takie jak pielęgniarki i górnicy. Większość polskich pracowników nie znajduje się jednak w podobnie uprzywilejowanej sytuacji. Jaka jest skala konfliktów pracowniczych i czy w ostatnich latach coś się w tej kwestii zmienia? Jarosław Urbański: Mamy do czynienia z różnymi formami walki. Niektóre zależą od siły organizacyjnej pracowników, na przykład ich przynależności do związku zawodowego. Pielęgniarki i górnicy są tu najlepszym i najbardziej medialnym przykładem. Poza polem widzenia mediów toczy się jednak mnóstwo innych konfliktów. Siła pracowników zależy wtedy od ich miejsca w procesie produkcji i od sytuacji na rynku pracy. Jeżeli są zatrudnieni w kluczowych branżach i zakładach, a poziom bezrobocia spada, mają szansę na zwycięstwo i często podejmują walkę, która niekoniecznie przebija się na pierwsze strony gazet, bo jej formy nie są widowiskowe. M.K.: Jakie są podstawowe sposoby walki? Czy zawsze chodzi o strajk lub groźbę strajku, czy także o inne formy nacisku - na przykład nagłaśnianie problemu lub próbę wywarcia na pracodawcę szerszej presji społecznej? J.U.: Istnieje wiele możliwości prowadzenia walki. Mamy pole do popisu i możemy wymyślać coraz to nowe formy. Czasami sukces zależy od tego rodzaju kreatywności. Teraz na przykład coraz częściej wykorzystywane są możliwości Internetu. Wielu pracowników różnych firm porozumiewa się dzięki forom internetowym, wymieniają informacje na temat warunków pracy i płacy, a nawet organizują protesty. Na przykład kierowcy TIR-ów albo pracownicy poczty - w czasie strajku listonoszy pod koniec 2006 roku Internet odegrał ważną rolę. Najbardziej spektakularnym przykładem jaki znam, jest założenie przez pracowników Volkswagena w Poznaniu forum dyskusyjnego na stronach komentuj.pl. Pierwotnie na forum zamierzano komentować różne modele samochodów produkowanych przez koncern. Pracownicy zaczęli jednak pisać o własnych sprawach. Część robotników Volkswagena kolportowała po za kładzie ulotki z adresem strony. W ciągu 2 tygodni umieszczono tysiące postów w ponad 100 tematach. Dyskutowano na temat warunków pracy i płacy roli związków zawodowych, porozumiewano się między fabrykami, krytykowano koncern, grożono najbardziej znienawidzonym pracownikom dozoru dyrekcji, nawoływano wreszcie do podjęcia strajku. Po 3 tygodniach - w wyniku interwencji władz Volkswagena - forum zamknięto. Oczywiście do tradycyjnych form (strajk, pikieta, demonstracja) dochodzi także wiele takich, które stosowano od zawsze, ale się o nich głośno nie mówiło, na przykład sabotowanie pracy, absencja chorobowa itd. Inną formą są różnego typu bojkoty. Dzisiaj sukces walk pracowniczych zależy w dużej mierze od nagłośnienia medialnego, umiejętności wykorzystywania prasy, doboru argumentacji. Forma walki zależy od okoliczności i czasu. Raz bardziej popularne są manifestacje i blokady (jak w latach 2002-2003), innym razem strajki (jak teraz). I ciągle pojawiają się nowe formy, które można wykorzystać. M.K.: Czy mógłbyś podać przykłady takich udanych lub względnie udanych akcji? J.U.: Wykorzystanie przez celników czterech dni tzw. urlopu na żądanie sparaliżowało w styczniu tego roku połowę kraju. To półlegalna forma walki, coraz częściej stosowana i niebywale skuteczna. Inny przykład to "autonomistyczna" taktyka przyjęta przez Inicjatywę Pracowniczą w zakładach Cegielskiego. Wykorzystaliśmy tam tradycyjną formę walki, jaką była tzw. "płyta", czyli miejsce, gdzie załoga zbierała się na nielegalne wiece i formułowała postulaty. Pierwszy tego typu wiec odbył się ponoć ok. 20 lat temu, ale zwoływano je sporadycznie. Zwykle nie trwają one długo -od 15 minut do jednej lub dwóch godzin. Żądając w 2007 roku wyższych wynagrodzeń, uczyniliśmy z "płyty" walne zgromadzenie załogi, która w ten sposób kierowała walką. W Cegielskim odbyło się w ubiegłym roku 9 płyt, w każdej z nich brało udział, przerywając pracę, setki robotników. Dodatkowo wybuchł jednodniowy dziki strajk (90% załogi wzięło urlop na żądanie) i odbyło się kilka demonstracji pod zarządem. Efekt -wiosną dwie podwyżki, razem ok. 250 złotych brutto, na jesień 100 złotych brutto plus premia przez 4 ostatnie miesiące roku po 250 złotych brutto dla fizycznych i 400 złotych dla umysłowych (umysłowi nie dostali jednej z wcześniejszych podwyżek). Teraz walczymy o zachowanie tej premii. Zmieniliśmy też zasady funkcjonowania Funduszu Socjalnego, uniemożliwiając związkom zawodowym dysponowanie środkami w partykularnych celach. Trzeba jeszcze wspomnieć, że to nie tylko walka o pieniądze. Właśnie kształtują się w Cegielskim nowe formy funkcjonowania ruchu pracowniczego. M.K.: Jakie formy pacyfikacji stosują najczęściej pracodawcy? J.U.: Jednym z podstawowych czynników ułatwiających pacyfikację jest wysokie bezrobocie. Groźba wyrzucenia na bruk to najczęściej stosowana metoda. Gdy bezrobocie spada, szantaż po prostu nie działa. Firma musi przenieść się gdzieś, gdzie bezrobocie jest wysokie. Innym narzędziem są ugodowe związki zawodowe. To paradoks, ale związki raz przyczyniają się do wzmocnienia pracowników, innym znów razem osłabiają ich - często dzieje się tak w Polsce, ale nie tylko tu. Czasami dzięki manipulacji, innym razem wykorzystując organizacyjną siłę pracowników, związki zawodowe pacyfikują nastroje, amortyzują napięcia społeczne i w efekcie zapobiegają niekontrolowanym buntom. Przykładem wykorzystywania związków przeciwko strajkującym była sytuacja w "Budryku". Gdyby nie postawa "Solidarności" i Związku Zawodowego Górników, protest prawdopodobnie zakończyłby się szybko sukcesem, bo determinacja była duża. Przykłady można mnożyć. W wielu przypadkach związki zawodowe zdradzają pracowników. M.K.: Może przykłady... J.U.: Prosisz o przykłady? Choćby rola związków zawodowych w warszawskiej FSO pod zarządem Daewoo. Koreańczyk "na dzień dobry" dał przewodniczącym związku wynagrodzenie cztery i pół rażą wyższe od średniej w zakładzie. To był moment jawnej zdrady, który potem rzutował na postawę związków zawodowych w FSO. W Cegielskim walka toczy się na dwóch frontach. Z jednej strony z dyrekcją, z drugiej z pozostałymi związkami zawodowymi, które zawsze znajdą usprawiedliwienie, żeby podpisać jakieś porozumienia płacowe z pracodawcą. Oni zawsze coś podpisują, my, czyli Inicjatywa Pracownicza, nigdy. Tylko za nami stoi załoga, aktywna, demonstrująca podczas "płyt", wybierająca naszego kandydata do prac w zarządzie Cegielskiego jako swojego przedstawiciela. Bez tego wszystkiego nasz związek jest niczym, a za innymi stoi duża liczba członków trzymanych szantażem albo dzięki świadczeniom socjalnym, zapomogom i "chwilówkom". Przewodniczący związku wygrywają wybory głosami emerytów, które kupują, organizując na przykład wycieczki z funduszu socjalnego. Oto system skorumpowanych związków zawodowych, o którym w dalszym ciągu zbyt mało się mówi. Ale wróćmy do kwestii pacyfikowania protestów. Oprócz związków zawodowych niezawodnym narzędziem pacyfikacji jest też aparat przymusu, państwo i państwowa przemoc. Mieliśmy z nią do czynienia podczas starć w Ożarowie w 2002 roku, kiedy policja wyraźnie opowiedziała się po jednej ze stron konfliktu i atakowała legalnie protestujących robotników tamtejszej Fabryki Kabli. Ale zdarzają się mniej widowiskowe formy stosowania przymusu. W zakładach Cegielskiego w 2006 roku, kiedy pracownicy zapowiadali protest w 50 rocznicę obchodów Poznańskiego Czerwca, agenci ABW kręcili się po halach i próbowali wybadać nastroje. M.K.: Co jest najczęściej czynnikiem skłaniającym do działania? Rzecz jasna dominują warunki pracy i płaca, ale pozostaje pytanie, w jakich sytuacjach żądania tego rodzaju prowadzą do czynnego kolektywnego oporu. Czy chodzi o relatywną pauperyzację wobec innych grup pracowniczych, czy raczej o możliwości finansowe zakładu? W jakich warunkach pracownicy uznają, że ich płace są "niesprawiedliwe", a warunki pracy "niegodne"? J.U.: Wbrew pozorom zarówno pracodawcy, jak i robotnicy działają racjonalnie. Zresztą - wracając jeszcze do poprzedniej kwestii - jednym z narzędzi utrzymywania robotników w ryzach jest podawanie fałszywych informacji o kondycji finansowej zakładu, realnych warunkach ekonomicznych, planach itp. Robotnicy mają oczywiście własne sposoby, żeby te informacje zdobywać. Brak informacji utrudnia pracownikom racjonalne działanie. Robotnicy ciągle analizują swoje położenie i dyskutują o nim (uniemożliwianie dyskusji to także jedna z metod pacyfikacji nastrojów). Czynnikiem, który popycha ich do działania, jest moim zdaniem anomia społeczna, czyli rozdźwięk między oczekiwaniami a możliwościami realnego ich zaspokojenia. Przyjmijmy, że poziom oczekiwań jest względnie stały - chodzi o to, żeby przeżyć. Anomia może mieć wiele przyczyn: spadek wynagrodzenia, wzrost cen, ale także rozbudzenie oczekiwań przez forsowanie konsumpcyjnego stylu życia, szerzenie mitu cudu gospodarczego itd. Obecny rząd PO ze swoją wizją dobrobytu i cudu gospodarczego przyczynił się w moim odczuciu do nasilenia protestów. Liberalni publicyści, jak Witold Gadomski, już przestrzegają władze, że retoryka cudu gospodarczego sprzyja strajkom, a trzeba wyciszać nastroje i nadzieje, bo zbliżają się lata chude - idzie recesja. A jej kosztem obarczy się przecież - jak zwykle - pracowników. Krótko mówiąc, anomia, sprzeczność, jest czymś wpisanym w system, dlatego w system wpisane są też protesty społeczne, po prostu walka klas. M.K.: Zgoda. Funkcjonowania kapitalizmu w Polsce i wszędzie indziej nie da się zrozumieć bez walki klas, niezależnie od tego, jakie trudności sprawia to pojęcie. Jednak nie jest ona czymś "zobiektywizowanym" w tym sensie, że wymaga od pracowników świadomości fundamentalnego antagonizmu interesów na rozmaitych poziomach. Jeszcze raz zapytam o kwestię samowiedzy. Dominuje dyskurs o pracodawcy jako "rzeczywistym" wytwórcy wartości, dlatego każde kolektywne domaganie się podwyżek traktowane jest jako grzech przeciw prawu naturalnemu. Wszyscy powtarzają, że przecież to rynek decyduje o płacach. Jaki dyskurs przeciwstawiają pracownicy tej ideologii? Wiadomo, że czasem bywa on mityczny (na przykład narodowy), kiedy indziej jednak dochodzi do adekwatnego rozpoznania także w szerszym, politycznym wymiarze. Innymi słowy, jak wygląda pod tym względem świadomość polskich pracowników? J.U.: Ciągle odkrywa się nowe obszary i przejawy walki klas. W rozpoznawaniu antagonizmu uczestniczą przede wszystkim pracownicy. To proces, a nie określona z góry wiedza. Ciągle też musimy "przebijać się" przez różnego typu dyskursy. Na przykład przez głęboko zakorzeniony w Polsce dyskurs interpretowania walki klas w kategoriach narodowościowych. Narodowa perspektywa nie wzięła się znikąd. Przez długi czas środki produkcji należały do kapitału obcego, co znajdowało odzwierciedlenie w strukturze społecznej. Zakład Cegielskiego (założony w 1855 roku), o którym niektórzy historycy pisali jako o "przemysłowej reducie Ordona", był kierowany przez Niemców, choć formalnie należał do kapitału polskiego. Kierownikami i majstrami byli Niemcy - Polacy pracowali jako robotnicy. Niemiecka socjaldemokracja (z Różą Luksemburg na czele) przekonywała poznańskich robotników, że narodowa perspektywa walki o prawa socjalne i polityczne jest błędna. Tyle że oni na co dzień widzieli co innego - do pracy zmuszał ich niemiecki majster, a kiedy w 1872 roku zorganizowali pierwszy strajk, interweniowała pruska policja. W 1914 roku okazało się zresztą, że niemiecka socjaldemokracja opowiada się za niemieckim imperializmem, a Róża Luksemburg jest w mniejszości. Narodowy sposób postrzegania antagonizmów nie pojawił się zatem za czasów pierwszej "Solidarności", ale ma dłuższe tradycje i jest charakterystycznym sposobem postrzegania rzeczywistości przez pracowników z półkolonialnych, czy - jak powiedziałby Immanuel Wallerstein - półperyferyjnych krajów. Dyskurs narodowy jest dziś mało przekonywający i nie stanowi już odpowiedzi na neoliberalny "dyktat rynku". Mimo to nie wypracowano jeszcze powszechnie akceptowanej odpowiedzi na ten sposób myślenia, może poza dość reformistycznie brzmiącym sloganem "najpierw ludzie - potem zyski". Widzę jednak, że wiele rzeczy się zmienia, na przykład wśród młodych pracowników. Ich procentowy udział w populacji klasy pracowniczej rośnie (wyż demograficzny wchodzi na rynek pracy), a wśród nich jest wielu z takim czy innym wyższym wykształceniem. Poznawałem młodych robotników z poznańskiego Volkswagena lub gnieźnieńskiego Veluxu, którzy studiując lub będąc po studiach (licencjatach) pracowali przy taśmach. Albo spójrzmy na emigrację zarobkową do Irlandii czy Wielkiej Brytanii. Do tych ludzi tradycyjne kategorie lewicowego paradygmatu zwyczajnie nie trafiają, często są dla nich anachroniczne. Imigranci nie potrafią się utożsamić z tak rozumianym wizerunkiem klasy pracującej. Co tak naprawdę istotnego, atrakcyjnego, oferuje polska radykalna myśl lewicowa? Otóż niewiele, zatem czy może ona być odniesieniem dla analizy stanu świadomości polskiej klasy pracowniczej? Wątpię. M.K.: A jednak nie mamy już do czynienia z tak daleko idącą dezorientacją pracowników, jak na początku lat 90. Czy walki pracownicze są wciąż przede wszystkim sprawą jednego zakładu pracy, czy pojawiają się żądania ogólniejsze, na przykład skierowane do państwa - choćby w kwestii kodeksu pracy lub katastrofalnie niskich świadczeń dla bezrobotnych? Szczerze mówiąc, nie słychać o takich żądaniach zbyt wiele. J.U.: Na początku lat 90. przez Polskę przetoczyła się ważna i silna fala protestów przeciwko transformacji ustrojowej. Wówczas sformułowano niezwykle istotne postulaty, także o charakterze ogólnym, na przykład protest przeciw prywatyzacji, żądanie uwłaszczenia robotników na majątku narodowym itp. "Rozbrojenie" i to, co nazywasz "dezorientacją" ruchu pracowniczego, nastąpiło chyba dopiero w połowie lat 90. i później. Także druga fala protestów w latach 2002-2003, chociaż miała charakter bardziej defensywny i w większości ograniczyła się do poszczególnych zakładów pracy, zdołała wypracować ogólniejsze żądania. Był to postulat renacjonalizacji - de facto renacjonalizowano bankrutującą Stocznię Szczecińską. Dodatkowo rząd został zmuszony do podjęcia interwencji i w roku 2003 przeznaczył 28 miliardów złotych na dotacje do bankrutujących przedsiębiorstw, aby zachować tysiące miejsc pracy. Nie docenia się tych zmian spowodowanych falą protestów pracowniczych. Zmian, które przed 2002 rokiem wydawały się niemożliwe. M.K.: Czy Polscy pracownicy korzystają z doświadczeń pracowników z sąsiednich krajów? J.U.: Bez wątpienia znaczenie miała też fala protestów, która przetoczyła się przez całą Europę od początku tego wieku. Trudno powiedzieć, na ile postulaty europejskiego ruchu robotniczego trafiły do polskich pracowników albo zainspirowały ich. Na pewno wpłynęły na poczucie powiązania walk społecznych, na przykład o zachowanie zakładów i miejsc pracy na wschodzie i zachodzie Europy. Wywołały także odruchy solidarności, jak akcja w gliwickim GM podczas strajku Opla w Bochum. Generalnie jestem optymistycznie nastawiony, bo staram się patrzeć na walki pracownicze trzeźwo, a nie w kategoriach romantycznych. Przy analizie w dłuższej perspektywie czasowej widać, że ich formy i natężenie się zmieniają. A skoro proces trwa, trwa walka, to znaczy, że zmiana systemowa jest wciąż możliwa. Nie patrzę też na ruch pracowniczy przez pryzmat jakiejś formacji związkowej czy partyjnej. Widzę go jako kompletnie autonomiczną siłę, która w określonych warunkach nabiera takiego czy innego charakteru politycznego. Nie frustruje mnie ani słabość związków zawodowych (choć to ważny symptom), ani słabość polityczna lewicy. M.K.: Ostatnie pytanie. Powiedziałeś o dwuznacznej roli głównych związków zawodowych. Jednocześnie poziom uzwiązkowienia jest w Polsce bardzo niski, a związki mają wyjątkowo złą prasę i określane są jako "roszczeniowe". Czy istnieją jakieś bardziej obiecujące związki, czy też należałoby dążyć do zmiany tych dominujących? A może sądzisz, że formuła związkowa jest w ogóle mało użyteczna? W takim razie co w zamian? W jaki sposób można reprezentować interesy pracowników w bardziej masowym, politycznym sensie? J.U.: To trudne pytanie. Kiedy spojrzymy na genezę związków zawodowych, musimy zauważyć, że pewne ich funkcje nie mają już racji bytu. W moim środowisku często powtarzamy, że związki zawodowe nie mogą być rodzajem ubezpieczalni, jakiegoś PZU, a u swego zarania w dużej części pełniły taką właśnie funkcję. Do dziś większe związki zawodowe wypłacają jakieś świadczenia, na przykład z tytułu urodzenia dziecka, zgonu współmałżonka, oferują różnego rodzaju zapomogi, itp. Robotnicy traktują często związki jak PZU, a składki jak ubezpieczenie. Na tym zasadza się biurokratyczna siła istniejących związków zawodowych. Przy dzisiejszym ustawodawstwie związkowym podobne struktury będą trwały mocą inercji, niezdolne do podjęcia szerzej zakrojonych walk, choć na przykład "Solidarność" czasami potrafi jeszcze odpowiedzieć konkretnym protestem. Musimy mieć świadomość, że związki zawodowe nie są konieczne, żeby podjąć protest. Sporo wielkich strajków organizowano i organizuje się poza strukturami związków zawodowych. Przypomnijmy rozruchy w 1970 i rewolucję 1980 roku albo protest szczecińskich stoczniowców w roku 2002. Część pracowników wprost twierdzi, że nie mają zaufania do związków i związki nie są im potrzebne. Jeżeli spytać ich, jak wyobrażają sobie inne, nowe związki zawodowe, pojawia się kilka ważnych kwestii. Związki zawodowe muszą mieć bazę poza zakładem, czyli ich funkcjonariusze nie mogą być na garnuszku pracodawcy. Najlepiej, gdyby związek nie miał etatów i gdyby jego członkowie nie musieli ujawniać się przed pracodawcą. Składki powinni zbierać sami związkowcy, a nie pracodawca, wreszcie procedura wystąpienia ze związku powinna być łatwa. Co to oznacza? Gdyby pójść tym tropem, związki nie byłyby już organizacjami masowymi, chyba że w momencie większego natężenia walk społecznych. Miałyby luźniejszy i bardziej doraźny charakter, ale być może przez to byłyby silniejsze. Co do politycznego charakteru związków, moim zdaniem cały ruch protestów pracowniczych ma znaczenie polityczne, a związki zawodowe są tylko jednym, może nie najważniejszym, elementem tej całości. M.K.: Dziękuję za rozmowę. "Bez
dogmatu" nr 75 28.02.2008 Aleksandra Przybylska w artykule "Gajowa: spróbujcie dogadać się z inwestorem" (Gazeta Wyborcza 22 lutego 2008) pisze o kontrowersyjnej sprawie odsprzedaży przez miasto działki na Jeżycach. Twierdzi, że protestujące w tej sprawie stowarzyszenia, rada dzielnicy i mieszkańcy, powinny raczej szukać porozumienia z potencjalnym inwestorem. Wierzę - pisze autorka - "że między mieszkańcami a potencjalnym jeżyckim inwestorem możliwy (i konieczny!) jest dialog. Dzięki rozmowie nawet najbardziej nierealne pomysły mogą okazać się godne realizacji". Jako kontrapunkt konfliktu wokół Gajowej, A. Przybyska stawia Stary Browar, który wg niej jest pozytywnym przykładem realizacji zamierzeń planistycznych i architektonicznych. Na plan dalszy natomiast autorka odsuwa to, co w istocie stanowi w tym przypadku kwestię zupełnie zasadniczą - okoliczności w jakich "Stary Browar" powstał i czy w tym przypadku po prostu mieszkańcy Poznania nie zostali poszkodowani poprzez arbitralne decyzje władz miasta (delikatnie rzecz ujmując). Podejmując demonstracje, chodzi mieszkańcom nie o to, a w każdym razie nie o to przede wszystkim, co jak wygląda i funkcjonuje, ale jak zostały podjęte decyzje i czy mieli oni na nie wpływ. Problem tkwi w tym, jakich interesów strzeże miasto - interesów swoich mieszkańców czy finansowo-biznesowej oligarchii pod przewodnictwem rodziny Kulczyków.
Aleksandra Przybylska wychwala Stary Browar pod niebiosa, co ma, jak rozumiem, rozwiać smród jaki wokół tej inwestycji powstał i przekonać nas wszystkich, że suma summarum wszystko poszło w dobry kierunku. Stary Browar: "daje nie tylko nowe miejsca pracy i wpływy z podatków do miejskiej kasy, ale - pisze Przybylska - też zapewnia uporządkowanie zaniedbanego wcześniej terenu i jego okolicy". Dodatkowo miejsce to stało ośrodkiem nie tylko handlu i biznesu, ale kultury! Ta - wg autorki - "niezwykła inwestycja", w istocie jest szczytem pretensjonalności i komercjalizacji. Wiele lat temu, o takich przedsięwzięciach Charles Jencks pisał, że : "Projekty te, prowokacyjne zarówno pod względem formalnym, jak i technicznym, odznaczają się ogromną spójnością, nie mogą jednak w żaden sposób przekroczyć bariery wynikającej z ograniczonych celów społecznych i politycznych, dla których zostały stworzone. Wspaniała forma jeszcze wyraźniej podkreśla trywialność treści". Korzyści ekonomiczne z tego typu przedsięwzięć, jak Stary Browar czy Plaza, nie są wcale tak jednoznaczne jak się autorce wydaje. W połowie lat '90 ulica Głogowska i przylegający do niej teren tętnił życiem. Był to największy pasaż handlowo-usługowy miasta, z setkami sklepów i punktów usługowych. Dogodne miejsce, z uwagi na sąsiedztwo dworca kolejowego, dla przyjezdnych klientów. Wbudowywane centra handlowe doprowadziły do upadku ulicy Głogowskiej, likwidacji wielu punktów czyli także miejsc pracy. Może takie zmiany są nieuchronne, ale powiedzmy do końca co one za sobą niosą. Kupcy i rzemieślnicy z Głogowskiej też płacili podatki do kasy miasta, ale niewielkie zyski zostawały w ich kieszeniach. Dziś, m.in. w Starym Browarze i Plazie, zyski, powstające często poprzez unikanie płacenia podatków, lądują przeważnie w kieszeniach akcjonariuszy wielki korporacji handlowych, którzy pewnie nawet nie wiedzą gdzie leży Poznań, a cóż dopiero Jeżyce. Jeden z najbardziej znanych menedżerów lat '90 Albert J. Dunlap, kiedyś szczerze wyznał: "Firma należy do ludzi którzy w nią inwestują, a nie do jej pracowników, dostawców, czy miejscowości, w której się mieści". Palza należała (bo nie wiem czy dalej tak jest) w momencie rozpoczynania inwestycji w Poznaniu do większościowego kapitału izraelskiego, ale swoją siedzibę koncern miał w Holandii. Poznański obiekt był jednym z 50, które wówczas powstawały w całej Europie! Każdy o wartości od 25 do 50 mln. dolarów. Jak zatem wyobraża sobie Pani dialog z takim inwestorem? Czy Lech Mergler, które słowa Pani przytacza i krytykuje, miał zadzwonić do Amsterdamu, Tel Awiwu czy gdzie indziej i powiedzieć: "How are you Mr. Business. Chcielibyśmy na Gajowej brodzik dla dzieci?" Zabiegi polegające na wyżebraniu czegoś (brodzika, ślizgawki czy fontanny) od inwestora są nie tylko upokarzające, ale przede wszystkim wskazują na faktycznie istniejący układ sił, gdzie mieszkańcy zamiast stać się podmiotem decyzji planistycznych, muszą "dogadywać się" z inwestorem. Jak powstawała Plaza Gazeta Wyborcza (25.10.2001) a propos protestów mieszkańców pisała: "Muszą mieć centrum, mogą mieć kanalizację". Ograniczenia społeczne i polityczne, o których pisał Jancks biorą się właśnie z dominujące roli inwestora i kapitału, która przejawia się nie tylko w obszarze władzy, ekonomii, ale także estetyki. W istocie rzeczy gromadzona pod dachem Starego Browaru sztuka, to w najlepszym wypadku "granie do kotleta". Pełni ona, podobnie jak architektura tego miejsca, zupełnie instrumentalne funkcje względem zamierzeń komercyjnych. Najlepiej stosunek Kulczyków do sztuki współczesnej, której mają aspiracje stać się mecenasami, oddaje przypadek instalacji Rafała Jakubowskiego, który w pracy "Arbeitsdisziplin" ("Dyscyplina pracy") zaprezentował, w krytyczny ujęciu, fabrykę Volkswagen, koncernu z którego interesami nasi poznańscy oligarchowie byli i są mocno powiązani. Praca ta została, decyzją władz miejskich pod przewodnictwem prezydenta Grobelnego, usunięta z miejskiej galerii BWA. Pisała o tym i Gazeta Wyborcza w artykule "Sztuka i wstyd" (31.08.- 01.09.2002). Fakt ten dobrze obrazuje, jak postrzega się rolę sztuki w kontekście ekonomicznych interesów, i jak widzi się dialog, o który autorka apeluje. Andreas Billert w swoich wypowiedziach i publikacjach wielokrotnie zwracał uwagę, że obecnie obowiązujące w Poznaniu zasady planowania i realizacji inwestycji nie służą interesom mieszkańców. W istocie rzeczy wysprzedając miasto prywatnym inwestorom po kawałku, tak jak to się robi teraz odnośnie Gajowej, bez wcześniejszego planu rozwoju danej dzielnicy, w którego ustalaniu biorą udział wszyscy mieszkańcy, nie ma szans na uwzględnienie interesu społecznego. Powstają swojego rodzaju hybrydy - w sąsiedztwie imponujących centrów handlowych i ogrodzonych nowych osiedli mieszkaniowych egzystują podupadłe, zdewastowane kwartały miasta, obok sterylnych hali zatęchłe i śmierdzące klatki schodowe i sutereny, obok bogactwa, kująca w oczy bieda. To charakterystyczny obraz nie dla zachodniej Europy, ale peryferyjnych krajów i miast, jakich jest Polska i Poznań. Aleksandra Przybylska pisząc, że wierzy w dialog inwestorów i mieszkańców, bez sensu podaje przykłady z Holandii, bo to zupełnie inny kraj. Ja nie wierzę, że na Jeżycach będzie możliwe wybudowanie boiska do gry w piłkę na dachu, jak w Utrechcie, dostępnego - jak rozumiem - dla "szczunów" z dzielnicy; prędzej powstanie centrum handlowe z kapliczką. Nie oto jednak chodzi. Problem leży w tym co z Jeżycami, jako całością w sensie urbanistycznym i przede wszystkim społecznym? Tego się nie wyjaśni w rozmowie z żadnym z inwestorów, który rozłoży ręce i zapyta: "a co mnie to obchodzi?". Lokalni ich przedstawiciele są głusi na żądania mieszkańców, zwłaszcza jeżeli czują poparcie władz miasta, które są po to "aby ściągnąć inwestorów" - jak się wyraził w wywiadzie dla Gazety burmistrz niewielkiej, ale atrakcyjnej, nadmorskiej gminy. No, może dla świętego spokoju uruchomią jakąś ślizgawkę. A.Przybulska przywołując nieprzyjemne doznania, jakiej jej towarzyszyły podczas oglądania zajezdni na Gajowej, podsumowując pisze, że "trzeba być koneserem, by docenić specyficzny klimat" tego miejsca. Ale stawiając za wzór Stary Browar czy Plaze, autorka skazuje nas na konformizm. Wizja protestujących wykracza poza granice polityczne, społeczne i estetyczne narzucane nam przez ramy gospodarki rynkowej. Jesteś w pierwszej kolejności obywatelami, a nie klientami. Nie da się demokracji zastąpić wolnym rynkiem. Nie musimy i nie zgadzamy się, aby interesy mieszkańców Poznania, poszczególnym dzielnic, były podporządkowane interesom elit politycznych i ekonomicznych. Sama Aleksandra Przybylska krytykując sposób przeforsowania przez radę miasta studium zagospodarowania przestrzennego, nie tak dawno pisała: "Nie sposób więc pozbyć się wrażenia, że chwilami władza traktuje mieszkańców jak zło konieczne, które po prostu musi w tym naszym mieście być. (...) Mieszkańców traktuje się jak krzykaczy, a gdy podczas obrad radnych pojawia się większa grupa obserwatorów z transparentami, w drzwiach ustawia się strażników miejskich. To fatalny sygnał." (Gazeta Wyborcza 21.01.2008.) O Gajowej natomiast pisze, jakby wcześniej jej własne słowa nie padły, jakby nie widziała związku pomiędzy sposobem podejmowania tamtej decyzji, a sprawą Gajowej, jakby się przestraszyła ich konsekwencji i apeluje o dialog. Ale z kim? Jarosław Urbański Artykuł
został opublikowany w Gazecie Wyborczej - Poznań, 29.02.2008 r. Na początku lutego zwróciła się do mnie redakcja "Dziennika" z propozycją, abym napisał tekst na temat kondycji polskiej lewicy, jako kolejny głos w toczącej się dyskusji*. Zgodziłem się i artykuł był gotowy 6 lutego. Przesłałem go natychmiast do redakcji, bo się niby "paliło" i... zapadła cisza. Może nie był dość ciekawy, bo i temat trochę już męczący. A może coś napisałem nie tak? Ocenę zostawiam czytelnikom. * * * Swój głos w sprawie kondycji polskiej lewicy, zacznę od stwierdzenia, że lament nad lewicą, lub nad tym co za lewicę uchodzi, w przeważającej mierze, jak widzę, dotyczy SLD i licznych historycznych wcieleń tej formacji oraz roli jaką ona odegrała w najnowszych dziejach Polski. Szczerze powiem, że nigdy nie uważałem tego ugrupowania za lewicowe, nie żałowałem jego słabości i nie miałem mu za złe żadnych zdrad, bo nigdy nie czułem więzi z tym towarzystwem. Nigdy też nie mogłem pojąć, jak można być tak głupim, żeby pokładać jakieś nadzieje w istnieniu tej formacji, wierzyć, że będzie ona stała na stanowisku prosocjalnych reform i wykaże się jakąś szczególną wrażliwością społeczną. Nie predysponują ją do tego ani przeszłość, ani pozycja społeczna, jaką zajmują jej przedstawiciele obecnie, choćby wyznaczaną przez kategorię majątku. Przecież to standard lewicowego paradygmatu - uznanie tego, że różnice społeczne zależą od sytuacji materialnej przedstawicieli poszczególnych grup. Średni majątek 53 posłów LiD na sejm obecnej kadencji (bez zadłużenia) wynosi ok. 670 tys. złotych. Na próżno zatem wśród nich doszukiwać się, pomimo wcześniejszego wycięcia eseldowskich baronów przez odnowione władze partii, przedstawicieli klas faktycznie ubogich i wykluczonych. W istocie rzeczy działacze SLD idą pod rękę z posłami innymi ugrupowań politycznych, tym co ich bowiem łączy jest właśnie status majątkowy, prestiż i współudział we władzy. Podkreślane co krok różnice ideowe czy polityczne między ugrupowaniami, nie mają rzeczywistego odzwierciedlania w kluczowych dla społeczeństwa kwestiach. Powtarzano to do znudzenia już wiele razy. Widać to wyraźnie na poziomie programów partii politycznych, w których trudno rozpoznać rzeczywiste sprzeczności tkwiące w strukturze społecznej, bowiem nie posługują się one językiem przeciwstawnych interesów i różnic klasowych. Nie odnajdziemy ich pomimo, że dane statystyczne jednoznacznie wskazują, iż społeczeństwo polskie się rozpada - rosną dysproporcje społeczne mierzone nie tylko dochodem, ale dostępem do edukacji, miejscem zamieszkania, mobilnością. S. Sierakowski napisał, że "dziś już nawet popularni prezenterzy telewizyjni wiedzą, że SLD i lewica to tylko roboczo stosowane synonimy". Sądzę, iż to popchnęło decydentów "Dziennika" do tego desperackiego kroku, jakim jest próba odbudowania wizerunku (jeżeli słabej to tym lepiej) lewicy. Dlatego też, nie dopuścili do głosu działaczy z SLD, bowiem nawet jeżeli rozumieją lewicowe kategorie, to już nie potrafią się nimi posługiwać. Jeżeli zatem możemy mówić o jakimś podziale mainstreamowej sceny politycznej na lewicę i prawicę, to jest to z jednej strony absolutnie arbitralny gest, nie mający żadnego realnego odniesienia w strukturze społecznej, a z drugiej gest niesłychanie dla ugrupowań z tej sceny przydatny, pozwalający utrzymać w społeczeństwie złudzenie, że w dalszym ciągu toczy się jakaś ważna debata, dyskusja czy spór. Jeżeli jakaś formacja "lewicowa" upadnie, to w interesie samej prawicy jest wymyślenie innej "lewicy", historycznie niegdyś ukształtowany podział na lewicę i prawicę bardzo się bowiem przydaje, jako dominujący dyskurs politycznego status quo. Zatem dyskusje jak ta, prowadzona na łamach, uchodzącego za prawicowy, dziennika, jest rozpaczliwą próbą ratowania tej iluzji podziału sceny politycznej, a my jak te barany bierzemy w tym udział, przekonani, że dzięki medialnemu koncernowi, znanemu z niszczenia lewicy, zdołamy wskrzesić lewicę prawdziwą. Oczywiście nie powinniśmy żadnych tekstów do redakcji Axel Springer wysyłać, ale zwyczajnie ją podpalić. Choćby dlatego, że mamy jeszcze nie załatwione pewne rozrachunki z lat '60 i '70 (jeżeli ktoś nie wiem o czym mówię, proponuje lekturę "Utraconej czci Katarzyny Blum" H. Bölla). Kryzys lewicy polega na tym, że nikt jeszcze tego ognia nie podłożył. Jeżeli dzisiaj lewica przechodzi kryzys, to jest sobie sama temu winna. Zbiera żniwo po zachodnim eksperymencie socjaldemokratycznym i wschodnim eksperymencie komunistycznym. Pisząc o tym kryzysie nie można przejść nad tymi historycznymi przyczynami obojętnie. Lewica zdobywszy władzę, nie potrafiła doprowadzić własnego projektu do końca, zawiodła. A jedną z podstawowych przyczyn tego była wiara w możliwości, jakie niesie państwo i środki sprawowania władzy; utożsamianie skuteczności lewicy, z udziałem we władzy. W dalszym ciągu pokutuje myślenie w kategoriach "dwuetapowej strategii", czyli najpierw zdobyć władzę w państwie, potem przekształcić rzeczywistość - strategii, którą Immanuel Wallerstein określił jako zasadniczo błędną. Przejawem tej tendencji jest m.in. zamieszanie jakie "Krytyka Polityczna" zrobiła wokół "Rewolucji u bram" S. Żiżka, książki będącej wyrazem, w moim odczuciu, resentymentu a nie buntu. Sam Żiżek zresztą, admirowany przez część polskiej lewicy, jest politycznym frustratem, na którym ciągle odbija się piętno własnego niepowodzenia w wyścigu o fotel prezydenta Słowenii. "Genialna" koncepcja została politycznie zweryfikowana negatywnie. Nie, nie wysunąłbym, aż tak daleko idących wniosków. Żiżek mówi kilka ważnych i ciekawych rzeczy, pod warunkiem, że nie plecie o zdobywaniu "Pałacu Zimowego", faktycznie popychając lewicę w kierunku wyborczych awantur i programu odrestaurowania państwa dobrobytu. Rozpatrywanie znaczenia i skuteczności dzisiejszej lewicy pod kątem współudziału we władzy, jest powtarzaniem błędów "starej lewicy". Można zmienić świat nie przejmując władzy - to hasło ruchu alterglobalistycznego nie dotarło do świadomości większości przedstawicieli polskiej lewicy, która ciągle mówi o konieczności "przebicia się" i podejmuje tak kompromitujące kroki, jak kandydowanie z list Samoobrony Piotra Ikonowicza. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych na lewicowych forach wzdychano, aby chociaż mieć jednego czy dwóch posłów, lub przekroczyć trzyprocentowy próg i dochrapać się budżetowej dotacji. Żenujące. A w czym by to zmieniło sytuację? Zasady gry zarówno na poziomie krajowym, jak i globalny są ustawione tak, aby nic się zmienić nie mogło, a w każdym razie niezbyt wiele. Chavez, nowy bożyszcze części lewicy, której kwestia skuteczności odebrała zdolność do właściwej oceny sytuacji, to epizod, tak jak epizodem będzie niebawem Castro. Uchodzę za człowieka lewicy i pewnie w sensie mentalnym i światopoglądowy tak jest. Ale nie zamierzam bronić czegoś, co być może już obrony warte nie jest. Ruch emancypacyjny może się wyrażać w różnych ideologiach, a lewicowa nie jest ani jedyną, ani - jak widzimy - dziś szczególnie płodną. To groźna konstatacja, nie tylko dla lewicy. Dlatego musimy pamiętać, iż koncepcja zmiany społecznej musi narodzić się w dyskusjach "na dole", na dzielnicach i w zakładach pracy, a nie na partyjnych salonach, wśród intelektualistów, na łamach dodatków do opiniotwórczych dzienników. To ciekawe, ale dalece niewystarczające. Jeżeli lewica nie czerpie siły z zakorzenienia w ruchu emancypacyjnym, w społecznej bazie, w spontaniczności i zaangażowaniu mas, jest skazana na uwiąd i degenerację, kompromisowe zespolenie z innymi nurtami politycznym w imię zachowania status quo, "mniejszego zła". Przewrotnie powiem, że nawet lepiej, iż lewica nie ma swojej reprezentacji parlamentarnej, bo protestujące doły nie będą miały pewnych złudzeń, nadziei i wiary w przywództwo, które w historii tylekroć je zawiodło. W grudniu 2001 roku argentyńska ulica krzyczała: "Precz z wami wszystkimi!". W tym raczej upatrywałbym południowo-amerykańskich symptomów naszych czasów, a nie w powstaniu takiego czy innego rządu. Bo skoro nie udało się lewicowym rządom w Europie, dlaczego miałoby się udać w Ameryce? Równolegle ruch emancypacyjny ma się dobrze. Skutecznie poblokowane kanały artykulacji niezadowolenia prowadzą do systematycznego od kilku lat wzrostu ciśnienia. Ewentualna erupcja może zaskoczyć swoją siłą i zasięgiem, a także, wbrew opiniom salonów, swoimi propozycjami programowymi. Zmianę dyskursu i odnowę polityki podyktuje ulica, a nie mównica. Wszystkie strajki, protesty, demonstracje dają nadzieję, że system się rozpadnie, a może już się rozpada. Liberalni publicyści ostatnio przestrzegają władze, że trzeba wyciszać nastroje i nadzieje, bo zbliżają się lata chude - idzie recesja. To zła wiadomość dla polityków. Jak to się mówi w gazetach? "Bad news - good news". Jarosław Urbański *
"Dziennik" opublikował do tej pory kilka tekstów w tym cyklu:
Andrzej
Smosarski "Lewica działa w Polsce na opak", Przemysław
Wielgosz "Polska lewica goni własny ogon", Adrian
Zandberg "Polska lewica dawno zeszła na prawo", Sławomir
Sierakowski "Nadchodzą lepsze czasy dla lewicy", Zuznanna
Dąbrowska "Lewica została w Polsce wyzerowana"
Czując mocne poparcie zarówno w wyborach, jak też w bieżących sondażach opinii publicznej, politycy PO nie wahają się rozpatrywać nawet najbardziej radykalnych rozwiązań, jak wyrzucenie związków zawodowych z zakładów pracy czy odebranie pracownikom czterech dni urlopu na żądanie. Czterech dni, które stały się bardzo groźną bronią w walce z pracodawcami, czego dowiedli celnicy paraliżując w styczniu wschodnią granicę kraju. Janusz Palikot, poseł PO i przewodniczący Komisji Nadzwyczajnej "Przyjazne państwo" (o ironio!) uważa, że obecny rząd jest... "zbyt obywatelski i zbyt nowoczesny", jak na obecną opozycję, która ma według niego dążyć do konfrontacji. Czy z tych słów wynika, że rząd powinien się zbrutalizować? Czy rząd zamierza chwycić za środki przemocy przeciwko protestującym robotnikom? Nie można tego wykluczyć i nie byłoby to po raz pierwszy od 1989 roku. Przemocy użyto w 1991 roku przeciwko okupującym zajezdnię pracownikom białostockiego MPK, w latach '90 wielokrotnie użyto także broni gładkolufowej przeciwko demonstrantom, np. w Warszawie w podczas manifestacji pracowników Łucznika. W 2002 roku policja atakowała protestujących pracowników Fabryki Kabli w Ożarowie, przemocą również reagowano na protesty pielęgniarek w 2001 roku. Wszystkie te przypadki miały jednak charakter incydentalny. Dziś niektórym liberałom spod znaku PO marzy się rozwiązanie systemowe. Na to liczą też pracodawcy. "Amunicji" do walki z "wrogą opozycją" dostarcza im już m.in. ustawa uchwalona za czasów PiS. Pod koniec kwietnia 2007 r., parlamentarzyści przyjęli nową ustawę o zarządzaniu kryzysowym. Efekt pozornie rutynowego działania ustawodawczego w rezultacie okazuje się niesamowitą bronią w rękach rządzących. Wniosek o zbadanie ustawy z Konstytucją wniósł już do Trybunału Konstytucyjnego LiD. W zasadzie cała "afera" dotyczy zapisu o "zerwaniu więzi społecznych". Czym jest zerwanie owych "więzi"? Dokładnie nie wiadomo. Nowa ustawa daje jednak konkretne uprawnienia władzy w sytuacji ich naruszenia. Na ten przykład, rząd mógłby użyć siły militarnej wobec strajkujących. Dotychczas zarówno definicja zarządzania kryzysowego jak i samej sytuacji kryzysowej odnosiły się przede wszystkim do stanów nadzwyczajnych tj. wojennego, wyjątkowego lub klęski żywiołowej. Nowa ustawa, poprzez zwrot "zerwanie więzi społecznych" przedstawionego jako efekt sytuacji kryzysowej, do grona pożarów, powodzi i aktów chuligańskich dodaje m.in. strajki pracownicze. Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że ustawa powstawała i została przyjęta w okresie wzmożonych protestów pracowniczych. Zerwaniem więzów społecznych może być wszystko, np. strajk przychodni zdrowia. Rząd Kaczyńskich mówił co prawda o "wzięciu lekarzy w kamasze", ale opinia publiczna przyjęła to jako kolejne czcze gadanie rządowych frustratów. Pomińmy już fakt, że w jednym z najnowszych numerów "Przeglądu Obrony Cywilnej" przeczytać można relacje z wojskowych szkoleń dla pracowników służby zdrowia. Najgorsze jest to, że w razie kolejnych "nielegalnych" (jak wyraził się ex-premier) strajków i ulicznych wystąpień, rząd powołując się na zapisy ustawy będzie mógł wysłać na protestujących siły wojskowe, oraz narzucić na jednostki działalności gospodarczej i instytucje pozarządowe obowiązki współpracy w pacyfikowaniu "kryzysu". Sprzeciw wobec tego zapisu prawnego jest istotny ze względu na podstawowe prawa społeczne związane z tzw. standardami demokratycznymi. Nie ma co liczyć na zmianę ustawy ze strony rządzącej koalicji. Pozostaje więc protest społeczny... w świetle nowej ustawy będący już tym samym co atak terrorystyczny. [ma-ga + ju] Artykuł
ukaże się w 17 numerze Biuletynu Inicjatywy Pracowniczej 15.02.2008 Że demokracja parlamentarna w Polsce sięgnęła dna, zaczynają wreszcie dostrzegać nawet najwięksi entuzjaści kreślenia krzyżyków na kartkach do głosowania i najwierniejsi słuchacze partyjnej paplaniny. Sama kontestacja jednak nie wystarczy. Najnowszy kryzys reprezentacji politycznej kraju warto wykorzystać w sposób konstruktywny: na przemyślenie i ewentualne rozpropagowanie wrogiego rządzeniu ponad głowami obywateli projektu demokracji. Jego fundamentem mógłby się stać odnowiony przez ruchy społecznego sprzeciwu samorząd. Kto nam
ukradł lokalną politykę? Krańcowo różnym sposobem kierowania sprawami publicznymi powinien być samorząd, chociaż obowiązująca w Polsce ordynacja wyborcza do samorządu terytorialnego sprawiła, że rady gmin, miast i sejmiki upodobniły się do parlamentu w skali mikro. Upartyjniono lokalną administrację, pogrzebano ideę samorządności. Podział na sprawy lokalne i ogólnonarodowe miał służyć rozróżnieniu kompetencji samorządów i parlamentu, ale okazał się bezużyteczny. Wielkość danej jednostki administracyjnej, ani liczba mieszkańców, nie są w tym przypadku najważniejsze, liczy się przyjęty dla nich model demokracji - ograniczającej się do udziału w wyborach lub realizującej się poprzez samodzielne i bezpośrednie rządy wszystkich obywateli, którzy tego pragną, czyli właśnie samorząd. Jak odzyskać
samorząd? Z kim
robić rewolucję? Rafał Górski Artykuł
ukazał się w 9 numerze Biuletynu Inicjatywy Pracowniczej 14.02.2008
Strajk górników i pracowników służby zdrowia, protesty kierowców TIRów i manifestacje nauczycieli, wezwania związków zawodowych do podjęcia protestów domagających się godnych wynagrodzeń dla wszystkich, świadczą o tym, że niezadowolenie społeczne przybiera na sile. Niespełna kilka miesięcy po wyborach parlamentarnych, liberałowie którzy szli do wyborów pod hasłami ratowania demokracji i wygrali z prawicą, zaczęli się zastanawiać jak poradzić sobie ze wzrostem niepokojów i roszczeniami wielu grup pracowniczych. Ich lider a obecny premier nie krył podczas kampanii swojej niechęci do związków zawodowych. Teraz politycy ci nie wahają się rozpatrywać nawet najbardziej radykalnych rozwiązań, jak wyrzucenie związków zawodowych z zakładów pracy - rzecz dziś przez polska prasę szeroko komentowana. Janusz Palikot, poseł PO, milioner, przewodniczący jednej z ważnych komisji parlamentarnych, stwierdził wprost, iż uważa, że obecny rząd jest... "zbyt obywatelski i zbyt nowoczesny", jak na obecną opozycję, która według niego dąży do konfrontacji z rządem. W tym kontekście należy rozpatrywać wydarzenia w Budryku, które nie były - moim zdaniem - oderwanym protestem, ale pewnego rodzaju próbą sił. Górnicy domagali się respektowania norm prawa pracy, które w Polsce jak i UE mówią jasno - upraszczając: u jednego pracodawcy robotnicy pracujący na tych samych stanowiskach, muszą zarabiać tak samo. Tymczasem górnicy Budryka mieli u nowego właściciela (pracodawcy), zarabiać najgorzej, mniej niż pracownicy innych kopalń tego samego holdingu. Żądali zrównania płac, co wiązało się z konkretnym ich wzrostem. Właścicielem większości kopalń w Polsce jest państwo, kiedy już porozumienie między strajkującymi i zarządem firmy było gotowe (ok. 10 stycznia) rząd postanowił je zablokować. Zabronił dyrekcji kopalni podpisania go. Od początku dążono do konfrontacji i straszono górników zastosowaniem siły. Pretekstem miało być to, że kopalni, w wyniku strajku, grozi katastrofa. Prawdziwym powodem była chęć złamania, szeroko relacjonowanego w mediach, protestu, co miało stać się jasnym sygnałem dla innych grup pracowników, że rząd zamierza przeciwstawić się wzrastającej fali żądań, a dla pracodawców, iż panuje nad sytuacją i nie pozwoli, nawet za cenę zastosowania przemocy, na wzrost nastrojów rewindykacyjnych. Nowy liberalny rząd jest przez prawicowych publicystów coraz częściej atakowany za brak zdecydowania i "nijakość". Mogłoby to oznaczać, że biznes odwróci się od liberalnych polityków i wesprze w przyszłości rządy "silnej ręki" braci Kaczyńskich. Te szerokie uwarunkowania walki górników z Budryka uniemożliwiają łatwą ocenę wyniku opisywanej tu konfrontacji. Być może z punktu widzenia ich zakładu pracy i podstawowej kwestii o którą walczyli, czyli zrównanie płac, sukces nie wydaje się tak wyraźny. Dużo mówiono na temat tego, że akcję protestacyjną prowadziła do końca mniejszość załogi, góra 500 osób na ponad 2000 zatrudnionych. Ale jeszcze mniejsze siły zdołali zebrać łamistrajkowie, popierani przez dwie największe górnicze centrale: Związek Zawodowy Górników i NSZZ "Solidarność". Można śmiało stwierdzić, iż zdecydowana większość załogi milcząco akcję protestacyjną popierała, jednoznacznie odrzucając zresztą wcześniej w referendum ugodowe porozumienie podpisane przez ww. związki zawodowe. Tak długie strajki (46 dni) często nie kończą się w spektakularny sposób. Powstaje pewien niedosyt. Jednak w szerszym kontekście, pomimo nagonki prowadzonej przez prawicowe media, kampanii oszczerstw, wrogości polityków, zdrady części związków zawodowych, górnicy z Budryka nie dali się złamać i po 46 dniach zmusili dyrekcję kopalni, a zatem rząd, do podpisania porozumienia, dla górników jednak korzystnego, choć może nie w stopniu na jaki wskazywało ich poświęcenie. Nie bez znaczenia był tu fakt, że nie ziściły się kalkulacje liberałów i w wyniku szerokiej akcji solidarnościowej przeprowadzonej w styczniu, opinia publiczna w większości strajk górników poparła. Szerokim echem w polskiej prasie odbiły się głosy solidarności ze strajkującymi wyrażone przez Dario Fo czy Ken'a Loach'a, a także np. francuską CNT. W akcje solidarnościowe włączyły się także środowiska anarchistyczne w tym Inicjatywa Pracownicza i niektóre sekcje Federacji Anarchistycznej. W Poznaniu np. udało nam się częściowo zmienić ton artykułów prasowych dotyczących strajku w lokalnych mediach, kiedy wprost zarzuciliśmy im szerzenie kłamstw. Na Śląsku działacze IP zorganizowali benefit, koncert na rzecz rodzin strajkujących górników. Zbieraliśmy pieniądze dla strajkujących i kolportowaliśmy tysiące ulotek z apelem górników o pomoc. Przedstawiciel Komisji Krajowej IP, Bartek Kantorczyk, listonosz z Gdańska, inicjator strajku pocztowców z listopada 2006 roku, dotarł na najważniejszą demonstrację górników, jaka miała miejsce 10 stycznia pod Budrykiem i przemawiając, zapewnił ich o solidarności ze strajkującymi innych grup pracowniczych. Jego wypowiedź pojawiła się w niektórych mediach jako przykład, z jednej strony, międzybranżowej solidarności pracowników, a z drugiej jako przykład wzrostu społecznego napięcia, bowiem Kantorczyk wezwał otwarcie do strajku powszechnego. Podsumowując - środowiska anarchistyczne poparły strajk górników, nie tylko jako ważny przejaw walki konkretnego zakładu pracy, ale także konfrontacji z rządem. Jakie wnioski można wyciągnąć? Z perspektywy dzisiejszej strajk w Budryku wydaje się ważnym doświadczeniem. Była to też próba trudnego sojuszu części ruchu anarchistycznego i anarchosyndykalistycznego z działaczami związku zawodowego Sierpnia'80, którzy protest w Budryku organizowali. Sojuszu, który jest przez część środowiska anarchistycznego krytykowany. Trzeba pamiętać, iż na początku 2006 roku wspólnie, Inicjatywa Pracownicza i Sierpień'80, bronili zwolnionych za działalność związkową działaczy właśnie z Sierpnia'80 z Budryka oraz Inicjatywy Pracowniczej z IMPELu i Uniontexu, organizując duże demonstracje w Poznaniu, Łodzi a na początku 2007 roku we Wrocławiu. W momencie konkretnej konfrontacji wydaje się, że pomimo różnic zdań co do niektórych kwestii, jako anarchiści i anarchosyndykaliści mówimy, jak w przypadku strajku w Budryku, jednym głosem: "nie damy zgnieść przez rząd strajku górników, nie będziemy tolerować kłamstw w mediach, nie damy uciszyć słusznych żądań". Strajk w Budryku i akcja solidarnościowa pokazały, że ruch anarchistyczny i anarchosyndykalistyczny w Polsce, znajduje się w centrum walk klasowych, będąc z nimi silnie zintegrowanym. W moim odczuciu zrobiliśmy też wszystko, co mogliśmy w sprawie Budryka zrobić, choć to oczywiście była tylko kropla w morzu potrzeb. Jarosław
Urbański, Tekst ukaże się w 31 numerze wydawanego w Niemczech, anglojęzycznego pisma "Abolishing the borders from below", poświęconego problemom Europy wschodniej. 13.02.2008 11 lutego b.r. pracownicy Cegielskiego na wezwanie Inicjatywy Pracowniczej po raz kolejny przerwali pracę. Protest ten jest kolejnym, z całego cyklu walk pracowniczych w tych zakładach. Poniżej komentarz jednego z działaczy, zamieszczony w 16 numerze Biuletynu IP, po zakończeniu rozmów płacowych pod koniec ubiegłego roku. Rzuca on światło na anatomię aktualnej sytuacji w HCP S.A.
Co dalej? Jest jeszcze walka o nowy regulamin funduszu socjalnego. Inicjatywa Pracownicza żąda, aby 95 procent funduszu była przeznaczona na "wczasy pod gruszą". Rozmowy trwają. Jest także problem prywatyzacji HCP i wszystkiego co się z tym wiąże: gwarancji zatrudnienia, premii prywatyzacyjnej itd. A co do samych podwyżek. Teraz pracownicy dostali 100 złotych podwyżki i po 250 złotych (umysłowi więcej) miesięcznej premii do końca 2007 roku. Jestem tylko ciekawy, jak zarząd zamierza potem te premie ludziom odebrać. Eugeniusz
Poczta 11.02.2008 Niniejszy artykuł stanowi próbę reinterpretacji historii polskiego ruchu pracowniczego na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Próbie tej towarzyszy przekonanie o znaczeniu w socjologii analizy historycznej i historiozoficznej, zwłaszcza w obliczu modnej tezy o "końcu historii"; koncepcji ogłoszonej w 1989 roku przez F. Fukuyame i mówiącej o tym, że doszło do ostatecznego zwycięstwa systemu kapitalistycznego. W swojej analizie chciałbym pokazać, że 1989 rok w historii współczesnego ruchu pracowniczego nie jest momentem przełomowym. Aby właściwie wyjaśnić problemy związane z ruchem pracowniczym trzeba - w moim przekonaniu - posłużyć się dłuższymi trendami historycznymi. Swoją analizę zacznę od 1970 roku. Punkt zwrotny - rok 1970 Lata 1968-73 to lata globalnego przesilenia, wielkich społecznych rewolucji, które z jednej strony kwestionowały cały porządek ustalony przez mocarstwa w Jałcie, a z drugiej podważały tradycje ruchu antysystemowego, zwłaszcza tzw. "starą lewicę", z powodu rozczarowania jakie one przyniosły. Zamieszki wybuchł też w Polsce, najpierw w marcu 1968 roku doszło do wystąpień studenckich, później w grudniu 1970 roku kraj sparaliżował strajk i starcia robotników z milicją na Wybrzeżu. Aby lepiej zrozumieć ten proces cofnijmy się nieco w wstecz. Wydarzenia 1956 roku zmusiły władze komunistycznej Polski do skierowania w latach 1957-58 więcej środków inwestycyjnych w produkcję dóbr konsumpcyjnych, celem podniesienia poziomu życia. Po 1956 roku nastąpiło zatem odczuwalne dla przeciętnego obywatela podniesienie stopy życiowej. "Środki na podwyżki płac osiągnięto początkowo w wyniku zmniejszenia części dochodu narodowego przeznaczonego na akumulację oraz zaciągnięcia zagranicznej pożyczki na cele konsumpcyjne".(1) Na przykład w województwie poznańskim, gdzie doszło w czerwcu 1956 r. do krwawego stłumienia robotniczego powstania, do października 1957 r. płace realnie wzrosły o 20%. "Płace realne wzrastały szybko do 1959 roku, kiedy to w skali kraju przewyższyły o 31% poziom z 1955 roku".(2) Choć dynamika wzrostu produkcji przemysłowej w latach 1961-65 utrzymywała się na wysokim poziomie (w skali kraju wzrosła o 50,9%), to wzrost realny płac został wówczas gwałtownie zahamowany. Płace w ciągu 5 lat wzrosły jedynie o 8% (oficjalnie planowano o ponad 20%). W latach 1965-70 było jeszcze gorzej. Ostatecznie proces ten zakończył się ponownym wybuchem niezadowolenia społecznego (w 1970 r.). Władze polskie po krwawych zajściach na Wybrzeżu oficjalnie uznały, że wydarzenia te "stanowiły rezultat gromadzącego się od dłuższego czasu niezadowolenia ze stagnacji płac realnych i rosnącego napięcia na rynku konsumpcyjnym, zaostrzającego się problemu mieszkaniowego oraz zaniedbań w polityce socjalnej".(3) Zmiany personalne w aparacie władzy w grudniu 1970 roku nie uspokoiły nastrojów. Akcje strajkowe były jeszcze podejmowane przez zimę 1971 roku. Dopiero zapowiedź zamrożenia cen do 1974 roku położyło kres walkom pracowniczym. Nowa ekipa władzy z Gierkiem i Jaroszewiczem na czele sądziła, że możliwa jest dalsza intensywna industrializacja w kraju, w połączeniu z podniesieniem stopy życiowej i zapewnieniem wzrostu konsumpcji. Na lata 1971-75 zaplanowano bardzo wysoki wzrost wynagrodzeń. "Już po pierwszych trzech latach realizacji planu przeciętna płaca realna wzrosła o 24%. Wzrost stopy życiowej był wyraźnie odczuwalny przez przeciętnego obywatela..."(4) Jednak okres gierkowskiej prosperity nie trwał długo. Polska wraz z całą gospodarką światową przeszła istotną zmianę i dotknęła ją stagnacja. W połowie lat 70 doszło do pierwszych wystąpień robotniczych, które były zapowiedzią wydarzeń 1980 roku. Między realnym socjalizmem i realnym kapitalizmem Około roku 1970 mamy do czynienia z pojawieniem się na światowym rynku kapitałowym nadwyżek finansowych pochodzących z zysków ze sprzedaży ropy naftowej, której ceny bardzo wzrosły, a za nimi ceny także innych artykułów. Nastąpiły dwie ważne tendencje: Kraje, takie jak Polska, które były uzależnione od dochodu z eksportu surowców, doświadczyły spadku zysków, bowiem w tym samym momencie wzrosły ceny artykułów importowanych. Pojawiły się trudności z bilansem płatniczym. Natomiast część nadwyżki finansowej powstałej ze sprzedaży ropy, trafiła do niemieckich i amerykańskich banków i zaczęły one agresywnie szukać możliwości udzielenia kredytów, które oferowano krajom cierpiącym na kłopoty z bilansem płatniczym. "Kraje te intensywnie brały kredyty, ale potem okazało się, że trudno im spłacić zaciągnięte pożyczki, które zakumulowały się, aż płatności wynikające z długów, wzrosły do niemożliwego poziomu".(5) W 1975 r. wartość zadłużenia Polski w krajach kapitalistycznych była prawie dwukrotnie wyższa od rocznych wpływów dewizowych za eksport do tych krajów, podczas gdy za bezpieczną granicę uważa się na ogół równowartość rocznego eksportu. Celem wymuszenia ich spłat zachodnie banki i państwa naciskały na restrukturyzację, która zazwyczaj prowadziła do cofnięcia przez rząd dopłat do artykułów żywnościowych i podwyżki ich cen. Ostatecznie w 1980 roku Polska była winna zachodnim wierzycielom 24 mld. dolarów. Z biegiem czasu zadłużenie rosło. W latach 1971-1987 rząd polski pożyczył na łączną kwotę 47,5 mld. dolarów, a "suma spłat odsetek i rat kapitałowych w tym czasie zamknęła się liczbą 50,6 mld. dolarów".(6) Zatem Polska spłaciła ponad 3 mld. dolarów więcej niż wynosił pożyczony kapitał. Rewolucja 1980 - pętla zadłużenia i protesty Narastające trudności gospodarcze i problemy ze spłatą zadłużenia doprowadziły do kolejnego obniżenia się stopy życiowej, co z kolei wywołało wzmożony opór klasy pracowniczej. Jak zauważa jeden z historyków "w latach 1978-1979 nastąpił poważny spadek dyscypliny i wydajności pracy". Według ówczesnych ocen, np. w Poznaniu każdy statystyczny robotnik opuścił w ciągu roku ponad jeden miesiąc pracy.(7) Dodatkowo narastała frustracja z powodu rosnących nierówności społecznych. W kwietniu 1980 r. delegacja bankierów zachodnich udała się do Polski, podobnie jak czyniono to w przypadku innych krajów zadłużonych, na rozmowy w sprawie warunków spłaty kredytów. Magazyn "Fortune" pisał, że w czasie tych rozmów bankierzy żądali ograniczenia dotacji do podstawowych artykułów żywnościowych w celu szybszej spłaty zadłużenia".(8) Timothy Garton Ash stwierdził w swojej książce "Polska rewolucja", że bez wątpienia jej bezpośredniej przyczyny należy szukać w sferze ekonomii politycznej. "W roku 1979 po raz pierwszy w historii Polski Ludowej (w każdym razie według oficjalnych źródeł) doszło do spadku dochodu narodowego. Kiedy zachodni wierzyciele stali się ostrożniejsi niż dawniej, nowy premier Edward Babiuch ogłosił plan, od którego włosy stawały na głowie: do końca roku Polska miała skasować deficyt w handlu zagranicznym (1,3-1,5 miliarda dolarów). Oznaczało to konieczność zwiększenia eksportu o około 25% i zmniejszenia dostaw na rynek wewnętrzny w ostatnim kwartale 1980 roku o około 15%. Podwyżka cen żywności stawała się teraz nieunikniona".(9) Rewolucja 1980 roku udaremniła dążenia rządu i zachodnich wierzycieli do maksymalizacji spłaty zadłużenia przez obniżkę spożycia. Pomimo, że w latach 1980-1981 dochody nominalne ludności wzrosły o 61% w stosunku do poziomu z 1979 roku(10), to władze nie potrafiły pozytywnie odpowiedzieć na falę żądań socjalnych, z uwagi na tragiczną sytuację w zaopatrzeniu rynku wewnętrznego. Puste półki w sklepach i inflacja sprawiły, że warunki życia po sierpniu 1980 roku w dalszym ciągu się pogarszały. Ruch pracowniczy w takiej sytuacji podniósł postulat przejęcia kontroli nad gospodarką. Ash twierdzi, iż poparcie dla programu samorządów robotniczych było masowe: "95% respondentów w fabrykach zatrudniających ponad tysiąc ludzi było za nowymi strukturami samorządowymi, a 68% całej próbki 'Solidarności' sądziło, że trzeba je zakładać natychmiast".(11) Kiedy wreszcie wywalczona ustawa o samorządzie pracowniczym miała wejść w życie władze reżimowe chwyciły po rozwiązanie siłowe, aby nie dopuścić do przejęcia fabryk przez robotników. Po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego, krwawemu rozprawieniu się z buntem części zakładów pracy i delegalizacji "Solidarności", władze wprowadziły okrojone samorządy pracownicze, które nigdy, podobnie jak ostatecznie po 1956 roku rady robotnicze, nie stały się autentycznym przedstawicielstwem pracowników. Zachodni wierzyciele przyjęli stan wojenny z zadowoleniem. "Wall Sreet Journal" 21 grudnia 1981 pisał: "Prezydent Reagan może potępiać wypadki w Polsce, ale wielu amerykańskich bankierów uważa, że autorytarne rządy typu radzieckiego są najlepszą gwarancją odzyskania pieniędzy pożyczonych Polsce".(12) Ash analizując postawę Stanów Zjednoczonych wobec wydarzeń w Polsce stwierdza: "W praktyce jednak reakcja administracji Reagana na kryzys polski (...) była pełna zakłopotania, niejasna i pozbawiona zdania w najważniejszym zakresie, a mianowicie w polityce gospodarczej. (...) Program ['Solidarności'] miał silne zabarwienie egalitarystyczne, był niewątpliwie za państwem opiekuńczym, większość członków 'Solidarności' była przeciwna reprywatyzacji przemysłu ciężkiego. Popularność idei kontroli robotniczej nad przemysłem już sama w sobie musiała dać konserwatystom zachodnim wiele do myślenia".(13) W istocie rzeczy Reagan nie mógł głośno zaprezentować Polakom swojej koncepcji reformy gospodarczej, bowiem była ona rażąco inna, niż chciała tego zdecydowana większość z nich. Mógł to zrobić dopiero po 1985 roku, kiedy wyalienowane elity rozbitego wówczas ruchu pracowniczego, który przez lata 1982-1984 trwał w słabnącym z roku na rok oporze, podjęły decyzję o zmianie programu. We wrześniu 1985 roku Tymczasowa Komisji Koordynacyjna podziemnej "Solidarności" przyjęła postulaty gospodarcze zrywające z samorządnością robotniczą i opowiadające się za wolnym rynkiem. Jeden z postulatów np. brzmiał: "Bezwzględnie i konsekwentnie należy wprowadzać w życie zasady upadłości i bankructwa przedsiębiorstw nierentownych".
Między 1982 a 1985 rokiem "władze korzystając z ochrony stanu wojennego podniosły bardzo wysoko ceny, obniżyły drastycznie spożycie ludności i przywróciły poprzedni czas pracy w górnictwie doprowadzając do wzrostu wydobycia węgla".(14) Dzięki wzrostowi jego eksportu możliwa była poprawa bilansu płatniczego (a przy okazji "polski węgiel" pomógł Margaret Thatcher rozprawić się ze strajkiem brytyjskich górników). W rezultacie tych kroków, zaopatrzenie na rynku wewnętrznym się poprawiło, ale daleko było do normalizacji ekonomicznej. W 1986 roku, po kompletnym spacyfikowaniu ruchu pracowniczego, Polska - jak pisze Jacek Tittenbrun - "weszła w nowe stadium pogłębienia zależności od zachodniego kapitału, stając się członkiem koronnej instytucji międzynarodowego kapitału finansowego, tj. Międzynarodowego Funduszu Walutowego". Jeszcze przed przystąpieniem do MFW rząd "podniósł ceny części artykułów żywnościowych, dokonał dewaluacji złotego i zniósł niektóre dotacje".(15) Na początku 1987 roku rzecznik rządu zapewnił, że Polska zamierza wprowadzić w życie wszelkie zalecanie MFW, a "Finacial Times" o działaniach władz pisał, iż "odpowiadają propozycjom wysuwanym przez MFW i zachodnich kredytodawców"(16), nie spotkały się one jednak z przychylnością ze strony robotników. Systematycznie przeprowadzane podwyżki wywoływały niezadowolenie. W 1988 roku doszło do dwóch fal strajków (kwietniu/maju i sierpniu). We wrześniu 1988 roku "Le Monde" pisał o wybuchu społecznego niezadowolenia jako reakcji na "wypracowaną z aprobatą MFW i Banku Światowego wersję" powrotu do cen realnych, który to scenariusz bardzo szybko "okazał się niemożliwy do zrealizowania", wobec "oszołomienia gwałtownym wzrostem cen żywności, komunikacji, usług, krótko mówiąc inflacją rzędu ok. 60 proc."(17) Podziemne struktury "Solidarności", w swoim głównym nurcie przeorientowane ideologicznie i de facto akceptujące już reformy pod dyktando MFW, nie były zainteresowane podsycaniem niezadowolenia społecznego. Głoszone wcześniej konfrontacyjne tezy zostały zastąpione koncepcją dogadania się z władzą. Ważne jednak było dla opozycji sprawić wrażenie, że nie odbywa się to nad głowami społeczeństwa. Dlatego strajki w 1988 roku, o bardzo ograniczonym zasięgu (w sumie wybuchło ich nie więcej niż 30) zostały szybko wykorzystane politycznie (a obecnie zostały zmitologizowane). Przeciwko "prokapitalistycznej transformacji"- strajki 1992/93 Pomimo sukcesu opozycji w pierwszych wyborach do Sejmu, w efekcie pogarszających się warunków bytowych fala protestów narastała. W 1990 roku wybuchło 250 strajków, w 1991 - 305. Kulminacja walk pracowniczych przypadła na rok 1992-1993, kiedy zanotowano kolejno 6351 i 7443 strajki. W 1994 roku wybuchło jeszcze 429 strajków, a ich liczba w kolejnym roku spadła do 42, a w 1996 - 21 strajków.(18) Jedna z analiz socjologicznych stwierdzała wówczas, że: "Dane dotyczące strajków (w latach 1992-1993) wyraźnie pokazują na narastanie akcji protestacyjnych wraz ze spadkiem społecznej aprobaty dla prywatyzacji i zaufania dla postsolidarnościowych elit politycznych".(19) Obniżenie stopy życiowej było tak dramatyczne, że mówiły o tym nawet oficjalnego dokumentu rządowe. "W pierwszych latach - czytamy na stronach Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej - po zmianie ustroju reformom gospodarczym towarzyszyły drastyczne dla społeczeństwa zjawiska recesji przemysłowej, bezrobocia, obniżenia płacy realnej i poziomu życia. Pracownicy - zwłaszcza wielkich przedsiębiorstw państwowych - dzięki którym obalono komunizm, mocno dotknięci skutkami transformacji, zaczęli podejmować masowe protesty".(20) Pod presją fali niezadowolenia społecznego latem 1992 roku rząd przedstawił związkom zawodowym pomysł zawarcia paktów społecznych, z których najważniejszym miał być Pakt o przedsiębiorstwie państwowym. Podpisanie Paktu nastąpiło w lutym 1993 roku. Niestety wspomniana ustawa nie gwarantowała odpowiedniej kontroli pracownikom nad przedsiębiorstwem. Wiele lat później, jeden z autorów Paktu, Jacek Kuroń powiedział: "Pozwoliliśmy starej i nowej biurokracji, by podczas głosowania w parlamencie usunęła z Paktu (o przedsiębiorstwie) najważniejszy element - reprezentację załóg w radach nadzorczych przedsiębiorstw. W rezultacie wspólnymi siłami budowaliśmy nie ład obywatelski, lecz biurokratyczny na modłę kapitalistyczno-quasi-demokratyczną".(21) W 1993 roku "przepada" także ustawa o akcjonariacie pracowniczym, co w zasadzie zamknęło drogę do bezpośredniego uwłaszczenia robotników na majątku narodowym. Na gruncie politycznym protesty społeczne 1992-1993 zdołały doprowadzić do upadku rządów H. Suchockiej, a w obliczu zmian politycznych czasu opór z biegiem czasu słabł. Wpływ na to miało również polepszenie się sytuacji na rynku pracy. Na przykład bezrobocie po 1994 roku (16,7%) zaczęło spadać i w 1998 roku osiągnęło poziom 10,7%. Czas golobalizacji i krach neoliberalnych reform Podobnie jak w poprzednich przypadkach, okres względnego uspokojenia nastrojów nie trwał długo. W momencie, kiedy wydawało się, że kapitalizm w wersji neoliberalnej święci tryumf, a historia faktycznie dobiega końca, systemem wstrząsnęły nowe kryzysy i konflikty, przed którymi nie ustrzegała się także Polska. W 1995 roku załamanie gospodarcze dotyka Meksyk (w rok po przystąpieniu do północnoamerykańskiej strefy wolnego handlu - NAFTA). MFW uruchamia - dla ratowania sytuacji amerykańskich inwestorów - gigantyczną pożyczkę 17,7 mld. dolarów. Skutki dla meksykańskiej gospodarki są jednak katastrofalne; w ciągu kilku miesięcy zbankrutowało 15 tys. przedsiębiorstw, trzy miliony osób straciło pracę, siła nabywcza pieniądza spadła o 1/3. Po Meksyku przyszła kolej na kraje azjatyckie, Rosję i inne państwa Ameryki Łacińskiej (w 2001 np. Argentyna). Skutki owych kryzysów w drugiej połowie lat '90 docierają również do Polski, gdzie po chwilowej poprawie doszło znowu do pogorszenia sytuacji bytowej. W raporcie Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) dotyczącego dochodów polskich rodzin za 2003 r., stwierdzono, że w latach 1997-2003 miała miejsce tendencja wzrostu zasięgu ubóstwa. "Jest to szczególnie niepokojące w odniesieniu do zwiększenia się prawdopodobieństwa zagrożenia ubóstwem skrajnym, za granicę którego przyjęto poziom minimum egzystencji. Wzrost ubóstwa w ostatnich latach dokonał się przy poprawie przeciętnej sytuacji materialnej ogółu Polaków, generowanej przez wysokie dochody, co świadczyć może o rosnących nierównościach w sytuacji dochodowej i poziomie spożycia polskiego społeczeństwa". Zatem choć płace przeciętnie rosły to dotyczyło to tylko wybranych grup społecznych - zdecydowana większość w tym okresie odczuwała stagnację, czy wręcz spadek realnego wynagrodzenia. Na przykład robotnicy produkcyjni w H. Cegielski - Poznań S.A. w 1999 roku zarabiali blisko 12% powyżej średniej płacy w Polsce, a trzy lata później już blisko 13% poniżej tej średniej. W ciągu tego okresu ich zarobki spadły nominalnie z 2037 zł. przeciętnie na miesiąc (w 1999) do 1979 zł. (w 2002). Nowa polska rewolucja - 2002/2003 Bezpośrednią przyczyną wystąpień robotniczych w 2002 i 2003 r. było wysokie bezrobocie i fatalna sytuacja wielu zakładów przemysłowych, nad którymi zawisło widmo bankructwa. Dodatkowo polityka rządu, pod presją Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, zmierzała do kolejnych wielotysięcznych zwolnień w hutnictwie i górnictwie, oraz niekorzystnych dla pracowników zmian w prawie pracy. Pierwszym, i jednym z najważniejszych, sygnałów, że polscy robotnicy dłużej nie będą akceptować działań kapitalistycznych elit, był protest szczecińskich stoczniowców, którzy poza związkami zawodowymi, zorganizowali się i prowadzili przez kilka miesięcy 2002 roku protest w obronie miejsc pracy. Fala niezadowolenia ogarnęła całą Polskę i wiele branż. Po kilka razy w tygodniu dochodziło do jakiś demonstracji, blokad, strajków. Na ulice wyszli górnicy, hutnicy, pracownicy służby zdrowia, pracownicy przemysłu ciężkiego i motoryzacyjnego. Strajkiem generalnym zagroziły związki zawodowe na kolei i na Śląsku. Szerokim echem odbiły się w Polsce protesty w ostrowskim Wagonie, wrzesińskim Tonsilu, białostockim Bison-Bialu, łódzkim Uniontexie. 26 kwietnia 2002 r. w Warszawie 70 tysięcy związkowców z Solidarności protestowało przeciwko zmianom w kodeksie pracy, a 25 kwietnia 2003 r. ponad 20 tys. związkowców domagało się zaprzestania polityki zwolnień, przestrzegania praw pracowniczych, terminowego wypłacania wynagrodzeń oraz przywrócenia zasiłków i świadczeń przedemerytalnych. 11 września 2003 roku 10 tys. górników w sposób gwałtowny protestowało w Warszawie. W wyniku walk rannych zostało 62 policjantów, w tym kilku ciężko. Udzielono pomocy medycznej także 22 demonstrantom, ale dokładna liczba rannych górników nie jest znana. Największe jednak znaczenie dla opinii publicznej i elit miały wydarzenia w Ożarowie, gdzie po ponad 200 dniach protestu wybuchły pięciodniowe zamieszki w listopadzie 2002 roku. W latach 2002-2004 w sumie odbyło się wprawdzie tylko 27 strajków (wg GUS), ale aż 6,5 tys. demonstracji, z tego znaczną część stanowiły blokady dróg, czy okupacja budynków. Jak widać na przestrzeni 10 lat (1992-2002) radykalnie zmieniły się formy protestu. Jednak ogólnie wystąpienia pracownicze w 2002 i 2003 roku generalnie poprawiły położenie pracujących. Pod presją protestów rząd nabrał przekonania, że konieczna jest zmiana w podejściu do problemów pracowniczych. W 2003 roku rząd zdecydował się przeznaczyć na pomoc dla przeżywających trudności zakładów pracy dwa razy więcej środków niż w latach poprzednich. 28 miliardów złotych państwowych dotacji zdołały uchronić setki tysięcy miejsc pracy, w obronie których protestujący występowali. W samym tylko przemyśle stoczniowym wg różnych szacunków pracę mogło utracić od 30 do 60 tysięcy osób. Związki zawodowe sprzeciwiły się także redukcjom w górnictwie mającym objąć kolejnych 35 tysięcy zatrudnionych. Poważne dotacje skierowano także do sektora hutniczego, gdzie planowano zwolnienia 30 tysięcy osób. Pomoc państwa otrzymały nie tylko duże firmy, ale także drobni przedsiębiorcy, razem ok. 85 tys. podmiotów! "Góra publicznych pieniędzy zamieniona w błoto" - krzyczała nagłówkiem "Gazeta Wyborcza" z 24 listopada 2004 r. Ale realnie dotacja spowodowała, że sytuacja na rynku pracy przestała się pogarszać, a w 2004 r. nawet poprawiła. Sprzyjający był dodatkowo wzrost koniunktury przede wszystkim w branży hutniczej i górnictwie. Po protestach wzrósł także krytycyzm społeczny wobec systemu politycznego i gospodarczego, jako całości. W 2002 i 2003 roku Polacy (ponad 70%), wg badań COBS, fatalnie oceniali funkcjonowanie gospodarki (były to najgorsze oceny od 1993 roku). W ciągu 2004 roku wyraźnie przybyło ocen pozytywnych, ale poparcie dla tak zasadniczej kwestii dotyczącej dzisiejszego ustroju ekonomicznego, jak prywatyzacja zdecydowanie zmalało: w latach 1990-91 tylko 8-9% badanych oceniało prywatyzacje jako niekorzystną dla polskiej gospodarki; w latach 1995-96 ten odsetek ocen negatywnych wynosił ok. 20%; w 2000-2001 już 35-33%, a w 2003 aż 43%. Wówczas liczba przeciwników prywatyzacji przewyższyła liczbę jej zwolenników. Wnioski Protesty pracownicze w Polsce charakteryzują się cyklicznym występowaniem (1970/71, 1980/81,1992/93, 2002/03). Przebieg konfliktów społecznych, jak też kontrreakcji poszczególnych rządów na kryzysy społeczne, na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, były bardzo podobne. Patrząc na problem od strony wysiłku emancypacyjnego, można stwierdzić, iż natura samego systemu była i pozostała w duże mierze niezmienna. Jednym z podstawowych czynników nadających dynamiki konfliktom był i jest rozdźwięk pomiędzy akumulacją kapitału, a poziomem spożycia społecznego. Z analizy cykliczności konfliktów społecznych wynika, że rok 1989 nie stanowi żadnej ważnej cezury czasowej, a akcentowanie tej daty jako wyjątkowej, bierze się z przyczyn ideologicznych. Transformacja ustrojowa nie została rozpoczęta przez postsolidarnościowe elity po - jak się to określa - historycznym kompromisie "okrągłego stołu", ale wcześniej, kiedy podziemne struktury związkowe porzuciły program radykalnej emancypacji społecznej, a acient regime w 1986 roku zawarł umowę z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i pogodził się z koniecznością działania pod jego dyktando. Albo jeszcze wcześniej, kiedy zdecydował się na uzależnienie kraju od międzynarodowego kapitału, zaciągając miliardy dolarów pożyczki. W istocie mamy przez te wszystkie dziesięciolecia do czynienia z dyktatem tego samego reżimu akumulacyjnego. Zmiany polityczne (do których dochodzi często pod wpływem narastającego konfliktu społecznego), jawią się jedynie jako sposób reakcji systemu na kryzys społeczny. Są one z punktu widzenia uchu emancypacyjnego rozwiązaniem pozornym, podtrzymują jednak systemu sprawowania władzy. Ostatecznie zmiany polityczne, nie oznaczaną zmiany natury samego systemu i niesprawiedliwych stosunków produkcji, lecz są zmianami tylko w obrębie nadbudowy ideologiczno-politycznej. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż następne wystąpienia pracownicze będą miały miejsce ok. 2012 roku. Na dzień dzisiejszy nie ma jeszcze wyraźnie widocznych oznak przyszłego kryzysu, ale przyglądając się naturze systemu można stwierdzić, iż w dalszym ciągu posiada on te same wewnętrzne sprzeczności, które w przyszłości muszą doprowadzić do kryzysu społecznego. Jarosław Urbański 1) Edmund
Makowski, "Ruch robotniczy w Wielkopolsce. Zarys dziejów do 1981
roku", Poznań 1984, str. 254 07.01.2008 Sobotnie (04.01.2008) lokalne wydanie Gazety Wyborczej przyniosło na pierwszej stronie artykuł pod alarmującym tytułem: "Nie mamy studium, inwestorzy uciekają", pióra Aleksandry Przybylskiej i Sylwii Wilczak. Autorki sugerują, że z powodu nie przyjęcia przez radę miasta miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, na Franowie nie może powstać Specjalna Strefa Ekonomiczna (SSE). To z kolei powoduje, że inwestorzy nie mogący w strefie inwestować, chcą z Poznania "uciec". Artykuł nie wyjaśnia dlaczego firmom tak zależy na ulokowaniu się na Franowie i jakie konsekwencje z tytułu powstania SSE poniosą mieszkańcy Poznania. Więcej - sugeruje się, że z powodu braku Strefy, jako obywatele, stracimy. Prawda jest niestety trochę inna, niż to sugerują autorki. Zacznijmy od odpowiedzi na pytanie dlaczego powstają SSE, i dlaczego przedsiębiorstwa tak chętnie w nich się lokują. Odpowiedź jest oczywista - żeby nie płacić podatków czy innych świadczeń na rzecz budżetu państwa. (Ten problem autorki odkładają - dosłownie - na bok). Do tej pory firmy, które zainstalują się w obrębie SSE (których w Polsce istnieje kilkanaście), w ramach SSE są zazwyczaj całkowicie zwalniane od płacenia podatku dochodowego przez pierwsze 10 lat, a w następnych płacą raptem połowę należnego podatku. Oprócz tego zwolnione są od uiszczania podatku od nieruchomości. Przywileje mogą być różne - większe i mniejsze. Ulgi te mają zachęcić do inwestowania w takim, a nie innym miejscu (stąd nazwa "strefa"). Oczywiście firmy muszą spełnić pewne oczekiwania - w odpowiednim czasie zainwestować odpowiednią ilość kapitałów i zatrudnić odpowiednią ilość pracowników. Ideą powołania przez państwo w 1994 roku Specjalnych Stref Ekonomicznych było przeciwdziałanie bezrobociu w regionach szczególnie nim dotkniętych, poprzez skierowanie tam nowych inwestycji. Między innymi dlatego powstała, najbliżej Poznania działająca, Kostrzyńsko-Słubicka Specjalna Strefa Ekonomiczna, która miała działać na obszarze wymienionych tu miast. Powodem powołania przed laty tej Strefy, było bardzo duże bezrobocie w województwie lubuskim, sięgające w niektórych powiatach (w latach 2002-2003) nawet ponad 35 proc. (np. Krosno Odrzańskie). Powstanie SSE było związane z polityką wyrównywania szans poszczególnych regionów w Polsce, różniących się także jeżeli chodzi o poziom rozwoju infrastrukturalnego, szeroko rozumianego. Z powyższego punktu widzenia staje się jasne, że powstanie SSE w Poznaniu musi budzić wątpliwości. Po pierwsze nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy, jako miasto i aglomeracja, obszarem dotkniętym konsekwencjami strukturalnego bezrobocia (wręcz przeciwnie). Po drugie, nie jesteśmy również, relatywnie rzecz biorąc, regionem o szczególnym zapóźnieniu infrastrukturalnym. Dlaczego zatem firmy, zwłaszcza do tej pory działające na terenie Poznania, miałyby korzystać ze szczególnego przywileju jakim jest zwolnienie z niektórych podatków i świadczeń? Jest rzeczą szczególnie kuriozalną, że SSE domagają się przedsiębiorstwa z branż bardzo w ostatnich latach dochodowych i osiągających spore zyski: elektronicznej i internetowej. Lokując się wcześniej w Poznaniu zyskiwały one już np. dostęp do dużego rynku odpowiednio wykształconej siły roboczej - wykształconej dzięki publicznym szkołom wyższym, na które wszyscy, jako podatnicy, łożymy. A to przecież nie wszystkie korzyści. Jaki sens zatem miało zakładanie SSE, skoro dziś wyrastają one dosłownie wszędzie, teraz również i w Poznaniu? Czy jako narzędzie wyrównywania dysproporcji w rozwoju poszczególnych regionów, mają Strefy jeszcze jakieś uzasadnienie? Idea SSE przez lata uległa degeneracji. W Poznaniu nie powstanie żadna nowa, poznańska Specjalna Strefa Ekonomiczno, lecz podstrefa Kostrzyńsko-Słubicka. Dlaczego? W ten sposób na skalę masową powołując podstrefy, omija się ograniczenia narzucone przez Unię Europejską, która niechętna jest temu typowi przedsięwzięć i przeciwna jest powstawaniu nowych stref. Trudno się temu dziwić, kiedy przyjrzymy się polskim wypaczeniom. SSE stały się sposobem na unikanie przez przedsiębiorstwa płacenia, przynajmniej części, podatków. Więcej: inwestując na specjalnie przygotowanych terenach, stają się niekiedy beneficjantami pomocy publicznej. Naraża się przez to na straty nie tylko finanse publiczne, ale także przeczy się zasadzie wolnorynkowej gry, bo wiadomo, że inne podmioty muszą borykać się ze spłaceniem wszystkich należności wobec państwa. Ale kto powiedział, że mamy wolny rynek? Proces lobbowiania w Poznaniu na rzecz korzystnych dla niektórych przedsiębiorstw rozwiązań, forsowanych jednocześnie ze stratą dla ogółu obywateli, ma długą tradycję. Weźmy chociaż Volkswagena, który, nie tak dawno, strasząc "przeprowadzką" | |||