![]() |
|||
|
27.05.2008 Chociaż postępująca inkluzywność polityczna, która stanowi istotę demokratycznego porządku, nie odniosła jak dotąd całkowitego tryumfu, jednak wiele państw lub nawet całych regionów znajduje się dzisiaj w sytuacji nieporównanie lepszej niż jeszcze sto lat temu. (...) Dalszy postęp nie jest jednak w żadnym razie zagwarantowany. Regres to taka sama prawidłowość jak progres. W historii znamy nawet zdecydowanie więcej przykładów rozpadu niż konstruktywnego rozwoju, co nie jest dziwne, biorąc pod uwagę, że zasadą numer jeden świata, w którym żyjemy, jest entropia. Da się jej przeciwdziałać, potrzebna jest jednak wizja, która zmobilizuje ludzi do działania. Jej brak - a nawet aktywna walka z próbami wyobrażania sobie innego, lepszego świata - to największe zagrożenie dla dalszego istnienia i rozwoju demokratycznych form organizacji życia.
Ten brak wizji to pewne novum. Pośród cech definiujących współcześnie zachodnią, liberalną kulturę jest również ta, że nasze myślenie o świecie pozbawione jest wyższego telos. Nie potrafimy zdefiniować ostatecznego celu, do jakiego zmierzać ma rozwój naszych społeczeństw. Przyszłość wyobrażamy sobie zaledwie jako replikę teraźniejszości w odrobinę lepszej wersji: PKB co rok o kilka procent wyższe, drogi nieco szersze, telefony komórkowe trochę bardziej kolorowe, łącza internetowe odrobinę szybsze, auta bardziej aerodynamiczne i może trochę więcej najróżniejszych gadżetów. I tak w nieskończoność. Kapitalistyczna wizja ekonomii nie tylko nie zakłada istnienia "sufitu", na którym miałby zatrzymać się wzrost gospodarczy, ale nie przewiduje w ogóle, aby po kapitalizmie mógł pojawić się jakiś inny - a tym bardziej lepszy - system. Naszą eschatologią są teorie spisku i lęk przed katastrofami, które sprawiłyby, że świat zdegenerowałby się i wrócił do prymitywnego barbarzyństwa. Ta woj na wszystkich przeciw wszystkim czai się gdzieś pod podszewką społecznej rzeczywistości i zmusza nas do nieustannej obrony naszego życia wspólnotowego. Ale jeśli nic podobnego nie nastąpi, ramy systemu - w tym również ramy ustrojowe i organizacja państwowa - pozostaną bez zmian. Kombinacja liberalnego kapitalizmu i demokracji parlamentarnej wydaje nam się ostatecznym możliwym stadium rozwoju politycznej organizacji społeczeństw ludzkich, czemu najlepszy wyraz dał w latach 90. XX w. Francis Fukuyama w swojej tezie o "końcu historii". Dlaczego tak jest i jak to możliwe, że będąc kulturą, która postęp uczyniła fetyszem i uważa wiarę w możliwość powstrzymania zmian za wyraz naiwności, hołdujemy wizji świata społecznego zawieszonego w wiecznym teraz, to temat na osobną książkę. Zniewolenie wyobraźni, także wyobraźni politycznej, przez absolutną i niepodważalną tyranię tego, co bezpośrednio dane tu i teraz, pozostaje jednak niezaprzeczalnym faktem. Niektórzy uważają podobną sytuację za coś normalnego. Psychika ludzka jest tak skonstruowana, że bierze społeczno-kulturowy status quo, w którym rodzi się człowiek, za dany i w pewnym sensie "naturalny". Współczesna filozofia od Helmutha Plessnera po Jeana-Paula Sartre'a chętnie podkreśla tę istotową niekompletność człowieka, która sprawia, że - jak twierdził Plessner - człowiek nie ma raz na zawsze danej natury; jego naturą jest jego historia. Z tego punktu widzenia akceptacja zastanego porządku społeczno-politycznego wydaje się tak naturalna jak powszechna zgoda na prawo ciążenia. Argument ten doprowadził współcześnie do najbardziej wyrafinowanej formy Slavoj Żiżek, który przyjmując ekonomię libidalną za uniwersalny metajęzyk, w licznych i dobrze napisanych książkach wykorzystuje ją do analizy wszystkich właściwie zjawisk kultury od filmów Hitchcocka i masowej konsumpcji, przez zwyczaje panujące w armii, aż po rewolucje społeczne. Przenosząc niektóre lacanowskie kategorie opisu psychiki na analizę relacji społecznych, twierdzi, że wyartykułowanie alternatywy dla obowiązującego porządku symbolicznego (czyli również społecznego i politycznego) jest niemożliwe, ponieważ jego funkcjonowanie polega między innymi na tym, że nie pozwala na sformułowanie czegoś, co by go przekraczało lub podważało. Dopiero w momencie dezintegracji Symbolicznego będziemy w stanie wypowiedzieć alternatywę dla niego. W ten oryginalny i przewrotny sposób Żiżek uzasadnia leninowską koncepcję rewolucji w dwóch stadiach, z których pierwsze obala istniejący ustrój, natomiast drugie wprowadza nowy porządek. Szczelina między nimi jest przestrzenią chwilowej wolności, w której możemy wymyślić inny świat (1). Ostateczna konkluzja tej linii rozumowania jest jednak mało budująca dla tych, którzy pragną zamiany porządku symbolicznego nie tylko na inny, ale na zasadniczo lepszy. Dla Lacana, któremu Żiżek pozostaje w zasadniczych zrębach swojego myślenia wierny, istotą tego, co Symboliczne, jest represja. Od tego wymiaru nie ma ucieczki, tak samo jak nie ma możliwości funkcjonowania bez porządku symbolicznego. Poza nim jest tylko pustynia Realnego - tak przerażająca i wroga podmiotowi, że musi być konsekwentnie ukrywana pod maską Symbolicznego. Dlatego autentyczna wolność pozostaje chwilowa. Jest nią Akt - czyli w języku politycznym: moment rewolucji - w którym odrzucono już stary porządek, a jeszcze nie narodził się nowy. Wraz z ponowną organizacją Symbolicznego wraca jego niezbywalna cecha, jaką jest represja. Jesteśmy zamknięci w pokoju bez drzwi i okien z górą śmieci. Wszystko, co możemy robić, to tylko zamiatać je z jednego kąta w drugi. Ewentualnie w geście bezsilnej wściekłości roznieść je po całym pokoju i to jest właśnie rewolucja. Możemy zmieniać ustroje, ale zawsze będą one opierały się na jakimś rodzaju represji tego, co Inne lub Wyparte i Ujarzmione. Dlatego też wizja Żiżka jest, moim zdaniem, zasadniczo konserwatywna. Idea postępu nie ma w jego systemie pojęciowym większego sensu. Nie jest zresztą przypadkiem, że jego mistrz, Jacques Lacan, był konserwatywnym katolikiem. (...) Pesymistyczne przekonanie o niemożliwości postępu, którym przesiąknięta jest twórczość Ziżka, to dowód na spektakularny tryumf neoliberalnej strategii tłumienia wyobraźni politycznej. Nadmierna skłonność do realizmu i odrzucania wszystkiego, co nie jest zgodne ze "zdrowym rozsądkiem" (czyli obowiązującym aktualnie konsensusem), nie była nigdy wcześniej częścią politycznej refleksji głównego nurtu. Pole wyobraźni społeczno--politycznej zawęziło się obecnie w tak dramatyczny sposób, że uprawnione jest mówienie o regresie, co dobrze pokazuje Lawrence Goodwyn, omawiając solidarnościową koncepcję Sieci i pracowniczej samorządności: "Nic lepiej nie ilustruje siły [...] współczesnego założenia kulturowego, [,..] że aspiracje demokratyczne, jeśli się ich nie ograniczy, mogą okazać się 'nieracjonalne' [...] niż sposób, w jaki zachodni obserwatorzy Polski, z których wielu uważało się za "postępowych" zwolenników demokracji, reagowali na kontakt z solidarnościową Siecią w 1981 roku. Współczesna wyobraźnia społeczna stała się na Zachodzie tak ograniczona, że nie mogli oni zrozumieć aspiracji tego ruchu. Chociaż dyskurs polityczny, w jakim w wieku XVI uczestniczył Thomas Jefferson, mógłby łatwo zasymilować samorządowe idee działaczy Sieci, to przecież te republikańskie pojęcia w polskim wydaniu wydawały się 'romantyczne' wykształconym i przez to sceptycznym XX-wiecznym sprawozdawcom i działaczom. Jak widać, ta ewolucja kulturowa ograniczyła zakres współczesnego dyskursu politycznego. Dla wykształconych mieszkańców Zachodu poważne idee demokratyczne są utopijne"(2). Dalszy rozwój, a nawet utrzymanie demokracji liberalnej, zależy od tego, czy uda się przezwyciężyć to fatalne zniewolenie wyobraźni. "Zachodnie liberalne społeczeństwa demokratyczne - jak pisze Chantal Mouffe - ciągle mają wielki potencjał do demokratyzacji"(3). Jej celem powinno być nie tylko wyeliminowanie deficytów demokracji liberalnej, które stają się coraz bardziej widoczne, ale również wyciągnięcie ostatecznych wniosków z emancypacyjnych postulatów upodmiotowienia, na jakich opiera się każda wersja ustroju demokratycznego, nawet wersja liberalna (chociaż, moim zdaniem, nie jest ona w stanie wprowadzić tych ideałów w życie). Jest to wyzwanie zarówno dla krajów budujących dopiero struktury demokratyczne, jak i dla ukształtowanych już demokracji liberalnych. Podstawowe pytanie, na które trzeba odpowiedzieć, brzmi, czy demokratyzacja, o jaką chodzi, może i powinna dokonać się w obrębie modelu liberalnego, czy też należy raczej dążyć do jego przekroczenia i budowy nowych struktur demokratycznego działania, bardziej demokratycznych niż demokracja liberalna, zachowujących jednak typowy dla niej pluralizm i prawa indywidualne. Kwestiami tymi chciałbym się krótko tu zająć, jednocześnie podsumowując niektóre wątki wcześniejszych rozważań oraz otwierając nowe pole dla dalszych analiz. O ustrojach liberalno-demokratycznych, w których żyjemy, przyzwyczailiśmy się myśleć na dwa sposoby: mówimy o upodmiotowieniu obywateli albo też opisujemy działanie systemu politycznego w kategoriach reprezentacji woli wyborców. Obie te drogi są całkowicie iluzoryczne. Jak przekonywałem obszernie w Rozdziale I, powołując się na formułowane expressis verbis opinie architektów systemu przedstawicielskiego, nie ma on na celu wprowadzenia w życie woli ludu, ale skuteczne trzymanie jej w karbach w celu ochrony wartości liberalnych. W zasadzie nie powinno się mówić o przedstawicielstwie, po pierwsze dlatego, że politycy nie reprezentują swoich wyborców w żadnym zgodnym z logiką sensie terminu "reprezentacja", a po drugie, sama konstrukcja demokracji parlamentarnych jest taka, że nie mają one realizować reguły przedstawicielstwa (w sensie reprezentowania wszystkich konkretnych dążeń i aspiracji obywateli). Przywołuje się ją i afirmuje jako rodzaj ideologicznej zasłony dymnej, służącej utrzymaniu obywateli w ich dogmatycznej drzemce i dobrym samopoczuciu, wynikającym z błędnego przeświadczenia, że rządzi się w ich imieniu. Tymczasem w rzeczywistości przedstawicielska demokracja parlamentarna jest systemem, w którym jednostki i grupy zainteresowane zdobyciem władzy - z różnych powodów, takich jak osobista ambicja, interes materialny lub pragnienie wprowadzenia w życie jakiejś idei - konkurują o przyzwolenie wyborców na realizowanie swojej własnej woli w ramach reguł prawa, ustalanych jednak również przez nich samych. Mamy, więc do czynienia z rodzajem rozgrywki o władzę pomiędzy członkami elity oraz pomiędzy elitą a masami. Inicjatywa spoczywa jednak zdecydowanie w rękach elit. W rozgrywce tej nie wszystkie chwyty są dozwolone, możliwe jest jednak o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać. Równy dostęp wszystkich grup i jednostek do sfery publicznej, gdzie rozgrywany jest mecz o władzę, oraz rozdzielenie władzy ekonomicznej od politycznej to dwa kamienie węgielne demokracji parlamentarnej, które są jednak w dużej mierze zideologizowanymi mitami. Uprzywilejowana pozycja w strukturze społecznej - wynikająca z różnych czynników, takich jak kapitał materialny, społeczny lub kulturowy, płeć, kolor skóry itp. - przekłada się na lepszy dostęp do sfery publicznej oraz z konieczności do władzy. Jest to nieusuwalny defekt demokracji liberalnych. Nieusuwalny nie dlatego, że wynika z błędu w realizacji podstawowych postulatów liberalno-demokratycznych czy też ich niepełnego wcielenia w życie, ale dlatego, że jest jego elementem konstrukcyjnym. Demokracja liberalna w nieunikniony sposób ciąży w stronę pewnego rodzaju oligarchii - rządów uprzywilejowanych, przy czym nie chodzi już współcześnie tylko o uprzywilejowanie materialne, ale również symboliczne. Masy w pewien sposób czują, że nie są reprezentowane. Demokracja parlamentarna ma jednak wbudowany zawór bezpieczeństwa, dzięki któremu frustracja wynikająca z braku wpływu na to, co dzieje się w państwie i społeczeństwie, nie prowadzi do delegitymizacji całego systemu, ale jedynie ekipy rządzącej. Zawór ten to wybory. Obywatele rozczarowani ekipą rządzącą i przekonani, że nie realizuje ona ich interesów, mają w ten sposób okazję do wymiany polityków sprawujących władzę na takich, jacy wzbudzają w nich większe zaufanie. Teoretycznie powinno to prowadzić do realizacji logiki reprezentacji pomimo ograniczeń wpisanych w demokracje parlamentarne. Jednak pomiędzy intencję a realizację wkrada się cień, który zmienia charakter całego procesu i prowadzi do współczesnej wersji choroby, którą znali i której obawiali się Grecy, a mianowicie do rządów demagogów. Cieniem tym jest nieodłączny element wszystkich demokracji parlamentarnych, a mianowicie marketing polityczny. Zjawisko to pokazuje, jak bliskie pod względem formalnym są rządy przedstawicielskie i utowarowiona gospodarka kapitalistyczna. Bo czym jest dzisiaj polityk? Towarem, który sprzedaje firma/partia wyborcom/ konsumentom za pośrednictwem medialnych sieci dystrybucji. Tak jak towary w reklamach obiecują satysfakcję, szczęście, spełnienie i "bycie sobą", tak też politycy w kampaniach wyborczych zapowiadają sprawiedliwość, dobrobyt, postęp, wzrost i rozwój. Dobrze przebadany przez psychologów syndrom depresji pozakupowej, kiedy to okazuje się, że wbrew temu, co przeczytać można w ulotkach, "długo oczekiwany produkt [nie] spełnia wszystkich oczekiwań", doskonale odpowiada znanemu socjologom zjawisku rozczarowania rządzącą ekipą i spadku poparcia dla urzędującej władzy. Rozwiązanie również jest podobne: ponowne zakupy lub ponowne wybory. Marketing polityczny jest bezpośrednio odpowiedzialny za zarazę populizmu, która zatruwa życie polityczne od Stanów Zjednoczonych po Indie. Niektórzy politolodzy jak na przykład Chantal Mouffe, tłumaczą pojawienie się populizmu tłumieniem społecznych antagonizmów przez hegemonię liberalnego konsensusu (4). Bez wątpienia ów konsensus, będący w pewnym sensie elementem zarządzania "wspólnymi interesami klasy burżuazyjnej", o czym pisali Marks i Engels, na pewno nie przyczynia się do przezwyciężenia populizmu, błędem jest jednak przypisywanie mu całej winy za karierę populistów we współczesnych demokracjach parlamentarnych. Byłoby to może słuszne, gdyby występowanie populizmu ograniczało się do bogatych społeczeństw późnego kapitalizmu, gdzie liberalizm jest oficjalną ideologią. Ale nie da się w ten sposób wytłumaczyć na przykład sukcesów populistycznej partii Bharatiya Janata w Indiach. O kraju tym można powiedzieć wszystko, ale nie to, że panuje w nim liberalny konsensus lub że brak tam wyraźnie wyartykułowanych antagonizmów. Prawdziwe jest raczej coś dokładnie przeciwnego: Indie - chociaż w skali porównawczej wyjątkowo dobrze zdemokratyzowane jak na kraj spoza kultury zachodniej - są państwem głęboko antyliberalnym, w którym jednostka jest bardzo silnie uwikłana w zależności typowe dla wspólnot tradycyjnych, a konflikty na tle etnicznym, narodowościowym, religijnym i emancypacyjnym są tak silne, że stanowią zagrożenie dla spójności narodowej. Przyczyn sukcesu populizmu szukać, moim zdaniem, należy w typowej dla marketingu - zarówno ekonomicznego, jak i politycznego - tendencji do składania obietnic bez pokrycia oraz odwoływania się do prymitywnych pragnień i instynktów. Charakterystyczne cechy sfery komercyjnej, takie jak marna jakość wszystkiego, co popularne, wszechobecne eksploatowanie niskich instynktów (na przykład seksualnych), odwoływanie się do dobrze ugruntowanych wzorów kultury, jakkolwiek zachowawcze i krzywdzące by one nie były (na przykład wzorów patriarchalnych w przedstawianiu kobiet jako gospodyń domowych lub obiektów seksualnych), oraz pobudzanie całego szeregu mniej lub bardziej nieuświadomionych lęków (strach przed brakiem społecznej akceptacji, chorobą, starością, porażką zawodową itp.), mają dzisiaj dokładne niemal odpowiedniki w sferze politycznej: pasożytowanie na narodowych lękach i uprzedzeniach (w Polsce fobia antyniemiecka i antyrosyjska, we Francji czy Austrii strach przed imigrantami, w usa "zagrożenie terrorystyczne"), wykorzystywanie lęków społecznych i egzystencjalnych (kwestia socjalna zawłaszczona przez populistyczną prawicę) oraz szafowanie na pokaz postawą antyestablishmentową (w wykonaniu na przykład Samoobrony czy Jeana-Marie Le Pena). Zarówno rynek, jak i polityka działają obecnie, opierając się na logice marketingowej, a ich mechanizmy są bardzo podobne: skoro w ludziach istnieją pewne skłonności, lęki, przekonania i pragnienia, warto je wykorzystać, aby zdobyć władzę/pieniądze, składając przy tym obietnice bez pokrycia: "Bądź sobą-wybierz Pepsi/Samoobronę!". Nie jest bynajmniej przypadkiem, że to specjalista od marketingu wykreował czołowego populistę III RP, Andrzeja Leppera, na poważnego męża stanu. W ramach ustrojów przedstawicielskich od populizmu nie ma ucieczki, tak jak w obrębie gospodarki kapitalistycznej nie ma ucieczki od marketingu. Populizm to po prostu towarowy fetyszyzm demokracji parlamentarnej. O mechanizmach wyłaniania się populizmu w kontekście polskim pisze David Ost w książce Klęska "Solidarności". Idąc tym samym tropem co Mouffe, wskazuje na rolę gniewu w funkcjonowaniu systemów politycznych w realiach (neo)liberalnego kapitalizmu. Głębokie niezadowolenie i rozczarowanie nowym systemem, jakie odczuwały w latach 90. XX w. robotnicze masy zdradzone w procesie transformacji ustrojowej przez postsolidarnościowe, liberalne elity, zostały zagospodarowane przez prawicowych populistów, którzy skierowali energię społecznej frustracji w kierunku urojonych, wykreowanych przez siebie problemów: lustracji, dezubekizacji, animozji polsko-niemieckich, antysemityzmu, zagrożenia ze strony mniejszości seksualnych (domniemane propagowanie homoseksualizmu przez ruchy gejowskie itd.). Zadziałał więc tu typowy mechanizm marketingowej manipulacji: składając obietnice niemożliwe do wypełnienia, adresowane jednak do realnie sfrustrowanych wyborców, politycy wykreowali taki wizerunek samych siebie, w jakim masy odnalazły (płonną) nadzieję na rozwiązanie nurtujących je problemów. Zdaniem Osta, populizm udałoby się wyeliminować, gdyby gniew pokrzywdzonych skierować nie ku sztucznie skonstruowanemu Złemu Innemu (ubekowi, komuchowi, Żydowi czy gejowi), ale w stronę faktycznego źródła problemów, czyli ekonomii. W odróżnieniu od Mouffe nie chodzi mu więc o większe zantagonizowanie sfery politycznej, ale o ustawienie antagonizmów względem innych biegunów: ekonomicznych zamiast etnicznych, historycznych, wyznaniowych czy seksualnych. Ponieważ powodem gniewu są procesy ekonomiczne, zdrowe dla demokracji byłoby, jego zdaniem, skupienie politycznej uwagi właśnie na procesach ekonomicznych, które prowadzą do wykluczenia (5). W tym miejscu Ost popełnia jednak błąd wynikający ze złego zrozumienia natury kapitalizmu oraz konfliktu pomiędzy gospodarką kapitalistyczną (zwłaszcza w wydaniu neoliberalnym) a demokracją. Być może organizacja konfliktu społecznego na linii napięć ekonomicznych byłaby dobra dla demokracji, okazałaby się jednak zgubna dla kapitalizmu i dlatego kapitał nie może na to pozwolić. Byłoby to bowiem zaprzeczenie fundamentalnego elementu kapitalistycznej ideologii - a mianowicie twierdzenia, że jest on dla wszystkich grą o sumie dodatniej - i potwierdzeniem powtarzanej do znudzenia przez marksistów tezy, że akumulacja kapitału opiera się na wyzysku: aby jedni mogli zyskać, inni muszą stracić. Na to kapitał się nie zgodzi, ponieważ byłby to pierwszy i zasadniczy krok ku stworzeniu sytuacji rewolucyjnej i najpewniej doprowadziłby do szybkiego nakręcenia spirali społecznego niezadowolenia, zwłaszcza jeśli świadomość eksploatacyjnej natury kapitalizmu osiągnęłaby poziom globalny. Skoro w kapitalizmie nie działa trickle-down i jedni bogacą się kosztem drugich, to może nie jest to wcale taki dobry system? Jak duża była i jest rola globalnego wyzysku w budowie materialnego bogactwa krajów Północy? Gdyby społeczne antagonizmy zostały zorganizowane według kryteriów klasowych na linii konfliktów ekonomicznych, jak proponuje Ost, tego typu pytania pojawiłyby się natychmiast w głównym nurcie dyskursu publicznego, skąd są obecnie konsekwentnie wypierane. Jego rozumowanie opiera się na błędnym przekonaniu, że kapitalizm mógłby działać pozbawiony swoich ideologicznych protez oraz możliwości eksternalizowania kosztów - zarówno symbolicznych, jak i społecznych czy ekologicznych - akumulacji kapitału. Tymczasem ideologia powszechnego dobrobytu i zasadniczo sprawiedliwego działania rynku oraz możliwość eksternalizacji kosztów to elementy niezbędne dla poprawnego funkcjonowania kapitalizmu. Tak jak eksternalizuje on koszty środowiskowe, przerzucając na innych straty poniesione z powodu zniszczenia środowiska naturalnego, tak też musi znaleźć sobie Innych, których da się obarczać winą za destrukcję środowiska społecznego. W innym wypadku obnażona zostałaby jedna z podstawowych wad kapitalizmu, a mianowicie materialna irracjonalność, co podważyłoby jego społeczną legitymizację. Kapitalizm dlatego tak dobrze "dogaduje się" z demokracją parlamentarną, że instytucja reprezentacji i mechanizm wyłaniania przedstawicieli dają mu możliwość oddziaływania na elitę władzy, a tym samym maskowania realnych społecznych kosztów swojego działania. Pozbycie się tej maski wcale nie byłoby dla demokracji liberalnych korzystne. Okazałoby się raczej zgubne. Poza tym kto miałby tego dokonać, skoro kapitał kontroluje główne kanały społecznej komunikacji, czyli media, oraz jest źródłem finansowania kampanii wyborczych? Mogłoby wydawać się, że istniały okresy w historii, kiedy znajdowano kompromis między pracą a kapitałem, a system przedstawicielski sprawnie reprezentował ekonomiczne interesy całości społeczeństwa. Nie ulega wątpliwości, że pod tymi względami pierwsze trzy dekady po II wojnie światowej były zdecydowanie lepsze niż obecny okres. Było tak jednak głównie ze względu na inną konfigurację wnętrza i zewnętrza systemu. Kapitał szedł wtedy na większe ustępstwa z dwóch powodów. Produkcja nie była jeszcze tak bardzo zdecentralizowana i przerzucona na peryferia, więc przełożenie ekonomicznej opresji na działanie polityczne było łatwiejsze. Współcześnie natomiast obiegi ekonomiczne i polityczne zostały rozdzielone. Pracownicy, znajdujący się w coraz większej części na peryferiach, nie mają możliwości wywarcia politycznego wpływu na kapitał, ponieważ nie są obywatelami krajów centralnych, których systemy polityczne i prawne dają możliwość kontrolowania kapitału. Nie jest to sytuacja przypadkowa, ale efekt celowego działania środowisk biznesowych w reakcji na redystrybucyjne sukcesy lat 1945-1975. Przeniesienie produkcji na peryferia było odpowiedzią na niebezpiecznie rosnące koszty pracy. Dzięki temu, że ten, kto pracuje, nie głosuje tam, gdzie kapitał realizuje swoje zyski, polityczne konsekwencje udało się zmniejszyć do minimum. Szantaż likwidacji kolejnych miejsc pracy i dalszego przenoszenia produkcji na peryferia skutecznie stopuje żądania radykalnej zmiany w redystrybucji tych zysków. Druga kwestia to zdecydowanie odmienna sytuacja geopolityczna. Istnienie "komunizmu" w bloku sowieckim było rodzajem straszaka na kapitalistów. Przez cały okres zimnej wojny istniał, zwłaszcza w USA, rodzaj niepisanego paktu między przedsiębiorcami a pracownikami: kapitał zgadzał się na ustępstwa, a robotnicy rezygnowali z konwersji na komunizm. Tak jak w wielu przypadkach, redystrybucja i inkluzja były więc wynikiem działania presji zewnętrznej wobec systemu. Gdy jednocześnie umarł upiór komunizmu, a fabryki udało się ulokować w bezpiecznej odległości od urn wyborczych, kapitał stał się zdecydowanie mniej pokorny. W obrębie istniejącego obecnie światowego porządku ekonomiczno-politycznego reorganizacja publicznej debaty i politycznego działania zgodnie z liniami faktycznych konfliktów klasowych jest niemożliwa. Mało obiecująca jest również droga naprawy demokracji liberalnej, jaką proponuje Chantal Mouffe. Jej projekt, opracowany wspólnie z Ernestem Laclau i nazywany "demokracją radykalną", także obraca się wokół problemów reprezentacji, nie chodzi w nim jednak o złą reprezentację pewnych interesów, ale o jej zasadniczy brak. Zdaniem Mouffe, obecny kryzys ustrojów demokratycznych wynika ze zgubnego poszukiwania za wszelką cenę kulturowego konsensusu, co prowadzi do zdominowania dyskursu politycznego przez opcje centrowe i eliminuje z rozgrywki sporą część społeczeństwa, która nie identyfikuje się z centrum. To jest, jej zdaniem, przyczyna braku wigoru w życiu politycznym krajów liberalno-demokratycznych oraz spadającej frekwencji wyborczej. Jednostki i grupy nieodnajdujące się w dominującym konsensusie liberalnym są zagospodarowywane przez populistów. Odnowa demokracji i tym samym jej radykalizacja polegałaby na osadzeniu antagonizmów w obrębie głównego nurtu polityki i ich rozegraniu w sposób agoniczny, czyli taki, który koncentruje się na symbolicznej wygranej nad przeciwnikiem, a nie na jego fizycznej eliminacji(6). Mogłoby to być możliwe dzięki tworzeniu przez podobnie myślące grupy i jednostki "łańcuchów ekwiwalencji" w ramach projektów hegemonicznych(7). Projekt ten, zakorzeniony w myśli Gramsciego i podbudowany post-strukturalną filozofią podmiotowości, jest interesujący przede wszystkim ze względu na swój zdecydowanie nowoczesny charakter. Możliwość dokonania hegemonicznej artykulacji wymaga nieokreśloności i płynności tożsamości społecznych. Jak piszą Laclau i Mouffe, "niestabilności granic, które je dzielą"(8). Dlatego polityki hegemonicznej nie dałoby się uprawiać na przykład w społeczeństwie feudalnym, a jej istnienie jest ściśle związane z pojawieniem się nowoczesnej organizacji społecznej. Jest to więc próba dopasowania demokracji do aktualnych realiów społecznych. Jednak użycie epitetu "radykalna" w nazwie całego projektu jest mylące. Społeczno-polityczna zmiana, jaką można by z jego pomocą osiągnąć, jest stosunkowo niewielka. Ogranicza się ona do kwestii kulturowych (prawa mniejszości seksualnych, sytuacja kobiet, legalizacja narkotyków, regulacja problemu pornografii itd.). W takim też kontekście projekt demokracji radykalnej bywa najczęściej przywoływany i dyskutowany(9). Jego zastosowanie do rozwiązania problemów ekonomicznych nie jest, moim zdaniem, możliwe z dokładnie tych samych powodów, dla których nie zgadzam się z receptą na populizm zaproponowaną przez Osta. Przy dobrej diagnozie problemu słabą stroną podejść Osta i Mouffe pozostaje zła identyfikacja jego źródeł. Niepotrzebnie koncentrują oni uwagę na udoskonalaniu mechanizmów reprezentacji, nie kwestionują natomiast samej logiki systemu przedstawicielskiego. Ich recepty nie mogą zasadniczo poprawić sytuacji, ponieważ opierają się na założeniu, że zasady demokracji liberalnej są dobre, a problem polega na ich nieodpowiednim (niepełnym bądź błędnym) stosowaniu. Tymczasem sytuacja jest inna: nie mamy obecnie do czynienia z trudnościami wynikającymi z wypaczeń w praktycznej realizacji liberalno-demokratycznego ustroju politycznego, ale raczej z ostatecznymi konsekwencjami jego podstawowych założeń, czyli samej logiki reprezentacji. Dryfowanie elit w stronę oligarchii, a mas w stronę populizmu jest efektem - częściowo niezamierzonym, a częściowo wpisanym w architekturę systemu - procedur liberalno-parlamentarnych. Lekarstwo na kryzys demokracji, z jakim mamy obecnie do czynienia, można znaleźć, sięgając do założeń demokracji jako takiej, a nie tylko do jej liberalnej odmiany, co proponują Mouffe lub Ost. Nie chodzi o to, aby wykluczone grupy i jednostki lepiej lub inaczej reprezentować, ale o to, aby je upodmiotowić. Nie chodzi o to, aby poprawniej lub głośniej wypowiadać się w ich imieniu, ale aby to one same mogły się wypowiedzieć. 1) Na ten
temat zob. przede wszystkim: S. Żiźek, Rewolucja u bram. Pisma Lenina
z roku 1917, tłum. J. Kutyła, Kraków 2006. Ciekawa dekonstrukcja myślenia
Żiżka zob. A. Robinson, S. Tormey, A Ticklisb Subject? Żiżek and the Future
of Left Radicalism, "Thesis Eleven" 2005, vol. 80, s. 94-107. Jan Sowa Tekst
jest fragmentem książki Jana Sowy "Ciesz się, późny wnuku! Kolonializm,
globalizacja i demokracja radykalna", Ha!art, Kraków 2008 r. 25.05.2008 Od początku 2002 roku, kiedy Inicjatywa Pracownicza pojawiła się w Cegielskim, nasza taktyka opierała się na kilku prostych założeniach: zakończenie ugodowej polityki wobec zarządu firmy, jaką prowadziły na terenie zakładu związki zawodowe; zapewnienie pełnego dostępu załogi do informacji na temat sytuacji zakładu i poszczególnych grup zawodowych zatrudnionych w Cegielskim; zapewnienie załodze partycypacji w podejmowaniu istotnych decyzji; wreszcie stworzenie możliwości oddolnego i bezpośredniego kierowania walką pracowniczą. Na przestrzeni 5-6 lat udało się sukcesywnie wprowadzić wszystkie te zasady w życie. Efekt? Od ponad roku na terenie Cegielskiego trwa protest, który, jak do tej pory doprowadził do dużego wzrostu wynagrodzeń. To, co jeszcze kilka lat temu wydawało się niemożliwe, przybrało realną postać - załoga Cegielskiego zorganizowała się i wywalczyła konkretne pieniądze. Siła pracowników wynikała z porzucenia iluzji, że związki zawodowe coś za nich załatwią. Tymczasem związki potrafiły tylko przyklepywać podsuwane przez dyrekcję ugodowe porozumienia, tłumacząc, że zakładu na więcej nie stać. Działania te były pozorne, była to ukartowana gra prowadzona wspólnie przez związki i dyrekcję.
Przypomnijmy jak to wszystko się odbyło. Zaczęło się 29 marca 2007 roku. W odpowiedzi na ugodowe porozumienie podpisane przez wszystkie związki zawodowe (oprócz Inicjatywy Pracowniczej) dające na rok 2007 jedynie 140 złotych podwyżki, IP zagroziła strajkiem i wezwała zarząd zakładu do podjęcia negocjacji płacowych. Jednocześnie Inicjatywa Pracownicza odrzuciła możliwość prowadzenia rozmów w gabinetach i wyznaczyła miejsce pierwszego spotkania w świetlicy na terenie fabryki tak, aby mogli w nim uczestniczyć wszyscy chętni pracownicy. Na spotkaniu pojawiło się ok. 200 osób, ale zarząd odmówił podjęcia negocjacji. Zebrani robotnicy zadecydowali wówczas, że w dniu następnym odbędzie się "płyta", czyli wiec załogi. W dniu 30 marca w wiecu udział wzięła zdecydowana większość pracowników pierwszej zmiany. Ponieważ zarząd nadal odmawiał podjęcia rokowań, protestujący wyszli na ulicę udając się pod budynek zarządu firmy żadając poszanowania godności i podwyżek płac. Następna "płyta" odbyła się 3 kwietnia 2007 r. Wziął w niej udział prezes firmy, który obiecał podjęcie rozmów. Takie były początki walki. Zarząd firmy jednak nie ustępował łatwo. 16 kwietnia 2007 r. pracownicy (90 proc. załogi) na wezwanie Inicjatywy Pracowniczej nie przyszli do pracy podejmując strajk absencyjny, wykorzystując możliwość wzięcia tak zwanego urlopu na żądanie (w Polsce pracownik może zażądać w dowolnym momencie 4 dniu urlopu informując o tym pracodawcę w dniu, w którym rozpoczyna wolne). Jednocześnie w dniu strajku kilkuset pracowników zebrało się rano pod budynkiem zarządu, aby protestować i domagać się podwyżek. Protesty te z różną częstotliwością trwały do dnia 3 kwietnia 2008 roku. W sumie załoga zorganizowała w tym czasie 10 tzw. "płyt", które trwały od 20 minut do 3 godzin, pięć demonstracji, w których wzięło od 100 do 400 osób oraz jeden strajk absencyjny, w którym wzięło udział 90 proc. załogi, grożąc cały czas strajkiem powszechnym. Rezultatem protestu, koncentrującego się na kwestiach zarobków, było uzyskanie przez pracowników bezpośrednio produkcyjnych ok. 700 złotych podwyżki i jednorazowej nagrody w wysokości 1000 zł. (w czwartym kwartale 2007 roku). Średnia płaca w Cegielskim na początku 2007 roku wynosiła ok. 2850 złotych (brutto), a zatem uzyskano na przestrzeni roku nie mniej niż 25 proc. podwyżki! Dodatkowo zmienią się zasady płacenia za nadgodziny i funkcjonowania funduszu socjalnego - 70 proc. zostanie przeznaczone na dopłaty do "wczasów pod gruszą". Są to, jak widać, konkretne korzyści wynikające z zaangażowania i determinacji załogi. Na tym jednak nie kończy się nasza walka. Obecnie najważniejszym problemem jest próba prywatyzacji Cegielskiego. Odbywa się to za naszymi plecami. Rząd dogaduje się z inwestorem, który zamierza zakupić polskie stocznie, co może przesądzić o losie Cegielskiego. Gdzieś na warszawskich salonach handluje się losem pracowników HCP i ich rodzin! Załoga jest nieprzychylna takiemu rozwiązaniu, zwłaszcza dzieleniu i sprzedawaniu firmy w kawałkach. Inicjatywa Pracownicza reagując na projekt rządu dot. prywatyzacji Cegielskiego zamierza przedstawić swoją kontrpropozycję - uspołecznienia zakładu. Podjęto próbę stworzenia projektu przekształcenia Cegielskiego w spółdzielnie pracy. Wystąpiliśmy do Związku Lustracyjnego Spółdzielni Pracy z prośbą o pomoc w przygotowaniu stosownego projektu przekształcenia zakładów Cegielskiego w spółdzielnie pracy z udziałami państwa. Czy nam się uda? Jest to możliwe tylko wówczas, kiedy załoga pozostanie zorganizowana i gotowa do dalszej walki; kiedy przestanie wierzyć w dobre intencje rządu, dyrekcji czy związków zawodowych i oprze się na swojej własnej sile, rozumie i inicjatywie. Marcel Szary, Jarosław Urbański Kalendarium walki w HCP (29.03.2007- 03.04.2008): 29.03.2007
r. - Inicjatywa Pracownicza wzywa dyrekcję do rokowań płacowych; pod świetlicą
na terenie fabryki silników okrętowych zjawia się ok. 200 pracowników
chcących przysłuchiwać się negocjacją; dyrekcja odmawia rozmów. 30.03.2007
r. - trzygodzinna "płyta" i demonstracja pod zarządem HCP. 03.04.2007
r. - dwugodzinna płyta; załoga odmówiła rozejścia się do pracy i zażądała
przybycia prezesa firmy; prezes obiecuje podjęcie negocjacji. 11.04.2007
r. - "płyta" przed negocjacjami płacowymi. 13.04.2007
r. - "płyta" na której załoga odrzuca propozycję dyrekcji. 16.04.2007
r. - strajk absensyjny - 90% pracowników produkcyjnych z dwóch największych
wydziałów nie przychodzi do pracy, około 300-400 pracowników demonstruje
kilka godzin pod budynkiem zarządu i związków zawodowych. 17.04.2007
r. - "płyta" - załoga decyduje o rozpisaniu referendum strajkowego. 26.04.2007
r. - referendum strajkowe; mniej niż 50% załogi bierze w nim udział; Inicjatywa
Pracownicza unieważnia z powodu nielegalnych działań zarządu utrudniających
prowadzenie sporu zbiorowego. 01.05.2007
r. - 250 osób z Inicjatywy Pracowniczej i HCP bierze udział w manifestacji
pierwszomajowej, która rusza spod zakładów Cegielskiego. 01.06.2007
r. - "płyta" - załoga zostaje poinformowana, że do podwyżki
140 złotych jaką otrzymali pracownicy w marcu, dochodzi jeszcze 107 złotych.
Zarząd obiecuje kolejną turę rozmów płacowych we wrześniu. 09.10.2007
r. - "płyta" jako reakcja na brak efektów rozmów placowych zarządu
ze związkami zawodowymi. 12.10.2007
r. - na wezwanie IP pod dyrekcją Cegielskiego, w strugach deszczu demonstruje
ok. 150 pracowników domagających się podwyżek; akcje tą popierają wszystkie
związki zawodowe i deklarują radykalną walkę o podwyżki, żądając nawet
500 złotych. 24.10.2007
r. - wszystkie związki zawodowe (ponownie oprócz IP) podpisują porozumienie,
które daje pracownikom bezpośrednio produkcyjnym 100 złotych podwyżki
i 1000 złotych nagrody wypłacanej w czterech miesięcznych ratach. 11.02.2008
r. - większość pracowników pierwszej zmiany pojawia się na płycie; Inicjatywa
Pracownicza żąda, aby premie zostały wkalkulowane do pensji (250 złotych)
plus podwyżki na poziomie ok. 150 złotych. 29.02.2008
r. - na pikiecie pod bramą zakładów Cegielskiego demonstruje ok. 150 osób
domagających się zaprzestania represjonowania Marcela Szarego. 27.03.2008
r. - kolejna "płyta" i decyzja o podjęciu strajku ostrzegawczego
w dniu 3 kwietnia. Po zapowiedzi strajku związki zawodowe (tradycyjnie
już oprócz Inicjatywy Pracowniczej) podpisują kolejne porozumienie płacowe:
średnio 250 złotych podwyżki dla wszystkich plus podwyżka wynikająca z
podniesienia płacy minimalnej (ok. 80 zł. jednak nie dla wszystkich członków
załogi) plus premia (100 złotych) i podwyżki w systemie indywidualnym
dla wybranych grup zawodowych i pracowników o najniższym stażu pracy. 03.04.2008 r. - "płyta", na której zebrani podejmują decyzję o odstąpieniu od strajku ostrzegawczego, a Inicjatywa Pracownicza zawiesza spór zbiorowy. Artykuł ukaże
się w 18 numerze Biuletynu Inicjatywy Pracowniczej 29.04.2008 Sprawa brutalnej interwencji policji przeciwko demonstrantom w Słupsku, nie jest precedensem jeśli chodzi o rodzaj represji stosowanych wobec aktywistów wolnościowych w Polsce. Wieczorem 28 kwietnia 2004, w przeddzień długo planowanej demonstracji przeciwko Europejskiemu Forum Gospodarczemu doszło do podobnej interwencji w jednym z domów w podwarszawskim Milanówku. Około godziny 21:30 przed domem, w którym przebywało 11 osób wybierających się na demonstrację, w tym kilkoro Białorusinów, pojawiło się kilka dużych wozów policyjnych, karetka i straż pożarna. Osoby, które przebywały w środku nic nie widziały, co dzieje się na zewnątrz. Dopiero gdy jeden mężczyzna podszedł do okna zauważył, że tuż pod domem (około 15 metrów za ogrodzeniem) stoją funkcjonariusze policji. Gdy jedna osoba wyszła na zewnątrz, zaczęła się brutalna interwencja.
Mężczyzna został rzucony na ścianę, do domu wkroczyli inni policjanci, część w cywilu. Na pytanie o nakaz, odpowiedź brzmiała "ja ci kurwa dam nakaz". Wewnątrz pojawił się funkcjonariusz w cywilu z krótką bronią, który kazał wszystkim położyć sie za ziemię, niektórzy aktywiści zszokowani zaistniałą sytuacją, nic nie robili, więc policjant z bronią przystawił ją jednemu z mężczyzn do czoła i powiedział "na ziemię kurwa!". Do budynku weszło jeszcze więcej policjantów, również z kamerami. Wszyscy leżeli na ziemi. Po chwili kazano wstawać, po kolei podnoszono aktywistów po czym ustawiano ich przed kamerą ("do kamery kurwa!"), zakuwano w kajdanki i razem z "osobistym" funkcjonariuszem wyprowadzano ich po kolei na dwór. Początkowo trzymano wszystkich w pozycji zgiętej w pół, na dworze było chłodno, wszyscy byli ubrani tak jak wewnątrz. W tym czasie kilkunastu funkcjonariuszy chodziło po domu i przeszukiwało poszczególne pomieszczenia. W czasie interwencji żaden z funkcjonariuszy nie wylegitymował się. Dom przeszukiwano bez obecności aktywistów, kobiety były przeszukiwane przez mężczyzn (w interwencji nie brała udziału żadna policjantka). Podczas gdy jedni policjanci przeszukiwali dom, reszta wypytywała się aktywistów o ich udział w demonstracji następnego dnia. Nie obyło się bez obelg, do zatrzymanych zwracano się per "jebana wszo", "kurwo", kopano ich po nogach, w stronę kobiet padały niestosowne seksistowskie uwagi, wyśmiewano się z Białorusinów i grożono im zakazem ponownego wjazdu do Polski. Policja na miejscu pojawiła się z profesjonalnym sprzętem oświetleniowym, który pomagał w przeszukiwaniu budynku, funkcjonariusze przeczesywali każde pomieszczenie, włącznie ze strychem. Skrupulatnie przeszukano również samochód osób z Białorusi. W rewizji brały udział również psy policyjne. Gdy ktoś nie miał przy sobie dokumentów, wprowadzano go do środka, gdzie pokazywał swoje rzeczy osobiste, a policjanci szukali dokumentów, po czym z powrotem wyprowadzano go na dwór. Przez radio sprawdzali dane aktywistów i stwierdzali kto jest "jednym z lepszych". Zadawano też niedorzeczne pytania w stylu "co, będziesz tym paskiem rzucał w policjantów jutro?". Przez cały czas interwencji nie podawano jej przyczyny. Osoby, które pojawiły się poza posesją, nie były dopuszczone do miejsca zdarzenia. Gdy okazało się, że w budynku nic nie znaleziono, poszczególne osoby zaczęto rozkuwać i sadzać za ziemi plecami do siebie, początkowo nie pozwalano nawet rozmawiać między sobą, po czym pozwolono wejść do domu. Mężczyźnie, który wynajmował dom, pod sam koniec powiedziano, że policja miała informację z "bardzo wiarygodnego źródła", że "coś" tam mogą znaleźć. Sprawą zainteresowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, jednak do dziś nikt nie poniósł konsekwencji za ową nielegalną interwencję. W demonstracji 29 kwietnia wzięło udział kilka tysięcy osób, które w pokojowym marszu przeszły ulicami Warszawy. Działania takie jak to czy wydarzenia słupskie są klasycznym przykładem zastraszania ruchów społecznych, które na Zachodzie, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych prowadzone są na szeroką skalę. Od filmowania aktywistów na demonstracjach, poprzez spisywanie i nielegalne interwencje w prywatnych mieszkaniach czy centrach socjalnych, próbuje się wprowadzić poczucie bycia kryminalistą, strach przed ponoszeniem konsekwencji za działalność społeczną. Wszystko odbywa się poza oczami mediów, a oficjalna wersja rzecznika prasowego policji, jest dla prasy zawsze najbardziej wiarygodna. Karina
Gąsiorowska 28.04.2008 Wartości ekonomiczne a sprawiedliwe wynagrodzenie "Prawdziwe
współczucie to coś więcej niż rzucenie żebrakowi monety. To zrozumienie,
że struktura, która produkuje żebraków, wymaga przebudowy". Niemal wszyscy są za sprawiedliwością. Problem polega jednak na tym, że istnieją różne definicje tego terminu. Chcemy sprawiedliwych dochodów i warunków, pytanie jednak brzmi: jakim sensie "sprawiedliwych"? Istniejące opcje wynagradzania za działalność gospodarczą można ująć w cztery dystrybutywne normy: Norma 1: wynagrodzenie według wkładu kapitału materialnego i ludzkiego danej osoby. Norma 2: wynagrodzenie według osobistego wkładu danej osoby. Norma 3: wynagrodzenie według wysiłku danej osoby lub osobistego poświęcenia. Norma 4: wynagrodzenie według potrzeb danej osoby. Oczywiście, historycznie rzecz ujmując, najczęściej realizowaną normą jest ta, w której ludzie otrzymują tyle, ile są w stanie zabrać, ale z moralnego punktu widzenia nikt nie popiera brutalnej siły przetargowej jako proponowanego kryterium wynagrodzenia. Nikt nie uważa tego nastawienia za słuszne z perspektywy etycznej. Nikt nie sądzi, że jest efektywne. Pomysł, iż społeczeństwo powinno wynagradzać bandziora za bycie bandziorem, choć jest to zasada typowa dla rynków i innych systemów, otwarcie nie będzie dla nikogo ideałem. Dlatego można ją pominąć w książce na temat wizji ekonomicznej. Bierzemy więc pod uwagę tylko cztery powyższe normy. Przyjrzyjmy się pierwszej z nich. Racjonalne przesłanki dla wynagradzania ludzi za wkład ich prywatnego kapitału w produkcję polegają na tym, że ludzie powinni otrzymywać z gospodarki tyle, ile wnieśli oni i ich majątek produkcyjny. Jeśli pomyślimy o dobrach i usługach jako o wielkim garnku z gulaszem, to okaże się, że jednostki swoją pracą i majątkiem produkcyjnym przynoszonym do kuchni przyczyniają się do tego, jak obfity i bogaty będzie posiłek. Jeśli moja praca i majątek produkcyjny sprawiają, że jest go więcej albo jest bogatszy, w większym stopniu niż twoja praca i majątek produkcyjny, to wtedy, zgodnie z normą pierwszą, sprawiedliwie będzie, jeśli dostanę większe albo smakowitsze kąski. Skoro przyniosłem do kuchni więcej środków, zasługuję na większe wynagrodzenie. Ty masz motykę, ja mam traktor. To sprawia, że jestem bardziej produktywny i mogę wnieść większy wkład w całkowitą produkcję społeczną żywności. Zatem jest sprawiedliwe, że będę lepiej wynagradzany.
Chociaż ta argumentacja intuicyjnie przemawia do wielu ludzi, to zwolennicy normy pierwszej muszą zmierzyć się z "problemem wnuka Rockefellera". Zgodnie z nią wnuk powinien dostać tysiąc razy więcej niż wysoko wykwalifikowana, wysoko produktywna, ciężko pracująca córka biedaka. Wnuk Rockefellera ma to gwarantowane nawet wówczas, powiada norma pierwsza, jeśli nie przepracuje nawet jednego dnia w całym życiu, a córka biedaka pracuje przez 50 lat z wielką korzyścią dla innych. Odziedziczył własność, która "pracuje" za niego; "przyniósł ją do kuchni", a zgodnie z normą pierwszą zapisujemy wkład własności produkcyjnej na konto jej właściciela. Wniesienie do gospodarki traktora albo stu akrów ziemi w stanie Missisipi powiększa i polepsza przygotowywany przez nas posiłek podobnie jak kopanie czy obieranie ziemniaków przez kogoś innego. Jeśli odziedziczymy traktor lub ziemię, wraz ze spadkiem pojawia się strumień dochodów i nie musimy nawet kiwnąć palcem, żeby je "zarobić". Z drugiej strony, fakt, że nawet nie kiwnęliśmy palcem, żeby je zarobić, pokazuje, iż nie zasługujemy na nie z moralnego punktu widzenia. Musi istnieć jakieś inne wyjaśnienie niż to, że coś "należy się ze względów moralnych" i dla tego powinniśmy to dostać. Druga linia obrony normy pierwszej opiera się na wizji "wolnych i niezależnych" ludzi, posiadających własność, którzy, twierdzi się, nie zawarliby dobrowolnie umowy społecznej, gdyby nie otrzymywali produktów tej własności. Z tego punktu widzenia potrzebujemy normy pierwszej, jeśli mają oni dobrowolnie uczestniczyć w gospodarce. Choć jednak ludzie posiadający dużą własność produkcyjną mają dobry powód, żeby domagać się umowy społecznej wynagradzającej ich za własność, to ci, którzy mają niewielką własność albo nie mają jej wcale, mają równie dobry powód, żeby domagać się innej umowy społecznej, która nie karałaby ich za nieposiadanie własności. Jeśli tak ma być, to dlaczego posiadający własność mają normę, której chcą, a nieposiadający własności - nie? Historyczna różnica polega na tym, że posiadający własność mogą sobie świetnie radzić (łącznie z kupnem prawnej realizacji swoich życzeń), czekając na zawarcie tej umowy, a ludzie nieposiadający własności umarliby z głodu, gdyby mieli długo czekać. Wymóg zgody wszystkich stron daje uprzywilejowaną pozycję przetargową właścicielom. Bezrobotni w końcu muszą się poddać i zgodzić na pracę nawet na takich warunkach, w których zyski wędrują w całości do właścicieli. W innym razie pozostaną bez środków do życia. Oznacza to jednak, że norma pierwsza obowiązuje nie dlatego, że jest uzasadniona moralnie, ale dlatego, że warunki przetargowe są niesprawiedliwe - niektórzy mogą wytrzymać fiasko w osiągnięciu uczciwego porozumienia (a zatem są lepiej przygotowani do wymuszania posłuszeństwa i obrony swojego stanu posiadania). Zatem takie uzasadnienie dla zarabiania na własności traci całą siłę moralną, a wagę w całości zawdzięcza przypadkowym, niesprawiedliwym okolicznościom. Ta analiza zresztą nie jest niczym nowym, choć nie znaczy to, żeby była publicznie dyskutowana przez nieposiadających własności. Weźmy np. trafne stwierdzenie Adama Smitha: "Tylko pod ochroną władzy właściciel cennej własności (...) może spać spokojnie", albo stary, anonimowy aforyzm: "Prawo karze złoczyńcę, który kradnie gęś z pastwiska, ale puszcza wolno większego złoczyńcę, który kradnie pastwisko gęsi". Stąd pogląd, że jeśli ci, którzy posiadają bardziej produktywną własność, nie zdobyli jej poprzez większe osobiste poświęcenie, to uzyskiwanie z niej dochodów jest niemożliwe do uzasadnienia na gruncie sprawiedliwości. Oparcie dochodu na własności prywatnej nie jest sprawiedliwe i musi zostać odrzucone, chyba że rozstrzygniemy, iż ci, którzy posiadają własność bardziej produktywną, zdobyli ją dzięki większemu osobistemu poświęceniu. Śledząc tę linię rozumowania zwolenników normy pierwszej, musimy teraz zapytać, jak zdobywa się własność. Otrzymanie własności produkcyjnej na drodze dziedziczenia w oczywisty sposób nie pociąga za sobą żadnych poświęceń ze strony spadkobiercy. Tym samym, gdy zniesiemy dziedziczenie własności produkcyjnej, nie pozbawimy niedoszłych spadkobierców niczego, do czego mieliby moralne prawo. Co jednak z prawami osób, które chciałyby zapisać własność produkcyjną w testamencie swoim potomkom? Przypuśćmy (mimo wszystko), że ci, którzy chcieliby zostawić spadek, zdobyli swoją własność w sposób zgodny z sensowną koncepcją sprawiedliwości ekonomicznej - poświęcili się bardziej, pracując dłużej lub ciężej i zamiast zajadać się kawiorem pod koniec życia, postanowili przekazać swój ciężko zarobiony majątek produkcyjny swoim dzieciom i wnukom. Odmówienie im tego wydawałoby się bezpodstawnym pogwałceniem ich prawa do swobodnego dysponowania majątkiem. Co jednak z prawem młodszego pokolenia do równych szans ekonomicznych? Jeśli pozwolimy na dziedziczenie majątku produkcyjnego, niektórzy młodzi ludzie będą mieli uprzywilejowaną pozycję na starcie, a inni niekorzystną - nie z własnej winy. Te nierówności mogą rosnąć z pokolenia na pokolenie. Jeśli osoby ze starszego pokolenia, korzystając ze swojej swobody konsumpcji, mają prawo przekazać własność produkcyjną, to zgoda ta powoduje nierówne szanse ekonomiczne dla pokolenia młodszego, co narusza jego prawa. Z drugiej strony, jeśli osoby z młodszego pokolenia mają być chronione przed nierównościami, osobom ze starszego trzeba odmówić prawa do swobodnego dysponowania swoim majątkiem - to także wydaje się niesprawiedliwe. Co wybrać? Prawo do pozostawiania w spadku środków produkcji powinno zostać odrzucone, ponieważ prawo wszystkich pokoleń do równych szans ekonomicznych ma o wiele większą wagę niż prawo części jednego pokolenia do pozostawiania w spadku swoim potomkom wytwarzającego dochody majątku. Zniesienie dziedziczenia własności produkcyjnej z pewnością oznacza poświęcenie pewnej wolności starszego pokolenia do zdobywania i przekazywania własności, ale jest to konieczne, by zagwarantować bardziej podstawową wolność młodszego pokolenia do równych szans ekonomicznych. Ogólnie rzecz biorąc, tego rodzaju konflikty są powszechne w gospodarce, jak też w innych sferach społecznych. Zamiast rozstrzygać je abstrakcyjnie, przez przyznanie prawa własności jednej lub drugiej stronie, bazując na pojęciu własności, powinno się przyznać wszystkim podmiotom udział w decyzjach, proporcjonalny do stopnia, w jakim decyzje te ich dotyczą, bazując na demokracji. Innymi słowy samorząd ekonomiczny - rozumiany jako wpływ na decyzje w stopniu, w jakim decyzje kogoś dotyczą - jest o wiele wyższym standardem niż opieranie wolności ekonomicznej na prawie do robienia ze swoją własnością, co się komu żywnie podoba. Z tego punktu widzenia ograniczenie prawa dziedziczenia jest uzasadnione, ponieważ młodsze pokolenie byłoby dotknięte w o wiele większym stopniu nierównymi szansami ekonomicznymi niż starsze pokolenie ograniczeniem swobody do przekazywania swojej własności produkcyjnej. Choć konflikt między swobodą konsumpcji starszego pokolenia, pozostawiającego w spadku swoją własność, i prawem młodszego pokolenia do równych szans jest tylko jednym z wielu konfliktów swobód w gospodarce kapitalistycznej, to jest on szczególnie istotny. Rozstrzygnięcie go na korzyść zasady dziedziczenia jest wyjątkowo poważnym naruszeniem reguły samorządu ekonomicznego, ponieważ pozwala ludziom zostawiającym spadek znacząco wpływać na życie wielu innych osób. Rezultatem tego osoby niedziedziczące muszą rozpoczynać swoje życie ekonomiczne z ogromnymi utrudnieniami w porównaniu do swoich uprzywilejowanych rówieśników. Drugim sposobem zdobywania w kapitalizmie większej własności produkcyjnej od innych - nie licząc ciężkiej pracy - jest szczęście. Praca albo inwestowanie w rozwijającym się lub upadającym przedsiębiorstwie bądź branży wiąże się z uśmiechem losu lub pechem. Działanie w pewnym obszarze gospodarki i uzyskiwanie profitów z podporządkowanej działalności innych albo z globalnych lub krajowych zmian koniunktury wiąże się ze szczęściem. Zatem podział własności produkcyjnej opierający się na szczęściu zamiast na wynagradzaniu poświęcenia ze strony ludzi nie ma oczywiście żadnego moralnego uzasadnienia. Trzecim sposobem zdobywania bardziej produktywnej własności od innych jest posiadanie niesprawiedliwej przewagi, takiej jak różnice warunków albo indywidualnych cech. Przypadkowe czynniki mogą pozwolić ci na zdobycie większego majątku produkcyjnego niż mi, ponieważ na przykład masz informacje, których ja nie posiadam, albo działasz w mieście czy kraju, który daje ci większe możliwości. Przypadkowe różnice w cechach indywidualnych mogą oznaczać, że posiadasz większą wrodzoną inteligencję, siłę albo sprawność niż ja, nie z mojej winy ani z powodu twoich starań, i dzięki nim zdobywasz większą własność. I choćby różnice te nie wydawały się zbyt poważne, to nawet niewielkie początkowe nierówności w stanie posiadania własności produkcyjnej rosną gwałtownie w gospodarce, gdzie właścicielom płaci się za wkład własnościowy. Początkowa przewaga powiększa się, umożliwiając uzyskiwanie jeszcze większej własności. Jeśli początkowe różnice są niesprawiedliwe, to jeszcze większe różnice, biorące się z dalszej akumulacji, również są niesprawiedliwe. Co jednak z sytuacją, w której ludzie więcej akumulują dlatego, że pracują więcej albo dłużej niż inni? Albo jeśli konsumują mniej, żeby akumulować własność produkcyjną? Większość z tych, którzy twierdzą, że norma pierwsza jest sprawiedliwa, chciałaby nas przekonać, że właśnie w taki sposób zwykle powstają nierówności w stanie posiadania własności produkcyjnej. Faktycznie, jeśli ktoś akumuluje większą własność produkcyjną dzięki niższej konsumpcji lub intensywniejszej pracy, to w takim przypadku uzasadniona jest wyższa konsumpcja (albo lenistwo) proporcjonalna do rozmiarów poświęcenia w przeszłości. Jednak ten wniosek to bezpośrednie zastosowanie normy trzeciej - każdemu według jego wysiłku lub poświęcenia - o ile "proporcjonalna" rekompensata odpowiada przeszłym poświęceniom, sprawiając, że suma obciążeń i korzyści jest sprawiedliwa. Nie jest to uzasadnienie dla normy pierwszej, według której wynagradza się za własność bez względu na wysiłek i poświęcenie. Większość ekonomistów politycznych akceptuje to, że w gospodarce kapitalistycznej różnice w stanie posiadania własności produkcyjnej akumulowanej w ramach jednego pokolenia wskutek różnego poświęcenia są minimalne w porównaniu z różnicami powstałymi wskutek dziedziczenia, szczęścia, niesprawiedliwej przewagi i gromadzenia zysków. To właśnie miał na myśli Proudhon, kiedy stwierdził, że "własność to kradzież". Wszelkie znaki na niebie i ziemi pod koniec XX w. potwierdzają opinię w sprawie pochodzenia różnic majątkowych wyrażoną przez Edwarda Bellamy (w 1888 r.) w jego znanej książce Looking Backward: "Można uznać za regułę, że bogaci, posiadacze wielkiego majątku, nie mają do niego moralnego prawa, nie zasłużyli na niego, ponieważ ich fortuny to albo odziedziczone bogactwo, albo, jeśli zgromadzili je w ciągu swojego życia, są niechybnie wytworem pracy innych, uzyskanym w mniejszym lub w większym stopniu dzięki przemocy lub oszustwu". Telewizyjna reklama domu maklerskiego Salomon, Smith & Barney z początku XXI w. to dobry przykład hipokryzji w kwestii dochodów z własności. Pewien człowiek informuje nas, że maklerzy z Salomon, Smith & Barney wierzą w "robienie pieniędzy w tradycyjny sposób - zarabianie ich". Oczywiście ma na myśli to, że odradzają klientom strategie o wysokim ryzyku i wysokich zyskach, a doradzają pomnażanie majątku wolniej, ale pewniej - właśnie bez zarobienia choćby grosza z tego majątku. Jak zauważył Ricardo: "Nie ma innego sposobu podnoszenia zysków niż obniżanie płac". Groucho Marx celnie stwierdził: "Tajemnica sukcesu tkwi w uczciwości i uczciwych interesach. Jeśli potrafisz je symulować, odniesiesz sukces". Drugą normę
wynagrodzenia ocenić trudniej niż pierwszą. Dlaczego nie wynagradzać za
wartość wkładu samego kapitału ludzkiego, tzn. tego, co sami wnosimy do
kuchni? Zwolennicy normy drugiej generalnie zgadzają się z argumentacją
mówiącą, że dochód z własności jest nieuzasadniony, twierdzą jednak, że
wszyscy mają prawo do "owoców własnej pracy". Na pierwszy rzut
oka uzasadnienie dla tej normy jest nieodparte. Jeśli moja praca jest
w większym stopniu bardziej pożyteczna społecznie, to powinienem otrzymać
więcej. Nie tylko nie wyzyskuję innych, dostając więcej, ale to oni wyzyskiwaliby
mnie, płacąc mi poniżej mojego osobistego wkładu, ponieważ dorzucam do
garnka dodatkową ilość. Wynagradzanie różnic w wartości osobistego wkładu, jak czyni to norma druga, to wynagradzanie różnic będących skutkiem działania czynników przypadkowych i osobistych, pozostających poza czyjąkolwiek indywidualną kontrolą. Kiedy młodzi ludzie napływają do zawodu, w którym pracujesz od 20 lat, twój krańcowy przychód z produktu obniża się, chociaż pracujesz tak ciężko, jak przedtem. Kiedy twój pracodawca nie wymienia maszyn, podczas kiedy unowocześniają je inni, twoja produkcyjność krańcowa spada, choć starasz się w taki sam sposób jak przedtem. Przypuśćmy, że pomijamy albo w ramach pewnych reguł uzasadniamy fakt, iż produkcyjność krańcowa zależy od liczby ludzi w zawodzie oraz ilości i jakości innych dostępnych nakładów, jak też wiedzy technologicznej. Inną okolicznością leżącą poza jednostkową kontrolą jest "loteria genetyczna". Choćbym nie wiem, ile jadł i jak bardzo starał się zwiększyć wagę, to i tak nie będę miał 6 stóp 9 cali wzrostu oraz 300 funtów mięśni, żeby "zarabiać" jak zawodowy futbolista, który zarabia 50 razy więcej niż "zarabiam" ja. Znana angielska ekonomistka Joan Robinson (1903-1983) zauważyła już dawno temu, że bez względu na to, jak "produktywna" może być maszyna albo kawałek ziemi, nie jest to żaden moralny argument, żeby płacić jej właścicielowi. Wystarczy tylko rozszerzyć tę opinię na indywidualne cechy ludzi, żeby zdać sobie sprawę, że bez względu na to, jak produktywne może być IQ 170 albo ciało ważące 300 funtów, nie znaczy to, że jego właściciel zasługuje na większy dochód niż ktoś, kto jest w mniejszym stopniu obdarzony tak produktywnymi cechami, ale pracuje tak ciężko i z takim poświęceniem, jak tylko potrafi. Szczęście w kwestii warunków i w loterii genetycznej nie jest lepszą podstawą dla wynagrodzenia niż szczęście w loterii dziedziczenia własności - co oznacza, że norma druga jako koncepcja sprawiedliwości posiada te same błędy, co pierwsza. Jeśli pewna osoba ma spory majątek w postaci genów dających jej przewagę w wytwarzaniu wartościowych rzeczy lub gdy ma szczęście na polu swojej pracy, nie ma powodu, żeby do tego wszystkiego dodawać niebotyczne dochody. Broniąc normy drugiej, jej zwolennicy często twierdzą, że choć talent może, z moralnego punktu widzenia, nie zasługiwać na nagrodę, to korzystanie z niego wymaga kwalifikacji i właśnie tutaj kryje się poświęcenie zasługujące na nagrodę. Pensje lekarzy są uważane za rekompensatę nie dzięki ich pewnym wrodzonym zdolnościom, ale ze względu na dodatkową edukację. Jednak dłuższe kształcenie niekoniecznie oznacza większe osobiste poświęcenie. Ważnym jest, żeby nie mylić kosztów czyjegoś kształcenia - obejmujących głównie czas i energię nauczycieli przekazujących wiedzę oraz rzadkich zasobów społecznych, takich jak książki, komputery, biblioteki i sale zajęciowe - z osobistym poświęceniem osoby uczącej się. Jeśli koszty opłacania nauczycieli i zaplecza edukacyjnego są publiczne, a nie prywatne - tzn. jeśli mamy system powszechnej oświaty publicznej - to osobiste poświęcenie studenta czy studentki polega tylko na dyskomforcie odczuwanym podczas nauki. Co więcej, nawet ten osobisty dyskomfort musi być odpowiednio porównany. Choć wiele programów edukacyjnych jest mniej przyjemnych niż czas wolny, to odpowiednim porównaniem jest dyskomfort odczuwany przez tych, którzy pracują zarobkowo, zamiast się uczyć. Jeśli naszym kryterium dla dodatkowego wynagrodzenia jest osobiste poświęcenie większe niż u innych, to logika ta wymaga, żebyśmy porównali dyskomfort osoby studiującej medycynę z dyskomfortem osób pracujących w czasie, gdy osoba ta przebywa w szkole. Krótko mówiąc,
czy wolisz uczyć się w szkole medycznej czy smażyć hamburgery? Tylko gdy
nauka jest mniej przyjemna niż praca, może pociągać za sobą większe poświęcenie
i tym samym zasługiwać na większe wynagrodzenie, a dodatkowe wynagrodzenie
ma być proporcjonalne do różnic w poświęceniu, ale nie większe. A zatem, co z normą trzecią - wynagrodzeniem według wysiłku i poświęcenia? Chociaż różnice we wkładzie pracy w produkcję mogą być skutkiem różnic w warunkach, talencie, wykształceniu, szczęściu i wysiłku, to z tych wszystkich czynników tylko wysiłek podlega ludzkiej kontroli. Wynagradzanie lub karanie ludzi za to, czego nie są w stanie kontrolować, łamie tę samą zasadę sprawiedliwości społecznej, która mówi, że nierówności dochodowe ze względu, na przykład, na rasę czy płeć są niesprawiedliwe. Przez "wysiłek" rozumiemy po prostu osobiste poświęcenie czy uciążliwości odczuwane podczas wykonywania obowiązków ekonomicznych. Oczywiście "wysiłek" może oznaczać dłuższy czas pracy, pracę mniej przyjemną, cięższą, bardziej niebezpieczną lub bardziej szkodliwą dla zdrowia. Może też oznaczać przechodzenie szkolenia, które jest mniej przyjemne niż szkolenie lub praca innych. Racjonalne uzasadnienie dla normy trzeciej polega na tym, że ludzie powinni otrzymać porcję posiłku proporcjonalną do tego, jak bardzo się poświęcili, żeby go przygotować. Według normy trzeciej jedynym uzasadnieniem, żeby sprawna fizycznie osoba dostawała większą lub lepszą porcję niż inni, jest to, że poświęcenie w jej przygotowaniu było większe. Jednak nawet ci, którzy odrzucają teorie sprawiedliwości ekonomicznej oparte na wkładzie, takie jak norma pierwsza i druga, mają problem z normą trzecią: "problem wypadku samochodowego". Przypuśćmy, że ktoś poświęcał się średnio przez 15 lat i konsumował przeciętną ilość. Wpada pod samochód. Leczenie ofiar wypadków może kosztować fortunę. Jeśli ograniczymy konsumpcję do poziomu gwarantowanego przez wysiłek, będziemy musieli odmówić rannym lub chorym ludziom odpowiedniej opieki medycznej (lub dochodów w czasie, gdy nie pracują). Tutaj oczywiście pojawia się inna norma, norma czwarta - wynagrodzenie według potrzeb. Bez względu na to, jak atrakcyjna jest norma czwarta, należy jednak do innej kategorii niż trzy pozostałe. Nie jest kandydatką na definicję sprawiedliwości ekonomicznej. Wyraża wartość inną niż sprawiedliwość, wartość, do której dążymy i stosujemy wtedy, gdy jest to możliwe i potrzebne. Gospodarka sprawiedliwa, uczciwa i słuszna to jedno. Gospodarka opierająca się na współczuciu to coś innego. Sprawiedliwa gospodarka to nie wszystko z moralnego punktu widzenia. Oprócz sprawiedliwości ekonomicznej chcemy również współczucia. Mamy zatem naszą wartość sprawiedliwości, normę trzecią, a także mamy współczucie, realizowane poprzez normę czwartą w przypadkach choroby, wypadków, niezdolności do pracy itd. I to są nasze cele, jeśli chodzi o dochody. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że nie warto osiągać sprawiedliwości dochodowej, a nawet opartego na współczuciu humanitaryzmu, jeśli oznaczałoby to załamanie się całej produkcji albo gdyby efekty uboczne spowodowałyby znaczne straty w innych sferach życia. Temu jednak przyjrzymy się dopiero wtedy, gdy będziemy badać, czy jesteśmy w stanie instytucjonalnie wdrożyć nasze normy wynagrodzenia ekonomicznego w taki sposób, żeby harmonizowały z innymi wartościami, uważanymi przez nas za cenne. Jest jednak jeszcze jeden wymiar sprawiedliwości, który musimy zbadać. Michel Albert Fragment
książki Michela Albert "Ekonomia uczestnicząca. Życie po kapitalizmie",
Oficyna "Trojka", Poznań 2007. Książka dostępna w dystrybucji
Oficyny "Trojka". 24.04.2008 Temida
nie jest ślepa Lewica też nie grzeszy nadmiarem oryginalności. Zwykle licytuje się z prawicą w sprawie dofinansowania policji i rozszerzenia jej uprawnień. Zdarza się czasem polityk, który chce uchodzić za obrońcę praw człowieka. Dzieli wtedy propozycje prawne Jarosława Kaczyńskiego przez dwa i otrzymuje humanitarny program walki ze złem. Inny polityk stara się być wrażliwy społecznie, więc wspomina czasem o związkach bezrobocia ze wzrostem przestępczości, lecz na tym już poprzestaje. Istnieją fakty związane z przestępczością, które niby wszyscy znają, ale mało kto wyciąga z nich praktyczne wnioski. Można je pogrupować w następującym porządku.
Po pierwsze, państwowe sądownictwo lekceważy prawa ofiary przestępstwa. Popełniony czyn przeradza się w konflikt zamknięty w trójkącie: przestępca - prokurator - sędzia. Głos ofiary przestępstwa i jej bliskich dotyczący oczekiwanego zadośćuczynienia nie ma mocy wiążącej dla żadnej ze stron. Państwo anektuje konflikt i przestępstwo, jednocześnie zabierając je osobom zaangażowanym. Jeżeli ktoś wybija innej osobie zęby, to jest tak, jak gdyby wybijał zęby organizacji państwowej. Po drugie, społeczeństwo finansuje więzienną edukację. Pobyt w więzieniu oznacza podnoszenie swych kryminalnych kwalifikacji połączone z zanikiem umiejętności życia bez stosowania przemocy. Czym innym może być długotrwałe przebywanie w społeczności ludzi nawzajem utwierdzających się w przekonaniu, że agresja i oszustwo stanowią jedyny sposób osiągnięcia czegoś w życiu? Im mniej kontaktów z ludźmi z zewnątrz, tym wyraźniejsze osłabienie czynników, które zniechęcają do recydywy: więzi rodzinnych, przyjaźni, możliwości znalezienia pracy i mieszkania, a także szacunku w swym środowisku. Ponieważ nie można więzić wszystkich w nieskończoność, po zwolnieniu przenoszą oni kryminalny system wartości i przyzwyczajeń do społeczeństwa. Po trzecie, państwowy wymiar sprawiedliwości inaczej ocenia przestępstwa osób dysponujących władzą, inaczej przestępstwa przeciwko władzy. Powszechne łamanie praw pracowniczych przez pracodawców jest traktowane niezwykle łagodnie w przepisach i praktycznie nieścigane. Na podobną wyrozumiałość nie mogą już liczyć przestępcy z nizin społecznych. Policjant winny nadużycia siły w stosunku do zwykłego obywatela może być pewien pobłażliwości sądu. Co innego obywatel, który podniósł rękę na mundurowego. Liczba i rodzaj ludzi zapełniających więzienia zależy bowiem od przyjętej w państwie ideologii, potrzeb gospodarki i konieczności tuszowania niskiej wykrywalności przestępstw (3). Katalog przestępstw cały czas się powiększa i często zależy od decyzji politycznej panującej władzy, a uznanie, że czyn stanowi przestępstwo, jest przyjętą konwencją i umową. Po czwarte, biedy i frustracji wywołanej społecznym wykluczeniem nie da się zamknąć za kratami. To zresztą ulubiona metoda politycznych nieudaczników, którym brak pomysłu na rozwiązanie społecznych i gospodarczych problemów. System karny zostaje wykorzystany jako alternatywa systemu opieki społecznej. Do więzień trafia nadwyżka siły roboczej. Więcej krat i pałek oznacza zwykle mniej chleba i pracy. Jedno jest pewne: więcej wyroków więzienia świadczy o bezsilności państwa, które nie potrafi zapewnić swym obywatelom bezpieczeństwa. Co ciekawe, przedstawiona wyżej krytyka polityki karnej rozwija się w środowisku praktyków prawa, ludzi pracujących z ofiarami przestępstw lub więźniami, a także sędziów. Są w tym gronie ludzie tak różni jak: anarchizujący kryminolodzy (Nils Christie) i księża (Jim Consedine), obok szefa więziennictwa w Kazachstanie (Piotr Posmakow) i osób z Polskiego Centrum Mediacji oraz Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawnej z Moniką Płatek na czele. Wiele ich dzieli, ale wspólne im jest przekonanie, iż kontynuowanie obecnej strategii prawnej i sądowej zakończy się katastrofą społeczną na niespotykaną skalę. Wszyscy są też zwolennikami sprawiedliwości naprawczej, która od 1989 r. zmienia oblicze prawa w Nowej Zelandii, a w ograniczonym stopniu również w Kanadzie i w Australii. Celem jest stopniowa ewolucja w kierunku stworzenia takiego prawa, które przede wszystkim rozwiązywałoby konflikty, zaś kara i represja byłyby stosowane tylko w przypadku najcięższych przestępstw. To sposób myślenia o prawie stary jak świat, a na pewno starszy od instytucji państwa. Jego podstawę stanowi przekonanie o potrzebie naprawienia wyrządzonego zła, choć często nie poprzestaje się na tym, układając dla przestępcy listę dodatkowych zobowiązań. Monopol
państwa przełamany Ofierze przestępstwa zostaje przywrócona należna rola w procesie. Może teraz w pełni wyrazić swoje uczucia i wpływać na wymiar kary oraz formę i zakres rekompensaty. Wynik procesu jest bardziej adekwatny do skutków przestępstwa i charakteru sprawcy. Opisana procedura pomaga w uświadomieniu przestępcy jego odpowiedzialności za cierpienie, poczucie bezsilności, braku bezpieczeństwa i poniżenia ofiary. Dzięki udziałowi w konferencji bliskich obydwu stron, wstyd przenoszony jest z osoby poszkodowanej na sprawcę. Ważnym momentem są przeprosiny, chociaż nie zawsze zostają przyjęte, i prośba o przebaczenie. Nie wprowadzono sztywnego taryfikatora kar, grzywien, godzin pracy czy innych zadań za określone przestępstwa. Oczywiście zaczyna się od naprawienia tego, co można naprawić. Wyroki są silnie zindywidualizowane, adekwatnie do sytuacji materialnej i rodzinnej sprawcy lub ofiary. Jeżeli sprawca zrealizuje wszystkie zobowiązania wobec poszkodowanego, wyrok skazujący nie zostaje odnotowany w kartotece kryminalnej. Wprowadzenie sprawiedliwości naprawczej w Nowej Zelandii zaczęto od nieletnich i młodocianych, po tym jak ogłoszono raport o skutkach kary więzienia obserwowanych w kraju. Miarą sukcesu sprawiedliwości naprawczej jest fakt, że na Grupowych Konferencjach Rodzinnych (GKR) osiągnięto porozumienie w 90% przypadków. Sprawcy niektórych poważnych przestępstw są aresztowani. Następnie, po sformułowaniu oskarżenia, w ciągu czternastu dni zostaje zwołana GKR. 95% młodych ludzi przyjmuje wtedy odpowiedzialność za swe czyny. Sprawy rozpatrywane przez GKR kończą się znacznie szybciej i kosztują budżet kraju mniej niż rozprawy przed zwykłym sądem. W związku z tym jest więcej środków na dodatkową pomoc dla ofiar przestępstw. Obecnie tylko 2% młodocianych przestępców zostaje skazanych na kary pozbawienia wolności. Osoby winne najcięższych zbrodni (morderstwa, gwałty, czyny pedofilskie) stanowią zbyt wielkie zagrożenie dla otoczenia, muszą więc trafiać do więzień. W Kanadzie wprowadzono natomiast Koła Orzekające dla rozpatrywania przestępstw popełnionych przez Indian w okręgach: Saskatchewan, Ontario, Yukon, Kolumbii Brytyjskiej i Manitobie. Ich celem jest przywrócenie harmonii społecznej zakłóconej przestępstwem. Oskarżeni są tam sądzeni przez ludzi, którzy dobrze znają sprawcę i ofiarę. Sędziowie żyją potem z następstwami swoich wyroków. Stwierdzono osiem-dziesięcioprocentowy spadek recydywy wśród indiańskich oskarżonych, którymi zajmowały się w duchu sprawiedliwości naprawczej Koła Orzekające, a nie sądy państwowe. Coraz częściej mówi się o włączeniu sprawiedliwości naprawczej do sądów dla reszty mieszkańców Kanady. Powszechnie uznaje się, że społeczeństwo oczekuje surowszych sankcji karnych niż są skłonni orzekać sędziowie w sądach państwowych. Dowiedziono jednak, że ofiary przestępstw i ich krewni, którym udzielono wszechstronnej pomocy materialnej, medycznej i psychologicznej, mają mniejszą potrzebę odwetu (4). Z kolei dobrze przeprowadzona mediacja zwiększa prawdopodobieństwo, że przestępca spłaci wszystkie zobowiązania wobec osoby poszkodowanej. Niepaństwowe sądy ludowe funkcjonują już w RPA, południowym Meksyku, górskich rejonach Gruzji i w wielu innych miejscach. Upodabnia je do siebie dążenie do pokojowego rozstrzygania konfliktów, różni odmienne pojmowanie norm porządku i prawa. Kwestia
wyboru Właściwie trudno wyobrazić sobie lepszą alternatywę dla prawicowej wizji prawa karnego. Samorządność prawna bliska jest anarchizmowi, lecz wydaje się możliwe przyjęcie jej zasad przez część ugrupowań lewicowych, feministycznych, a co najistotniejsze, przeciętnych obywateli, dla których jest ona zrozumiała. Cennej wskazówki udzielił nam Nils Christie, pisząc: "mechanizmy rozwiązywania konfliktów poprzez swoją organizację będą odzwierciedlały pożądany typ społeczeństwa i pomogą w jego urzeczywistnieniu" (5). Pamiętajmy o tym, kiedy usłyszymy od jakiegoś polityka o zaletach odstraszania przestępców za pomocą zamordyzmu prawnego i wyposażenia policji w nowe uprawnienia. Geneza
sprawiedliwości niepaństwowej Z kolei w Rzeczpospolitej Szlacheckiej od XVI w. istniała instytucja jednacza (7). Była to osoba, która cieszyła się zaufaniem i autorytetem wśród najbliższej społeczności. Instytucja ta została powołana z powodu niewydolności sądów państwowych zarówno pod względem długości oczekiwania na rozstrzygnięcie swojej sprawy, jak i możliwości wyegzekwowania zapadłych postanowień. O jednaczu można przeczytać głównie w zapisach pamiętnikarskich, które pokazują, że była to forma bardziej zbliżona do arbitrażu niż do mediacji. Poddanie się wyrokowi jednacza było wzmocnione jego autorytetem i powiązaniami, jakie istniały między członkami najbliższej społeczności. Podobne instytucje funkcjonowały w tym samym czasie w większości miast, będąc uzupełnieniem sądów grodzkich. Sądownictwo polubowne zostało zlikwidowane dekretami władz zaborczych w pierwszych dekadach XIX w. Zasadność istnienia prawa państwowego już w średniowieczu kwestionowały niektóre kacerskie ruchy religijne: piętnastowieczni taboryci i bracia czescy (8). Bojkot prawa państwowego deklarowali także wyznawcy powstałego w końcu XIX w. odłamu rosyjskiej sekty duchoborców. Byli to wspierani finansowo przez Lwa Tołstoja swobodnicy. Państwowy system prawa karnego wspierany metafizyczną filozofią i tezami o ułomności natury ludzkiej zakwestionowali w XIX w. anarchiści. Jednym z fundamentów myśli anarchistycznej stało się od tej pory przekonanie, że prawo karne jest przede wszystkim narzędziem czysto politycznym, za pomocą którego utrzymuje się w posłuchu i represjonuje społeczeństwo. Według Proudhona miejsce praw miały zająć umowy między zainteresowanymi, a sędziów zastąpić mieli arbitrzy (9). Bakunin początkowo opowiadał się za wybieraniem sędziów w głosowaniu powszechnym. W późniejszym czasie pisał, że "w społeczeństwie ugruntowanym na równości i solidarności, na wolności i poszanowaniu człowieka autorytet opinii publicznej zastąpi sądownictwo" (10). Ten autorytet miał mieć większą siłę oddziaływania niż kodeksy, klawisze i kaci. Dla Kropotkina wychowanie moralne i praktyka pomocy społecznej były bardziej skuteczne niż represje. Pisał, że więzienia tylko deprawują, a surowość kar nie zmniejsza liczby przestępstw. Kropotkin cenił jednak prawo zwyczajowe (które miało się na krótko odrodzić w Hiszpanii w anarchistycznych kolektywach rolnych w latach 1936-1937). Również Errico Malatesta był przekonany, że liczba przestępców ulega zmianie nie tyle pod wpływem środków karnych, ile pod wpływem warunków ekonomicznych i stanu opinii publicznej (11). Zwyczaje i tradycje cenił wyżej niż kodeksy karne. Konflikty miały być rozwiązywane z pomocą dobrowolnie wybieranych sędziów polubownych. Podobną wizję przekształcenia wymiaru sprawiedliwości prezentowali podczas drugiej wojny światowej polscy anarchosyndykaliści: "Wymiar sprawiedliwości przechodzić będzie stopniowo do organów praworządności rewolucyjnej - od trybunałów chłopsko-robotniczych do sądów stowarzyszeniowo-zawodowych powiązanych z pochodzącymi z wyboru karnymi sądami ludowymi" (12). Anarchochrześcijanin Lew Tołstoj pod koniec życia toczył dysputy z prawnikami. Na podstawie swojej znajomości rosyjskich więzień przełomu XIX i XX w. doszedł do wniosku, że większość osadzonych trafiło tam za czyny popełnione w okolicznościach wyjątkowych, jak uniesienie, zazdrość, upojenie, karano ich więc za takie czyny, jakie prawie na pewno popełniliby ci, którzy ich sądzili i karali, gdyby znaleźli się w tych samych warunkach. Znaczny procent więźniów mieli też stanowić ludzie, którzy moralnie przewyższają resztę społeczeństwa (sekciarze, przestępcy polityczni, skazani za strajki oraz inne formy buntu). Wśród osadzonych miało nie brakować ludzi, wobec których społeczeństwo było o wiele bardziej winne niż oni wobec społeczeństwa. Zaliczył do tej kategorii ludzi opuszczonych, doprowadzonych do ostateczności nędznymi warunkami życia, ogłupionych uciskiem i pokusami. Uznał, że przestępcy działający w majestacie prawa jako pierwsi powinni być pozbawieni wolności Na peryferiach nowoczesnego świata przetrwały jednak do dnia dzisiejszego enklawy niepaństwowego wymiaru sprawiedliwości. Zaliczyć do nich należy sądy ludowe sprawowane przez mediatorów w położonych na terytorium Gruzji regionach Górna Swanetia, Chewsuretia, Pszawetia oraz w Czeczenii. Obowiązujące tam prawo zwyczajowe (adatw Czeczenii i adati w Gruzji) cieszy się wśród ludności większym autorytetem niż kodeksy państwowe. Sędziowie są wybierani przez mieszkańców podczas lokalnych uroczystości lub wyznaczani przez starszyznę. Prowadzenie mediacji nie jest wynagradzane pieniężnie. Znajomość norm prawa zwyczajowego jest tam wspólna wszystkim członkom społeczności, stanowi bowiem integralną część procesu wychowania młodzieży. Sądy ludowe w Swanetii starają się prowadzić negocjacje i zapobiegać krwawym zemstom, proponując zadośćuczynienie, pogodzenie stron, ewentualnie wykluczenie przestępcy ze społeczności połączone z konfiskatą majątku na rzecz poszkodowanego i banicją sprawcy. Bywa jednak, że obie strony konfliktu nie chcą kierować sprawy do sądu ludowego i wendeta trwa kilkadziesiąt lat. Należy też pamiętać, że struktury oparte na tradycji czasami traktują kobiety i młodzież jako mniej ważną część społeczności i nie przywiązują wagi do ich zdania podczas dyskusji. Mediatorami mogą być zresztą wyłącznie mężczyźni, którzy ukończyli sześćdziesiąt lat. Szczególnie drastyczne przypadki nierównego traktowania mają miejsce w orzecznictwie sądów ludowych w Wąwozie Pankiskim, na pograniczu gruzińsko-czeczeńskim zamieszkanym głównie przez Kistynów (14). Odnotowano w tym regionie przypadki decyzji sądu ludowego (mechk cheli) o wydaniu kobiety za mąż wbrew jej woli. Wszystko odbywało się w ramach godzenia zwaśnionych rodów, chociaż zwykle wystarcza odszkodowanie. Państwo gruzińskie toleruje działalność niepaństwowych sądów i nie próbuje kwestionować ich orzeczeń. Odmienny charakter mają sądy na terytorium opanowanym przez zapatystowską partyzantkę w stanie Chiapas w południowym Meksyku, gdzie normy prawne również określane są przez członków lokalnej społeczności, jednak widoczne są tam starania o równe traktowanie kobiet i mężczyzn. Zapatyści domagają się uznania przez państwo meksykańskie tradycyjnych praktyk sądowych wśród Indian (samorządność prawna wedle obyczajów i tradycji) oraz wycofania policji z terenów zajmowanych przez autonomiczne wspólnoty. To reakcja na dyskryminujące praktyki ze strony państwowych sądów i organów ścigania. Nie bez znaczenia dla zrozumienia przyczyn rozwoju alternatywnych form wymiaru sprawiedliwości jest fakt, że struktury państwowe nie są w stanie zapewnić wszystkim obywatelom jednakowego bezpieczeństwa i sprawiedliwego procesu. Tam, gdzie sytuacja staje się krytyczna lub istnieją silne tradycje tworzenia samorządnych struktur pozapaństwowych, powstają też warunki pozwalające na rozbudowę nieformalnego wymiaru sprawiedliwości. Z opisaną sytuacją mają do czynienia mieszkańcy slumsów w Republice Południowej Afryki. Istnieje tam wiele organizacji zapewniających bezpieczeństwo i rozwiązywanie konfliktów: od komitetów ulicznych stowarzyszonych z Narodowo-Obywatelską Organizacją Południowej Afryki (SANCO), aż do prywatnych struktur oraz organizacji, w których łączy się porządek państwowy z niepaństwowym (15). Każda z tych struktur działa niezależnie, ponieważ państwo faktycznie wycofało się z obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa na ulicach biednych dzielnic i miast. Biedni sami musieli znaleźć sposób na zapewnienie porządku i sprawiedliwości. Niepaństwowa sprawiedliwość jest obecna przede wszystkim w niezamożnych dzielnicach Port Elisabeth, Johannesburga i Kapsztadu, a także w okręgach Gugulethu, Khayelitsha, Crossroad, Nyagna i Phillipi. Jednym z nowych miast, w którym można dostrzec wielość struktur porządku prawnego, jest Khayelitsha, licząca ponad 500 tys. mieszkańców, z których zdecydowana większość jest obecnie bezrobotna. Nazwa Khayelitscha oznacza "nowy dom". Miasto powstało w końcowym okresie apartheidu jako jedno z gett dla czarnej ludności, oddalone o 20 km od przeznaczonych wyłącznie dla białych obywateli przedmieść Kapsztadu. Sytuacja polityczna uległa zmianie, ale segregacja ekonomiczna utrzymuje się w dalszym ciągu. Największy autorytet wśród mieszkańców ma obecnie utworzone w 1995 r. Forum Bezpieczeństwa Lokalnego Khayelitsha (KCPF). Wszyscy członkowie organizacji są wolontariuszami, kierujący pracą w dzielnicach komitet wykonawczy wybierany jest przez ogół mieszkańców. Do biura forum można przyjść z praktycznie każdym rodzajem problemów. W niektórych przypadkach klient dostaje radę, w innych - fachową poradę prawną, czasami członek komitetu działa jako mediator, a nawet jako sędzia w sporze. Procedura rozstrzygania sporów jest bardzo luźna i czasami, zamiast wzywać stronę pozwaną, członek dzielnicowego komitetu udaje s | |||