![]() |
||||
|
14.07.2008 Prywatyzacja jako źródło cierpień
W pierwszym okresie intensywnej industrializacji Europy Wschodniej, twierdzi E. Dunn, następowała ona według tej samej co na Zachodzie fordystycznej i taylorowskiej logiki. "Fordyzm i państwowy socjalizm posługiwały się tym samym projektem modernizacyjnym, jednak skończyły jako dwie różne nowoczesności".(1) Trudno się nie zgodzić z takim ujęciem. Pisałem o tym w poprzednim numerze "Przeglądu Anarchistycznego," w krytycznym artykule poświęconym innej książce Krytyki Politycznej - "Rewolucja u bram" autorstwa Slavoja Żiżka.(2) Żiżek stwierdził wręcz, że to "co na Zachodzie postrzegano, jako najgorszy koszmar liberalnego indywidualizmu, ideologiczny kontrapunkt 'tayloryzacji', fordowskiej linii montażowej, w Rosji było czczone jako utopijna perspektywa wyzwolenia"(3). E. Dunn pisze jednak, że później projekty te rozeszły się i kraje bloku socjalistycznego nie weszły na drogę rozwoju post-fordystowskiego, a tym samym utrwaliła się na Wschodzie zupełnie inna racjonalność i zasady działania. Nota bene w tym miejscu przypomina mi się inna książka na temat funkcjonowania gospodarki realnego socjalizmu autorstwa polskiego socjologa Andrzeja Rycharda: "Reforma gospodarcza: socjologiczna analiza związków polityki i gospodarki."(4) Rychard opisuje z krytycznego punktu widzenia inną od kapitalistycznej logikę działania gospodarki socjalistycznej, jako "ręcznie sterowanej" i zdominowanej przez politykę struktury reprodukującej niedobory na rynku. "Reforma gospodarcza..." to bardzo ważna książka nie tylko dlatego, że stanowi całościową krytykę niewydolnego systemu gospodarczego, ale także ponieważ zwraca uwagę na to, że realny socjalizm nie był jakąś hybrydą w stosunku do kapitalizmu, ale systemem innej logiki działania. Logiki, która musiała doprowadzić do jego upadku. Wracając do książki E. Dunn - autorka analizując różnice w racjonalnościach przedsiębiorstwa kapitalistycznego i socjalistycznego, odwołuje się do myśli M. Foucault. Dużo zatem znajdziemy w niej odczytywania odmiennych dyskursów. Dunn wychodzi tutaj od spostrzeżenia - cytując Aihwa Ong - że w systemach społecznych "zapośredniczonych przez technologię przymus narzucany jest nie tylko w postaci stosunków pracy, ale także w formie korporacyjnych dyskursów regulujących wykonanie pracy, uporządkowania przestrzeni w fabryce i poza nią, sensu bycia 'sobą', jakimi dysponują pracownicy"(5). Prywatyzacja Polski po 1989 roku to moment podporządkowania gospodarki w krajach post-komunistycznych współczesnemu modelowi kapitalistycznemu. Ale to co autorka nazywa "prywatyzacją" jest procesem szerszym niż tylko zmiany własnościowe. Związane jest z konstruowaniem nowej podmiotowości, opartej na opozycji tego co indywidualne, temu co wspólnotowe. "Koncepcja osoby ludzkiej jako wspólnotowej lub społecznie zanurzonej - napisze - jest całkowicie sprzeczna z tym..." co określamy mianem "człowieka Zachodu." W tym modelu "posiadanie" i bycie "jednostką" wzajemnie się konstytuują. "Indywidualistyczna, podzielna i 'sprywatyzowana' osoba to warunek konieczny istnienia innych zjawisk związanych z kapitalizmem końca XX wieku: konsumeryzmu i pracy najemnej"(6). Tyle, że taka "poskładana" na nowo jednostka wcale nie stała się szczęśliwsza. Kapitalistyczny porządek rekonstruuje różnice klasowe, spychając i marginalizując wszystkich tych, których uzna za mniej lub w ogóle nie przydatnych z perspektywy własnej logiki funkcjonowania. Dunn opisuje ten proces arbitralnego deprecjonowania np. pracy fizycznej, a zwłaszcza zmuszania ludzi, aby przyjęli za swój pogląd, że musi być ona - dajmy na to - gorzej opłacana. Inny przykład to klasyfikowanie (i "poniżanie") wszystkich, którzy przeczą i stawiają opór logice kapitalistycznej, jako pozostałości socjalistycznej mentalności. Zamiast zarządzania masami, kapitalizm wg Dunn, stara się wprowadzić zasadę samokontroli jednostki, ale przebiegającej według "wdrukowanych" kryteriów kapitalistycznej logiki ("rządnomyślność"). Będąc przekonanym, iż książka E. Dunna to lektura obowiązkowa, chciałbym jeszcze na koniec poczynić kilka uwag krytycznych. Po pierwsze wątpliwości budzi antropologiczna próba analizy kwestii systemowych, poprzez odwołanie się do pojęć dotyczących relacji pokrewieństwa czy powinowactwa; analizowanie załogi zakładu pracy jak plemienia. Nie chodzi o to, że podejście takie nie jest twórcze czy ciekawe, ale w kilku momentach książki Dunn, nie brzmi to dla mnie zbytnio przekonywująco. Po drugie - to antropologiczne podejście sprawia, iż zastosowana argumentacja podnosi przede wszystkim endogeniczne źródła przekształceń systemowych, spychając na plan drugi (bo częściowo są one obecne) przyczyny egzogeniczne. Chodzi o znaczenie zewnętrznej presji kapitalizmu, również w sensie dyskursywnym, na inne modele organizacji życia społecznego, i powstającej asymetrii we wzajemnych relacjach. Wreszcie po trzecie, na gruncie empirycznym, pozostają wątpliwości na ile kraje typu Polska, stały się celem "eksportu" z Zachodu, przetworzonych wprawdzie, ale w dalszym ciągu fordystycznych metod produkcji i zarządzania. Pod pozorem udostępnienia nowoczesnego know-how, w sensie technologicznym i metod zarządzania, w istocie mamy do czynienia z odtwarzaniem się czy utrzymywaniem hierarchicznych stosunków pracy, a nowość faktycznie polega na nadaniu nowej interpretacji dla starych zależności.
Elizabeth Dunn "Prywatyzując Polskę", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, 216 s. Jarosław Urbański Recenzja ukazała się w 7 numerze półrocznika "Przegląd Anarchistyczny". 03.07.2008 Warszawa: Sprawa zwolnionego związkowca z Lionbridge W najbliższy piątek 4 lipca przed sądem pracy odbędzie się pierwsza rozprawa Jakuba G. przeciwko korporacji Lionbridge o bezprawne zwolnienie działacza związkowego pod pozorem rzekomego "ujawnienia poufnych informacji" i "działania na szkodę pracodawcy". Zarzuty są całkowicie zmyślone, a zwolnienie związkowca nastąpiło bardzo krótko po ujawnieniu istnienia związku zawodowego w spółce Lionbridge. Jakub G. został wyrzucony faktycznie za założenie związku zawodowego (Krajowa Federacja Pracy). 4 lipca są planowane akcje pod biurami Lionbridge na całym świecie.
W czasie krótkiej historii działania związku KFP na terenie zakładu w Warszawie, udało się uzyskać od pracodawcy zaległe rekompensaty za nadgodziny, oraz wypłatę świadczeń z Funduszu Socjalnego (przez długi okres czasu pracodawca "siedział" na tych pieniądzach i nie chciał ich wypłacać). Lionbridge tłumaczy oprogramowanie i dokumentację techniczną dla innych korporacji, takich jak Microsoft, czy Adobe. Np. gdy Windows i Photoshop są tłumaczone na różne języki, właśnie firmy takie, jak Lionbridge, czy SDL wykonują tłumaczenie na zlecenie Microsoftu lub Adobe. W biurze w Warszawie zatrudnionych jest około 300 osób. W większości to kierownicy projektów, testerzy, inżynierowie i specjaliści DTP. Samo tłumaczenie jest zlecane na zewnątrz. Właściwie firma nie zatrudnia bezpośrednio tłumaczy i wykorzystuje do tego celu osoby, które nie są zatrudnione na stałe. Paradoksalnie, tłumacze są traktowani jako najmniej ważni w całym procesie tłumaczenia. Nie dość, że nie mogą mieć pewności stałego zatrudnienia, to jeszcze często wypłaty tytułem wykonanej pracy są opóźnione o wiele miesięcy. Na całym świecie, Lionbridge zatrudnia kilka tysięcy osób. Miejsca pracy są wciąż przenoszone z Europy i USA do Indii i Chin w celu redukcji kosztów. W Indiach przepisy obowiązującego tam prawa pracy umożliwiły firmie Lionbridge pozbawienie swoich pracowników praw związkowych. Praktyki te wpływają nie tylko na jej pracowników, ale także na warunki panujące na rynku pracy tłumaczy. Dzieje się tak z powodu coraz mocniejszej pozycji firmy na rynku, wynikającej z przejmowania kolejnych spółek, wraz z ich klientami i rynkami. Od marca 2007 roku Lionbridge prowadzi w Irlandii ustne tłumaczenia sądowe. W 2006 r. korporacja wygrała wart 2,5 miliona dolarów kontrakt przyznany w przetargu ogłoszonym przez irlandzki Departament Sprawiedliwości. Tłumacze są zatrudniani do pracy w trakcie posiedzeń sądowych, w których w charakterze świadków lub oskarżonych występują imigranci nie znający języka angielskiego. Według Irlandzkiego Stowarzyszenia Tłumaczy "Irish Translators' & Interpreters' Association" (ITIA), od czasu przejęcia przez firmę kontraktu, stawki tłumaczy znacznie spadły, a zawodowi tłumacze zostali zastąpieni osobami dwujęzycznymi bez odpowiedniego doświadczenia. Sądy płacą firmie Lionbridge 46 Euro za godzinę tłumaczenia, z czego tłumacze otrzymują od 17,5 do 25 Euro. Według ITIA, zdarzają się również przypadki stawek zaniżonych do 15 Euro za godzinę. Obowiązuje zasada, że nowym tłumaczom oferuje się dużo niższe stawki. Jednak tłumacze dłużej współpracujący z firmą także nie mogą liczyć na podwyżki inflacyjne. 2 lipca działacze francuskiego związku CNT-AIT z Paryża, mimo ochrony, dostali się do budynku miejscowego oddziału korporacji Lionbridge. Udało im się rozdać wszystkim obecnym pracownikom firmy ulotki, w których można przeczytać: "Czy jeszcze to pamiętacie? To było dawno temu. Na początku lat 80., w komunistycznej Polsce, tworzenie związków zawodowych było całkowicie zakazane. (...) Na szczęście, Mur Berliński upadł. Polska dołączyła do obozu liberalnej wolności i nawet do Unii Europejskiej. A w Europie wolno zakładać związki zawodowe. Czyżby? W grudniu 2007 r., ufając w wartości swobody wypowiedzi i stowarzyszania się proklamowane przez Europę, pracownicy Lionbridge Technologies w Warszawie, jednej z największych międzynarodowych firm zajmujących się tłumaczeniami, utworzyli związek zawodowy (...) Jak myślicie, co się stało? W kraju realnego liberalizmu stworzenie takiego związku i sprzeciw wobec szefa, to zdrada wobec Korporacji, ujawnienie tajemnic niewygodnych dla systemu, a przede wszystkim najważniejszej z nich: że nie wszystko jest różowe, że liberalizm nie jest rajem i że są ludzie, którzy walczą o lepsze jutro. Tak więc, jak za starych dobrych czasów komunistycznych "demokracji ludowych", ci, którzy byli dość naiwni, by potraktować poważnie idee wolności "liberalnej demokracji przedstawicielskiej" i założyć związek zawodowy, mogą winić tylko siebie. Jakub został oskarżony o autorstwo publikacji internetowej, w której przedstawiono rzeczywistą sytuację pracowników przedsiębiorstwa. Został zwyczajnie wyrzucony na bruk za "szkody wyrządzone wizerunkowi firmy" (...) Zwolnienia związkowców i tych wszystkich, którzy zadają zbyt wiele pytań są na porządku dziennym w Polsce. W większości przypadków, zwolnienia mają miejsce zaraz po założeniu związków zawodowych. Co w międzyczasie robi Komisja Europejska i Parlament Europejski, na który mamy głosować w 2009 r.? Przyjmuje uchwałę, która legalizuje 65-godzinny tydzień pracy i zatrudnianie pracowników przez 18 miesięcy bez podpisywania z nimi umowy. A wszystko to się dzieje przy zupełnym milczeniu ze strony partii politycznych i ugodowych związków zawodowych... Taka wersja integracji europejskiej gwarantuje, że to, co dziś się dzieje w Polsce, jutro będzie miało miejsce u nas [we Francji] (...)" Sporządzono na podstawie informacji Biuletynu Inicjatywy Pracowniczej i strony internetowej lionbridge.zsp.net.pl 16.06.2008 Intensywność z jaką w ostatnim czasie pracodawcy, rząd i liberalna prasa zaatakowały związki zawodowe budzi pewne zdziwienie i wymaga zastanowienia. Trudno bowiem w Polsce mówić o jakieś szczególnej nadaktywności związków zawodowych, na którą niektórzy zaczęli się uskarżać. Zgodnie z wiarygodnymi badaniami, mniej niż 10% zatrudnionych (a w ciągu ostatnich kilku lat odsetek ten spadł o kolejnych kilka punktów procentowych) należy do którejś z organizacji związkowych. Podobnie wyolbrzymiana jest kwestia rzekomego nadużywania przez pracowników strajków. Wbrew temu co wynikałoby z doniesień prasowych, wybucha ich w Polsce wyjątkowo mało, w ostatnich latach od kilku do góra 30 rocznie. Dla porównania, ostatnia wielka fala strajków jaka przetoczyła się przez nasz kraj, w latach 1992-1993, liczyła ich łącznie blisko 14 tysięcy. Skąd zatem zainteresowanie tą problematyką i dyskusja wokół niej?
Choć szeregi
związków zawodowych dramatycznie stopniały, a ich realna polityczna rola,
od czasów słynnego "parasola ochronnego" rozpiętego przez "Solidarność"
nad neoliberalnymi reformami, uległa osłabieniu, to zachowują one w dalszym
ciągu spore znaczenie. Przy dość nikłym społecznym zaangażowaniu w życie
publiczne, struktury związków zawodowych, wydają się być jeszcze w miarę
spójne i mobilne, stając się często źródłem mniej lub bardziej znaczących
sporów i konfliktów, czyli posiadają pewien potencjał krytyczny wobec
obecnego status quo. Sytuacja związków zawodowych, w porównaniu np. do
struktur partyjnych, nie wygląda tak źle. System partyjny w Polsce jest
słaby. Kolejne formacje ulegają coraz to nowym transformacjom lub zanikają.
Na ich tle związki zawodowe, mimo że także wstrząsane wewnętrznymi sporami
i rozpadami, wydają się jednak oazą spokoju. System partyjny trwa tylko
dzięki wsparciu, także finansowemu, państwa, gdy równolegle związki zawodowe
zdane są zasadniczo na same siebie. Dlatego też partie polityczne nie
mogą abstrahować od związków zawodowych - od tego czy zdobędą ich poparcie
czy też wejdą w konfrontację z nimi. Słabe związki zawodowe tkwią w klinczu
ze słabymi partiami politycznymi, choć często jest to zwarcie i walka
pozorna - obie strony dbają, aby nie narazić swoich rachitycznych struktur
na szwank. Z drugiej
strony, dominujący liberalno-konserwatywny nurt w polskiej polityce, nie
może nie dostrzegać pewnych dla siebie niebezpieczeństw ze strony ruchu
związkowego. Przypadek Samoobrony i Andrzeja Leppera, który od poziomu
związkowych akcji rewindykacyjnych, doszedł do fotela wicepremiera z aspiracjami
prezydenckimi, musi dawać innym politykom wiele do myślenia. Nie ma przy
tym znaczenia, jak oceniamy z punktu widzenia ideowego i politycznego
karierę Samoobrony i jej liderów. Dla wielu polityków "z prawego
łoża", Lepper to "bękart" polskiej polityki i utożsamiają
go z niebezpieczeństwem konkurencji ze strony związków zawodowych. Wiodący
nurt polityczny ma jeszcze ten problem, że w zasadzie wyniosły go do władzy
te same procesy i tendencje, co Leppera. Obecne elity polityczne swój
początek i sukces również zawdzięczają rewindykacyjnej walce z lat 70.
i 80., ściśle związanej z "Solidarnością". Choć drogi polityków
i związkowców po większej części już się rozeszły, to przynajmniej na
gruncie symbolicznym, dominująca dziś formacja polityczna (jak PO i PiS)
nie może dokonać łatwego zerwania i odciąć się od swoich związkowych korzeni.
Rewolucja 1980 r. i "Solidarność" pozostaje ważną częścią ich
tożsamości politycznej, pomimo czynionych prób reinterpretacji przeszłości,
polegających na wyparciu ze świadomości zbiorowej wszystkiego, co kojarzy
się z nurtem socjalnym, a położeniu silniejszych akcentów na kwestie narodowo-religijne.
Trudno też nie pamiętać, iż brak symbolicznego wsparcia ze strony "Solidarności",
skończył się dla niektórych liberalnych środowisk wyborczą klęską polityczną,
wymieńmy tu choćby przypadek Unii Demokratycznej (Unii Wolności). Strategia
dziel i rządź Walka ze
związkami zawodowymi, w myśl tej koncepcji, to dla neoliberałów i ich
sympatyków przedsięwzięcie konieczne jeżeli Polska ma dokonać, ciągle
oczekiwanego, skoku cywilizacyjnego. Sygnał do walki z opozycją dał już
wiele miesięcy temu poseł Janusz Palikot z PO. W jednej z wypowiedzi stwierdził,
że obecny rząd jest... "zbyt obywatelski i zbyt nowoczesny",
jak na obecną opozycję, która ma według niego dążyć do konfrontacji. O
ile jeszcze protesty służby zdrowia, a nawet pracowniczek i pracowników
supermerketów były (są) jeszcze, z wymienionych wyżej względów, tolerowane,
o tyle strajk w państwowej Kopalni Węgla Kamiennego "Budryk"
(na przełomie 2007 i 2008 r. kopalnia strajkowała 46 dni) stał się idealnym
pretekstem do kolejnego frontalnego ataku na związki zawodowe. Uderzenie
polegało po pierwsze na podjęciu realnych działań represyjnych wobec protestujących
robotników ze strony państwa, a po drugie stanowiło przyczynek do zainicjowania
fali krytyki związków na łamach mediów głównego nurtu i podjęcia kroków
zmierzających do ograniczenia praw związkowych oraz strajkowych. Próbując
udowodnić nielegalny charakter strajku i pociągnąć do odpowiedzialności
zakładowe związki zawodowe, przesłuchano już ok. 200 górników z "Budryka".
Co ciekawe, podobnego typu działania podjęła prokuratura i policja wobec
protestujących robotników, innego państwowego zakładu, H. Cegielski-Poznań
S.A. Rozpoczęto przesłuchania działaczy związku zawodowego prowadzącego
od ponad roku akcję rewindykacyjną na terenie tego zakładu, a delegat
załogi do prac w zarządzie, Marcel Szary, jest podejrzany o organizację
nielegalnych strajków. Ciągłość
działań antypracowniczych Obraz sporu
wokół ograniczenia praw związkowych i pracowniczych nie byłby pełen, gdybyśmy
pominęli udział w nim pracodawców. Fakt, że czynię to dopiero w tym miejscu,
nie znaczy, że jest to kwestia mniej ważna od pozostałych. Półroczne rządy
Tuska są coraz częściej krytykowane przez liberalne media za bierność
i trwonienie czasu. Jednocześnie nie ulega już wątpliwości, że do Polski
nadciąga światowa recesja gospodarcza, której pierwsze symptomy prawdopodobnie
poprzedzą najbliższe wybory prezydenckie i parlamentarne. Trudno przewidzieć
jakie będą tego skutki, ale istnieje prawdopodobieństwo, że dojdzie nie
do utrwalenia, ale osłabienia pozycji PO. W sensie ekonomicznym kryzys
może oznaczać spowolnienie wysokiego, póki co, tępa wzrostu. W takich
okolicznościach pracodawcy chcieliby jak najszybciej zdyskontować wynik
poprzednich wyborów. Tym bardziej, że najnowsze dane statystyczne jednoznacznie
wskazują na spadek zysków, spowodowany dwoma zasadniczymi czynnikami:
silną pozycją złotówki i wzrastającymi kosztami pracy (wzrost średniej
płacy w ostatnim roku o ponad 12%). Na kurs walut polscy pracodawcy nie
mają wpływu, ale cenę siły roboczej mogą starać się ograniczać, domagając
się od rządu podjęcia kroków w celu powstrzymania żądań rewindykacyjnych
i osłabienia pozycji klasy pracowniczej na rynku pracy poprzez jego dalsze
uelastycznienie. Przy spadającym gwałtownie bezrobociu jest to dla pracodawców
sprawa kluczowa. Postulują zatem m.in. ograniczenie prawa do strajku,
w tym prawa do strajku okupacyjnego, "wyrzucenia" związków zawodowych
poza zakłady pracy, limitowania liczby organizacji związkowych, ograniczenia
uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy, wykreślenia tzw. "urlopów na
żądanie" z kodeksu pracy i ogólnie kolejnych wielu innych zmian prawa
pracy. Z tych też powodów twarda postawa rządu wobec, szeroko relacjonowanego
w mediach, strajku w "Budryku", miała stać się jasnym sygnałem
dla innych grup pracowników, że rząd zamierza przeciwstawić się wzrastającej
fali żądań, a dla pracodawców, iż panuje nad sytuacją i nie pozwoli na
wzrost nastrojów rewindykacyjnych nawet za cenę zastosowania przemocy.
Mnożące się oskarżenia ze strony organizacji pracodawców, że rząd jest
słaby i "nic nie robi dla gospodarki", mogłyby w przyszłości
oznaczać, że biznes odwróci się od liberalnych polityków i wesprze rządy
"silnej ręki" braci Kaczyńskich. Temu PO oczywiście chce zapobiec. Plany
likwidacji związkowej niezależności Jeżeli dojdzie
do wprowadzenia w życie pomysłów pracodawców oraz liberałów i dokonane
zostaną liczne zmiany w kodeksie pracy, ustawie o związkach zawodowych
i ustawie o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, to byt wolnych, samorządnych,
nienależnych związków zawodowych zostanie zagrożony. Ale złudzeniem jest
mniemanie, że podporządkowanie związków zawodowych pracodawcom czy rządowi
oraz ograniczenie prawa strajkowego, zapobiegnie protestom. Co najwyżej
oddali je w czasie, zmieni charakter i przyczyni się do wzrostu ich gwałtowności.
Przykład: strajki i zamieszki w grudniu 1970 r. w Polsce. Ich motorem
były żądania socjalne, a obowiązujący wówczas faktyczny zakaz strajku,
całkowite podporządkowanie związków zawodowych władzy, represje, nie powstrzymały
robotników przed gwałtownymi wystąpieniami. Dziś podobnie dzieje się w
krajach azjatyckich, gdzie prawa pracownicze są deptane na każdym kroku.
W ostatnich kilku latach w Chinach czy Bangladeszu dochodziło do wielu
gwałtownych zamieszek - starcia uliczne i podpalenia zakładów pracy są
tam na porządku dziennym. W Polsce, sukcesywnemu spadkowi ilości strajków
i siły związków zawodowych, od kilku lat towarzyszy znaczący (wg danych
policji) wzrost ilości protestów ulicznych. Wniosek nasuwa się sam. Jeżeli
robotnicy nie będą mogli fabryk okupować, będą je po prostu palić! Jarosław
Urbański Artykuł
ukazał się w czerwcowym numerze pisma "Le monde diplomaptique"
edycja polska. 14.06.2008 Książka Beverly Silver "Forces of Labor" dostarcza szczegółowych informacji na temat kondycji i znaczenia ruchu pracowniczego oraz narzędzi do dalszej jego analizy. Silver twierdzi, że walki pracownicze są endemiczną cechą rozwoju kapitalistycznego, wynikają z samej jego natury. Kapitał musi utrzymywać swoje panowanie nad pracownikami i każdego dnia na nowo zmuszać robotników do pracy. Ci natomiast protestują, i będą protestować, przeciwko traktowaniu ich jak towar. Na początku XIX wieku klasy niższe miały niewielką rolę w kształtowaniu światowego systemu kapitalistycznego, lecz w XX w. była ona już dużo większa. Nie znaczy to, że siła robotników nieustannie rośnie i że walki pracownicze są zawsze pozytywne. Czasami pracownicy będą określać i utrzymywać wewnętrzne podziały oraz bronić przywilejów, jeśli nie będą widzieć innych sposobów na utrzymanie godnych standardów życia, co będzie osłabiać klasę pracującą i powodować ważne problemy dla strategii rewolucyjnej zmiany.
By zrozumieć ogólnoświatową słabość klasy pracującej w latach 90-tych, którą opisuje i dokumentuje "Forces of Labor", Silver wskazuje na finansjalizację kapitału, czyli na fakt, że kapitał nie inwestuje zasadniczo w produkcję i handel, lecz w kredyty i finansowe spekulacje. Silver i Arrighi dowodzą, że ta faza nie jest czymś nowym, że jest tendencją, która powraca podczas cyklu zmiany hegemona. Arrighi wskazując na innych badaczy systemów-światów twierdzi, że kapitalizm zawsze zależał od istnienia światowej siły hegemonicznej; siły, która ustala reguły i gwarantuje pewnego rodzaju stabilny system - miasta-państwa w Północnych Włoszech w XVI w., Niderlandy w XVII i XVIII w., Imperium Brytyjskie w XIX i USA w XX. Według Arrigi obecnie jesteśmy w okresie zmiany hegemona - USA traci swoją pozycje na rzecz nieznanych jeszcze regionów lub państw, prawdopodobnie na rzecz Zachodniej Azji - lub na rzecz nikogo. Jest również możliwe, że nastąpi koniec tego rodzaju historii i początek nowej, nie kapitalistycznej ery. Analizy innych okresów zmiany hegemona - np. od Imperium Brytyjskiego do USA w pierwszej połowie XX w. - pokazały, że wtedy również miał miejsce okres finansjalizacji i spekulacji finansowych, podczas którego tracące hegemonię państwo, wykorzystywało swą pozycję do zaczerpnięcia kredytów w celu finansowania konsumpcji i projektów militarnych. Efektem tego było generalne osłabienie klasy pracującej na światową skale, gdyż pieniądze nie były inwestowane w produkcję wartości dodatkowej. Ale jest nadzieja - okres finansjalizacji nie może trwać wiecznie, bowiem kapitał i kapitalizm zależą od produkcji wartości dodatkowej. Pytanie tylko, jak długo będzie on trwać i co się stanie w międzyczasie. I co więcej - zmiana hegemona zawsze oznacza systemowy chaos na świecie. Więc pojawia się pytanie o to, czy dostrzeżemy eskalację wojny, czy ruch antywojenny jest w stanie ją powstrzymać. Kolejne pytanie, czy klasa pracująca, zwłaszcza ta z USA, czyli ze starego hegemonicznego państwa oraz ta z prawdopodobnie nowego centrum - Chin lub Indii - użyje swojej władzy do kształtowania nowego porządku światowego i uwolni się od kapitalizmu, czy też wykorzysta swoją pozycję w protekcjonistyczny sposób, przeciwko globalnej klasie pracowniczej? Agnieszka Mróz W książce Forces of Labor twierdzisz, że niepokoje pracownicze są rodzajem siły napędowej dla rozwoju kapitalizmu. Przypomina to podejście zwane w Europie "workeryzmem" lub autonomistycznym marksizmem. Czy występują tu bezpośrednie związki z tego rodzaju myśleniem, czy to podobieństwo jest przypadkowe? Beverly Silver: Postrzeganie niepokojów pracowniczych jako siły, która nieustannie przekształca kapitalizm, stanowi dziedzictwo pewnych tradycji amerykańskich. Dorastałam w Detroit w latach 60. W mieście tym, w latach 30. miały miejsce strajki okupacyjne. Pod ich wpływem pojawiła się idea strukturalnej siły robotników. Mówi ona, że zdobycze robotników zostały uzyskane w dużej mierze dzięki ich strategicznej pozycji w procesie produkcji. Zajmuje się tym amerykańska historia ruchu pracowniczego i socjologia przemysłu. Duży wpływ na moją pracę miały pisma Francisa Fox Pivena i Richarda A. Clowarda.(1) Analizując historię ruchów ludzi biednych w USA w skali krajowej, wymieniają oni kilka argumentów, które przeniesione na poziom globalny wracają w Forces of Labor. Chodzi m.in. o przekonanie, że znaczący postęp lub zmiany niesione są przez fale niezadowolenia, które przychodzą tylko okresowo, że przypływy te same w sobie nie są rezultatem wysiłków organizatorów lub partii politycznych, lecz wywodzą się ze strukturalnych warunków zezwalających na pewnego rodzaju ruchy. Inspirujące było zwłaszcza to, że analizując niepokoje pracownicze z lat 30., podkreślają one strukturalną, pozycyjną zdolność robotników do forsowania żądań wynikającą z miejsca w procesie produkcji. Równocześnie autorzy ci zaznaczają, że każda z tych fal protestów jest kontrolowana nie tylko za pomocą połączenia represji, ustępstw i doboru pracowników, lecz również przez systematyczną transformację organizacji produkcji tak, by osłabić ruchy, że tak powiem, "za ich plecami". Jest to zatem jakaś spuścizna czy źródło mojego rozumowania, ale poza tym jednym z kluczowych intelektualnych punktów odniesienia dla Forces of Labor pozostaje moja współpraca z Giovannim Arrighim. Podczas wczesnego okresu rozwoju "operaismo" Arrighi właściwie nie przebywał we Włoszech, uczył w Rodezji, Zimbabwe, a potem w Tanzanii, rozwijając koncepcje, w których kwestie zasobów i oporu siły roboczej były kluczowe dla rozwoju kolonializmu oraz rozwoju krajowych ruchów wyzwoleńczych w Afryce. Powrót Arrighiego do Włoch w 1969 r. zbiegł się ze szczytem autunno caldo (gorącej jesieni). Wielką rolę odgrywały wtedy walki pracowników Fiata oraz to, że walki pracownicze pojawiły się tam, gdzie robotnicy byli bardzo sceptycznie nastawieni do polityki i do tego co nazywam stowarzyszeniową siłą przetargową(2), jednocześnie byli bardzo zdeterminowani, by zachować swą niezależną władzę i siłę podczas walk. Oto społeczno-polityczny kontekst, który mocno oddziaływał na rozwój "operaismo". Lecz jest
kilka różnic między "operaismo", takim jaki rozwijał się we
Włoszech, a tym co wpłynęło na mnie, na moją książkę. W 1971 r. Arrighi
i inni założyli "Gruppo Gramsci". Po pierwsze, w ich wizji istotną
rolę odgrywała orientacja trzecioświatowa i perspektywa globalna, co właściwie
nie pojawiało się we wczesnym okresie "operaismo". Drugą różnicą
jest znacznie silniejsze połączenie podejścia teoretycznego z empirycznym,
w przeciwieństwie do bardziej filozoficznych skłonności w obrębie "operaismo".
"Gruppo Gramsci" kładła silny nacisk na bieżące, konkretne badanie
empirycznych warunków, jako tych, które miały wpływ na naturę siły przetargowej
robotników. W tym znaczeniu ugrupowanie to było bliższe Romano Alquatiemu
i Sergio Bolognie niż Mario Trontiemu i Toni Negriemu. Wreszcie, podczas
gdy pewne tendencje wewnątrz operaismo podkreślały, że klasa robotnicza
jest silna i staje się cały czas coraz silniejsza, w Forces of Labor znajdziemy
zarówno próbę analizy długoterminowych procesów zdających się wzmacniać
klasę pracującą, jak też przeciwstawnych tendencji powodowanych przez
różnego rodzaju reakcje kapitału na siłę i bojowość robotników. W miarę upływu
czasu coraz lepiej poznawaliśmy to drugie zjawisko. Jeśli porównamy Forces
of Labor jak i później wydane zbiory artykułów z pracą, którą Arrighi
i ja wydaliśmy w 1984 r. - "Labor Movements and Capital Mobility"(3),
zobaczymy, wyrażoną implicite, samokrytykę. Artykuł z 1984 r. podkreśla
rosnącą siłę ruchu robotniczego, długoterminową tendencję wzmacniania
się ruchu w skali ogólnoświatowej. Nasze rozumowanie oparliśmy na przekonaniu,
że geograficzna relokacja kapitału w latach 70. i wczesnych 80. musiała
do pewnego stopnia osłabić robotników tam, skąd odpłynął kapitał, lecz
wzmocniła ich gdzie indziej, co ogólnie, widziane z globalnej perspektywy,
wzmocniło ruch. Na późniejszy głęboki kryzys siły roboczej w wielu częściach
świata w latach 90. w ogóle nie byliśmy przygotowani. Zaczęliśmy pytać
co się stało i po analizie zaczęliśmy dostrzegać wpływ przesunięcia kapitału
ze sfery handlu i produkcji do sfery kredytów, pośrednictwa i spekulacji
(co w Forces of Labor nazwałam "naprawą finansową" - financial
fix) jest kluczowy dla wyjaśnienia wspomnianego głębokiego kryzysu. Do
połowy lat 80. kapitał reagował na wzmocnienie ruchu pracowniczego serią
"napraw" (fixes) (przestrzennych, technologicznych/organizacyjnych,
produkcyjnych(4)), z których żadna nie była w stanie podważyć ogólnej
siły tego ruchu, czego rezultatem był głęboki kryzys kapitalizmu. Następnie
rozpoczęła się finansjeryzacja kapitału, który gwałtownie wycofał się
z handlu i produkcji (i z wydatków na płace dla pracowników), przekształcając
głęboki kryzys kapitału, w głęboki kryzys klasy robotniczej. Wróćmy do różnicy między moim stanowiskiem a "operaismo". Muszę wspomnieć - i myślę, że to poważna jego krytyka - w kwestii przekonania o tym, że walki robotnicze są zawsze dobre. Ta kwestia pojawia się w rozwinięciu sporu o podziały zarysowane w Forces of Labor, postawiono tam pytania o interpretację procesów homogenizacji i proletaryzacji opisanych przez Marksa i Engelsa, jako nieodłączną przyczynę rozwoju jedności walki klasowej robotników. Defensywne, lokalne walki robotników są zawsze zrozumiałe, ale jak pogodzić je z czymś, co ma przynieść większą globalną sprawiedliwość, globalną równość? Tego rodzaju
podziały nie są czymś narzucanym klasie robotniczej przez kapitał, lecz
są wytwarzane wewnątrz klasy, czy o to chodzi? Rozróżniam
trzy rodzaje podziałów. Wśród nich jest jeden, który faktycznie rodzi
się wśród samych robotników, gdy broniąc konkretnych przywilejów ulegają
oni nie-klasowym identyfikacjom - obywatelstwu, płci, rasie. Jest to rodzaj
endemicznej reakcji wynikającej z nieustannej skłonności kapitalizmu do
narzucania pracownikom konkurencji między sobą przez wprowadzanie zmian
(fixes). Nie znaczy to, że podziały są podtrzymywane tylko przez robotników,
robi to również kapitał przez segmentację rynku pracy, i państwo - przez
ograniczanie praw obywatelskich. Nie znaczy to również, że robotnicy nie są zaangażowani w likwidację podziałów. Jeśli spojrzymy historycznie na klasy robotnicze o ustalonej już pozycji, to jawią nam się one jako beneficjanci ostatniej fali walk, próbujący utrzymać podziały wobec konkurencji ze strony nowo powstałych klas robotniczych, które z kolei są bardziej skłonne do przełamywania barier. Spójrzmy na wiejskiego imigranta - robotnika, który przybywa do chińskich miast za chlebem; początkową reakcją dotychczasowych miejskich robotników jest trzymanie go jak najdalej od rynku. To migrujący robotnicy sięgają obecnie po język praw obywatelskich, typowy dla obszarów miejskich i głoszą, że nierówności między robotnikami miejskimi i wiejskimi, oraz prawami im przysługującymi nie powinny mieć miejsca. Widzimy to wciąż podczas walk robotników-imigrantów, np. zarówno w przeszłości jak i obecnie w USA imigranci walczą o równe prawa pracownicze bez względu na rasę czy narodowość. W twojej
książce mówisz o trzech rodzajach siły robotników. Porównując walki robotników
przemysłu samochodowego i włókienniczego stwierdzasz, że ci drudzy, mimo
że byli znacznie bardziej wojowniczy, przegrali. Czy odnosi się to do
swoistego rodzaju hierarchii pomiędzy różnymi rodzajami siły? Czy walka
części klasy robotniczej budującej swoją siłę np. w dużych fabrykach,
w oparciu o strategiczne pozycje w kluczowym dla danego przemysłu sektorze
(siłę przetargową miejsca pracy), chociaż nie musi być tak wojownicza
jak innych, jest dużo bardziej skuteczna, uderza w kapitał dużo boleśniej.
Czy rzeczywiście występuje taki rodzaj hierarchii? Sugeruję,
że rzeczywiście jest podobieństwo między pierwszą serią udanych walk w
Wielkiej Brytanii w XIX w., a walkami w USA w latach 30. XX w. - chodzi
o początkową fazę w cyklu produkcji. W tych momentach jest pewien zasób
dostępnego zysku, który dostarcza potencjału dla pewnego rodzaju stabilnych,
redystrybucyjnych kontraktów społecznych. Dokładnie taki był rezultat
walk pracowniczych w Wielkiej Brytanii pod koniec XIX w. w przemyśle włókienniczym
i w Stanach w latach 30. XX w. w przemyśle samochodowym. W obu przypadkach
protesty pracownicze doprowadziły do wieloletnich społecznych kontraktów,
w obrębie których pewnego rodzaju procesy redystrybucyjne zmusiły kapitalistów
do podziału części zysku. Jest jednak
różnica między źródłem siły robotników przemysłu włókienniczego i samochodowego.
W przemyśle samochodowym bardzo scentralizowana organizacja produkcji
oznacza, że strajk, powiedzmy części linii montażowej w pojedynczej fabryce
silników, może spowodować zastój całej korporacji, a tego rodzaju siła
przetargowa miejsca pracy, nie występuje w przemyśle włókienniczym z racji
jego zdecentralizowanej natury - wielu małych i średnich fabryk. Bez niej
zwycięstwo robotników musi zależeć od alternatywnych źródeł siły. Stąd
uważam, że siła wynikająca z działalności robotników w zorganizowanych
grupach, stowarzyszeniowa siła przetargowa, jest o wiele istotniejsza
dla początkowych zwycięstw przemysłu tekstylnego. Jeśli spojrzymy na początek XXI w., pod pewnymi względami sytuacja robotników w obrębie sektora usług - z wieloma zakładami pracy oraz pracodawcami - przypomina tę, z którą zmagał się pracownik przemysłu włókienniczego pod koniec XIX w. i na początku XX. Dlatego w Forces of Labor twierdzę, że jest większe prawdopodobieństwo, że w obecnej sytuacji stowarzyszeniowa siła przetargowa prawdopodobnie sprawi, że walki społeczne będą bardziej efektywne niż to miało miejsce w większości przypadków w XX w. Nie możemy również nie doceniać znaczenia siły przetargowej miejsca pracy, którą robotnicy cały czas posiadają, nawet w sektorze usługowym. Najskuteczniejsze walki najprawdopodobniej będą łączyć siłę stowarzyszeniową i siłę miejsca pracy. Niektórzy
twierdzą, że robotnicy z niepewnym zatrudnieniem nie mogą walczyć, zatem
trzeba będzie skoncentrować się na fabrykach i na publicznym sektorze
z dużymi biurami. Inni mówią, że nie ma miejsc uprzywilejowanych, że każdy
może walczyć bez względu na to, gdzie pracuje. Co o tym myślisz? Każdy może
walczyć, i często walczy, bez względu na to gdzie się znajduje. Ale wciąż
są pozycje uprzywilejowane, w tym znaczeniu, że występują miejsca pracy,
na których robotnicy mają większą siłę przetargową; gdzie ich walka ma
dużo większy wpływ na kapitał i państwo. Uważam, że w dużej mierze po
każdej skutecznej relokacji kapitału (spatial fix) uprzywilejowana część
siły przetargowej wynikającej z pozycji w procesie produkcji skutecznie
podąża w nowe miejsce. Dlatego dziś kluczowe jest przyglądanie się Chinom,
które doświadczają bardzo gwałtownej industrializacji i proletaryzacji,
obejmującej tworzenie zakładów w przemyśle samochodowym z robotnikami
skupionymi w wielkich fabrykach, pracujących na liniach montażowych, z
dużym potencjałem siły przetargowej. Dlatego spodziewam się działań ze
strony chińskich robotników. Co do przyszłości
ruchu pracowniczego w rdzeniu(5), myślę że powinniśmy spytać o nowe miejsca
formowania się klasy robotniczej. A następnie spojrzeć jakie rodzaje siły
przetargowej są w zasięgu tych pracowników. Warto patrzeć na istniejące
walki przez pryzmat tych robotników, nawet jeśli ich wpływ jest obecnie
marginalny, i na rodzaje strategii przez nich stosowanych. Gdyby przyjrzeć
się np. USA, zwłaszcza w Kalifornii dają się zauważyć serie bardzo skutecznych
mobilizacji dozorców (głównie imigrantów) pracujących w biurowcach w centrum.
Nie posiadają oni siły przetargowej miejsca pracy, która pojawia się wraz
ze skomplikowanym podziałem pracy - jeśli jeden ze stróżów nie pracuje,
nie zatrzymuje to całej sprawy, nawet jeśli zamyka się jeden budynek,
nie powoduje to zamykania innych. Ale istnieje siła przetargowa wynikająca
z otoczenia miejsca pracy. Ideologia globalizacji twierdząca, że wszystko
może być w ruchu, że cokolwiek może przemieścić się gdziekolwiek, nie
jest prawdziwa: są takie aglomeracje, w których utopiono olbrzymie inwestycje
w formie stałego kapitału, ich przemieszczenie byłoby wielką stratą. Kapitaliści
nie mogą nocami wysyłać gdzieś budynków, by je posprzątać. Zdolność do
skutecznej walki pochodzi w tym wypadku z podstawowej strukturalnej siły
przetargowej, która nie powinna być ignorowana. Równocześnie jednak jest oczywiste, że kapitalistyczne strategie organizacyjne we wspomnianym przemyśle - np. używanie wielu podwykonawców jako bezpośrednich pracodawców - połączone z niskim podziałem pracy oznaczają, że pracownicy ci posiadają zdecydowanie mniejszą siłę przetargową miejsca pracy niż, powiedzmy, robotnicy przemysłu samochodowego. Jasne jest więc, że sukces kampanii "sprawiedliwość dla dozorców" zależy również od wywierania wpływu dzięki sile stowarzyszeniowej. Oznacza to, że ważną rolę w jej wspieraniu odegrały społeczne organizacje i centralne struktury związków zawodowych. Czy myślisz,
że wystąpiły tu dwa główne czynniki: społeczność będąca bazą dla walki
oraz siła związku zawodowego? Ważną rolę odegrały organizacje społeczne, w tym także sieci, które istniały w społeczeństwach imigrantów. Związek zawodowy SEIU (Service Employees International Union), który dostarczał kampanii środków finansowych. A była ona bardzo droga (koszty prawne i badania) - co może być jednym z ograniczeń jej strategii. Dla jasności podczas trwania kampanii, wystąpiło mnóstwo problemów (z niedemokratyczną, odgórną polityką załatwiania spraw włącznie), ale SEIU było w stanie zrobić coś bardzo istotnego: pokazać, że możliwe jest zmobilizowanie i zorganizowanie pracowników-imigrantów, i wygranie walki w niepewnych (precarious) miejscach pracy. Piszesz
dużo o przemyśle włókienniczym i samochodowym jako o głównych przemysłach
XIX i XX w. Jesteś jednak bardzo ostrożna przy próbie zidentyfikowania
branż lub sektorów, które mogą mieć podobne znaczenie w XXI w. Bardzo trudno zidentyfikować sektor, który obecnie ma znaczenie zarówno ekonomiczne jak i kulturowe znaczenie, takie jakie miało włókiennictwo w XIX w., a przemysł samochodowy w XX. Może dlatego, że jest za wcześnie, tego rodzaju sądy wydają się nam oczywiste dopiero po fakcie. Może też dlatego, że żyjemy podczas bardzo ważnych transformacji natury kapitalizmu. Mówi się o półprzewodnikach, jako o nowym głównym sektorze, ze względu na jego wielorakie wpływy, ale równocześnie nie jest to klucz, jako że przemysł półprzewodników sam w sobie nie "produkuje" klasy pracującej - a raczej powoduje redukcję zatrudnienia. Myślę, że powinniśmy mieć oczy szeroko otwarte zarówno na długodystansowy transport, jak i na przemysł związany z wojskiem. Inny trop - warto zauważyć oczywistą tendencję, która wynika z danych World Labor Group(6): w ostatnich dekadach XX w. niepokoje pracownicze w przemyśle edukacyjnym, wśród nauczycieli, wykazują oczywistą tendencję zwyżkową w skali globalnej. Myślę,
że to konsekwencja zjawiska, które nazywasz państwem socjalizującym: duże
koszta w sektorze publicznym, praca w opiece społecznej, edukacja... Tak. Krótko mówiąc, podstawowe przesłanie książki: "gdzie idzie kapitał, tam podąża konflikt", odnosi się zarówno do zmian w przemyśle w sensie geograficznym (z każdą zmianą przestrzenną), jak i do zmiany jednego przemysłu na drugi (z każdą zmianą produktu - product fix), włączając ruch "kapitału" w sektorach państwowych, z edukacją rozumianą jako kluczowy sektor przemysłu publicznego. Kolejne
pytanie o intelektualne dziedzictwo Forces of Labor: mówiłaś o "produkowaniu
i reprodukowaniu" klasy robotniczej. Czy występuje tu podobieństwo
z E.P. Thompsonem(7) i tym nurtem myślenia? Na pewno postrzeganie formowania klasy robotniczej jako procesu jest ważnym podobieństwem. Oczywiście podkreślanie znaczenia oddolnych walk w historii społecznej to ważny aspekt mojej pracy. Również idea, że świadomość przychodzi często spoza walki, a nie jest jej warunkiem wstępnym - próba problematyzowania założenia o liniowym rozwoju - od bycia proletariuszem przez świadomość, do walki... Występujące w klasycznym marksizmie mechaniczne rozumienie społecznej kategorii zwanej klasą robotniczą... Dokładnie, to również miało swój wpływ. Dla mnie
bardzo interesujące jest to, że postrzegasz klasę jako pewnego rodzaju
proces - rozwijania się, kształtowania i przekształcania. Czy uważasz,
że jest możliwe, by klasa robotnicza została totalnie zatomizowana i pozbawiona
możliwości odgrywania roli społecznej? Pozwolę sobie na historyczną analogię. Jeśli spojrzymy na dyskusje o amerykańskim ruchu pracowniczym w latach 20. XX w. zobaczymy, że przytłaczająca większość uczestników debaty zgadzała się, że fordyzm produkował beznadziejnie podzieloną, słabą i zatomizowaną klasę robotniczą. Odnosiło się to do pracowników-imigrantów z wszystkich stron, którzy nie mieli wspólnego języka i kultury, których oparta na umiejętnościach siła przetargowa była podważana przez nowe alienujące technologie. Cała perspektywa zmienia się dopiero wtedy, kiedy zaczynasz dostrzegać sukces ruchu pracowniczego w przemyśle masowej produkcji. Obecnie rozwój fordyzmu nie jest już postrzegany jako proces osłabiający robotników, lecz jako ten, który z samej swej natury ich wzmocnił. Dziś również przy analizie postfordyzmu wszyscy wracają do analogicznego rozumowania z lat 20. Nowe sposoby organizowania produkcji i nowe technologie są postrzegane jako procesy jawnie osłabiające robotników. Ale całkiem prawdopodobne, że obecnie również ma miejsce proces odkrywania przez robotników źródeł ich siły przetargowej w nowej sytuacji - a to wymaga czasu. Gdy jednak proces ten stanie się powszechny, a zwłaszcza skuteczny, dojdzie do kolejnej zmiany, w sensie podobnym do tego, w jakim nauki społeczne postrzegają postfordyzm, jako istotnie otwierający różnego rodzaju nowe możliwości walki. Ale to już będzie wtórna analiza walk, które wcześniej pojawiły się same. Powodem wielu niepewności w dyskusjach na temat początku XXI w. i postfordyzmu jest właśnie to, że my, jako analitycy, możemy próbować coś przewidzieć w oparciu o pewnego rodzaju pojęciową ramę, lecz ostatecznie będziemy widzieć co się wydarzy dopiero podczas samych walk. A podstawowy argument to po prostu taki, że walki się pojawią. Podkreślasz,
że protesty robotnicze nie tylko zmuszają kapitał do przenoszenia się
z miejsca na miejsce, a za relokacją kapitału podąża konflikt, ale że
kształtują i przekształcają one zarówno narodową jak i międzynarodową
strukturę polityki. Wczoraj mówiłaś o wojnie i nowych rodzajach wojen(8).
Co myślisz o wojnie z terroryzmem, czy jest to jakiś rodzaj reakcji na
niepokoje pracownicze? Co myślisz na temat wpływu, jaki ta wojna będzie
mieć na klasę robotniczą? Bez wątpienia
przed 11 września 2001 r. przeczuwano, że ruch pracowniczy oparty na imigrantach
zyska dość szybko na znaczeniu. I jednym z efektów represji po 11 września
jest to, że możliwości politycznego organizowania imigrantów i walki robotników
stały się trudniejsze, zwłaszcza dla nielegalnych pracowników. W USA Departament
do spraw Imigracji został przeniesiony do Departamentu Bezpieczeństwa
Wewnętrznego. Państwo ma dużo więcej możliwości używania bezpieczeństwa
narodowego, pośrednio lub bezpośrednio, jako sposobu na osłabienie walk
pracowniczych, zwłaszcza, jeżeli angażują one imigrantów. W Forces of
Labor twierdzę jednak, że represje jako forma rządzenia mają swoje ograniczenia
- i co więcej - że historycznie wojna sama w sobie miała radykalizujący
wpływ na ruch robotniczy i inne ruchy społeczne. Wczoraj przedstawiłam
liczby z czwartego rozdziału Forces of Labor, które obrazują doroczne
wzmianki o protestach pracowniczych w XX w. zebrane w bazie danych World
Labor Group. Jedną uderzającą cechą jest wpływ dwóch wojen światowych.
Można zauważyć spadek protestów w początkowych latach wojny. Jest to wynik
represji oraz efekt "wieców wokół flagi". Lecz w obu przypadkach
owe spadki były krótkoterminowe i poprzedzały duże wybuchy protestów robotniczych
i innych grup społecznych. Sugeruję w książce, że większość wojen w XX
w. była z jednej strony okazją do represji, lecz z drugiej wzmocniła robotników
oraz ich siłę przetargową, jako że państwa uzależnione były od robotników
idących na wojnę lub pracujących w fabrykach. Pojawią się więc pytania
o to, czy nowe wojny wzmocnią ruch lub czy państwa skutecznie uniezależnią
się od opinii publicznej i wsparcia robotników, i bez nich będą w stanie
prowadzić wojny. Myślę, że
państwa świadomie prowadzą strategię redukowania zależności od masowej
populacji i klasy pracującej, realizując ją przez automatyzację działań
wojennych, prywatyzację szerokiego wachlarza aktywności wojskowych, eliminację
obowiązkowej służby wojskowej - ale bardzo dyskusyjne jest czy te działania
przyniosą zamierzone efekty. Wracając do pierwszej części pytania - myślę, że cała kontrrewolucja w wojskowości i gospodarce z lat 80. XX w. była w dużej mierze reakcją wobec wzrostu siły klasy robotniczej. W Niemczech
niektórzy twierdzą, że na Bliskim Wschodzie występuje pewnego rodzaju
blokada dla akumulacji kapitału, a wojna postrzegana jest jako instrument
służący do przełamania tej blokady. Uważam raczej, że jest to geopolityczna walka o ropę i kontrolę nad ropą, i że raczej USA podjęły nieudaną próbę przejęcia całkowitej kontroli nad zasobami ropy jako sposobu na wywieranie nacisku na Europę, a w szczególności na Chiny. Ale wojna najprawdopodobniej nie byłaby kontynuowana, gdyby nie była połączona z interesami tych, którzy szukają możliwości zyskownej akumulacji kapitału: bezpośrednie interesy kompanii paliwowych w zyskach i militarno-przemysłowa mieszanina interesów producentów broni, prywatnych firm ochraniarskich, itp. tłum. Agnieszka Mróz 1) patrz:
Piven Francis Fox, Richard A. Cloward, Poor People Movement. Why They
Succeed, How They Fail, Vintage Books, Nowy Jork 1977. Wywiad
dla magazynu "Analyse + Kritik" przeprowadzony z Beverly Silver
podczas prezentacji książki "Forces of Labor" w Niemczech w
czerwcu 2005; tłumaczenie z wersji angielskojęzycznej, opublikowanej w
magazynie "Prol-position", nr 3, 2005. Tłumaczenie wywiadu,
ukazało się w 5 numerze Biuletynu Poznańskiej Biblioteki Anarchistycznej
z maja 2007 r. Pismo dziś ukazuje się pod nazwą Przegląd Anarchistyczny,
numer 5 nadal jest do nabycia w dystrybucji "Oficyny Trojka"
www.bractwotrojka.pl 01.06.2008 "(...) Duża część władzy efektywnego działania, która niegdyś znajdowała się w rękach nowoczesnego państwa, przenosi się dziś do - wymykającej się politycznej kontroli - globalnej (i pod wieloma względami eksterytorialnej) przestrzeni. Tymczasem polityka, a więc możliwość decydowania o kierunku i celach działania, nie potrafi operować skutecznie na poziomie planetarnym, gdyż - tak jak wcześniej - pozostaje lokalna. Nieobecność politycznej kontroli przemienia świeżo wyzwolone siły w źródło głębokiego i zasadniczo niemożliwego do oswojenia lęku, podczas gdy niedostatek polityki czyni istniejące jeszcze instytucje polityczne, ich inicjatywy i przedsięwzięcia, coraz mniej istotnymi z punktu widzenia życiowych problemów obywateli państw narodowych, przyciągając, coraz mniej ich uwagi. Te dwa powiązane ze sobą skutki owego rozwodu (władzy i polityki) zachęcają państwowe instytucje do przerzucenia, przenoszenia lub (by posłużyć się modnym ostatnio pojęciem politycznego żargonu) "subsydiowania" coraz większej liczby pełnionych przez państwo funkcji. Te porzucone przez państwo funkcje stają się szybko placem zabaw dla notorycznie kapryśnych i nieprzewidywalnych sił rynkowych i/lub pozostawia się je prywatnej inicjatywie i trosce jednostek. "(1) Ujmijmy, więc rzecz dosadniej. Likwidując i ograniczając kolejne swoje funkcje, państwo pozostawia sobie jedynie "działkę" represyjną. Przypomina to zwykłą mafię, która zbiera haracz w postaci podatków, a w zamian daje iluzję bezpieczeństwa. Moglibyśmy się nawet cieszyć, że ten nieudolny moloch, przeżarty biurokracją i korupcją, rezygnuje sam z zadań, które tak źle wykonuje. Jednak podatki, jakimi nas obciąża, wcale się nie zmniejszają, wciąż płacimy tyle samo i to za coraz mniej usług. Ponadto na miejsce pasożytniczego państwa, wkracza jeszcze bardziej pasożytniczy kapitalistyczny moloch. Kapitalistyczne korporacje, wzmocnione przez służalczą pomoc państwa nie muszą liczyć się ze społeczeństwem. Pamiętajmy, że kolorowe opakowania i pełne półki w sklepach są tylko dla tych, których na to stać. Biedni mogą żyć jedynie na śmietniku kapitalizmu. Korporacje nie akceptują pomocy społecznej, zasiłków dla bezrobotnych, związków zawodowych, one akceptują tylko zysk, nieważne czyim kosztem. Jednak chwileczkę, może zbyt surowo oceniamy ów aparat państwowy? Choć w dziedzinach takich, jak służba zdrowia, wyraźnie wykazuje on swą nieporadność, może jednak potrafi zadbać o fizyczne bezpieczeństwo. (2) Skoro jest to pierwsza część naszych rozważań, uprośćmy sprawę jeszcze bardziej, zastanówmy się tylko nad tym, jak dba się o nasze bezpieczeństwo w aspekcie zagrożenia zewnętrznym atakiem. Weźmy, więc na celownik jedynie sprawy związane z wojskiem i obroną granic, nie zajmujmy się tym, co ma za zadanie robić policja i inne służby dbające o bezpieczeństwo. Niech to będzie tylko takie ot rozważanie, jak tam idzie naszym szlachetnym politykom zapewnianie gotowości, sprawności i bezpieczeństwa w aspekcie wojskowości. Czas na
małą wojenkę Pomimo deklaracji, iż polskie wojska okupacyjne mają opuścić niebawem Irak (6), nie jest to bynajmniej koniec wojennych wypraw naszego "mocarstwa". Wraz z wycofaniem się z Iraku zwiększony ma być kontyngent wojsk w Afganistanie, kolejnym państwie, gdzie demokrację i pokój niesie się przy pomocy bomb i wojskowej interwencji. A wszystko
to dla "walki z terroryzmem" Jeśli
już walczymy, to musimy mieć czym Kiedy jest już na czym latać, trzeba mieć i czym jeździć i z czego strzelać, słowem pojawia się pretekst do następnych i następnych zakupów wyspecjalizowanego sprzętu. Zastanawiające jest tylko to, że owe zakupy, mające służyć modernizacji armii, są dokonywane w taki sposób, by służyły konkretnej doktrynie. Nowoczesny sprzęt wymaga fachowej obsługi, stąd dążenie do zawodowej armii (8) o znacznie mniejszej liczebności. "Mała skuteczność takiej armii wynika z jej liczebnego ograniczenia i długotrwałego szkolenia ewentualnych rezerw. Czyli mogłaby zaistnieć sytuacja, gdy "bardzo nowoczesna i zaawansowana technologicznie" armia, po pierwszej ewentualnej porażce nie byłaby w stanie się odnowić. (...) W przypadku działań ofensywnych nowy model armii i doktryna wojenna, nie zdolna byłaby podjąć walki ze zmasowanym (duże ilości sprzętu, nawet mało nowoczesnego i ludzi) natarciami przeciwnika, zwłaszcza gdy doszłoby do nich na dużym obszarze (np. Azji). Linie zaopatrzenia uległy by sporemu rozciągnięciu. Logistyka jest podstawą opisywanego modelu armii, a równocześnie jego najbardziej newralgicznym punktem. Tym samym bazy, zabezpieczenie logistyczne, stałyby się doskonałym celem ataków. Prawdopodobnie już po niedługim czasie trwania takiego konfliktu, armiom zachodnim zaczęło by brakować paliwa, części zamiennych i rezerw ludzkich. (...) Sumując - tryb działania współczesnej, nowoczesnej armii zachodniej, polega na szybkim przerzucaniu wojsk na określony teren działania w oparciu o system rozpoznania i łączności, atak na selektywnie wybrane cele, po czym opanowanie wybranych kluczowych terenów przez wojska lądowe. Strategia taka jest wynikiem imperialnych dążeń polityczno-ekonomicznych. Cała strategia oraz wprowadzane technologie wojskowe mają spełniać zadanie uderzeń o charakterze terrorystycznym i okupacyjnym. Tak skonstruowane siły nie nadają się za to do prowadzenia wojny obronnej". (9) Oto w jakim kierunku zmierzają nasi politycy i wojskowi. Kto z kim przystaje - takim się staje? Wspominając o przeobrażeniu armii, podejmowanych przez niedziałaniach zbrojnych, ich niebotycznych kosztach finansowych, warto wspomnieć o jeszcze innym aspekcie sprawy. Udział w takich a nie innych "misjach" ma zasadniczy wpływ na formę wyszkolenia żołnierzy. Zresztą wszelkiej maści "eksperci" wojskowi podkreślają, iż żołnierze zdobywają umiejętności, których nie sposób nie docenić. Czy aby na pewno? Zapewne należy przyznać, że wojacy do "nauki" przykładają się mocno, biorąc przykład ze swoich kolegów z US ARMY. Czasem doprowadza to do sytuacji przypominających rozdwojenie jaźni, tak jak wtedy gdy żołnierze "GROMU" robią sobie pamiątkowe zdjęcie w Iraku trzymając... amerykańską flagę. Należy się również zastanowić, czy podążając za "pewnymi standardami "(10) stosowanymi przez USA, wojskowi nie uczestniczyli, czy też nie wspomagali torturowania więźniów, podejrzanych o terroryzm. (11) Osobno wymaga rozpatrzenia sprawa ostrzelania afgańskiej wioski Nangar Khel 16. sierpnia 2007 roku. W wyniku ataku moździerzowego zginęło sześć osób, w tym kobiety i dzieci. 13. listopada siedmiu żołnierzy trafiło do aresztu. Sześciu żołnierzy usłyszało zarzut zabójstwa ludności cywilnej - za co grozi dożywocie, siódmy - ataku na niebroniony obiekt cywilny. O ich winie ze względu na to, że sprawa jest w toku, absolutnie przesądzać nie można. Pewną obawę może jednak budzić fakt, gdy zdarzenie to stara się umieścić w kategorii "wypadków przy pracy" (12) w myśl zasady, gdzie "drwa się rąbie tam wióry lecą", czy też tuszować (13) i mataczyć w sprawie. (14) (...) Łukasz Weber Fragment artykułu, który ukazał się w 26 numerze pisma "Inny Świat". Pismo dostępne w Empikach i dystrybucji Oficyny "Trojka". 1) Zygmunt
Bauman "Płynne czasy. Życie w epoce niepewności", Warszawa 2007
r, Wydawnictwo Sic!, s. 8; |
|
|||