ROZBRAT

historia
skłot

kolektyw

biblioteka
galeria

INICJATYWY
ACK
Antywojenna
Obiadki filmowe
FC Rozbrat
Jedzenie Zamiast Bomb

Oficyna "Trojka"

Pracownicza
Region

Rowerowa
Samba
SIS "Ulica"
ARCHIWUM

kalendarium
relacje imprezy
foto.rozbrat
.org
przegląd prasy
publicystyka
ulotki
wydawnictwa

HURTOWNIA
KONTAKT
LINKI











katalog i informacje







główna
zapowiedzi
english
14.07.2008
Prywatyzacja jako źródło cierpień

Wydana nakładem wydawnictwa Krytyki Politycznej książka Elizabeth Dunn "Prywatyzując Polskę", inaczej niż sugeruje to tytuł, nie opisuje procesu prywatyzacji gospodarki w najczęściej kojarzonym sensie - ekonomicznym czy prawnym - ale przede wszystkim kulturowym. E. Dunn, wykorzystując warsztat antropologiczny, przeprowadziła szczegółowe badanie jednego z polskich, sprywatyzowanych w latach '90, zakładów - rzeszowskiej Alimy kupionej przez amerykańskiego Gerbera, producenta odżywek dla dzieci. Autorka stara się ten przykład umieści jednak w szerszym kontekście relacji między tym co nazywamy gospodarką socjalistyczną i kapitalistyczną.

W pierwszym okresie intensywnej industrializacji Europy Wschodniej, twierdzi E. Dunn, następowała ona według tej samej co na Zachodzie fordystycznej i taylorowskiej logiki. "Fordyzm i państwowy socjalizm posługiwały się tym samym projektem modernizacyjnym, jednak skończyły jako dwie różne nowoczesności".(1) Trudno się nie zgodzić z takim ujęciem. Pisałem o tym w poprzednim numerze "Przeglądu Anarchistycznego," w krytycznym artykule poświęconym innej książce Krytyki Politycznej - "Rewolucja u bram" autorstwa Slavoja Żiżka.(2) Żiżek stwierdził wręcz, że to "co na Zachodzie postrzegano, jako najgorszy koszmar liberalnego indywidualizmu, ideologiczny kontrapunkt 'tayloryzacji', fordowskiej linii montażowej, w Rosji było czczone jako utopijna perspektywa wyzwolenia"(3). E. Dunn pisze jednak, że później projekty te rozeszły się i kraje bloku socjalistycznego nie weszły na drogę rozwoju post-fordystowskiego, a tym samym utrwaliła się na Wschodzie zupełnie inna racjonalność i zasady działania. Nota bene w tym miejscu przypomina mi się inna książka na temat funkcjonowania gospodarki realnego socjalizmu autorstwa polskiego socjologa Andrzeja Rycharda: "Reforma gospodarcza: socjologiczna analiza związków polityki i gospodarki."(4) Rychard opisuje z krytycznego punktu widzenia inną od kapitalistycznej logikę działania gospodarki socjalistycznej, jako "ręcznie sterowanej" i zdominowanej przez politykę struktury reprodukującej niedobory na rynku. "Reforma gospodarcza..." to bardzo ważna książka nie tylko dlatego, że stanowi całościową krytykę niewydolnego systemu gospodarczego, ale także ponieważ zwraca uwagę na to, że realny socjalizm nie był jakąś hybrydą w stosunku do kapitalizmu, ale systemem innej logiki działania. Logiki, która musiała doprowadzić do jego upadku.

Wracając do książki E. Dunn - autorka analizując różnice w racjonalnościach przedsiębiorstwa kapitalistycznego i socjalistycznego, odwołuje się do myśli M. Foucault. Dużo zatem znajdziemy w niej odczytywania odmiennych dyskursów. Dunn wychodzi tutaj od spostrzeżenia - cytując Aihwa Ong - że w systemach społecznych "zapośredniczonych przez technologię przymus narzucany jest nie tylko w postaci stosunków pracy, ale także w formie korporacyjnych dyskursów regulujących wykonanie pracy, uporządkowania przestrzeni w fabryce i poza nią, sensu bycia 'sobą', jakimi dysponują pracownicy"(5). Prywatyzacja Polski po 1989 roku to moment podporządkowania gospodarki w krajach post-komunistycznych współczesnemu modelowi kapitalistycznemu. Ale to co autorka nazywa "prywatyzacją" jest procesem szerszym niż tylko zmiany własnościowe. Związane jest z konstruowaniem nowej podmiotowości, opartej na opozycji tego co indywidualne, temu co wspólnotowe. "Koncepcja osoby ludzkiej jako wspólnotowej lub społecznie zanurzonej - napisze - jest całkowicie sprzeczna z tym..." co określamy mianem "człowieka Zachodu." W tym modelu "posiadanie" i bycie "jednostką" wzajemnie się konstytuują. "Indywidualistyczna, podzielna i 'sprywatyzowana' osoba to warunek konieczny istnienia innych zjawisk związanych z kapitalizmem końca XX wieku: konsumeryzmu i pracy najemnej"(6). Tyle, że taka "poskładana" na nowo jednostka wcale nie stała się szczęśliwsza. Kapitalistyczny porządek rekonstruuje różnice klasowe, spychając i marginalizując wszystkich tych, których uzna za mniej lub w ogóle nie przydatnych z perspektywy własnej logiki funkcjonowania. Dunn opisuje ten proces arbitralnego deprecjonowania np. pracy fizycznej, a zwłaszcza zmuszania ludzi, aby przyjęli za swój pogląd, że musi być ona - dajmy na to - gorzej opłacana. Inny przykład to klasyfikowanie (i "poniżanie") wszystkich, którzy przeczą i stawiają opór logice kapitalistycznej, jako pozostałości socjalistycznej mentalności. Zamiast zarządzania masami, kapitalizm wg Dunn, stara się wprowadzić zasadę samokontroli jednostki, ale przebiegającej według "wdrukowanych" kryteriów kapitalistycznej logiki ("rządnomyślność").

Będąc przekonanym, iż książka E. Dunna to lektura obowiązkowa, chciałbym jeszcze na koniec poczynić kilka uwag krytycznych. Po pierwsze wątpliwości budzi antropologiczna próba analizy kwestii systemowych, poprzez odwołanie się do pojęć dotyczących relacji pokrewieństwa czy powinowactwa; analizowanie załogi zakładu pracy jak plemienia. Nie chodzi o to, że podejście takie nie jest twórcze czy ciekawe, ale w kilku momentach książki Dunn, nie brzmi to dla mnie zbytnio przekonywująco. Po drugie - to antropologiczne podejście sprawia, iż zastosowana argumentacja podnosi przede wszystkim endogeniczne źródła przekształceń systemowych, spychając na plan drugi (bo częściowo są one obecne) przyczyny egzogeniczne. Chodzi o znaczenie zewnętrznej presji kapitalizmu, również w sensie dyskursywnym, na inne modele organizacji życia społecznego, i powstającej asymetrii we wzajemnych relacjach. Wreszcie po trzecie, na gruncie empirycznym, pozostają wątpliwości na ile kraje typu Polska, stały się celem "eksportu" z Zachodu, przetworzonych wprawdzie, ale w dalszym ciągu fordystycznych metod produkcji i zarządzania. Pod pozorem udostępnienia nowoczesnego know-how, w sensie technologicznym i metod zarządzania, w istocie mamy do czynienia z odtwarzaniem się czy utrzymywaniem hierarchicznych stosunków pracy, a nowość faktycznie polega na nadaniu nowej interpretacji dla starych zależności.


1) Elizabeth Dunn, "Prywatyzując Polskę", Warszawa 2008, s. 33
2) Jarosław Urbański, "Lenin - nowy idol lewicowej pop-kultury?", Przegląd Anarchistyczny nr 6/2007
3) Slavoj Żiżek "Rewolucja u bram", Kraków 2007, s. 516
4) Andrzej Rychard, "Reforma gospodarcza: socjologiczna analiza związków polityki i gospodark," Ossolineum 1980
5) Elizabeth Dunn, "Prywatyzując Polskę", Warszawa 2008, s. 116
6) Tamże, s. 150-151 i dalej.

Elizabeth Dunn "Prywatyzując Polskę", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, 216 s.

Jarosław Urbański

Recenzja ukazała się w 7 numerze półrocznika "Przegląd Anarchistyczny".


03.07.2008
Warszawa: Sprawa zwolnionego związkowca z Lionbridge

W najbliższy piątek 4 lipca przed sądem pracy odbędzie się pierwsza rozprawa Jakuba G. przeciwko korporacji Lionbridge o bezprawne zwolnienie działacza związkowego pod pozorem rzekomego "ujawnienia poufnych informacji" i "działania na szkodę pracodawcy". Zarzuty są całkowicie zmyślone, a zwolnienie związkowca nastąpiło bardzo krótko po ujawnieniu istnienia związku zawodowego w spółce Lionbridge. Jakub G. został wyrzucony faktycznie za założenie związku zawodowego (Krajowa Federacja Pracy). 4 lipca są planowane akcje pod biurami Lionbridge na całym świecie.

W czasie krótkiej historii działania związku KFP na terenie zakładu w Warszawie, udało się uzyskać od pracodawcy zaległe rekompensaty za nadgodziny, oraz wypłatę świadczeń z Funduszu Socjalnego (przez długi okres czasu pracodawca "siedział" na tych pieniądzach i nie chciał ich wypłacać).

Lionbridge tłumaczy oprogramowanie i dokumentację techniczną dla innych korporacji, takich jak Microsoft, czy Adobe. Np. gdy Windows i Photoshop są tłumaczone na różne języki, właśnie firmy takie, jak Lionbridge, czy SDL wykonują tłumaczenie na zlecenie Microsoftu lub Adobe. W biurze w Warszawie zatrudnionych jest około 300 osób. W większości to kierownicy projektów, testerzy, inżynierowie i specjaliści DTP. Samo tłumaczenie jest zlecane na zewnątrz. Właściwie firma nie zatrudnia bezpośrednio tłumaczy i wykorzystuje do tego celu osoby, które nie są zatrudnione na stałe. Paradoksalnie, tłumacze są traktowani jako najmniej ważni w całym procesie tłumaczenia. Nie dość, że nie mogą mieć pewności stałego zatrudnienia, to jeszcze często wypłaty tytułem wykonanej pracy są opóźnione o wiele miesięcy.

Na całym świecie, Lionbridge zatrudnia kilka tysięcy osób. Miejsca pracy są wciąż przenoszone z Europy i USA do Indii i Chin w celu redukcji kosztów. W Indiach przepisy obowiązującego tam prawa pracy umożliwiły firmie Lionbridge pozbawienie swoich pracowników praw związkowych.

Praktyki te wpływają nie tylko na jej pracowników, ale także na warunki panujące na rynku pracy tłumaczy. Dzieje się tak z powodu coraz mocniejszej pozycji firmy na rynku, wynikającej z przejmowania kolejnych spółek, wraz z ich klientami i rynkami. Od marca 2007 roku Lionbridge prowadzi w Irlandii ustne tłumaczenia sądowe. W 2006 r. korporacja wygrała wart 2,5 miliona dolarów kontrakt przyznany w przetargu ogłoszonym przez irlandzki Departament Sprawiedliwości. Tłumacze są zatrudniani do pracy w trakcie posiedzeń sądowych, w których w charakterze świadków lub oskarżonych występują imigranci nie znający języka angielskiego.

Według Irlandzkiego Stowarzyszenia Tłumaczy "Irish Translators' & Interpreters' Association" (ITIA), od czasu przejęcia przez firmę kontraktu, stawki tłumaczy znacznie spadły, a zawodowi tłumacze zostali zastąpieni osobami dwujęzycznymi bez odpowiedniego doświadczenia. Sądy płacą firmie Lionbridge 46 Euro za godzinę tłumaczenia, z czego tłumacze otrzymują od 17,5 do 25 Euro. Według ITIA, zdarzają się również przypadki stawek zaniżonych do 15 Euro za godzinę. Obowiązuje zasada, że nowym tłumaczom oferuje się dużo niższe stawki. Jednak tłumacze dłużej współpracujący z firmą także nie mogą liczyć na podwyżki inflacyjne.

2 lipca działacze francuskiego związku CNT-AIT z Paryża, mimo ochrony, dostali się do budynku miejscowego oddziału korporacji Lionbridge. Udało im się rozdać wszystkim obecnym pracownikom firmy ulotki, w których można przeczytać:

"Czy jeszcze to pamiętacie? To było dawno temu. Na początku lat 80., w komunistycznej Polsce, tworzenie związków zawodowych było całkowicie zakazane. (...) Na szczęście, Mur Berliński upadł. Polska dołączyła do obozu liberalnej wolności i nawet do Unii Europejskiej. A w Europie wolno zakładać związki zawodowe. Czyżby?

W grudniu 2007 r., ufając w wartości swobody wypowiedzi i stowarzyszania się proklamowane przez Europę, pracownicy Lionbridge Technologies w Warszawie, jednej z największych międzynarodowych firm zajmujących się tłumaczeniami, utworzyli związek zawodowy (...)

Jak myślicie, co się stało? W kraju realnego liberalizmu stworzenie takiego związku i sprzeciw wobec szefa, to zdrada wobec Korporacji, ujawnienie tajemnic niewygodnych dla systemu, a przede wszystkim najważniejszej z nich: że nie wszystko jest różowe, że liberalizm nie jest rajem i że są ludzie, którzy walczą o lepsze jutro.

Tak więc, jak za starych dobrych czasów komunistycznych "demokracji ludowych", ci, którzy byli dość naiwni, by potraktować poważnie idee wolności "liberalnej demokracji przedstawicielskiej" i założyć związek zawodowy, mogą winić tylko siebie. Jakub został oskarżony o autorstwo publikacji internetowej, w której przedstawiono rzeczywistą sytuację pracowników przedsiębiorstwa. Został zwyczajnie wyrzucony na bruk za "szkody wyrządzone wizerunkowi firmy" (...)

Zwolnienia związkowców i tych wszystkich, którzy zadają zbyt wiele pytań są na porządku dziennym w Polsce. W większości przypadków, zwolnienia mają miejsce zaraz po założeniu związków zawodowych.

Co w międzyczasie robi Komisja Europejska i Parlament Europejski, na który mamy głosować w 2009 r.? Przyjmuje uchwałę, która legalizuje 65-godzinny tydzień pracy i zatrudnianie pracowników przez 18 miesięcy bez podpisywania z nimi umowy. A wszystko to się dzieje przy zupełnym milczeniu ze strony partii politycznych i ugodowych związków zawodowych... Taka wersja integracji europejskiej gwarantuje, że to, co dziś się dzieje w Polsce, jutro będzie miało miejsce u nas [we Francji] (...)"

Sporządzono na podstawie informacji Biuletynu Inicjatywy Pracowniczej i strony internetowej lionbridge.zsp.net.pl


16.06.2008
Odrażający, brudni, źli

Intensywność z jaką w ostatnim czasie pracodawcy, rząd i liberalna prasa zaatakowały związki zawodowe budzi pewne zdziwienie i wymaga zastanowienia. Trudno bowiem w Polsce mówić o jakieś szczególnej nadaktywności związków zawodowych, na którą niektórzy zaczęli się uskarżać. Zgodnie z wiarygodnymi badaniami, mniej niż 10% zatrudnionych (a w ciągu ostatnich kilku lat odsetek ten spadł o kolejnych kilka punktów procentowych) należy do którejś z organizacji związkowych. Podobnie wyolbrzymiana jest kwestia rzekomego nadużywania przez pracowników strajków. Wbrew temu co wynikałoby z doniesień prasowych, wybucha ich w Polsce wyjątkowo mało, w ostatnich latach od kilku do góra 30 rocznie. Dla porównania, ostatnia wielka fala strajków jaka przetoczyła się przez nasz kraj, w latach 1992-1993, liczyła ich łącznie blisko 14 tysięcy. Skąd zatem zainteresowanie tą problematyką i dyskusja wokół niej?


Choć szeregi związków zawodowych dramatycznie stopniały, a ich realna polityczna rola, od czasów słynnego "parasola ochronnego" rozpiętego przez "Solidarność" nad neoliberalnymi reformami, uległa osłabieniu, to zachowują one w dalszym ciągu spore znaczenie. Przy dość nikłym społecznym zaangażowaniu w życie publiczne, struktury związków zawodowych, wydają się być jeszcze w miarę spójne i mobilne, stając się często źródłem mniej lub bardziej znaczących sporów i konfliktów, czyli posiadają pewien potencjał krytyczny wobec obecnego status quo. Sytuacja związków zawodowych, w porównaniu np. do struktur partyjnych, nie wygląda tak źle. System partyjny w Polsce jest słaby. Kolejne formacje ulegają coraz to nowym transformacjom lub zanikają. Na ich tle związki zawodowe, mimo że także wstrząsane wewnętrznymi sporami i rozpadami, wydają się jednak oazą spokoju. System partyjny trwa tylko dzięki wsparciu, także finansowemu, państwa, gdy równolegle związki zawodowe zdane są zasadniczo na same siebie. Dlatego też partie polityczne nie mogą abstrahować od związków zawodowych - od tego czy zdobędą ich poparcie czy też wejdą w konfrontację z nimi. Słabe związki zawodowe tkwią w klinczu ze słabymi partiami politycznymi, choć często jest to zwarcie i walka pozorna - obie strony dbają, aby nie narazić swoich rachitycznych struktur na szwank.

Z drugiej strony, dominujący liberalno-konserwatywny nurt w polskiej polityce, nie może nie dostrzegać pewnych dla siebie niebezpieczeństw ze strony ruchu związkowego. Przypadek Samoobrony i Andrzeja Leppera, który od poziomu związkowych akcji rewindykacyjnych, doszedł do fotela wicepremiera z aspiracjami prezydenckimi, musi dawać innym politykom wiele do myślenia. Nie ma przy tym znaczenia, jak oceniamy z punktu widzenia ideowego i politycznego karierę Samoobrony i jej liderów. Dla wielu polityków "z prawego łoża", Lepper to "bękart" polskiej polityki i utożsamiają go z niebezpieczeństwem konkurencji ze strony związków zawodowych. Wiodący nurt polityczny ma jeszcze ten problem, że w zasadzie wyniosły go do władzy te same procesy i tendencje, co Leppera. Obecne elity polityczne swój początek i sukces również zawdzięczają rewindykacyjnej walce z lat 70. i 80., ściśle związanej z "Solidarnością". Choć drogi polityków i związkowców po większej części już się rozeszły, to przynajmniej na gruncie symbolicznym, dominująca dziś formacja polityczna (jak PO i PiS) nie może dokonać łatwego zerwania i odciąć się od swoich związkowych korzeni. Rewolucja 1980 r. i "Solidarność" pozostaje ważną częścią ich tożsamości politycznej, pomimo czynionych prób reinterpretacji przeszłości, polegających na wyparciu ze świadomości zbiorowej wszystkiego, co kojarzy się z nurtem socjalnym, a położeniu silniejszych akcentów na kwestie narodowo-religijne. Trudno też nie pamiętać, iż brak symbolicznego wsparcia ze strony "Solidarności", skończył się dla niektórych liberalnych środowisk wyborczą klęską polityczną, wymieńmy tu choćby przypadek Unii Demokratycznej (Unii Wolności).

Strategia dziel i rządź
Wydaje się zatem, że napaść Tuska na związki zawodowe w kampanii wyborczej, czego dał m.in. wyraz w telewizyjnej debacie z Jarosławem Kaczyńskim, była przede wszystkim podyktowana wsparciem jakiego "Solidarność" udzieliła PiS-owi. Zwróćmy też uwagę, że poparcie "Solidarności" i socjalna retoryka PiS, została przez Platformę Obywatelską po części jednak zrównoważona związkowo-socjalnymi odwołaniami, co rzadko jest komentowane. Udało się Tuskowi uruchomić pewne stereotypy i utożsamić związki zawodowe oraz całą w zasadzie "Solidarność" z klasą wielkoprzemysłową, sugerując jednocześnie, że jest ona: niewykształcona, brudna, krzykliwa, zmaskulinizowana, roszczeniowa i przede wszystkim uprzywilejowana. Przedstawił się natomiast jako obrońca innej części pracowników, którzy wobec roszczeń klasy wielkoprzemysłowej, szans - według liberałów - nie mają. Stąd taktyczne poparcie dla protestów służby zdrowia i polskich pracowników na emigracji, czyli grup lepiej wykształconych, "białego personelu", ruchliwych, rozsądnych, sfeminizowanych. Ta antynomia oddaje wyobrażenia liberałów na temat procesów modernizacyjnych, które dokonują się, lub mają się dokonać, w polskim społeczeństwie. Przemysł i fordystyczne zakłady mają ustępować miejsca usługom i zaawansowanym technologicznie stanowiskom pracy. Na drodze przemiany, sugerowała Platforma Obywatelska, nie stoi nawet PiS jako taki, ale PiS kiedy odwołuje się do "moherowych beretów" oraz związków zawodowych reprezentujących "starą" i roszczeniową klasę robotniczą. Przy całym szeregu innych negatywnych cech przypisywanych swoim oponentom politycznym, ten typ argumentacji wydał się dla wielu, zwłaszcza młodych, pracowników przekonujący i PO w wyborach wygrała. Zwłaszcza, że argumenty Tuska padły na podatny grunt. Od wielu lat związki zawodowe są krytykowane za korupcję, biurokratyzację, kolaborację ze skrajną i klerykalną prawicą, archaiczne systemy przekonań i takież formy walki, brak innowacyjności i umiejętności dostosowania się do warunków panujących na współczesnym rynku pracy.

Walka ze związkami zawodowymi, w myśl tej koncepcji, to dla neoliberałów i ich sympatyków przedsięwzięcie konieczne jeżeli Polska ma dokonać, ciągle oczekiwanego, skoku cywilizacyjnego. Sygnał do walki z opozycją dał już wiele miesięcy temu poseł Janusz Palikot z PO. W jednej z wypowiedzi stwierdził, że obecny rząd jest... "zbyt obywatelski i zbyt nowoczesny", jak na obecną opozycję, która ma według niego dążyć do konfrontacji. O ile jeszcze protesty służby zdrowia, a nawet pracowniczek i pracowników supermerketów były (są) jeszcze, z wymienionych wyżej względów, tolerowane, o tyle strajk w państwowej Kopalni Węgla Kamiennego "Budryk" (na przełomie 2007 i 2008 r. kopalnia strajkowała 46 dni) stał się idealnym pretekstem do kolejnego frontalnego ataku na związki zawodowe. Uderzenie polegało po pierwsze na podjęciu realnych działań represyjnych wobec protestujących robotników ze strony państwa, a po drugie stanowiło przyczynek do zainicjowania fali krytyki związków na łamach mediów głównego nurtu i podjęcia kroków zmierzających do ograniczenia praw związkowych oraz strajkowych. Próbując udowodnić nielegalny charakter strajku i pociągnąć do odpowiedzialności zakładowe związki zawodowe, przesłuchano już ok. 200 górników z "Budryka". Co ciekawe, podobnego typu działania podjęła prokuratura i policja wobec protestujących robotników, innego państwowego zakładu, H. Cegielski-Poznań S.A. Rozpoczęto przesłuchania działaczy związku zawodowego prowadzącego od ponad roku akcję rewindykacyjną na terenie tego zakładu, a delegat załogi do prac w zarządzie, Marcel Szary, jest podejrzany o organizację nielegalnych strajków.

Ciągłość działań antypracowniczych
Nie chciałbym jednak, abyśmy odnieśli mylne skądinąd wrażenie, że poprzedni, rząd Prawa i Sprawiedliwości nie podejmował prób zwalczania niewygodnych dla siebie protestujących grup pracowniczych. Najbardziej znana jest konfrontacja Kaczyńskich z pracownikami służby zdrowia. Konflikt ten podsunął im m.in. plan, który jak najbardziej wpisywał się w PiS-owskie rozumienie sposobów rozwiązywania sporów społecznych. Pod koniec kwietnia 2007 r., parlamentarzyści przyjęli nową ustawę o zarządzaniu kryzysowym. Znalazł się w nim zapis o "zerwaniu więzi społecznych". Nowa ustawa dawała władzy państwowej konkretne uprawnienia w sytuacji ich naruszenia. Rząd, powołując się na nią, mógłby np. użyć siły militarnej wobec strajkujących. Dotychczas zarówno definicja zarządzania kryzysowego jak i samej sytuacji kryzysowej odnosiły się przede wszystkim do stanów nadzwyczajnych tj. wojennego, wyjątkowego lub klęski żywiołowej. Nowa ustawa, poprzez zwrot "zerwanie więzi społecznych", które uznano by za efekt sytuacji kryzysowej, do grona pożarów, powodzi i aktów chuligańskich dodaje m.in. strajki pracownicze. Ustawa powstawała, kiedy to ministrowie Kaczyńskiego straszyli "wzięciem lekarzy w kamasze". Najgorsze jest to, że w razie kolejnych "nielegalnych" (jak wyrażał się nie tylko obecny, ale także ex-premier) strajków i ulicznych wystąpień, rząd powołując się na zapisy ustawy będzie mógł wysłać na protestujących siły wojskowe, oraz narzucić na jednostki działalności gospodarczej i instytucje pozarządowe, obowiązki współpracy w pacyfikowaniu "kryzysu".

Obraz sporu wokół ograniczenia praw związkowych i pracowniczych nie byłby pełen, gdybyśmy pominęli udział w nim pracodawców. Fakt, że czynię to dopiero w tym miejscu, nie znaczy, że jest to kwestia mniej ważna od pozostałych. Półroczne rządy Tuska są coraz częściej krytykowane przez liberalne media za bierność i trwonienie czasu. Jednocześnie nie ulega już wątpliwości, że do Polski nadciąga światowa recesja gospodarcza, której pierwsze symptomy prawdopodobnie poprzedzą najbliższe wybory prezydenckie i parlamentarne. Trudno przewidzieć jakie będą tego skutki, ale istnieje prawdopodobieństwo, że dojdzie nie do utrwalenia, ale osłabienia pozycji PO. W sensie ekonomicznym kryzys może oznaczać spowolnienie wysokiego, póki co, tępa wzrostu. W takich okolicznościach pracodawcy chcieliby jak najszybciej zdyskontować wynik poprzednich wyborów. Tym bardziej, że najnowsze dane statystyczne jednoznacznie wskazują na spadek zysków, spowodowany dwoma zasadniczymi czynnikami: silną pozycją złotówki i wzrastającymi kosztami pracy (wzrost średniej płacy w ostatnim roku o ponad 12%). Na kurs walut polscy pracodawcy nie mają wpływu, ale cenę siły roboczej mogą starać się ograniczać, domagając się od rządu podjęcia kroków w celu powstrzymania żądań rewindykacyjnych i osłabienia pozycji klasy pracowniczej na rynku pracy poprzez jego dalsze uelastycznienie. Przy spadającym gwałtownie bezrobociu jest to dla pracodawców sprawa kluczowa. Postulują zatem m.in. ograniczenie prawa do strajku, w tym prawa do strajku okupacyjnego, "wyrzucenia" związków zawodowych poza zakłady pracy, limitowania liczby organizacji związkowych, ograniczenia uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy, wykreślenia tzw. "urlopów na żądanie" z kodeksu pracy i ogólnie kolejnych wielu innych zmian prawa pracy. Z tych też powodów twarda postawa rządu wobec, szeroko relacjonowanego w mediach, strajku w "Budryku", miała stać się jasnym sygnałem dla innych grup pracowników, że rząd zamierza przeciwstawić się wzrastającej fali żądań, a dla pracodawców, iż panuje nad sytuacją i nie pozwoli na wzrost nastrojów rewindykacyjnych nawet za cenę zastosowania przemocy. Mnożące się oskarżenia ze strony organizacji pracodawców, że rząd jest słaby i "nic nie robi dla gospodarki", mogłyby w przyszłości oznaczać, że biznes odwróci się od liberalnych polityków i wesprze rządy "silnej ręki" braci Kaczyńskich. Temu PO oczywiście chce zapobiec.

Plany likwidacji związkowej niezależności
Atak na związki zawodowe ma jeszcze tę dobrą stronę z punktu widzenia rządu i pracodawców, że zmusi je do defensywy w momencie, kiedy ważą się losy wielu innych kluczowych spraw np. kształtu służby zdrowia czy prywatyzacji i restrukturyzacji przemysłu ciężkiego i wydobywczego. Rząd i kapitał puszczają oko do struktur związkowych biorących udział w pracach Komisji Trójstronnej, obiecując im w zamian za odstąpienie od protestów (zgoda na ograniczenia prawa do strajku) czy uelastycznienie prawa pracy dla małych i średnich przedsiębiorstw (gdzie duże centrale są słabo osadzone) regulacje prawne, pozwalające im przetrwać kosztem mniejszych, bardziej mobilnych i radykalniejszych organizacji związkowych, które reprezentują ok. 1/4 wszystkich zrzeszonych. Być może taka "oferta" ze strony rządu, wyda nam się, przynajmniej pod pewnymi względami, niekonsekwentna. Jest jednak wręcz przeciwnie. Ta ręka wyciągnięta do dużych central związkowych, to gest wieszczący ich ostateczny upadek czy przekształcenie w coś na kształt CRZZ. Nie mam jednak złudzeń co do tego, że duże związki zawodowe propozycję upaństwowienia z chęcią przyjmą.

Jeżeli dojdzie do wprowadzenia w życie pomysłów pracodawców oraz liberałów i dokonane zostaną liczne zmiany w kodeksie pracy, ustawie o związkach zawodowych i ustawie o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, to byt wolnych, samorządnych, nienależnych związków zawodowych zostanie zagrożony. Ale złudzeniem jest mniemanie, że podporządkowanie związków zawodowych pracodawcom czy rządowi oraz ograniczenie prawa strajkowego, zapobiegnie protestom. Co najwyżej oddali je w czasie, zmieni charakter i przyczyni się do wzrostu ich gwałtowności. Przykład: strajki i zamieszki w grudniu 1970 r. w Polsce. Ich motorem były żądania socjalne, a obowiązujący wówczas faktyczny zakaz strajku, całkowite podporządkowanie związków zawodowych władzy, represje, nie powstrzymały robotników przed gwałtownymi wystąpieniami. Dziś podobnie dzieje się w krajach azjatyckich, gdzie prawa pracownicze są deptane na każdym kroku. W ostatnich kilku latach w Chinach czy Bangladeszu dochodziło do wielu gwałtownych zamieszek - starcia uliczne i podpalenia zakładów pracy są tam na porządku dziennym. W Polsce, sukcesywnemu spadkowi ilości strajków i siły związków zawodowych, od kilku lat towarzyszy znaczący (wg danych policji) wzrost ilości protestów ulicznych. Wniosek nasuwa się sam. Jeżeli robotnicy nie będą mogli fabryk okupować, będą je po prostu palić!

Jarosław Urbański

Artykuł ukazał się w czerwcowym numerze pisma "Le monde diplomaptique" edycja polska.


14.06.2008
Za kapitałem podąża konflikt - wywiad z Beverly J. Silver

Książka Beverly Silver "Forces of Labor" dostarcza szczegółowych informacji na temat kondycji i znaczenia ruchu pracowniczego oraz narzędzi do dalszej jego analizy. Silver twierdzi, że walki pracownicze są endemiczną cechą rozwoju kapitalistycznego, wynikają z samej jego natury. Kapitał musi utrzymywać swoje panowanie nad pracownikami i każdego dnia na nowo zmuszać robotników do pracy. Ci natomiast protestują, i będą protestować, przeciwko traktowaniu ich jak towar.

Na początku XIX wieku klasy niższe miały niewielką rolę w kształtowaniu światowego systemu kapitalistycznego, lecz w XX w. była ona już dużo większa. Nie znaczy to, że siła robotników nieustannie rośnie i że walki pracownicze są zawsze pozytywne. Czasami pracownicy będą określać i utrzymywać wewnętrzne podziały oraz bronić przywilejów, jeśli nie będą widzieć innych sposobów na utrzymanie godnych standardów życia, co będzie osłabiać klasę pracującą i powodować ważne problemy dla strategii rewolucyjnej zmiany.

By zrozumieć ogólnoświatową słabość klasy pracującej w latach 90-tych, którą opisuje i dokumentuje "Forces of Labor", Silver wskazuje na finansjalizację kapitału, czyli na fakt, że kapitał nie inwestuje zasadniczo w produkcję i handel, lecz w kredyty i finansowe spekulacje. Silver i Arrighi dowodzą, że ta faza nie jest czymś nowym, że jest tendencją, która powraca podczas cyklu zmiany hegemona. Arrighi wskazując na innych badaczy systemów-światów twierdzi, że kapitalizm zawsze zależał od istnienia światowej siły hegemonicznej; siły, która ustala reguły i gwarantuje pewnego rodzaju stabilny system - miasta-państwa w Północnych Włoszech w XVI w., Niderlandy w XVII i XVIII w., Imperium Brytyjskie w XIX i USA w XX. Według Arrigi obecnie jesteśmy w okresie zmiany hegemona - USA traci swoją pozycje na rzecz nieznanych jeszcze regionów lub państw, prawdopodobnie na rzecz Zachodniej Azji - lub na rzecz nikogo. Jest również możliwe, że nastąpi koniec tego rodzaju historii i początek nowej, nie kapitalistycznej ery. Analizy innych okresów zmiany hegemona - np. od Imperium Brytyjskiego do USA w pierwszej połowie XX w. - pokazały, że wtedy również miał miejsce okres finansjalizacji i spekulacji finansowych, podczas którego tracące hegemonię państwo, wykorzystywało swą pozycję do zaczerpnięcia kredytów w celu finansowania konsumpcji i projektów militarnych. Efektem tego było generalne osłabienie klasy pracującej na światową skale, gdyż pieniądze nie były inwestowane w produkcję wartości dodatkowej.

Ale jest nadzieja - okres finansjalizacji nie może trwać wiecznie, bowiem kapitał i kapitalizm zależą od produkcji wartości dodatkowej. Pytanie tylko, jak długo będzie on trwać i co się stanie w międzyczasie. I co więcej - zmiana hegemona zawsze oznacza systemowy chaos na świecie. Więc pojawia się pytanie o to, czy dostrzeżemy eskalację wojny, czy ruch antywojenny jest w stanie ją powstrzymać. Kolejne pytanie, czy klasa pracująca, zwłaszcza ta z USA, czyli ze starego hegemonicznego państwa oraz ta z prawdopodobnie nowego centrum - Chin lub Indii - użyje swojej władzy do kształtowania nowego porządku światowego i uwolni się od kapitalizmu, czy też wykorzysta swoją pozycję w protekcjonistyczny sposób, przeciwko globalnej klasie pracowniczej?

Agnieszka Mróz

W książce Forces of Labor twierdzisz, że niepokoje pracownicze są rodzajem siły napędowej dla rozwoju kapitalizmu. Przypomina to podejście zwane w Europie "workeryzmem" lub autonomistycznym marksizmem. Czy występują tu bezpośrednie związki z tego rodzaju myśleniem, czy to podobieństwo jest przypadkowe?

Beverly Silver: Postrzeganie niepokojów pracowniczych jako siły, która nieustannie przekształca kapitalizm, stanowi dziedzictwo pewnych tradycji amerykańskich. Dorastałam w Detroit w latach 60. W mieście tym, w latach 30. miały miejsce strajki okupacyjne. Pod ich wpływem pojawiła się idea strukturalnej siły robotników. Mówi ona, że zdobycze robotników zostały uzyskane w dużej mierze dzięki ich strategicznej pozycji w procesie produkcji. Zajmuje się tym amerykańska historia ruchu pracowniczego i socjologia przemysłu. Duży wpływ na moją pracę miały pisma Francisa Fox Pivena i Richarda A. Clowarda.(1) Analizując historię ruchów ludzi biednych w USA w skali krajowej, wymieniają oni kilka argumentów, które przeniesione na poziom globalny wracają w Forces of Labor. Chodzi m.in. o przekonanie, że znaczący postęp lub zmiany niesione są przez fale niezadowolenia, które przychodzą tylko okresowo, że przypływy te same w sobie nie są rezultatem wysiłków organizatorów lub partii politycznych, lecz wywodzą się ze strukturalnych warunków zezwalających na pewnego rodzaju ruchy. Inspirujące było zwłaszcza to, że analizując niepokoje pracownicze z lat 30., podkreślają one strukturalną, pozycyjną zdolność robotników do forsowania żądań wynikającą z miejsca w procesie produkcji. Równocześnie autorzy ci zaznaczają, że każda z tych fal protestów jest kontrolowana nie tylko za pomocą połączenia represji, ustępstw i doboru pracowników, lecz również przez systematyczną transformację organizacji produkcji tak, by osłabić ruchy, że tak powiem, "za ich plecami".

Jest to zatem jakaś spuścizna czy źródło mojego rozumowania, ale poza tym jednym z kluczowych intelektualnych punktów odniesienia dla Forces of Labor pozostaje moja współpraca z Giovannim Arrighim. Podczas wczesnego okresu rozwoju "operaismo" Arrighi właściwie nie przebywał we Włoszech, uczył w Rodezji, Zimbabwe, a potem w Tanzanii, rozwijając koncepcje, w których kwestie zasobów i oporu siły roboczej były kluczowe dla rozwoju kolonializmu oraz rozwoju krajowych ruchów wyzwoleńczych w Afryce. Powrót Arrighiego do Włoch w 1969 r. zbiegł się ze szczytem autunno caldo (gorącej jesieni). Wielką rolę odgrywały wtedy walki pracowników Fiata oraz to, że walki pracownicze pojawiły się tam, gdzie robotnicy byli bardzo sceptycznie nastawieni do polityki i do tego co nazywam stowarzyszeniową siłą przetargową(2), jednocześnie byli bardzo zdeterminowani, by zachować swą niezależną władzę i siłę podczas walk. Oto społeczno-polityczny kontekst, który mocno oddziaływał na rozwój "operaismo".

Lecz jest kilka różnic między "operaismo", takim jaki rozwijał się we Włoszech, a tym co wpłynęło na mnie, na moją książkę. W 1971 r. Arrighi i inni założyli "Gruppo Gramsci". Po pierwsze, w ich wizji istotną rolę odgrywała orientacja trzecioświatowa i perspektywa globalna, co właściwie nie pojawiało się we wczesnym okresie "operaismo". Drugą różnicą jest znacznie silniejsze połączenie podejścia teoretycznego z empirycznym, w przeciwieństwie do bardziej filozoficznych skłonności w obrębie "operaismo". "Gruppo Gramsci" kładła silny nacisk na bieżące, konkretne badanie empirycznych warunków, jako tych, które miały wpływ na naturę siły przetargowej robotników. W tym znaczeniu ugrupowanie to było bliższe Romano Alquatiemu i Sergio Bolognie niż Mario Trontiemu i Toni Negriemu. Wreszcie, podczas gdy pewne tendencje wewnątrz operaismo podkreślały, że klasa robotnicza jest silna i staje się cały czas coraz silniejsza, w Forces of Labor znajdziemy zarówno próbę analizy długoterminowych procesów zdających się wzmacniać klasę pracującą, jak też przeciwstawnych tendencji powodowanych przez różnego rodzaju reakcje kapitału na siłę i bojowość robotników.

W miarę upływu czasu coraz lepiej poznawaliśmy to drugie zjawisko. Jeśli porównamy Forces of Labor jak i później wydane zbiory artykułów z pracą, którą Arrighi i ja wydaliśmy w 1984 r. - "Labor Movements and Capital Mobility"(3), zobaczymy, wyrażoną implicite, samokrytykę. Artykuł z 1984 r. podkreśla rosnącą siłę ruchu robotniczego, długoterminową tendencję wzmacniania się ruchu w skali ogólnoświatowej. Nasze rozumowanie oparliśmy na przekonaniu, że geograficzna relokacja kapitału w latach 70. i wczesnych 80. musiała do pewnego stopnia osłabić robotników tam, skąd odpłynął kapitał, lecz wzmocniła ich gdzie indziej, co ogólnie, widziane z globalnej perspektywy, wzmocniło ruch. Na późniejszy głęboki kryzys siły roboczej w wielu częściach świata w latach 90. w ogóle nie byliśmy przygotowani. Zaczęliśmy pytać co się stało i po analizie zaczęliśmy dostrzegać wpływ przesunięcia kapitału ze sfery handlu i produkcji do sfery kredytów, pośrednictwa i spekulacji (co w Forces of Labor nazwałam "naprawą finansową" - financial fix) jest kluczowy dla wyjaśnienia wspomnianego głębokiego kryzysu. Do połowy lat 80. kapitał reagował na wzmocnienie ruchu pracowniczego serią "napraw" (fixes) (przestrzennych, technologicznych/organizacyjnych, produkcyjnych(4)), z których żadna nie była w stanie podważyć ogólnej siły tego ruchu, czego rezultatem był głęboki kryzys kapitalizmu. Następnie rozpoczęła się finansjeryzacja kapitału, który gwałtownie wycofał się z handlu i produkcji (i z wydatków na płace dla pracowników), przekształcając głęboki kryzys kapitału, w głęboki kryzys klasy robotniczej.

Wróćmy do różnicy między moim stanowiskiem a "operaismo". Muszę wspomnieć - i myślę, że to poważna jego krytyka - w kwestii przekonania o tym, że walki robotnicze są zawsze dobre. Ta kwestia pojawia się w rozwinięciu sporu o podziały zarysowane w Forces of Labor, postawiono tam pytania o interpretację procesów homogenizacji i proletaryzacji opisanych przez Marksa i Engelsa, jako nieodłączną przyczynę rozwoju jedności walki klasowej robotników. Defensywne, lokalne walki robotników są zawsze zrozumiałe, ale jak pogodzić je z czymś, co ma przynieść większą globalną sprawiedliwość, globalną równość?

Tego rodzaju podziały nie są czymś narzucanym klasie robotniczej przez kapitał, lecz są wytwarzane wewnątrz klasy, czy o to chodzi?

Rozróżniam trzy rodzaje podziałów. Wśród nich jest jeden, który faktycznie rodzi się wśród samych robotników, gdy broniąc konkretnych przywilejów ulegają oni nie-klasowym identyfikacjom - obywatelstwu, płci, rasie. Jest to rodzaj endemicznej reakcji wynikającej z nieustannej skłonności kapitalizmu do narzucania pracownikom konkurencji między sobą przez wprowadzanie zmian (fixes). Nie znaczy to, że podziały są podtrzymywane tylko przez robotników, robi to również kapitał przez segmentację rynku pracy, i państwo - przez ograniczanie praw obywatelskich.

Nie znaczy to również, że robotnicy nie są zaangażowani w likwidację podziałów. Jeśli spojrzymy historycznie na klasy robotnicze o ustalonej już pozycji, to jawią nam się one jako beneficjanci ostatniej fali walk, próbujący utrzymać podziały wobec konkurencji ze strony nowo powstałych klas robotniczych, które z kolei są bardziej skłonne do przełamywania barier. Spójrzmy na wiejskiego imigranta - robotnika, który przybywa do chińskich miast za chlebem; początkową reakcją dotychczasowych miejskich robotników jest trzymanie go jak najdalej od rynku. To migrujący robotnicy sięgają obecnie po język praw obywatelskich, typowy dla obszarów miejskich i głoszą, że nierówności między robotnikami miejskimi i wiejskimi, oraz prawami im przysługującymi nie powinny mieć miejsca. Widzimy to wciąż podczas walk robotników-imigrantów, np. zarówno w przeszłości jak i obecnie w USA imigranci walczą o równe prawa pracownicze bez względu na rasę czy narodowość.

W twojej książce mówisz o trzech rodzajach siły robotników. Porównując walki robotników przemysłu samochodowego i włókienniczego stwierdzasz, że ci drudzy, mimo że byli znacznie bardziej wojowniczy, przegrali. Czy odnosi się to do swoistego rodzaju hierarchii pomiędzy różnymi rodzajami siły? Czy walka części klasy robotniczej budującej swoją siłę np. w dużych fabrykach, w oparciu o strategiczne pozycje w kluczowym dla danego przemysłu sektorze (siłę przetargową miejsca pracy), chociaż nie musi być tak wojownicza jak innych, jest dużo bardziej skuteczna, uderza w kapitał dużo boleśniej. Czy rzeczywiście występuje taki rodzaj hierarchii?

Sugeruję, że rzeczywiście jest podobieństwo między pierwszą serią udanych walk w Wielkiej Brytanii w XIX w., a walkami w USA w latach 30. XX w. - chodzi o początkową fazę w cyklu produkcji. W tych momentach jest pewien zasób dostępnego zysku, który dostarcza potencjału dla pewnego rodzaju stabilnych, redystrybucyjnych kontraktów społecznych. Dokładnie taki był rezultat walk pracowniczych w Wielkiej Brytanii pod koniec XIX w. w przemyśle włókienniczym i w Stanach w latach 30. XX w. w przemyśle samochodowym. W obu przypadkach protesty pracownicze doprowadziły do wieloletnich społecznych kontraktów, w obrębie których pewnego rodzaju procesy redystrybucyjne zmusiły kapitalistów do podziału części zysku.

Jest jednak różnica między źródłem siły robotników przemysłu włókienniczego i samochodowego. W przemyśle samochodowym bardzo scentralizowana organizacja produkcji oznacza, że strajk, powiedzmy części linii montażowej w pojedynczej fabryce silników, może spowodować zastój całej korporacji, a tego rodzaju siła przetargowa miejsca pracy, nie występuje w przemyśle włókienniczym z racji jego zdecentralizowanej natury - wielu małych i średnich fabryk. Bez niej zwycięstwo robotników musi zależeć od alternatywnych źródeł siły. Stąd uważam, że siła wynikająca z działalności robotników w zorganizowanych grupach, stowarzyszeniowa siła przetargowa, jest o wiele istotniejsza dla początkowych zwycięstw przemysłu tekstylnego.

Jeśli spojrzymy na początek XXI w., pod pewnymi względami sytuacja robotników w obrębie sektora usług - z wieloma zakładami pracy oraz pracodawcami - przypomina tę, z którą zmagał się pracownik przemysłu włókienniczego pod koniec XIX w. i na początku XX. Dlatego w Forces of Labor twierdzę, że jest większe prawdopodobieństwo, że w obecnej sytuacji stowarzyszeniowa siła przetargowa prawdopodobnie sprawi, że walki społeczne będą bardziej efektywne niż to miało miejsce w większości przypadków w XX w. Nie możemy również nie doceniać znaczenia siły przetargowej miejsca pracy, którą robotnicy cały czas posiadają, nawet w sektorze usługowym. Najskuteczniejsze walki najprawdopodobniej będą łączyć siłę stowarzyszeniową i siłę miejsca pracy.

Niektórzy twierdzą, że robotnicy z niepewnym zatrudnieniem nie mogą walczyć, zatem trzeba będzie skoncentrować się na fabrykach i na publicznym sektorze z dużymi biurami. Inni mówią, że nie ma miejsc uprzywilejowanych, że każdy może walczyć bez względu na to, gdzie pracuje. Co o tym myślisz?

Każdy może walczyć, i często walczy, bez względu na to gdzie się znajduje. Ale wciąż są pozycje uprzywilejowane, w tym znaczeniu, że występują miejsca pracy, na których robotnicy mają większą siłę przetargową; gdzie ich walka ma dużo większy wpływ na kapitał i państwo. Uważam, że w dużej mierze po każdej skutecznej relokacji kapitału (spatial fix) uprzywilejowana część siły przetargowej wynikającej z pozycji w procesie produkcji skutecznie podąża w nowe miejsce. Dlatego dziś kluczowe jest przyglądanie się Chinom, które doświadczają bardzo gwałtownej industrializacji i proletaryzacji, obejmującej tworzenie zakładów w przemyśle samochodowym z robotnikami skupionymi w wielkich fabrykach, pracujących na liniach montażowych, z dużym potencjałem siły przetargowej. Dlatego spodziewam się działań ze strony chińskich robotników.

Co do przyszłości ruchu pracowniczego w rdzeniu(5), myślę że powinniśmy spytać o nowe miejsca formowania się klasy robotniczej. A następnie spojrzeć jakie rodzaje siły przetargowej są w zasięgu tych pracowników. Warto patrzeć na istniejące walki przez pryzmat tych robotników, nawet jeśli ich wpływ jest obecnie marginalny, i na rodzaje strategii przez nich stosowanych. Gdyby przyjrzeć się np. USA, zwłaszcza w Kalifornii dają się zauważyć serie bardzo skutecznych mobilizacji dozorców (głównie imigrantów) pracujących w biurowcach w centrum. Nie posiadają oni siły przetargowej miejsca pracy, która pojawia się wraz ze skomplikowanym podziałem pracy - jeśli jeden ze stróżów nie pracuje, nie zatrzymuje to całej sprawy, nawet jeśli zamyka się jeden budynek, nie powoduje to zamykania innych. Ale istnieje siła przetargowa wynikająca z otoczenia miejsca pracy. Ideologia globalizacji twierdząca, że wszystko może być w ruchu, że cokolwiek może przemieścić się gdziekolwiek, nie jest prawdziwa: są takie aglomeracje, w których utopiono olbrzymie inwestycje w formie stałego kapitału, ich przemieszczenie byłoby wielką stratą. Kapitaliści nie mogą nocami wysyłać gdzieś budynków, by je posprzątać. Zdolność do skutecznej walki pochodzi w tym wypadku z podstawowej strukturalnej siły przetargowej, która nie powinna być ignorowana.

Równocześnie jednak jest oczywiste, że kapitalistyczne strategie organizacyjne we wspomnianym przemyśle - np. używanie wielu podwykonawców jako bezpośrednich pracodawców - połączone z niskim podziałem pracy oznaczają, że pracownicy ci posiadają zdecydowanie mniejszą siłę przetargową miejsca pracy niż, powiedzmy, robotnicy przemysłu samochodowego. Jasne jest więc, że sukces kampanii "sprawiedliwość dla dozorców" zależy również od wywierania wpływu dzięki sile stowarzyszeniowej. Oznacza to, że ważną rolę w jej wspieraniu odegrały społeczne organizacje i centralne struktury związków zawodowych.

Czy myślisz, że wystąpiły tu dwa główne czynniki: społeczność będąca bazą dla walki oraz siła związku zawodowego?

Ważną rolę odegrały organizacje społeczne, w tym także sieci, które istniały w społeczeństwach imigrantów. Związek zawodowy SEIU (Service Employees International Union), który dostarczał kampanii środków finansowych. A była ona bardzo droga (koszty prawne i badania) - co może być jednym z ograniczeń jej strategii. Dla jasności podczas trwania kampanii, wystąpiło mnóstwo problemów (z niedemokratyczną, odgórną polityką załatwiania spraw włącznie), ale SEIU było w stanie zrobić coś bardzo istotnego: pokazać, że możliwe jest zmobilizowanie i zorganizowanie pracowników-imigrantów, i wygranie walki w niepewnych (precarious) miejscach pracy.

Piszesz dużo o przemyśle włókienniczym i samochodowym jako o głównych przemysłach XIX i XX w. Jesteś jednak bardzo ostrożna przy próbie zidentyfikowania branż lub sektorów, które mogą mieć podobne znaczenie w XXI w.

Bardzo trudno zidentyfikować sektor, który obecnie ma znaczenie zarówno ekonomiczne jak i kulturowe znaczenie, takie jakie miało włókiennictwo w XIX w., a przemysł samochodowy w XX. Może dlatego, że jest za wcześnie, tego rodzaju sądy wydają się nam oczywiste dopiero po fakcie. Może też dlatego, że żyjemy podczas bardzo ważnych transformacji natury kapitalizmu. Mówi się o półprzewodnikach, jako o nowym głównym sektorze, ze względu na jego wielorakie wpływy, ale równocześnie nie jest to klucz, jako że przemysł półprzewodników sam w sobie nie "produkuje" klasy pracującej - a raczej powoduje redukcję zatrudnienia. Myślę, że powinniśmy mieć oczy szeroko otwarte zarówno na długodystansowy transport, jak i na przemysł związany z wojskiem. Inny trop - warto zauważyć oczywistą tendencję, która wynika z danych World Labor Group(6): w ostatnich dekadach XX w. niepokoje pracownicze w przemyśle edukacyjnym, wśród nauczycieli, wykazują oczywistą tendencję zwyżkową w skali globalnej.

Myślę, że to konsekwencja zjawiska, które nazywasz państwem socjalizującym: duże koszta w sektorze publicznym, praca w opiece społecznej, edukacja...

Tak. Krótko mówiąc, podstawowe przesłanie książki: "gdzie idzie kapitał, tam podąża konflikt", odnosi się zarówno do zmian w przemyśle w sensie geograficznym (z każdą zmianą przestrzenną), jak i do zmiany jednego przemysłu na drugi (z każdą zmianą produktu - product fix), włączając ruch "kapitału" w sektorach państwowych, z edukacją rozumianą jako kluczowy sektor przemysłu publicznego.

Kolejne pytanie o intelektualne dziedzictwo Forces of Labor: mówiłaś o "produkowaniu i reprodukowaniu" klasy robotniczej. Czy występuje tu podobieństwo z E.P. Thompsonem(7) i tym nurtem myślenia?

Na pewno postrzeganie formowania klasy robotniczej jako procesu jest ważnym podobieństwem. Oczywiście podkreślanie znaczenia oddolnych walk w historii społecznej to ważny aspekt mojej pracy. Również idea, że świadomość przychodzi często spoza walki, a nie jest jej warunkiem wstępnym - próba problematyzowania założenia o liniowym rozwoju - od bycia proletariuszem przez świadomość, do walki...

Występujące w klasycznym marksizmie mechaniczne rozumienie społecznej kategorii zwanej klasą robotniczą...

Dokładnie, to również miało swój wpływ.

Dla mnie bardzo interesujące jest to, że postrzegasz klasę jako pewnego rodzaju proces - rozwijania się, kształtowania i przekształcania. Czy uważasz, że jest możliwe, by klasa robotnicza została totalnie zatomizowana i pozbawiona możliwości odgrywania roli społecznej?

Pozwolę sobie na historyczną analogię. Jeśli spojrzymy na dyskusje o amerykańskim ruchu pracowniczym w latach 20. XX w. zobaczymy, że przytłaczająca większość uczestników debaty zgadzała się, że fordyzm produkował beznadziejnie podzieloną, słabą i zatomizowaną klasę robotniczą. Odnosiło się to do pracowników-imigrantów z wszystkich stron, którzy nie mieli wspólnego języka i kultury, których oparta na umiejętnościach siła przetargowa była podważana przez nowe alienujące technologie. Cała perspektywa zmienia się dopiero wtedy, kiedy zaczynasz dostrzegać sukces ruchu pracowniczego w przemyśle masowej produkcji. Obecnie rozwój fordyzmu nie jest już postrzegany jako proces osłabiający robotników, lecz jako ten, który z samej swej natury ich wzmocnił. Dziś również przy analizie postfordyzmu wszyscy wracają do analogicznego rozumowania z lat 20. Nowe sposoby organizowania produkcji i nowe technologie są postrzegane jako procesy jawnie osłabiające robotników. Ale całkiem prawdopodobne, że obecnie również ma miejsce proces odkrywania przez robotników źródeł ich siły przetargowej w nowej sytuacji - a to wymaga czasu. Gdy jednak proces ten stanie się powszechny, a zwłaszcza skuteczny, dojdzie do kolejnej zmiany, w sensie podobnym do tego, w jakim nauki społeczne postrzegają postfordyzm, jako istotnie otwierający różnego rodzaju nowe możliwości walki. Ale to już będzie wtórna analiza walk, które wcześniej pojawiły się same. Powodem wielu niepewności w dyskusjach na temat początku XXI w. i postfordyzmu jest właśnie to, że my, jako analitycy, możemy próbować coś przewidzieć w oparciu o pewnego rodzaju pojęciową ramę, lecz ostatecznie będziemy widzieć co się wydarzy dopiero podczas samych walk. A podstawowy argument to po prostu taki, że walki się pojawią.

Podkreślasz, że protesty robotnicze nie tylko zmuszają kapitał do przenoszenia się z miejsca na miejsce, a za relokacją kapitału podąża konflikt, ale że kształtują i przekształcają one zarówno narodową jak i międzynarodową strukturę polityki. Wczoraj mówiłaś o wojnie i nowych rodzajach wojen(8). Co myślisz o wojnie z terroryzmem, czy jest to jakiś rodzaj reakcji na niepokoje pracownicze? Co myślisz na temat wpływu, jaki ta wojna będzie mieć na klasę robotniczą?

Bez wątpienia przed 11 września 2001 r. przeczuwano, że ruch pracowniczy oparty na imigrantach zyska dość szybko na znaczeniu. I jednym z efektów represji po 11 września jest to, że możliwości politycznego organizowania imigrantów i walki robotników stały się trudniejsze, zwłaszcza dla nielegalnych pracowników. W USA Departament do spraw Imigracji został przeniesiony do Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Państwo ma dużo więcej możliwości używania bezpieczeństwa narodowego, pośrednio lub bezpośrednio, jako sposobu na osłabienie walk pracowniczych, zwłaszcza, jeżeli angażują one imigrantów. W Forces of Labor twierdzę jednak, że represje jako forma rządzenia mają swoje ograniczenia - i co więcej - że historycznie wojna sama w sobie miała radykalizujący wpływ na ruch robotniczy i inne ruchy społeczne. Wczoraj przedstawiłam liczby z czwartego rozdziału Forces of Labor, które obrazują doroczne wzmianki o protestach pracowniczych w XX w. zebrane w bazie danych World Labor Group. Jedną uderzającą cechą jest wpływ dwóch wojen światowych. Można zauważyć spadek protestów w początkowych latach wojny. Jest to wynik represji oraz efekt "wieców wokół flagi". Lecz w obu przypadkach owe spadki były krótkoterminowe i poprzedzały duże wybuchy protestów robotniczych i innych grup społecznych. Sugeruję w książce, że większość wojen w XX w. była z jednej strony okazją do represji, lecz z drugiej wzmocniła robotników oraz ich siłę przetargową, jako że państwa uzależnione były od robotników idących na wojnę lub pracujących w fabrykach. Pojawią się więc pytania o to, czy nowe wojny wzmocnią ruch lub czy państwa skutecznie uniezależnią się od opinii publicznej i wsparcia robotników, i bez nich będą w stanie prowadzić wojny.

Myślę, że państwa świadomie prowadzą strategię redukowania zależności od masowej populacji i klasy pracującej, realizując ją przez automatyzację działań wojennych, prywatyzację szerokiego wachlarza aktywności wojskowych, eliminację obowiązkowej służby wojskowej - ale bardzo dyskusyjne jest czy te działania przyniosą zamierzone efekty.

Wracając do pierwszej części pytania - myślę, że cała kontrrewolucja w wojskowości i gospodarce z lat 80. XX w. była w dużej mierze reakcją wobec wzrostu siły klasy robotniczej.

W Niemczech niektórzy twierdzą, że na Bliskim Wschodzie występuje pewnego rodzaju blokada dla akumulacji kapitału, a wojna postrzegana jest jako instrument służący do przełamania tej blokady.

Uważam raczej, że jest to geopolityczna walka o ropę i kontrolę nad ropą, i że raczej USA podjęły nieudaną próbę przejęcia całkowitej kontroli nad zasobami ropy jako sposobu na wywieranie nacisku na Europę, a w szczególności na Chiny. Ale wojna najprawdopodobniej nie byłaby kontynuowana, gdyby nie była połączona z interesami tych, którzy szukają możliwości zyskownej akumulacji kapitału: bezpośrednie interesy kompanii paliwowych w zyskach i militarno-przemysłowa mieszanina interesów producentów broni, prywatnych firm ochraniarskich, itp.

tłum. Agnieszka Mróz

1) patrz: Piven Francis Fox, Richard A. Cloward, Poor People Movement. Why They Succeed, How They Fail, Vintage Books, Nowy Jork 1977.
2) Silver wyróżnia dwa rodzaje siły przetargowej pracowników:
- stowarzyszeniowa siła przetargowa ("associational bargaining power") - jest to siła wynikająca z utworzenia grupowej, kolektywnej organizacji robotników (głównie chodzi o związki zawodowe i partie polityczne)
- strukturalna siła przetargowa ("structural bargaining power") - siła wynikająca z pozycji w systemie ekonomicznym; ta z kolei dzieli się na
- rynkowa siła przetargowa ("marketplace bargaining power") - wynika bezpośrednio z małego rynku pracy
(wynika z: 1. posiadania rzadko spotykanych umiejętności wymaganych przez pracodawcę, 2. niskiego poziomu bezrobocia, 3. zdolności pracownika do całkowitego wycofania się z rynku i przetrwania z bez dochodowego źródła utrzymania)
- siła przetargowa miejsca pracy ("workplace bargaing power") - wynikająca ze strategicznej pozycji pewnej grupy robotników w kluczowym dla przemysłu sektorze.
(typowa dla pracownika, który pracuje w stosunkowo zintegrowanym procesie produkcyjnym, gdzie przestój w konkretnym miejscu może spowodować szkodę na dużo większą skalę niż przestój sam w sobie, gdy jest zdolny np. zatrzymać całą linie produkcyjną przez zatrzymanie jednego jej segmentu, lub gdzie cała korporacja zależna od dostarczenia części w konkretnym czasie jest zatrzymana przez np. protest pracowników kolei)
3) Arrighi Giovanni, Beverly J. Silver, "Labor Movements and Capital Migration: The US and Western Europe in World-Historical Perspective", 1984; w: C. Bergquist (red.), Labor in the Capitalist World-Economy, Beverly Hills, CA: Sage, s. 183-216.
4) Silver bazując na źródłach gromadzonych przez World Labor Group od 1870 r. twierdzi, że kapitał próbuje uniknąć walk, wymyśla nowe technologie, nowe produkty, przenosi zakłady w inne regiony - wszystkie te próby ucieczki są jednak tymczasowymi rozwiązaniami. Nazywa je "fixes" używając podwójnego znaczenia tego słowa: kapitał jest zainwestowany ("is fixed") w konkretne "nieruchome" maszyny, produkty, regiony; równocześnie nie może rozwiązać problemu, lecz tylko dokonać szybkich "poprawek", "naprawy", "zmiany". Problem jednak zawsze wraca i łączy się przede wszystkim z walkami pracowniczymi i żądaniami rewindykacyjnymi. Silver rozróżnia trzy rodzaje zmiany - przestrzenną ("spatial fix"), co odnosi się do relokacji produkcji, technologiczno-organizacyjną ("technological/organizational fix") - wprowadzenie innowacji technicznych oraz zmianę produkowanego towaru na bardziej dochodowy ("product fix"). "Poprawki" mogą osłabić "starą" klasę pracującą - przez zamknięcie fabryk, racjonalizację itp. - ale wzmocnią klasę pracującą w innych regionach lub sektorach, w których zostanie zainwestowany kapitał. Co istotne: przez odkrywanie nowych maszyn, nowych produktów, przenoszenie się do innych regionów, kapitał na dłuższą metę może tylko rozciągnąć problem w czasie. Masowa skala, łańcuchy światowej produkcji i olbrzymie inwestycje w nowe techniki zwiększą jedynie destrukcyjną (w odniesieniu do kapitału) siłę robotników i na przestrzeni wieków zwiększając, wagę klasy pracowniczej w dziejach historii.
5) "Core" - rdzeń, mowa tu o "państwach centrum", o najbardziej rozwiniętych obszarach systemu kapitalistycznego, czyli państwach Ameryki Północnej: Kanada i USA, Europy Zachodniej, Japonii.
6) W połowie lat 80. World Labor Group rozpoczęła tworzyć bazę danych o ogólnoświatowych niepokojach pracowniczych od 1870 do 1996; punkt wyjścia do badań, które prowadzą do Forces of Labor.
7) Patrz: E.P. Thompson, The Making of the English Working Class, Vintage Books, Nowy Jork 1966
8) "Wczoraj" nawiązuje do prezentacji Forces of Labor w Berlinie, w Niemczech, w pierwszej połowie czerwca 2005 r.

Wywiad dla magazynu "Analyse + Kritik" przeprowadzony z Beverly Silver podczas prezentacji książki "Forces of Labor" w Niemczech w czerwcu 2005; tłumaczenie z wersji angielskojęzycznej, opublikowanej w magazynie "Prol-position", nr 3, 2005. Tłumaczenie wywiadu, ukazało się w 5 numerze Biuletynu Poznańskiej Biblioteki Anarchistycznej z maja 2007 r. Pismo dziś ukazuje się pod nazwą Przegląd Anarchistyczny, numer 5 nadal jest do nabycia w dystrybucji "Oficyny Trojka" www.bractwotrojka.pl


01.06.2008
Militaryzm - made in Poland. W naszym imieniu i dla naszego dobra

"(...) Duża część władzy efektywnego działania, która niegdyś znajdowała się w rękach nowoczesnego państwa, przenosi się dziś do - wymykającej się politycznej kontroli - globalnej (i pod wieloma względami eksterytorialnej) przestrzeni. Tymczasem polityka, a więc możliwość decydowania o kierunku i celach działania, nie potrafi operować skutecznie na poziomie planetarnym, gdyż - tak jak wcześniej - pozostaje lokalna. Nieobecność politycznej kontroli przemienia świeżo wyzwolone siły w źródło głębokiego i zasadniczo niemożliwego do oswojenia lęku, podczas gdy niedostatek polityki czyni istniejące jeszcze instytucje polityczne, ich inicjatywy i przedsięwzięcia, coraz mniej istotnymi z punktu widzenia życiowych problemów obywateli państw narodowych, przyciągając, coraz mniej ich uwagi. Te dwa powiązane ze sobą skutki owego rozwodu (władzy i polityki) zachęcają państwowe instytucje do przerzucenia, przenoszenia lub (by posłużyć się modnym ostatnio pojęciem politycznego żargonu) "subsydiowania" coraz większej liczby pełnionych przez państwo funkcji. Te porzucone przez państwo funkcje stają się szybko placem zabaw dla notorycznie kapryśnych i nieprzewidywalnych sił rynkowych i/lub pozostawia się je prywatnej inicjatywie i trosce jednostek. "(1)

Ujmijmy, więc rzecz dosadniej. Likwidując i ograniczając kolejne swoje funkcje, państwo pozostawia sobie jedynie "działkę" represyjną. Przypomina to zwykłą mafię, która zbiera haracz w postaci podatków, a w zamian daje iluzję bezpieczeństwa. Moglibyśmy się nawet cieszyć, że ten nieudolny moloch, przeżarty biurokracją i korupcją, rezygnuje sam z zadań, które tak źle wykonuje. Jednak podatki, jakimi nas obciąża, wcale się nie zmniejszają, wciąż płacimy tyle samo i to za coraz mniej usług. Ponadto na miejsce pasożytniczego państwa, wkracza jeszcze bardziej pasożytniczy kapitalistyczny moloch. Kapitalistyczne korporacje, wzmocnione przez służalczą pomoc państwa nie muszą liczyć się ze społeczeństwem. Pamiętajmy, że kolorowe opakowania i pełne półki w sklepach są tylko dla tych, których na to stać. Biedni mogą żyć jedynie na śmietniku kapitalizmu. Korporacje nie akceptują pomocy społecznej, zasiłków dla bezrobotnych, związków zawodowych, one akceptują tylko zysk, nieważne czyim kosztem.

Jednak chwileczkę, może zbyt surowo oceniamy ów aparat państwowy? Choć w dziedzinach takich, jak służba zdrowia, wyraźnie wykazuje on swą nieporadność, może jednak potrafi zadbać o fizyczne bezpieczeństwo. (2) Skoro jest to pierwsza część naszych rozważań, uprośćmy sprawę jeszcze bardziej, zastanówmy się tylko nad tym, jak dba się o nasze bezpieczeństwo w aspekcie zagrożenia zewnętrznym atakiem. Weźmy, więc na celownik jedynie sprawy związane z wojskiem i obroną granic, nie zajmujmy się tym, co ma za zadanie robić policja i inne służby dbające o bezpieczeństwo. Niech to będzie tylko takie ot rozważanie, jak tam idzie naszym szlachetnym politykom zapewnianie gotowości, sprawności i bezpieczeństwa w aspekcie wojskowości.

Czas na małą wojenkę
Nie sposób odmówić politycznym włodarzom tego, że nie dbają, by wojsko się nie nudziło. Gdy się tylko pojawia okazja - z ochotą wyślą je na jakąś małą wojenkę, choć dziś takie określenie to anachronizm-nie ma już wojen, są tylko "misje stabilizacyjne" i "operacje", koniecznie związane z zapewnieniem wolności i pokoju. Już w 1991 roku ówczesny prezydent Wałęsa koniecznie chciał wspomóc militarnie operację "Pustynna Burza", wówczas się nie udało. Jednak jak to się mówi, co się odwlecze to nie uciecze. W 2003 roku spółka Miller-Kwaśniewski osiągnęła cel i radośnie przystąpiła do buszowania w Iraku. Oczywiście celem było zapewnienie światu bezpieczeństwa - bowiem wykończony długoletnimi sankcjami i będący pod ścisłą obserwacją reżim miał rzekomo dysponować bronią masowego rażenia. Broni żadnej nie znaleziono, co było jasne dla tych, którzy rozumieli, iż jej "istnienie" stanowiło jedynie dobry pretekst dla przejęcia kontroli nad zasobami ropy naftowej (3) oraz dobrą okazję dla zwiększenia zysków przemysłu zbrojeniowego. USA zyskało kolejny przyczółek w regionie, co nie pozostaje bez wpływu na prowadzoną przez ten kraj geopolitykę. Jakie jednak korzyści uzyskała Polska? Obietnic było wiele, społeczeństwa nie mamiono bowiem tylko koniecznością uczestnictwa w "wojnie z terroryzmem" czy wsparcia sojuszników, ale także "bogactwami", które miał przynieść udział żołnierzy w tym słusznym zbrojnym działaniu. Nic takiego nie nastąpiło, podatnikom przyszło zapłacić za militarne harce wojaków, nie wspominając już o etycznym aspekcie - udziale w wojnie i okupacji, przyczynieniu się do destabilizacji i prawdziwej katastrofy humanitarnej w regionie, która trwa nadal, mimo deklaracji, że wojna zakończyła się już 1. maja 2003 roku. (4) Nie sposób też zapomnieć o śmierci 24 Polaków - zarówno żołnierzy jak i cywili. (5)

Pomimo deklaracji, iż polskie wojska okupacyjne mają opuścić niebawem Irak (6), nie jest to bynajmniej koniec wojennych wypraw naszego "mocarstwa". Wraz z wycofaniem się z Iraku zwiększony ma być kontyngent wojsk w Afganistanie, kolejnym państwie, gdzie demokrację i pokój niesie się przy pomocy bomb i wojskowej interwencji.

A wszystko to dla "walki z terroryzmem"
Uzasadnianie interwencji w tak odległych regionach świata obroną własnych granic, nie brzmi przekonująco, można za to enigmatycznie mówić o obronie bezpieczeństwa kraju lub sięgnąć po jeszcze inne wyjaśnienie. Władza nie musi się wielce silić na oryginalność, wystarczy przecież użyć magicznego sformułowania "walki z terroryzmem". Prezydent Bush, niekwestionowany wódz krucjaty przeciwko terrorystom (którego iloraz inteligencji każdy sam może ocenić, słuchając jego wystąpień), pragnie zniszczyć terroryzm od podstaw. Ciągle jednak nie może się zdecydować, gdzie one tkwią. Najpierw niby w Afganistanie, teraz może w Iraku; przebąkuje się jednak również o Pakistanie. Prezydent Putin próbuje przeforsować wersję, że w Czeczenii. Kandydatem Izraela jest Palestyna. Farsa? Owszem - ale niebezpieczna. Nie prowadzi ona bowiem do wyeliminowania przyczyn terroryzmu, a jedynie je generuje. Siejący nędzę zbierają gniew. Przyczyny rozszerzania się wpływu terrorystycznych ugrupowań są zwyczajnie spychane na margines... Co tam ekonomiczna niesprawiedliwość, co tam polityczna ignorancja, co tam szukanie rozwiązań, kiedy militarna ofensywa przynosi doraźnie spore finansowe zyski. "Terroryzm" jako słowo wytrych jest wciskane wszędzie. Tak więc nawet oddziały partyzanckie, atakujące cele wojskowe, już za oddziały partyzanckie, czy też przejaw ruchu oporu uchodzić nie mogą. W myśl nowej retoryki wszyscy, co "nie z nami", to automatycznie terroryści. Przy takim tempie "produkowania" co rusz nowych "terrorystów" można mieć pewność, że walka z nimi jest niczym walka z wiatrakami -niestety w tym przypadku "wiatraki" to nie element książkowej fikcji, tak jak i cała ta walka, więc i realna liczba ofiar nadal rośnie.

Jeśli już walczymy, to musimy mieć czym
9 listopada 2006 r. na wojskowym lotnisku w poznańskich Krzesinach wylądowały pierwsze dwa samoloty F-16. Wojsko Polskie łącznie zamówiło 48 takich maszyn, przeznaczając na nie miliardowe sumy. Od 2001 r. w Polsce wydatki na zbrojenia systematycznie wzrastają, osiągając w 2005 r. kwotę 12 miliardów złotych, co oznacza wzrost o ok. 1/3 podczas ostatnich pięciu lat. Co prawda "Polski lotnik, jak będzie trzeba, poleci nawet na drzwiach od stodoły" no, ale jak nie trzeba, może sobie startować "na dopalaczu" maszyny wartej miliony (7), tak, by umilić życie okolicznym mieszkańcom.

Kiedy jest już na czym latać, trzeba mieć i czym jeździć i z czego strzelać, słowem pojawia się pretekst do następnych i następnych zakupów wyspecjalizowanego sprzętu. Zastanawiające jest tylko to, że owe zakupy, mające służyć modernizacji armii, są dokonywane w taki sposób, by służyły konkretnej doktrynie. Nowoczesny sprzęt wymaga fachowej obsługi, stąd dążenie do zawodowej armii (8) o znacznie mniejszej liczebności. "Mała skuteczność takiej armii wynika z jej liczebnego ograniczenia i długotrwałego szkolenia ewentualnych rezerw. Czyli mogłaby zaistnieć sytuacja, gdy "bardzo nowoczesna i zaawansowana technologicznie" armia, po pierwszej ewentualnej porażce nie byłaby w stanie się odnowić. (...) W przypadku działań ofensywnych nowy model armii i doktryna wojenna, nie zdolna byłaby podjąć walki ze zmasowanym (duże ilości sprzętu, nawet mało nowoczesnego i ludzi) natarciami przeciwnika, zwłaszcza gdy doszłoby do nich na dużym obszarze (np. Azji). Linie zaopatrzenia uległy by sporemu rozciągnięciu. Logistyka jest podstawą opisywanego modelu armii, a równocześnie jego najbardziej newralgicznym punktem. Tym samym bazy, zabezpieczenie logistyczne, stałyby się doskonałym celem ataków. Prawdopodobnie już po niedługim czasie trwania takiego konfliktu, armiom zachodnim zaczęło by brakować paliwa, części zamiennych i rezerw ludzkich. (...) Sumując - tryb działania współczesnej, nowoczesnej armii zachodniej, polega na szybkim przerzucaniu wojsk na określony teren działania w oparciu o system rozpoznania i łączności, atak na selektywnie wybrane cele, po czym opanowanie wybranych kluczowych terenów przez wojska lądowe. Strategia taka jest wynikiem imperialnych dążeń polityczno-ekonomicznych. Cała strategia oraz wprowadzane technologie wojskowe mają spełniać zadanie uderzeń o charakterze terrorystycznym i okupacyjnym. Tak skonstruowane siły nie nadają się za to do prowadzenia wojny obronnej". (9)

Oto w jakim kierunku zmierzają nasi politycy i wojskowi. Kto z kim przystaje - takim się staje? Wspominając o przeobrażeniu armii, podejmowanych przez niedziałaniach zbrojnych, ich niebotycznych kosztach finansowych, warto wspomnieć o jeszcze innym aspekcie sprawy. Udział w takich a nie innych "misjach" ma zasadniczy wpływ na formę wyszkolenia żołnierzy. Zresztą wszelkiej maści "eksperci" wojskowi podkreślają, iż żołnierze zdobywają umiejętności, których nie sposób nie docenić. Czy aby na pewno? Zapewne należy przyznać, że wojacy do "nauki" przykładają się mocno, biorąc przykład ze swoich kolegów z US ARMY. Czasem doprowadza to do sytuacji przypominających rozdwojenie jaźni, tak jak wtedy gdy żołnierze "GROMU" robią sobie pamiątkowe zdjęcie w Iraku trzymając... amerykańską flagę.

Należy się również zastanowić, czy podążając za "pewnymi standardami "(10) stosowanymi przez USA, wojskowi nie uczestniczyli, czy też nie wspomagali torturowania więźniów, podejrzanych o terroryzm. (11)

Osobno wymaga rozpatrzenia sprawa ostrzelania afgańskiej wioski Nangar Khel 16. sierpnia 2007 roku. W wyniku ataku moździerzowego zginęło sześć osób, w tym kobiety i dzieci. 13. listopada siedmiu żołnierzy trafiło do aresztu. Sześciu żołnierzy usłyszało zarzut zabójstwa ludności cywilnej - za co grozi dożywocie, siódmy - ataku na niebroniony obiekt cywilny. O ich winie ze względu na to, że sprawa jest w toku, absolutnie przesądzać nie można. Pewną obawę może jednak budzić fakt, gdy zdarzenie to stara się umieścić w kategorii "wypadków przy pracy" (12) w myśl zasady, gdzie "drwa się rąbie tam wióry lecą", czy też tuszować (13) i mataczyć w sprawie. (14) (...)

Łukasz Weber

Fragment artykułu, który ukazał się w 26 numerze pisma "Inny Świat". Pismo dostępne w Empikach i dystrybucji Oficyny "Trojka".

1) Zygmunt Bauman "Płynne czasy. Życie w epoce niepewności", Warszawa 2007 r, Wydawnictwo Sic!, s. 8;
2) Skoro bezpieczeństwo ekonomiczne i socjalne już raczej interesuje go w coraz mniejszym stopniu - lub może nawet nie uznaje, że te działy zaliczyć można do kwestii bezpieczeństwa i że za poczucie bezpieczeństwa one również odpowiadają;
3) Pod koniec lat 80. XX wieku roczne wydobycie plasowało Irak na drugim miejscu wśród bliskowschodnich producentów ropy naftowej. Polscy politycy bywali w tym akcencie czasem rozbrajająco szczerzy "Celem działań przedsiębiorstw reprezentowanych przez Polską Naftę i wspierającego je polskiego rządu, jest dostęp do irackich pól naftowych - poinformował szef MSZ, Włodzimierz Cimoszewicz". Czwartek, 3. lipca 2003, PAP;
4) Liczba zabitych cywili waha się od 22 787 do 25 814 . 21. września 2006 r. prestiżowy brytyjski magazyn medyczny "Lancet" opublikował szacunkową liczbę ofiar po stronie irackiej, od marca 2003 do czerwca 2006 ma ona wynosić ok. 655 tys. osób, w większości cywilów (za: Burnham G, Lafta R, Doocy S, Roberts L: "Mortality after the 2003 invasion of lraq: a cross-sectional cluster sample survey" w: The Lancet - Vol. 368, Issue 9545, 21 October 2006, Pages 1421-1428.). Inne źródła mówią o 1200 000 zabitych cywilach (za: http://www.justforeignpolicy.org/(16.03.2008));
5) Dokładny bilans: http://pl.wikipedia.org/ (16.03.2008);
6) Wedle deklaracji z końcem października 2008 roku http://wiadomosci.gazeta.pl/ (16.03.2008);
7) Cena jednego samolotu bez uzbrojenia to ok. 42 min dolarów. Cena zakupu wszystkich samolotów F-16 wraz ze środkami bojowymi, niezbędnym pakietem logistycznym i szkoleniowym (środki eksploatacyjne, części zamienne, niezbędny personel latający itp.) wynosi 3 532 361 848 USD (sąto płatności na rzecz dostawców). Podatnik polski poniesie koszty ww. płatności na rzecz dostawców oraz koszty obsługi zaciągniętych zobowiązań, za: http://bip.kprm.gov.pl/; http://wiadomosci.gazeta.pl/ (16.03.2008);
8) A nie dlatego, że uważa się przymus wojskowy za godną potępienia formę ograniczania wolności;
9) Rafał Jakubowski "Wojenny marketing - czyli jak dobrze zareklamować i sprzedać wojnę", Poznań 2007 r., Oficyna Wydawnicza "Trojka", s. 65-66;
10) Żeby posłużyć się pierwszym z brzegu przykładem - prezydent USA zawetował ustawę Kongresu zabraniającą CIA torturowania więźniów, (za: http://www.tvn24.pl/ (16.03.2008));
11) Amnesty International zebrała wspomnienia Jemeńczyka Khaleda al-Maqtari, który przez 3 lata był więziony przez CIA. Organizacja twierdzi, że był przetrzymywany i torturowany także w Polsce. Khaled al-Maqtari został schwytany w styczniu 2004 r. w Iraku. Najpierw był torturowany w cieszącym się złą sławav Abu Ghraib, potem przewieziono go na krótko do Afganistanu. W kwietniu trafił do bazy, znacznie oddalonej od Bliskiego Wschodu. Na podstawie zeznań Jemeńczyka eksperci Amnesty International wskazują, że mogła to być Polska, http://cia.bzzz.net/ (16.03.2008) http://www.amnesty.org (16.03.2008). To kolejna obok wcześniejszych informacji sugerujących, że na terenie Polski mogli być przetrzymywani więźniowie, lub mogły lądować samoloty z takimi więźniami.;
12) "Według szefa MON, Bogdana Klicha, amerykański pułkownik (Martin Schweitzer, dowódca 4. grupy bojowej w Afganistanie) powiedział, że ich wojskom co miesiąc zdarzają się dwa - trzy podobne incydenty, podczas gdy polscy żołnierze odnotowali zaledwie jeden w ciągu 10 miesięcy afgańskiej misji. - Zachowajmy proporcję, miejmy jasność, co do tego, że tragiczne błędy - żeby użyć terminologii płk Schweitzera - zdarzają się, bo wojsko wykonuje misję bojową, a nie jest tylko od rozdawania pomocy humanitarnej - podkreślił Klich." http://www.tvn24.pl/ (16.03.2008);
13) " - Były próby schowania tej tragedii pod dywan najpierw na poziomie dowództwa w Afganistanie, potem w kraju - mówi generał Wojska Polskiego, który przygotowywał misje wojskowe. Chce pozostać anonimowy." http://www.tvn24.pl/ (16.03.2008);
14),, Żołnierze w obawie przed konsekwencjami ustalili fikcyjny powód ataku: "Z wioski szedł ostrzał, dlatego należało odpowiedzieć ogniem". - Teraz widać jaka to była głupota - przyznają żołnierze." http://www.tvn24.pl/ (16.03.2008);