ROZBRAT

historia
skłot

kolektyw

biblioteka
galeria

INICJATYWY
ACK
Antywojenna
Obiadki filmowe
FC Rozbrat
Jedzenie Zamiast Bomb

Oficyna "Trojka"

Pracownicza
Region

Rowerowa
Samba
SIS "Ulica"
ARCHIWUM

kalendarium
relacje imprezy
foto.rozbrat
.org
przegląd prasy
publicystyka
ulotki
wydawnictwa

HURTOWNIA
KONTAKT
LINKI











katalog i informacje







główna
zapowiedzi
english

20.04.2006
Wywiad z Jackiem Rosołowski - Strefa specjalnego wyzysku

W dniu 8 marca 2006 roku został bezprawnie zwolniony z firmy Impel-Tom Jacek Rosołowski, członek Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Przyczyną zwolnienia Jacka Rosołowskiego były jego działania na rzecz utworzenia w firmie Impel-Tom związku zawodowego.

Od kiedy pracujesz w Impel-Tomie? Gdzie wcześniej pracowałeś?

Zatrudniłem się we wrześniu 2005 roku. Wcześniej natomiast miałem problemy ze znalezieniem pracy; pracowałem na budowie, przy zajęciach sezonowych, przy pracach dorywczych. Miałem bardzo duże problemy ze znalezieniem pracy w Kostrzynie nad Odrą gdzie mieszkam od 7 lat. Przeprowadziłem się tu po ślubie.

Jaka jest sytuacja na rynku pracy w województwie lubuskim?

Sytuacja jest tragiczna. Mamy tu w zasadzie "kosmiczne" bezrobocie, nie ma tu większych fabryk. W Kostrzynie nie jest jeszcze tak ˇle, najgorzej jest w południowej części województwa lubuskiego. Tam miejscami bezrobocie sięga 30 procent, jest to czołówka Unii Europejskiej jeżeli o to chodzi.

Czy Kostrzyńsko-Słubicka Specjalna Strefa Ekonomiczna, działająca w zasadzie na terenie całego województwa, nie poprawiła warunków jeżeli chodzi o bezrobocie?

Dzięki Strefie w Kostrzynie bezrobocie minimalnie spadło, ale wielki szum wokół niej okazał się przesadzony. Tych miejsc pracy powstało niewiele [według danych za 2004 rok 1750 - JU]. ICT (koncern włoski) zatrudnia blisko 200 osób, Podravka Polska 100 osób, a są zakłady które zatrudniają po 20 osób. Firmom udzielono bardzo dużych ulg podatkowe, ale efekt dla rynku pracy jest niewielki i bezrobocie w województwie lubuskim jest nadal bardzo wysokie.

Jak wygląda problem praw pracowniczych w Strefie i na około, w całym województwie?

Pisałem o tym w lokalnej prasie - właśnie o braku związków zawodowych w tutejszej Socjalnej Strefie Ekonomicznej. Przez ostatnie 3-4 lata w Kostrzynie powstał tylko związek zawodowy w ICT, ale działa słabo, a w pozostałych zakładach związków nie ma i nie zanosi się żeby powstały organizacje związkowe. Wynika to z tego, że ludzie pracują tu przede wszystkim na czas określony, bez stałych umów o pracę. W celu poprawy sytuacji na rynku pracy, w którymś momencie łatwiej było zorganizować bezrobotnych i tym się zająłem. W kilku miastach (Szprotawa, Gubin, Krosno, Kostrzyn, Gorzów, itd.) udało nam się zawiązać komitety obrony bezrobotnych i robiliśmy dość spore protesty. Był to taki małych ruch społeczny, który liczył już 2000 osób. Ale to jakoś zamarło. Organizowanie bezrobotnych w odrębne struktury, nie ma, moim zdaniem, większego sensu. Nie miałem natomiast okazji działać w związkach zawodowych, bo po prostu rzadko byłem zatrudniony na umowę o pracę.

Impel-Tom, w którym wreszcie znalazłeś zatrudnienie, pracował przede wszystkim na zlecenie ICT, świadcząc na rzecz tego włoskiego koncernu papierniczego usługi outsourcingowe. Czym się zajmowaliście?

Impel-Tom zajmował się z jednej strony ochroną, a z drugiej specjalistycznym sprzątaniem na terenie ICT (czyszczenie maszyn, sprzątanie na wysokości, sprzątanie fabryki). Ja właśnie byłem w 20-osobowej grupie sprzątającej. To była prosta praca. Jeˇdziłem specjalnym pojazdem i czyściłem trasy przejazdów wózków akumulatorowych. Na terenie tego zakładu papierniczego jest duże zapylenie i ciągle jest biało od pyłu. Trzeba było to na okrągło sprzątać. W Impel-Tomie pracuje 40-45 osób, ale do ich dyspozycji pozostaje jeszcze ok. 50 osób, które pracują "na telefon" , są zatrudnieni na umowę zlecenie czy o dzieło.

Jakie są wasze zarobki i warunki pracy?

Zarobki są głodowe, niewiele przekraczające płace minimalne, około 650 złotych "na rękę". Jeżeli chodzi o warunki pracy to firma przestrzegała podstawowych wymogów, czyli np. 8 godzinnego dnia pracy. Nie było w tej firmie nadgodzin, czyli nie było i tutaj jakichś nadużyć. Wypłata była na czas, bez opóˇnień. Były ubrania robocze, itd. Najgorszym problemem był te bardzo niskie wynagrodzenia. Z tego też powodu przez firmę przewinęło się wiele osób. Każdy kto znalazł coś lepszego, to uciekał z Impel-Tomu. Dwie osoby, które były zatrudnione przede mną, na moim stanowisku pracy, wyjechały sprzątać do Londynu na tamtejszych lotniskach.

Od stycznia tego roku obiecano nam podwyżki. Lecz kiedy w dniu wypłaty za miesiąc styczeń (10 lutego) okazało się, że nie ma tych podwyżek, zaczął się ferment wśród tej niedużej grupy pracowników. Ludzie chcieli się spotkać z kimś z dyrekcji, ale oni nie mieli ochoty z nami rozmawiać. W końcu zadecydowaliśmy się zadzwonić do nich. Wybrano mnie, bo pozostałym zabrakło odwagi. Zadzwoniłem i powiedziałem, że brygadzista obiecywał podwyżkę od stycznia, a tej podwyżki nie ma. Odpowiedˇ była taka, że decyzja o podwyżkach leży na biurku, ale Impel-Tom musi najpierw podpisać umowę z ICT i dopiero potem mogą tę podwyżkę dać. Brygadzista wcześniej nam powiedział, że podwyżka jest przyznana i podpisana. Już na drugi dzień kierownik naszej grupy szukał osoby, która odważyła się zadzwonić do centrali. W tym momencie ludzie doszli do wniosku, że trzeba założyć związek zawodowy. No i 12 osób zdecydowało się podpisać deklaracje. Nie mogliśmy jednak odbyć spotkania, były trudności w zebraniu ich wszystkich w jednym miejscu i o jednaj godzinie, bo pracujemy na zmiany i jesteśmy rozproszeni.

Jak doszło to twojego zwolnienia?

Zaczęło się odczuwać zamieszanie wokół mojej osoby, ale nikt mnie oczywiście nie ostrzegał, że mogę zostać zwolniony. Chciano mnie zaskoczyć. Kiedy przyszedłem do pracy 7 marca (w dniu tym była wreszcie szansa na odbycie zebrania całego związku), to przy wejściu do zakładu kierownik wręczył mi wypowiedzenie. Spytałem się o powód, ale on odpowiedział, że nic nie wiem. Poszedłem do szatni i pokazałem papier ludziom. Widać było duże zdenerwowanie, niektórzy się przestraszyli; jeden z nich zaczął mówić, że nas wszystkich pozwalniają. Było mi ciężko z ludˇmi rozmawiać, bo w pomieszczeniu był brygadzista, który trzymał stronę dyrekcji. Powiedział mi wprost: "Trzeba się było najpierw zapytać kierownika, czy można założyć związek zawodowy w tym zakładzie pracy". W tym dniu kierownik zabronił wstępu na teren zakładu innych pracowników, którzy chcieli przystąpić do związku. Nie wpuszczał na teren zakładu tych, którzy akurat w tym momencie nie pracowali. Wysłali mnie też, w czasie trwania wypowiedzenia, na przymusowy urlop, abym się nie pojawiał na terenie zakładu. Od razu tez przyjęli innego człowieka na moje miejsce. 8 marca już zatem nie mogłem wejść na teren zakładu i telefonicznie nawiązałem kontakt z kolegami. Z kilkoma z nich spotkałem się po ich zmianie na zewnątrz. Powiedzieli mi, że kierownik straszy ludzi, mówi im, że ma dla wszystkich przygotowane zwolnienia.

Jak oceniasz teraz tę sytuację?

Sądzę, że część ludzi chciałby, żeby ten związek istniał, ale inni są bardzo wystraszeni. Obawiają sie zwolnienia. Mają żony, dzieci, zobowiązania finansowe, boja sie bezrobocia. A w naszym województwie - jak już mówiłem - trudno o każdą, nawet najgorzej płatną pracę.

Jacek Rosołowski wystąpił do sądu pracy w Zielonej Górze o uznanie wypowiedzenia za bezskuteczne z uwagi na fakt, iż nastąpiło ono w warunkach rażącego naruszenia prawa. W pozwie stwierdził, że choć był zatrudniony na czas określony i pracodawca nie musi podawać przyczyn zwolnienia, to Kodeks Pracy zabrania dyskryminacji z powodu przynależności i działalności związkowej i w art. 18 3a. § 1 stanowi, że pracownicy powinni być równo traktowani w zakresie nawiązania i rozwiązania stosunku pracy, bez względu na przynależność związkową, a także bez względu na zatrudnienie na czas określony lub nieokreślony. Prawo do zrzeszania się w samorządne i niezależne od pracodawców struktury związkowe daje Konstytucja RP (art. 57 i art. 59 ust. 1). Ustawa o związkach zawodowych w art. 35, mówi, że kto przeszkadza w tworzeniu związku zawodowego, może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej.

Rozmawiał Jarosław Urbański

Znowu Impel
Firma Impel-Tom jest częścią holdingu Impel SA. Grupa Impel to największa w Polsce firma specjalizujących się w outsourcingu dla przedsiębiorstw (m.in. usługi ochroniarskie, sprzątanie, catering). W 2005 roku grupa zatrudniała razem ponad 17 tys. pracowników w tym, w dużej części osoby niepełnosprawne (grupa korzystała z dotacji państwa na rzecz zakładów pracy chronionej). W 2005 roku jej obroty wynosiły blisko 627 mln. złotych, a zysk blisko 21 mln. złotych. Firma jest notowana na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. W 2002 roku Impel "wsławił" się brutalną pacyfikacją protestujących robotników ożarowskiej Fabryki Kabli, wykonaną na zlecenie Bogusława Cupiała właściciela Tele-Foniki. (JU)

Wyzysk w specjalnych strefach ekonomicznych
Specjalne strefy ekonomiczne przedstawiane często jako dobrodziejstwo dla zacofanych i dotkniętych regresem gospodarczych regionów, są jednocześnie miejscem szczególnego wyzysku siły roboczej. Dzieje się tak oczywiście także w przypadku Polski. Warunki pracy i płace w polskich strefach ekonomicznych są oczywiście lepsze niż w Azji czy w Ameryce Południowej i Środkowej, gdzie obowiązuje 12-16 godzinny dzień pracy, nie ma ubezpieczeń socjalnych, a kobiety w ciąży, osoby chore i te które uległy wypadkowi przy pracy, bezpardonowo wyrzuca się na bruk. Jednak w Polsce, mówi się o tym, że powinniśmy równać do standardów Unii Europejskiej.

Kostrzyńsko-Słubicka Specjalna Strefa Ekonomiczna na dzień dzisiejszy obejmuje swoim zasięgiem całe województwo lubuskie (m.in.: Kostrzyn, Słubice, Gorzów, Nowa Sól, Bytom Odrzański), gdzie poziom bezrobocia wahał się w ostatnich latach latach na poziomie 23-27 procent. To jeden z najwyższych wskaˇników w Unii Europejskiej. Na koniec 2004 roku realnie działało w Strefie 16 przedsiębiorstw, które łącznie zatrudniały ok. 1753 osoby (na ok. 100 tys. pracujących w sektorze przedsiębiorstw w tym województwie). Przedsiębiorstwa w Strefie zainwestowały (stan na koniec 2004 roku) 784,3 mln. złotych, z drugiej strony uzyskując od państwa poważne ulgi podatkowe. Bowiem motorem inwestycji w specjalnej strefie ekonomicznej nie jest działalność filantropijna. Oprócz ulg, oferują one dostęp do wyjątkowo taniej i niezorganizowanej siły roboczej. Niskie płace (i brak związków zawodowych, które mogłyby organizować ludzi do walki o lepsze wynagrodzenie) są warunkiem tych inwestycji i przyczyną wyjątkowych wysokich zysków. W specjalnych strefach ekonomicznych robotnicy posiadają słabą pozycję przetargową pod wieloma względami (wymienia je Beverly Silver w "The Forces of Labor"): z uwagi na sytuację na rynku pracy (wysokie bezrobocie), z uwagi na poziom zorganizowania (słabe związki zawodowe i poparcie z zewnątrz), jak też często z uwagi na zajmowane miejsce w procesie produkcji. Warto prześledzić i badać sytuację w strefach, nie dlatego iżby w sposób szczególnym dominowały one w produkcji krajowej - ich udział w PKB jest mały - ale wyznaczają one standardy kapitalistycznej polityki względem robotników. (JU)


16.02.2006
Zwyczajny stan nadzwyczajny

Kraj, który chce uchodzić za "demokratyczny" i mający w poszanowaniu prawa człowieka i obywatela winien wyraźnie oddzielać sferę bezpieczeństwa wewnętrznego od spraw militarnych. Przykłady łamania tej zasady to m.in. interwencje wojska przeciwko obywatelom własnego kraju w Chile i Argentynie - celem, których było utrzymanie dyktatur w tych państwach.

W Polsce od czasu uchwalenia Konstytucji RP w 1997 r. mieliśmy dość klarowną sytuację w tym zakresie. Siły Zbrojne mogły być używane tylko w stanach nadzwyczajnych - czyli w stanie wojennym, stanie wyjątkowym, oraz w stanie klęski żywiołowej. Decyzję o wprowadzeniu stanu nadzwyczajnego podejmuje Prezydent w drodze rozporządzenia wydanego na podstawie ustawy. W tych szczególnych sytuacjach mogą być także ograniczone niektóre prawa i wolności zagwarantowane Konstytucją.

Jak się jednak okazuje regulacja ta jest niewystarczająca dla elit rządzących w Polsce, które nie mając zaufania w społeczeństwie chcą zalegalizować interwencje militarne przeciwko cywilom bez konieczności ogłaszania stanu nadzwyczajnego. 16 grudnia 2005 r. prezydent podpisał nowelizację ustawy o policji, która zakłada, że w razie ,,zagrożenia bezpieczeństwa publicznego lub zakłócenia porządku publicznego", jeśli siły policji okażą się "niewystarczające" mogą być użyte oddziały Sił Zbrojnych. Decyzje o tym podejmuje Prezydent a w sytuacjach nie cierpiących zwłoki Minister Obrony Narodowej. Żołnierzom w tym zakresie przysługiwać będą wszystkie uprawnienia policjantów (np. legitymowanie, zatrzymanie, stosowanie przymusu fizycznego). W podobnych przypadkach mogą być użyte siły Żandarmerii Wojskowej - decyzję o tym podejmuje premier.

Ponadto, rząd odstąpił od poddania tej - jakże istotnej z punktu widzenia ochrony praw człowieka - ustawy pod opinię publiczną. "Konsultacje ze społeczeństwem uznano bezcelowe" - gdyż "zagrożenie wystąpienia ataków terrorystycznych jest realne, a co za tym idzie potrzeba stworzenia prawnych regulacji umożliwiających w takich przypadkach odpowiednie działania jest bezsporna i społecznie uzasadniona".

8 lutego 2006 r. Rada ministrów wydała przepisy wykonawcze do ustawy, w których min. nadano policjantom nowe uprawnienia dotyczące pobierania próbek biologicznych do badań genetycznych. Będą oni mogli pobrać wymaz ze śluzówki policzków "w celu identyfikacji osób o nieustalonej tożsamości oraz osób usiłujących ukryć swoją tożsamość".

W rozporządzeniu określono ponadto m.in.: możliwość późniejszego podania przez policjanta jego danych identyfikujących i podstawy prawnej działania "w przypadku zatrzymywania osoby mogącej mieć broń palną, nóż lub inny niebezpieczny przedmiot w sytuacji, gdy wszelka zwłoka zagrażałaby życiu lub zdrowiu osób postronnych".

W rozporządzeniu wprowadzono również przepisy dotyczące uprawnień policji do obserwowania i rejestrowania obrazu i dźwięku zdarzeń w miejscach publicznych.

O ile przepisy te na papierze wyglądają niezbyt groźnie to znając praktykę działań policji należy spodziewać się wielu nadużyć związanych z nowymi uprawnieniami. Ta sytuacja ma związek z brakiem praktycznie jakiegokolwiek nadzoru nad ograniczającymi policjantów przepisami przy jednoczesnym instrumentalnym traktowaniu uprawnień. Tak jak miało to miejsce przy wprowadzaniu przepisów dot. np legitymowania policjant w żaden sposób nie musiał uwiarygodniać przyczyny legitymowania. Przecież każdy może być na przykład podobny do osoby poszukiwanej, co sprawiło, że policja stosuje uprawnienia do legitymowania często jako instrument represyjny jak miało to miejsce choćby podczas Europejskiego Forum Ekonomicznego w Warszawie. Podobnie też będzie zapewne z nowymi przepisami dotyczącymi policji. Miejmy nadzieje, że już niedługo na ulicach polskich miast, znowu nie ujrzymy czołgów...

(DK)


08.03.2005
Brakuje wiary w siebie - wywiad z Ewą Urbańską

Wywiad z Ewą Urbańską, przewodniczącą poznańskiej Zakładowej Komisji Środowiskowe OZZ Inicjatywa Pracownicza

Przez kilka lat pracowałaś jako ekspedientka, czyli w zawodzie bardzo sfeminizowanym. Czym się charakteryzuje praca w sklepie jeżeli chodzi o kontakty pracodawca-pracownik?

Przede wszystkim zawsze pracuje się dłużej niż to wynika z prawa pracy. Pracując w sklepie musisz się liczyć z tym, że przychodzisz wcześniej, żeby posprzątać sklep, przygotować towar, a wychodzisz godzinę, czy dwie później i nikt ci za te godziny nie zapłaci. To jest taka norma. Były też inne kwestie. Na przykład nigdy nie miałam sytuacji, żeby pracodawca nie zapłacił mi na czas, ale kiedy przychodził okres, kiedy chodziło o zapłacenie tzw. "wczasów pod gruszą", to zawsze wymyślano dziesiątki powodów, aby nas tego świadczenia pozbawić. Nagminne też było obciążanie pensji pracowników (stosując taką odpowiedzialność zbiorową) za straty jakie wyszły przy inwenturze. Teraz często słychać o tym, że zatrudniając dziewczyny na okres próbny - powiedzmy dwa tygodnie -pracodawcy im za ten okres w ogóle nie płacą. Sytuację pracowników w małych i średnich sklepach dobrze opisują okoliczności w jakich mnie zwalniano. Za pierwszym razem mieliśmy w sklepie pod rząd kilka braków w kasie, co się wcześniej nie zdarzało. Szef - z którym do tej pory stosunki układały się względnie poprawnie - zapowiedział, że jeżeli jeszcze raz to się zdarzy, to zwalnia nas wszystkie z pracy (cztery osoby). No i faktycznie znowu wyszło manko, przychodzi szef do pracy mówi mi, że mam mu oddać klucze i od dzisiaj tu nie pracuję. Wszystkie nas zwolnił.

Nie dochodziłaś swoich praw przed sądem?

Byłam w sądzie pracy. Powiedzieli mi wówczas, że mam przynieść od pracodawcy jakieś zaświadczenie, dlaczego mnie wyrzucił ze sklepu. Poszłam do szefa i mówię mu o tym. A on na to, że mi da normalne świadectwo pracy, bo nie chce żadnych kłopotów z sądami. Skończyło się to tak, że podobne problemy zaczęły mieć dziewczyny w innym sklepie tego samego pracodawcy. Wiedziały jak to było u nas i od razu zaczęły robić szum. Okazało się, że żadnego manka nie było, to był błąd księgowy, no ale my już do pracy nie wróciłyśmy.

Czy w tych sklepach gdzie pracowałaś działały związki zawodowe?

Absolutnie nie było mowy o czymś takim. Jak pracowałam w sklepie w Wągrowcu - to małe miasto - ludzie nawet o czymś takim jak związki zawodowe nie myśleli. Potem pracowałam w Poznaniu, a firma która była właścicielem sklepów uchodziła za uczciwą, więc też nie mówiono o związkach. Myślę, że osoby pracujące w sklepach tak naprawdę nie wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi.

Teraz już nie pracujesz?

Tak, od blisko 2 lat jestem na bezrobociu. Już chyba nie będę pracować jako ekspedientka. Dorabiałam przez ten okres dorywczo, a teraz zamierzam wyjechać na jakiś czas do Irlandii, żeby zarobić i odłożyć trochę na przyszłość. Mam już kupiony bilet.

Twoja Zakładowa Komisja Środowiskowa Inicjatywy Pracowniczej w marcu rozpoczyna kampanię na rzecz praw ekspedientek w małych i średnich sklepach. Na czym ma polegać akcja i czego się po niej spodziewasz?

Wydrukowaliśmy ulotki, które będziemy kolportować i wprowadziliśmy dyżury telefoniczne. Co do efektu to sama jestem ciekawa co z tego będzie. Myślę, że przede wszystkim młode osoby mogą się zainteresować akcją i związkiem. Starsze osoby "jadą" już według utartego schematu i często twierdzą, że już nic nie można zmienić. Liczę, że młode dziewczyny mogą się zwrócić o pomoc w przekonaniu, że wcale nie jest tak, iż pracodawca może wszystko. Poza tym, nawet jeżeli nie będzie dużego odzewu z ich strony, to jestem przekonana, że akcja w poszczególnych dzielnicach Poznania spowoduje, że pracodawcy będą bardziej uważać, wiedząc, że się interesujemy ich sklepami.

W Poznaniu powstało nowe środowisko kobiet zainteresowanych sprawami feminizmu, ale też kwestiami pracowniczymi. Jak oceniasz czy możliwe jest większe zaangażowanie kobiet w sprawy pracownicze? Dlaczego do tej pory jakby się trzymały od tych zagadnień z daleka?

Myślę, że po pierwsze kobietom jest trudniej robić pewne rzeczy, a - po drugie - na związki zawodowe kobiety patrzą jako na typowo męskie zajęcie. Boją się...

Czego?

Nie wiem. Jak obserwuję niektóre koleżanki ze związku: salowe, sprzątaczki, itd., jak siedzą na naszych zebraniach, to sądzę, iż są trochę przerażone tym wszystkim. Nie wiedzą jak się odezwać. Poza tym nie tylko kobiety, a w ogóle ludzie godzą się na wiele kwestii, bo nie wierzą, że można coś wywalczyć, bo nic nie robiąc, jest im po prostu wygodniej. Nigdy nie jest przecież przyjemnie, jak zaczynasz walczyć o swoje. Nie tylko wtedy kiedy wnosisz sprawę do sądu, ale nawet jeżeli musisz coś sobie w pracy załatwić, upomnieć się o coś. Ludziom brak jest odwagi i wiary w siebie.

Wywiad ukazał się w piśmie "Nowy Robotnik" nr 18/2005

***

W Polsce obecnie działa ok. 450 tysięcy sklepów, w których zatrudnionych jest ponad milion pracowników. Zarobki w handlu obok hotelarstwa i służby zdrowia należą do najniższych w kraju. Zgodnie z najnowszym raportem Państwowej Inspekcji Pracy do masowego łamania prawa dochodzi w super- i hipermarketach. Niestety również w małych i średnich sklepach, kodeks pracy nie jest przestrzegany. Na przykład "Dziennik Bałtycki" z 31 sierpnia 2004 roku relacjonował sposób traktowania pracownic jednego ze sklepów spożywczych w Gdańsku. Zmuszano je do podpisywania fikcyjnych list obecności przed każdą kontrolą z inspekcji pracy czy sanepidu, obrażano i poniżano. Musiałyśmy chodzić w krótkich spódniczkach i kusych bluzeczkach. Tak zdecydował mąż właścicielki. Na każde stówo sprzeciwu reagował groźbą: "Jeśli ci się nie podoba, to wypierdalaj." - opowiadała "Dziennikowi..." jedna z ekspedientek. Ekspedientki oprócz wysłuchiwania na każdym kroku obelg musiały także płacić za niesprzedany, skradziony lub uszkodzony towar, mimo że nie podpisały dokumentu, w którym zgadzają się na przyjęcie odpowiedzialności majątkowej za sprzedawany towar. - Za lipiec, czyli ostatni miesiąc mojej pracy w tym miejscu, otrzymałam niecałe 54 złote. Musiałyśmy zwracać pieniądze nawet za niesprzedane gazety - mówi ekspedientka zatrudniona w sklepie przez 11 miesięcy. Kontrola Państwowej Inspekcji Pracy potwierdziła zarzuty pracownic.


12.11.2004
Nowelizacja Ustawy o zgromadzeniach, niekonstytucyjna

W dniu 10 listopada 2004 r. Trybunał Konstytucyjny rozpoznał wniosek Prezydenta RP w sprawie zgodności z Konstytucją niektórych przepisów ustawy z dnia 2 kwietnia 2004 r. o zmianie ustawy - Prawo o zgromadzeniach oraz ustawy - Prawo o ruchu drogowym (ustawa nowelizującej). Przeciwko nowelizacji wystąpiło z protestem min. poznańskie Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych "Ulica" (Zobacz pismo Stowarzyszenia).

Przepisy zakazujące udziału w zgromadzeniach osobom, których wygląd uniemożliwia ich identyfikację, oraz stanowiące, że za szkody wyrządzone przez uczestnika zgromadzenia podczas jego przebiegu lub bezpośrednio po jego rozwiązaniu odpowiada solidarnie organizator ze sprawcą są niezgodne z konstytucją - uznał Trybunał Konstytucyjny.

Sędziowie Trybunału orzekli, że konstytucja nie wymaga jawności uczestnictwa osób w zgromadzeniu a niejasność uchwalonego przepisu może prowadzić do tego, że ograniczenie wolności uczestnictwa w zgromadzeniu i będzie dotyczyć także tych, wobec których nie jest to niezbędne. Trybunał stwierdził również, że zastosowanie przez ustawodawcę regulacji pozwalającej na rozwiązanie zgromadzenia z powodu niemożności zidentyfikowania jego uczestników jest środkiem nadmiernym, naruszającym zasadę proporcjonalności w ograniczaniu praw i wolności konstytucyjnych.

Trybunał uznał też, że współodpowiedzialność odszkodowawcza za szkody organizatora zgromadzenia i sprawcy może prowadzić do naruszenia konstytucyjnej wolności zgromadzeń.

"Formuła odpowiedzialności solidarnej organizatora wraz ze sprawcą bezpośrednim szkody (uczestnikiem zgromadzenia) prowadzi do rozszerzenia granic odpowiedzialności w sposób, który praktycznie przerzuca na organizatora ciężar odpowiedzialności za każdą szkodę wywołaną przez uczestnika zgromadzenia podczas jego przebiegu lub bezpośrednio po jego rozwiązaniu. Takie ukształtowanie odpowiedzialności może prowadzić do oczywistego naruszenia konstytucyjnych gwarancji wolności zgromadzeń. Niemożliwy do realizacji obowiązek organizatora zgromadzenia, - łącznie z ryzykiem najdalej idącej odpowiedzialności majątkowej - mogą stwarzać istotną, nieuzasadnioną dostatecznie racjami demokratycznego państwa barierę dla realizacji wolności zgromadzeń" - stwierdził Trybunał.

Przypomnijmy, że nowelizacja Ustawy zawierała także inne restrykcyjne przepisy min. zwiększenie do 7 dni minimalnego okresu zgłoszenia organowi gminy planowanego zgromadzenia, których to trybunał nie uznał za niezgodne z konstytucją. Stwierdzono również "że zaskarżone przez Prezydenta RP przepisy ustawy nie są nierozerwalnie związane z całością przepisów tej ustawy" co stwarza furtkę do kolejnych prób wprowadzenia ustawy w życie po zmianie zakwestionowanych przepisów. (DK)


21.10.2004
Wolny Kaukaz wygrał w sądzie z władzami Poznania

Po czterech latach Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu uznał, że prezydent Grobelny i wojewoda Nowakowski, nie mieli prawa zakazywać manifestacji przeciw wojnie w Czeczenii pod rosyjskim konsulatem Komitetowi "Wolny Kaukaz". Poniżej publikujemy nieznacznie skrócone uzasadnienie WSA do wyroku.

UZASADNIENIE
W dniu 24 czerwca 2002 r. M. R. zawiadomił w formie pisemnej Prezydenta Miasta Poznania o zgromadzeniu, jakie miało odbyć się w dniu 3 lipca 2002 r. w godzinach od 16.00 do 17.00 przed Konsulatem Generalnym Federacji Rosyjskiej w Poznaniu. Zgromadzenie miało stanowić pikietę "...przeciwko zbrodniom, jakich dopuszczają się siły zbrojne Federacji Rosyjskiej w Czeczenii". (…)

Decyzją z dnia 27 czerwca 2002 r. Prezydent Miasta Poznania, powołując podstawę prawną z art. 8 ustawy z dnia 5 lipca 1990 r. - Prawo o zgromadzeniach, zakazał przeprowadzenia zgromadzenia.

W uzasadnieniu decyzji przedstawiono dokonane na podstawie publikacji prasowych ustalenia, według których M. R. nieprawomocnym wyrokiem z dnia 17 czerwca 2002 r. został skazany w sprawie dotyczącej zgromadzenia przed Konsulatem Generalnym Federacji Rosyjskiej w dniu 23 lutego 2000 r., kiedy to członkowie Ruchu "Wolny Kaukaz", a także M. R. mieli wedrzeć się na teren Konsulatu, zerwać flagę i dokonać znieważenia flagi oraz godła Federacji Rosyjskiej oraz zniszczyć elewację budynku Konsulatu. Powołano się też na list Ruchu "Wolny Kaukaz" zamieszczony w gazecie "Express Poznański" z dnia 22-24 kwietnia 2000 r., podpisany między innymi przez M. R., w którym to liście potwierdzić miano wskazane okoliczności. (…)

Powołując się na te ustalenia organ I instancji uznał, że istniało zagrożenie naruszenia art.51 ustawy z dnia 20 maja 1997 r. - Prawo wykroczeń w zakresie zakłócania spokoju i porządku publicznego oraz ustaw karnych. Podniósł też, że czyny, jakich dopuścił się M. R. nie dają rękojmi pokojowego przebiegu zgromadzenia. Przytoczono art. 8 i 2 prawa o zgromadzeniach wskazując, że przepisy te znajdowały w pełni zastosowanie w sprawie.

M.R. wniósł odwołanie od tej decyzji, skutkiem, którego to odwołania Wojewoda Wielkopolski decyzją z dnia 2 lipca 2002 r. utrzymał w mocy decyzje organu pierwszej instancji. Z uzasadnienia decyzji organu odwoławczego wynikało, że podtrzymał on w pełni stanowisko Prezydenta Miasta Poznania.

M. R. wniósł skargę do Sądu Administracyjnego domagając się uchylenia decyzji organów obu instancji. Uzasadniając skargę skarżący kwestionował dokonane ustalenia podnosząc, że zdarzenia z dnia 23 lutego 2000 r. nie miały związku ze zgromadzeniem gdyż liczba uczestników protestu nie przekraczała 15 osób. Zarzucił też, że po dniu 23 lutego 2000 r. zezwolono mu na przeprowadzenie 9 różnych zgromadzeń, co sprzeciwiało się przyjęciu, że "nie dawał rękojmi pokojowego przebiegu zgromadzenia". Zarzucił też organowi pierwszej instancji, że "dokonał zamachu na demokrację i porządek Konstytucyjny w naszym kraju". Powołał się na zasady konstytucyjne w zakresie wolności zgromadzeń i wolności wyrażania poglądów.(…)

Wojewódzki Sąd Administracyjny zważył, co następuje:
Interpretację unormowań w zakresie zgromadzeń wyprowadzać należało od przepisu najwyższej rangi, to jest art.57 konstytucji RP, zgodnie, z którym każdemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich, przy czym ograniczenie tej wolności może określać jedynie ustawa. Podkreślenia wymaga, że w konstytucji wprowadzono instytucję wolności zgromadzeń, a nie jedynie prawa do organizowania zgromadzeń i uczestniczenia w nich, co w szczególności wyłącza rozszerzającą wykładnię przepisów niższej rangi ograniczającą tę wolność w tym doszukiwanie się podstaw uzasadniających daleko idącą ocenę a tym bardziej działanie w ramach uznania administracyjnego organów administracji publicznej uprawnionych do zakazywania odbywania zgromadzeń.

Już ze wskazanej normy konstytucyjnej wyprowadzić należy wniosek, iż akty normatywne niższego rzędu względnie akty i czynności z zakresu administracji publicznej formułowane i interpretowane mogą jedynie w ten sposób, że na organizatorach spoczywa obowiązek dopełnienia niezbędnych formalności przed odbyciem zgromadzenia i zapewnienie pokojowego jego przebiegu zgodnie z prawem i przyjętym programem natomiast na władzach publicznych ciąży obowiązek zapewnienia spokojnego przebiegu zgromadzenia

Odnosząc dotychczasowe uwagi do interpretacji przepisów ustawy z dnia 5 lipca 1990 r. - Prawo o zgromadzeniach stwierdzić należało, że kompetencje organów właściwych w sprawach dotyczących zgromadzeń w okresie poprzedzającym ich odbycie są bardzo ograniczone, obejmują, bowiem badanie czy spełniono warunki formalne, o jakich mowa w art.7 prawa po zgromadzeniach, to jest czy dokonano zawiadomienia zawierającego prawem przewidziane elementy i czy zachowano przepisane terminy oraz czy organizator spełnia wymogi z art.3 ust. 1 tejże ustawy (pełna zdolność do czynności prawnych, ewentualnie osobowość prawna względnie odpowiadanie pojęciu innych organizacji lub grupy osób), w tym samym okresie właściwy organ dokonuje oceny czy mają miejsce okoliczności uzasadniające zakaz zgromadzenia, co zachodzi tylko w dwóch przypadkach, to jest wtedy gdy cel lub odbycie zgromadzenia sprzeciwiają się ustawie - Prawo o zgromadzeniach lub naruszają przepisy ustaw karnych i wtedy gdy odbycie zgromadzenia może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mienia w znacznych rozmiarach.

W przedstawionym stanie prawnym nie znajdowało uzasadnienia badanie właściwości osobistych organizatora zgromadzenia spełniającego wymogi z art.3 ust. 1 ustawy, w szczególności odnoszenie się do kwestii karalności i innych okoliczności z życiorysu pod kątem oceny czy organizator "daje rękojmie pokojowego przebiegu zgromadzenia". Stanowisko organów obu instancji wskazywało zaś, że prowadziły swego rodzaju test we wskazanym zakresie jako warunek braku sprzeciwu wobec zamiaru odbycia zgromadzenia. W istocie oznaczało to uznanie, że organizator obowiązany był wykazać szczególne cechy osobiste, co równoznaczne było z uzależnieniem dopuszczenie do zgromadzenia od ocennych poglądów administracji publicznej i godziło w samą istotę wolności zgromadzeń.(…) Należało zauważyć, że ani cel ani odbycie zgromadzenia, określone w zawiadomieniu, nie sprzeciwiały się prawu o zgromadzeniach czy ustawom karnym. Sąd oczywiście nie dokonuje oceny poglądów, jakie miały być prezentowane w trakcie zgromadzenia, stwierdza jedynie, że brak było w tym zakresie elementów zakazanych przez prawo. Również odbycie zgromadzenia samo przez się nie naruszało prawa o zgromadzeniach ani ustaw karnych, jeżeli odwoływało się do niebezpieczeństw naruszeń porządku publicznego i tym samym prawa o wykroczeniach, to oznaczało powołanie się art.8 pkt 2 prawa o zgromadzeniach.

Błędnie powołano art.2 prawa o zgromadzeniach, zapewne w związku z art.8 pkt 1 tej ustawy, jako podstawę prawną zakazu odbycia zgromadzenia. Przepis ten precyzujący regułę z art.57 zdanie drugie Konstytucji RP przewiduje dopuszczalność ograniczania wolności zgromadzeń jedynie przez ustawy z przyczyn określonych w przepisie. W żadnym wypadku natomiast nie oddaje organom administracji publicznej kompetencji do ograniczenia wolności zgromadzeń, w szczególności skutkiem oceny, że zachodzi zagrożenie dla porządku publicznego. (…)

Powoływane przez organy obu instancji okoliczności nie uzasadniały jednoznacznie przyjęcia by zachodziła możliwość ziszczenia się przesłanek z art.8 pkt 2 prawa o zgromadzeniach. Nie wnikając w ocenę takich zachowań jak naruszenie eksterytorialności placówki dyplomatycznej, zerwanie i zniszczenie flagi państwowej oraz godła państwa obcego czy uszkodzenia elewacji budynku zauważyć należało, że udział w zgromadzeniu jednej osoby, której przypisano takie czyny sprzed dwóch lat, choćby w charakterze organizatora, dostatecznie nie uzasadniał twierdzenia, co do daleko idącego prawdopodobieństwa powtórzenia czy zintensyfikowania naruszeń porządku publicznego.

Podkreślenia wymagało, że skarżący nie był ograniczony w zakresie praw i wolności obywatelskich. Zatem i do jego osoby odnieść należało określony w art. 32 ust.2 Konstytucji RP zakaz dyskryminacji w życiu politycznym i społecznym.

Nadto, powoływanie się na nieprawomocny wyrok sądu powszechnego w sprawie karnej jako podstawę oceny cech skarżącego naruszało domniemanie niewinności z art. 42 ust.3 Konstytucji RP.

Z wymienionych powodów uchylono decyzje organów obu instancji (…) Bezprzedmiotowym było orzekanie o wykonalności zaskarżonej decyzji wobec upływu terminu planowanego zgromadzenia.

Zaznaczyć należało, że naruszenie prawa materialnego powodowało konieczność uchylenia decyzji. Fakt rozpoznawania skargi po terminie zgromadzenia na zwalniał sądu z obowiązku kontroli zgodności decyzji z prawem. Okoliczność orzekania po terminie zgromadzenia spowoduje natomiast bezprzedmiotowość powtórnie prowadzonego postępowania administracyjnego ( art. 105 § 1 kpa ).


10.07.2004
Przeciwko Nestlé protestują związkowcy na całym świecie

Nestlé to jeden z największych na świecie koncernów spożywczych, skupiających łącznie ok. 140 zakładów, w ponad 90% w krajach poza rodzimą Szwajcarią. W Polsce znamy tego producenta z takich wyrobów jak baton Lion, płatki śniadaniowe Nestlé Pacyfic, kawa Nescafé, woda mineralna Nałęczowianka, wreszcie czekolada Golpana czy koncentraty spożywcze Winiary.

Wdrażany od wielu miesięcy program Globe, który - jak utrzymują władze koncernu - ma "polepszyć funkcjonowanie firmy poprzez ujednolicenie" przyniesie Nestlé 3 miliardy franków szwajcarskich oszczędności! Od początku 2002 roku w sumie zamknięto lub sprzedano 23 zakłady pracy. Wywołało to spore protesty związkowców. W Hiszpanii i Korei Południowej wybuchły strajki.

Na dorocznej Europejskiej Radzie Nestlé, miejscu spotkań związkowców i przedstawicieli dyrekcji koncernu, która odbyła się na początku września 2003 roku, przedstawiciele związków z zakładów europejskich nie pozostawili na swojej firmie suchej nitki. Za największy problem uznano oczywiście alokację i zamykanie kolejnych zakładów pracy. Szczególne ostre sądy ferowała delegacja z Francji określając Nestlé jako potentata przemysłu spożywczego, ale karła dialogu społecznego. Stwierdzono, iż oczekuje się od pracowników, że będą bezkrytycznie akceptować to co szefostwo Nestlé powie, a kto ma inne zdanie powinien się pożegnać z pracą. Jorg Lindner z Niemiec zarzucił, że w firmie uzyskuje się zyski przede wszystkim dzięki redukcjom kosztów. "Osiąga pan zyski - grzmiał na Wiceprezesa Nestlé Larsa Olofsson'a - jeśli koszty obetnie lokalnym firmom". Przedstawiciel Polski Jan Feter z "Solidarności" (Zakłady Winiary - Kalisz) powiedział, iż w wyniku takiej polityki firmy, Nestlé jest postrzegane jako biuro obrotu nieruchomościami, a nie koncern spożywczy. Zarzucił także stosowanie mobbingu wobec pracowników, dręczenie i zarządzanie przez stres. Przedstawiciele z Danii zbojkotowali posiedzenie Rady.

Menedżerowie Nestlé nie tracą jednak animuszu i poprzez "public relations" próbują odbudować utracony wśród pracowników wizerunek. Jak podaje "Świat Nestlé" (wrzesień 2003) - pismo kierowane do polskich pracowników - firma wspiera akcję "Pajacyk" (program dożywiania dzieci w szkołach i świetlicach prowadzony od 1998 roku przez Polską Akcję Humanitarną). Tymczasem katolickie Stowarzyszenie "Maitri" zarzuca Nestlé, że w pogoni za zyskami i oszczędnościami koncern ten jest odpowiedzialny za zatrudnienie dzieci w warunkach pracy niewolniczej na Wybrzeżu Kości Słoniowej - głównego (60% rynku) eksportera kakao - poprzez narzucanie producentom niskich cen tego surowca. Władze Nestlé w sprawie tej odmawiają komentarza.

(ju)


01.07.2004
Nestlé Polska rujnuje przemysł spożywczy

Wywiad z Dariuszem Skrzypczakiem Przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" w Nestlé Polska (dawniej Golplana).

Jaka jest sytuacja waszego zakładu należącego do światowego potentata przemysłu spożywczego, znanego producenta słodyczy i płatków śniadaniowych?

Nie wiemy jakie są plany właściciela. Z tego co obserwujemy to następuje ciągle spadek produkcji, chociaż deklaracje padają takie, że nikt nie planuje zamknięcia przedsiębiorstwa. Jednak od chwili prywatyzacji w 1994 roku straciło pracę w naszym zakładzie 2000 osób, obecnie pracuje około 700 osób. Trwa "program dobrowolnych odejść" i na dzień dzisiejszy odeszło w przeciągu ostatnich miesięcy 109 osób, choć wcześniej zarząd planował, że będzie to tylko 79 pracowników. A czeka jeszcze 50 osób. Zlikwidowano nasze oddziały w Lesznie i Sulechowie, została tylko filia w Kargowej. Około 150 osób dojeżdża do pracy z Leszna do Poznania (ok. 70 km).

Dlaczego ludzie odchodzą? Czy rzeczywiście te od 30 do 60 tysięcy złotych, które dostają jako odprawy skłania ich do podjęcia takiej decyzji?

Jeżeli wziąć pod uwagę sytuację na rynku pracy to nie są duże odprawy, szczególnie w kontekście obecnych zmian w kodeksie pracy, kiedy o stałe zatrudnienie jest coraz trudniej. Niektóre osoby mają zwyczajnie dość już tu pracy, z uwagi na atmosferę strachu jaka tu panuje od momentu kiedy weszło Nestlé. Nikt tu nie ma nic do powiedzenia, ani pracownik, ani kierownictwo lokalnych zakładów. To co zadecyduje centrala w Szwajcarii jest bezwzględnie realizowane. Dodatkowo każdy widzi, że produkcja jest wygaszana, losy zakładu, a zatem i zatrudnienia, nie są pewne.

Czym zarząd tłumaczy fakt spadku produkcji?

Mówi się ciągle, że to produkcja sezonowa, że istnieje - jeżeli chodzi o wyroby cukiernicze - duża konkurencja, że brak jest zainteresowania klientów naszymi wyrobami. To dziwi zwarzywszy, że przed prywatyzacją produkcja szła pełną parą. Działający od 1912 roku zakład, założony przez Polaków w określonej sytuacji politycznej - wojny gospodarczej z niemieckim zaborcą - przestaje istnieć. "Goplana" przeżyła dwie wojny, okupację, 45 lat komunizmu, stalinizm, ale padła pod presją kapitalizmu. Nie rozumiem tej polityki rządu, ja nie mówię o tym rządzie, ale też poprzednich. Dla mnie to było chore wysprzedawanie, dobrze prosperujących firm.

Jaka była sytuacja własnościowa zaraz po wejściu Nestlé?

Po prywatyzacji 47% udziałów miało państwo, 47% Nestlé, a 6% załoga. Załoga działając pod presją i z niewiedzy sprzedała swoje udziały. Straszono: "Jak sprzedaż akcje będziesz miał szansę dalej pracować w zakładzie, jak nie to...". Część osób nawet zgłosiła pozwy do prokuratury o zastraszanie, ale sprawy zostały umorzone. Ci co mieli akcje też na tym nie zyskali.

Niektórzy byli pracownicy oskarżyli Nestlé o manipulowanie akcjami i żądali milionowych odszkodowań. Sąd uznał, że winę ponosi jednak nie Nestlé, ale państwo...

Tak było. Trzeba jeszcze dodać, iż do Nestlé Polska należy także fabryka Winiary w Kaliszu, która jest zagrożona restrukturyzacją.

W jakich okolicznościach powstała wasza Komisja Zakładowa "Solidarności"?

W 1997 roku następowało wiele postojów, ludzi wysyłano na urlopy. Trzeba przy tym zaznaczyć, że też wynagrodzenia realnie spadły od czasu przejęcia zakładu przez Szwajcarów. Grupa pracowników uznała, że trzeba cos z tym zrobić i powstała "Solidarność". OPZZ już tutaj był. Od początku byliśmy zwalczani. Do tej pory przez niektóre osoby nie jesteśmy mile postrzegani. Czynione są naciski na innych, żeby nie wstępowali do związku. Na przykład nie udało nam się założyć związku w naszym oddziale w Kargowej, gdzie pracuje ok. 200 osób. Rozmawiamy tam z pracownikami, ale mówią nam: "co z tego że ja będę miała ochronę prawną, jak tu mi nie dadzą spokoju".

Ilu członków liczy wasza komisja zakładowa?

Na dzień dzisiejszy związek nasz liczy sto parę osób, ale tych związkowców którzy są, to podziwiam, że przez tyle czasu wytrzymali te wszystkie presje. Są takie opinie, że jesteśmy ością w gardle pracodawcy. Nie jesteśmy kochanym związkiem. Władze Nestlé cały czas mówią o dialogu, że najważniejszy dla niech jest pracownik, no to ja im mówię, że powinniśmy się jakoś porozumieć. Polityka Nestlé jest jednak jasna: są dochody to produkują, nie ma dochodów, przenoszą się dalej. To jest na zasadzie jak ta szarańcza, póki pole jest to się żeruje, kiedy pole jest spustoszone, idzie się dalej.


27.06.2004
Bojkot Nescafé

Nestlé to jeden z największych na świecie koncernów spożywczych, skupiających łącznie 452 zakładów (z tego 326 w sieci Gwam). W ponad 90% są one zlokalizowane w krajach poza rodzimą Szwajcarią. Łączna suma obrotów koncernu jest dużo wyższa niż wynosi polski budżet - 209 mld. franków szwajcarskich tj. ok. 625 mld. złotych. Nestlé zatrudnia w sumie ok. 90 tys. pracowników z czego 2370 w Polsce. W naszym kraju znamy tego producenta z takich wyrobów jak baton Lion, płatki śniadaniowe Nestlé Pacyfic, kawa Nescafé, woda mineralna Nałęczowianka, wreszcie czekolada Golpana czy koncentraty spożywcze Winiary.

Firma Nestlé pojawiła się w Polsce w 1993 roku. Pierwszego roku działalności, jak sama podaje, odnotowała obroty rzędu 8 mln. złotych. W 2003 roku obroty te wyniosły już blisko 1 miliard 400 mln. złotych. Jednocześnie na przestrzeni ostatnich lat Nestlé zwolniło w Polsce tysiące pracowników. Na przykład w poznańskiej Goplanie pracę straciło dwa tysiące ludzi, w kaliskich Winiarach również dwa tysiące, w leżącej pod Słupskiem Kobylnicy dwieście osób. Coraz częściej słychać, że Nestlé do 2006 roku generalnie chce się wycofać z działalności produkcyjnej w Polsce, ale oczywiście zachowa zdobytą, dominującą pozycję na rynkach dystrybucji. Istnieją podejrzenia, że jako pierwsze zlikwidowane zostaną zakłady Goplana w Poznaniu.

Od jakiegoś czasu koncern Nestlé nie reklamuje wyrobów wytwarzanych w poznańskiej Goplanie. Według związkowców wszystko zmierza do ostatecznego zamknięcia poznańskiego zakładu, zatem w obawie o swoje miejsca pracy pracownicy postanowili wezwać do bojkotu kawy Nescafé. W czasie akcji na poznańskim Starym Rynku było obecnych kilkuset Poznaniaków. Wielu z nich dołączyło do pikiety. Pracownicy zakładów Goplana rozdawali wyroby, które produkują wraz z ulotkami informującymi o bojkocie. "Nie kupujcie, nie pijcie kawy Nescafé!" - napisano w ulotkach - "Najpierw ludzie, potem zyski!" W sumie w ostatnich dniach na terenie Poznania rozdano blisko 4000 ulotek. Obok wyrobów Goplany Poznaniacy mogli posmakować kawę sprowadzaną na zasadach fair trade (sprawiedliwego handlu) z zapatystowskiej spółdzielni Mut Vitz, a także domowe wegańskie ciasteczka.

W Krakowie IP/FA wystawiły pikietę popierającą bojkot kawy Nescafé pod firmową kawiarnią w centrum. Około 20 zgromadzonych osób pod hasłami "Bojkot Nescafé" oraz "Dość zwalniania pracowników" skandowało: "Nie pij, nie pij, nie pij u złodzieja!" i "Kapitalizm = Kanibalizm!". Podczas akcji wyjaśniono przez megafon zainteresowanym przechodniom powód akcji. Skupiono się głównie na sposobach pozyskiwania ziaren kawowych z wielkich plantacji i łamaniu praw pracowniczych. Podobnie jak w Poznaniu częstowano przechodniów zapatystowską kawą i ciastkami. "Czy cenisz swój nałóg bardziej niż prawa pracowników?", "Najpierw ludzie, potem zyski!" - takie hasła towarzyszyły 15 osobowej pikiecie jaka odbyła na Nowym Świecie w Warszawie. Wcześniej warszawscy aktywiści rozdawali ulotki pod supermarketami. W Szczecinie naklejki z napisem "Nie kupuj" pojawiły się na opakowaniach kawy Nescafé w hipermarketach Carrefour i Géant. Akcję przeprowadziła i nagłośniła tamtejsza IP/FA. Protesty odbyły się także w Bydgoszczy i Sopocie.

Całej kampanii towarzyszyło duże zainteresowanie lokalnych i krajowych mediów. Rzecznik koncernu Agnieszka Wąsak stwierdziła w wypowiedzi dla Gazety Poznańskiej, że "Nawoływanie do bojkotu, szczególnie przez pracowników i związek zawodowy, uważamy za nieuzasadnione, niezrozumiałe i nielogiczne".

Jak się okazało 26 czerwca podobny protest zorganizowali związkowcy z CGT we Francji. Ulicami Marsylii, gdzie znajdują się zakłady Neslté zagrożone likwidacją, przeszło 1000 demonstrantów domagających się zachowania miejsc pracy.

Nestlé najczęściej bojkotowany koncern na świecie

Na liście najczęściej bojkotowanych koncernów opublikowanej przez Ethical Consumer Magazine Nestlé zajmuje pierwsze miejsce. Oto niektóre przyczyny, dlaczego nie kupujemy wyrobów Nestlé.

Katolickie Stowarzyszenie "Maitri" zarzuca Nestlé, że w pogoni za zyskami i oszczędnościami koncern ten jest odpowiedzialny za zatrudnienie dzieci w warunkach pracy niewolniczej na Wybrzeżu Kości Słoniowej - głównego (60% rynku) eksportera kakao - poprzez narzucanie producentom niskich cen tego surowca. Ponad 50% światowych zbiorów ziarna kakaowego produkują niewolnicy. Władze Nestlé w sprawie tej odmawiają komentarza.

Robotnicy rolni w Brazylii (główny eksporter kawy) za swą morderczą pracę otrzymują miesięcznie średnio 100 dol., co po pokryciu kosztów mieszkania, wody i prądu nie pozostawia prawie żadnych środków na wyżywienie. Stawia to ich przed koniecznością wysłania do pracy na plantacjach kawy swoich dzieci (już od 6-7 roku życia). Zyski z tego procederu czerpią korporacje, z których Nestlé jest jednym z największych.

Nestlé rozpowszechnia pokarmy sztuczne dla niemowląt i zniechęca do karmienia piersią poprzez nieuczciwe praktyki jak: rozdawanie darmowych próbek, nie informowanie o szkodliwości stosowania pokarmu sztucznego i częste nie umieszczenie informacji na opakowaniach w języku kraju, w którym sprzedawane są produkty. Według danych UNICEF powrót do karmienia piersią uratowałoby życie 1,5 mln dzieci rocznie. W krajach, gdzie występują trudności z wodą pitną, niebezpieczeństwo śmierci z powodu zatrucia jest 25 razy wyższe w przypadku pokarmów sztucznych.

Nestlé, światowy potentat w produkcji artykułów spożywczych, w tym żywności dla niemowląt i małych dzieci (40% udziału w rynku mieszanek mlecznych), jest uważany za firmę, która absolutnie nie respektuje przepisów Międzynarodowego Kodeksu i jej praktyki marketingowe zostały uznane za nieetyczne. Od wielu lat brytyjska organizacja Baby Milk Action organizuje na całym świecie kampanie bojkotu Nestlé. Aktualnie do kampanii dołączyły organizacje społeczne z 20 krajów, a w Wielkiej Brytanii akcja ta ma poparcie kościoła, związków zawodowych, organizacji studenckich, organizacji przedsiębiorców, organizacji konsumenckich i niektórych polityków.

Koncern Nestlé w 2002 roku wysunął wobec władz Etiopii żądanie zapłaty ponad 6 mln. dolarów odszkodowania za znacjonalizowaną 27 lat wcześniej plantację kawy. Ponieważ rząd etiopski był w stanie spłacić tylko 1,6 mln, prawnicy korporacji zagrozili procesem międzynarodowym i dopiero pod wpływem protestów organizacji społecznych z całego świata zrezygnowano z tych roszczeń.

Od kiedy Nestlé pojawiło się w Polsce (1993 r.), pracę straciło ponad cztery tysiące robotników. Zatrudnienie w poznańskiej Goplanie spadło z ok. 2700 do 715 pracowników. Redukcje dotknęły także 2000 pracowników z kaliskich Winiar. Jednocześnie w tym samym czasie koncern Nestlé odnotował spore zyski. W przeciągu 10 lat obroty firmy zwiększyły się z kilku milionów złotych do blisko 1,4 miliarda!

Opracował (ju)


01.06.2004
Przeciwko wojnie, zbrojeniom i nędzy - Jedzenie zamiast bomb!

Jesteśmy ruchem wymierzonym w militaryzm i biedę. Rozdajemy darmowe wegetariańskie lub wegańskie posiłki wszystkim, którzy chcą jeść. Korzenie naszej inicjatywy sięgają 1980 roku, kiedy to w Stanach Zjednoczonych odbywały się liczne protesty antynuklearne.

Jedno z haseł, jakie w owym czasie pojawiły się na ulotkach i transparentach, a także na murach, sklepów z bronią, brzmiało: "Więcej wydawajmy na produkcję żywności - mniej na produkcję broni". Jak wyliczyli ówcześni anty-militaryści, suma pieniędzy wydana na całym świecie w ciągu jednego tylko tygodnia na zbrojenia wystarczyłaby do wyżywienia całej ludzkości przez cały rok. Tak zrodziła się idea rozdawania jedzenia jako formy protestu wobec bezsensu wydawania ogromnych pieniędzy na broń (zabijanie), gdy wielu ludzi głoduje. Inicjatywę nazwano krótko i wymownie: "Food Not Bombs", Jedzenie Zamiast Bomb.

Obecnie na całym świecie działa około 500 grup (kolektywów) przygotowujących darmowe wegetariańskie posiłki pod szyldem Food Not Bombs, z których każda funkcjonuje na własnych zasadach. Także w Polsce w wielu miastach organizuje się tego typu akcje. Po kilkuletniej przerwie w Poznaniu pierwsze Jedzenie Zamiast Bomb zorganizowaliśmy 14 lutego 2003 roku w proteście przeciwko zbliżającej się wojnie w Iraku. Wszystkie produkty potrzebne do przygotowania tej akcji kupiliśmy za pieniądze z kasy poznańskiej sekcji Federacji Anarchistycznej, brakującą część dołożyliśmy z własnych kieszeni. Rozdaliśmy wówczas około 90 posiłków składających z kaszy jęczmiennej oraz gulaszu sojowo-warzywnego. Koszt jednej porcji wyniósł ok. 70 groszy. Żywność na kolejne akcje otrzymaliśmy (i nadal otrzymujemy) głównie od sprzedawców warzyw z poznańskich rynków. Są to produkty zdatne do jedzenia, ale takie, których z uwagi np. na wygląd straganiarze nie sprzedadzą. Gdybyśmy ich nie wzięli, wylądowałyby na śmietniku.

Od listopada 2003 roku co dwa tygodnie w niedzielę ok. 16 rozdajemy jedzenie bezdomnym na Dworcu Zachodnim w Poznaniu. Organizujemy Jedzenie Zamiast Bomb także przy okazji demonstracji antywojennych. Zdarzyła się też akcja w obronie praw pracowniczych i związkowych przygotowana razem z Inicjatywą Pracowniczą FA oraz związkowcami z Solidarności'80. Rozdawaliśmy 130 posiłków przed McDonaldem w centrum Poznania (15 października 2003 r.) w proteście przeciwko nielegalnym zwolnieniom.

Jak zrobić jedzenie zamiast bomb?
Z naszego doświadczenia wiemy, że wystarczy pięcioosobowa grupa. Oczywiście im więcej osób, tym lepiej. Jedzenie można rozdawać codziennie. Najlepiej, jeżeli robi to paczka dobrych znajomych. Jedzenie dostajemy na bazarach i rynkach od kupców. Do gotowania wystarczy jeden duży garnek i palnik, najlepiej gazowy. W Poznaniu mamy dwa duże garnki i dwa duże termosy, a także trochę innego sprzętu kuchennego. Specjalny palnik gazowy dostaliśmy od holenderskiego Food Not Bombs. W Poznaniu używamy póki co plastikowych naczyń i sztućców (kupujemy je w specjalnym sklepie). Miejsce do rozdawania jedzenia wybieramy względnie blisko kuchni. Przed akcją robimy plakaty i ulotki, w których informujemy bezdomnych i biednych o czasie i miejscu akcji. Podczas rozdawania jedzenia towarzyszy nam transparent oraz czasami ulotki formujące o przyczynach akcji.

Aby zdobyć pieniądze, których zawsze trochę potrzeba, wydaliśmy płytę "Jedzenie Zamiast Bomb", z muzyką "podziemnych" zespołów. Organizowaliśmy imprezy i koncerty. Z zasady nie bierzemy pieniędzy od rządu ani innych organizacji państwowych. Przyjmujemy pomoc od ludzi dobrej woli. Państwo i jego organy nie są nam potrzebne.

Darmowe jedzenie dla strajkujących
Podczas wielu strajków poważnym problemem jest wyżywienie załogi, często wcześniej przez wiele miesięcy nie odbierającej wynagrodzenia. Kiedy fabrykę okupuje przez wiele dni kilkuset pracowników, problem jest dość poważny. Dzięki doświadczeniu Food Not Bombs wiemy, że można w sposób tani i efektywny wyżywić strajkujących. Koszt przygotowania pożywnego posiłku może wynieść mniej niż 50 groszy. Dzięki pomocy ze strony, często sympatyzującej ze strajkującymi, okolicznej ludności możemy liczyć na wiele darowanego jedzenia. Trzeba je jedynie ugotować. Dodatkowo wspólne przyrządzanie i spożywanie posiłków konsoliduje protestującą załogę.

Krzysztof Wantoch-Rekowski


22.05.2004
Nie dać się zastraszyć

Rozmowa z Hubertem Frączek, robotnikiem budowlanym, aktywistą poznańskiej Inicjatywy Pracowniczej FA, zatrzymanym w Ożarowie i obecnie sądzony przed sądem grodzkim w Pruszkowie.

W jakich okolicznościach zostałeś zatrzymany w Ożarowie?
Był taki moment, że policja wtargnęła na teren przedszkola, które znajduje w bezpośredni sąsiedztwie głównej bramy Fabryki Kabli. Wybuchła panika. Kobiety krzyczały, że zrobią coś dzieciom. Wówczas kilkadziesiąt, a może nawet więcej osób pobiegło zobaczyć co się dzieje i przed przedszkolem doszło do starć. Tam też mnie zatrzymano.

Ile osób aresztowano i kogo?
Nie wiem ile ogólnie osób zatrzymano. W więźniarce było nas 10 osób. Byli bardzo młodzi: 17-letnia dziewczyna i 18-letni chłopak, jak też 40-letnia kobieta i 60-letni mężczyzna. Bardzo różne osoby.

Co się działo później?
Zawieźli nas pod Ożarów do maleńkiej miejscowości gdzie był komisariat. Tam 3 godziny siedzieliśmy w więźniarce. Potem pojedynczo nas wywoływano na przesłuchania. Trwało to kolejnych kilka godzin.

Jak się zachowywała policja?
"Starsi" stażem policjanci byli bardzo agresywni i wrogo nastawieni. W pewnym momencie zostałem sam w więˇniarce, bo jako ostatniego wywołali mnie na przesłuchanie i wówczas chcieli mnie zwyczajnie pobić. Wstawił się za mną jeden z tych, którzy wcielili się do policji nie dawno, a Ożarów był ich pierwszą akcją. Po prostu wyprowadził mnie z samochodu. "Starsi" napastowali też młodą dziewczynę (była nieletnia) i też dwóch z nowego poboru się za nią wstawiło i uspokoili "starszych".

A jak było na komisariacie?
Na początku było wszystko w porządku. Pierwsze przesłuchanie odbyło się bez problemu, ale kiedy drugi raz mnie przesłuchiwał policjant po cywilnemu był bardzo agresywny. Właśnie podczas drugiego przesłuchania zostałem uderzony gruby kablem przez plecy.

Co było dalej?
Powiedziałem do protokołu jak było, ale siebie nie obciążyłem, nie przyznałem się do napaści na policjantów, czy rzucania koktajlami Młotowa w ciężarówki. Policjant chciał się przede wszystkim dowiedzieć z kim przyjechałem, z jakiej jestem organizacji. Powiedziałem, że przyjechałem sam. Tajniak ciągle wywierał psychiczną presje i groził.

To nie było twoje pierwsze zatrzymanie. Jak je porównasz do swoich poprzednich?
To było zatrzymanie najdłuższe i najbardziej brutalne.

Co doradziłbyś tym, którzy znaleźliby się w podobnej sytuacji?
Po pierwsze nie składać żadnych zeznań. Ja popełniłem błąd, kiedy mnie uderzył przestraszyłem się, a trzeba było się "zaciąć" i nie dać się zastraszyć. Oczywiście teraz łatwo mówić, ale wówczas nie było lekko. Znalazłem się w totalnie innym świecie, gdzie człowiek przestaje racjonalnie myśleć.


10.05.2004
Czas zapłaty - Procesy w sprawie Ożarowa

21 lutego 2003 roku po 306 dniach zakończono akcję protestacyjną prowadzoną przez byłych pracowników Fabryki Kabli w Ożarowie Mazowieckim. Nie skończyła się jednak "sprawa ożarowska".

Robotnicy Fabryki Kabli na zmianę od kwietnia 2002 roku koczowali pod bramami zakładu starając się nie dopuścić do wywozu maszyn i materiałów, co równałoby się likwidacji przedsiębiorstwa. Protest w kilka tygodni po rozpoczęciu wywołał falę akcji solidarnościowej. Do protestu przyłączyli się związkowcy z różnych central, a także liczne organizację polityczne, społeczne i pracownicze. Zaczęto organizować pomoc materialną. Wiele osób - w ramach akcji wspierających -jeździło pod bramę zakładu, aby razem z pracownikami ożarowskiej fabryki blokować zakład. Organizowano akcje informacyjne.

W efekcie tych wszystkich działań, kiedy 26 listopada 2002 roku ochroniarze z firmy Im-pel i siły policyjne brutalnie atakując legalnie protestujących robotników chciały odblokować zakład, na pomoc protestującym do Ożarowa przybyło setki działaczy związkowych i aktywistów z całej Polski. Przez pięć dni trwały walki, w konsekwencji których rząd i Tele-Fonika (właściciel zakładu) przystąpiły do poważnych rozmów ze zwolnionymi robotnikami. Podczas zamieszek aresztowano jednak kilkadziesiąt osób. W odpowiedzi aktywiści z Anarchistycznego Czarnego Krzyża-organizacji zajmującej się pomocą represjonowanym - wespół z przedstawicielami Komitetu Protestacyjnego z Ożarowa zorganizowali konferencję prasową nagłaśniając bezprawne i brutalne postępowanie nie tylko ochroniarzy z Impelu, ale także sil policyjnych.

Dopiero po roku okazało się, że policja skierowała sprawy zatrzymanych w Ożarowie do sądu. Według naszych informacji pierwsze rozprawy "za Ożarów" rozpoczęły się jeszcze jesienią 2003 roku. Przed sądem postawiono zarzuty najmniej 25 osobom, a prawdopodobnie blisko 70. Jednocześnie 27 listopada 2003 roku Prokuratura Rejonowa w Pruszkowie umorzyła postępowanie o przekroczenia ustawowych uprawnień przez funkcjonariuszy policji oraz pracowników firmy ochroniarskiej Impel. W uzasadnieniu stwierdzono, że wprawdzie policja i Impel w poszczególnych przypadkach stosowały nieuprawnioną przemoc np. "...gdy - jak czytamy w piśmie prokuratury - jeden z policjantów kopnął nogą leżącego młodego mężczyznę...", co zarejestrowano na kasecie wideo i pokazano w telewizji, ale nie można ustalić tożsamości policjantów i pracowników Impelu łamiących prawo. Prokuratora w uzasadnieniu stwierdza też, że protest pracowników był bez wątpienia legalny.

Najwięcej miejsca w swoim uzasadnieniu prokuratura poświęca jednak krytyce postępowania protestujących, którzy bronili się przed nielegalnymi działaniami pracowników Impelu i policji. Czytamy: "wielokrotnie dochodziło ze strony protestujących do naruszenia porządku publicznego, co przejawiało się w atakowaniu ciężarówek i policjantów niebezpiecznymi przedmiotami". W odpowiedzi prokuratorowi, szef Komitetu Protestacyjnego z Ożarowa Sławomir Gzik napisał: "Pan i Pańscy mocodawcy zasługujecie na jak najwyższą karę i tę karę Wam i wszystkim, którzy na to zasługują wymierzymy. Przyjdzie czas zapłaty za upokorzenia i zniewolenie, a Pan będzie jednym z pierwszych, którzy za to zapłacą".

Maciej Hojak,
Jarosław Urbański


26.03.2004
Niszczący wpływ globalizacji na lokalne rynki pracy

Hasło przewodnie cyklu wykładów w ramach przygotowań do Alternatywnego Forum Ekonomicznego (Warszawa, 28-30 kwietnia 2004) brzmi "Małe jest piękne" i pochodzi z tytułu bardzo dobrze znanej książki E.F. Schumachera. W rozwinięciu tytułu tej pracy autor dodaje: "Spojrzenie na gospodarkę światową z założenia że człowiek coś znaczy". Praca ta ukazała się wiele lat temu, ale dobrze obrazuje ona to co chciałby wyartykułować obecnie ruch alterglobalistyczny. Mówimy również: "Zysk nie może być ważniejszy od człowieka", nawiązując do innej książki, napisanej tym razem przez Noama Chomsky'ego ("Zysk ponad ludzi. Neoliberalizm a ład gospodarczy."). Schumacher w swoje książce twierdzi, że jednym z podstawowych praw, jest prawo do pracy. Pisze: "Ważniejsze jest więc, aby każdy coś produkował, aniżeli nieliczni produkowali wiele". Idea ta wiąże się z problemem bezrobocia i przekonaniem o jego destruktywnym wpływie na osobowość jednostki. W kwestii tej Schumacher bezpośrednio nawiązuje do myśli Gandhiego. W istocie rzeczy trzeba stwierdzić, iż wielkie, masowe ruchy społeczne jakie miały miejsce w wieku XX, czy to będzie ruch zapoczątkowany właśnie przez Gadhiego, Martina Lutra Kinga, czy ruch pierwszej "Solidarności" - wszystkie one walcząc o wolność, emancypację społeczną, przykładały sporą wagę do zapewnienia ludziom prawa do zatrudnienia. Człowiek nie ma obowiązku, ale ma prawo pracować.

Miliard bezrobotnych

Jednym z podstawowych problemów globalizacji jest to iż ludziom odbiera się prawo do pracy, a zatem często odbiera się prawo do życia. Według Międzynarodowej Organizacji Pracy ponad miliard ludzi na świecie pozostaje w zasadzie bez zatrudnienia. Obecnie - jak ocenia MOP - sytuacja jest najgorsza od czasów Wielkiego Kryzysu lat 30. XX wieku. Z tej liczby połowa ludzi pracuje wprawdzie na cały etat, ale zarobki ledwie pozwalają na przeżycie. Szef MOP, Juan Somavia twierdzi, że sytuacja pod tym względem wcale się nie poprawia i za stan ten obwinia globalizację. "Cieszymy się - mówi - że rośnie handel zagraniczny, inwestycje zagraniczne. Problem w tym, że z procesów tych korzysta obecnie najwyżej 15 krajów rozwijających się". W ciągu następnych 10 lat na światowy rynek pracy trafi kolejne pół miliarda młodych ludzi.

Wraz z poszerzaniem się społecznych obszarów bezrobocia rynek pracy dotyka szereg innych patologii, cofając nas w realia XIX-wiecznego kapitalizmu. Jak podaje katolickie stowarzyszenie "Maitri" w dobie gospodarki globalnej ponad 20 milionów ludzi pracuje w warunkach niewolniczych: bez wynagrodzenia i pod przymusem fizycznym. To w liczbach bezwzględnych najwięcej w historii ludzkości. Spory odsetek współczesnych niewolników stanowią dzieci. Warto w tym miejscu dodać, iż pomimo, że normy Międzynarodowej Organizacji Pracy tego zabraniają, na świecie pracuje ponad 250 mln. osób poniżej 16 roku życia. Z ich pracy czerpią zyski wielkie, dobrze znane koncerny m.in.: Nike, Levis czy Nestlé. Innym problemem są warunki i bezpieczeństwo pracy. Codziennie przy pracy ginie 5 tysięcy osób. "Dla tych pracowników - mówi szef MOP - każdy dzień jest 11 września". Nieprzestrzeganiu odpowiednich standardów i warunków pracy sprzyja fakt, iż pracownicy są coraz gorzej zorganizowani. Na przykład w Stanach Zjednoczonych przez ostatnie 25 lat liczba osób stowarzyszonych w związkach zawodowych spadła z 24% do 14%. Podobnie jest w Polsce - do związków należy jedynie 14% zatrudnionych. Są branże jak handel i usługi, czy budownictwo, gdzie do związków należy jedynie kilka procent tam zatrudnionych.

Elastyczny kapitał, zniewolona praca

Mimo tego pracodawcy, multikorporacje twierdzą, że bezrobocie jest wynikiem "sztywności rynku pracy", że pracownicy nie są dostatecznie elastyczni w dostosowaniu się do nowych wymogów rynku. Jak jednak dobrze zauważył Zygmunt Bauman ("Globalizacja"), tak naprawdę chodzi tu jednak o zagwarantowanie swobody i elastyczności dla przepływu kapitału, w którego interesie leży jak największa sztywność, zniewolenie po stronie pracy. Gdyby było inaczej, to wraz z ustawami gwarantującymi swobodny przepływ kapitału, szłyby normy prawne gwarantujące nie ograniczenia, ale swobodę w przepływie pracy. Tymczasem dla większości robotników - o czym możemy się przekonać w przededniu przystąpienia do Unii Europejskiej - granice są nadal zamknięte, nie tylko zresztą z uwagi na stronę formalno-prawną, ale także społeczno-ekonomiczną. Pomimo tych wszelkich ograniczeń każdego roku ponad 120 mln. rodzin decyduje się na - najczęściej nielegalną - emigrację w poszukiwaniu pracy; z reguły z Południa na Północ, i ze Wschodu na Zachód. To natomiast w połączeniu z alokacjami przemysłu i przenoszeniem zakładów pracy dokładnie w odwrotnym kierunku powoduje szereg problemów w krajach dobrobytu: ksenofobia, nietolerancja dla obcych, zwiększona represyjność systemu wobec emigrantów. W samej Francji żyje ok. 800 tysięcy uchodźców ekonomicznych i politycznych, którzy egzystują bez żadnych praw, poza ramami państwa francuskiego. Ci ludzie "bez papierów", "bez głosu", jak się ich często nazywa, nie mają praw politycznych, ani dostępu do świadczeń socjalnych czy zdrowotnych. Spychani na margines życia społecznego, trudnią się takimi formami działalności, które pozwolą im przetrwać: przemyt, prostytucja, handel narkotykami - wzmacniając istniejące już i tak stereotypy i narażając na zwiększoną represyjność państwa wobec wszystkich emigrantów. Mimo tego wszystkiego, nawet w Europie Zachodniej czy USA nielegalni emigranci stanowią źródło taniej siły roboczej i jak trzeba, bezwzględnie się je wykorzystuje.

Mity na temat wzrostu zatrudnienia

Konkludując można stwierdzić, cytując Raport dot. Rozwoju Rynku Pracy ONZ (z 1995 roku), że: "Pracodawcy wykorzystują dodatkową elastyczność w prawie pracy, aby raczej likwidować stanowiska pracy i ograniczać działalność niż powiększyć moce produkcyjne, w miarę, jak są wprowadzane reformy ułatwiające zwalnianie pracowników i ograniczanie możliwości ich obrony przez związki zawodowe". Proponowane zatem przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i przyjmowane przez rządy i parlamenty poszczególnych państw, zmiany w prawie pracy i polityce płac prowadzą częściej do poszerzenia obszarów bezrobocia, a nie jak się twierdzi do zwiększenia zatrudniania.

Innym mitem jakim się karmi opinię publiczną jest twierdzenie, że wzrost Produktu Krajowego Brutto przynosi wzrost zatrudnienia. Otóż coraz częściej okazuje się, że tak nie jest. Hans-Peter Martin i Harald Schumann w pracy "Pułapka globalizacji" piszą, że "... pogoń za absolutnym zyskiem fundamentalnie zmieniła mechanizmy rozwoju światowej gospodarki." Ton rozwoju gospodarki nadają nie państwa narodowe, ale międzynarodowe korporacje. Procesy globalizacji rozsadzają dotychczas obowiązujące reguły, przyspiesza tempo rozwoju technicznego i racjonalizacji, co powoduje, że wydajność rośnie szybciej aniżeli całościowy wynik ekonomiczny. "Zjawisko to rodzi tak zwany jobbless growth, a więc wzrost, który nie tworzy dodatkowych miejsc pracy" - konkludują.

Zatem oczywiste staje się, że - powszechnie kojarzona z globalizacją - koncentracja kapitału nie służy wzrostowi zatrudnienia. 200 największych koncernów, które swą działalnością obejmują 30% aktywności gospodarczej na świecie, zatrudnia jedynie 1% wszystkich pracujących. Również wzrost zyskowności nie przyczynia się do wzrostu zatrudniania. Owe 200 koncernów w latach 1983-1999 odnotowały 362% wzrostu zysku, ale zatrudnianie w tych firmach wzrosło łącznie lewie o 14,4%. W wielu przypadkach jest dokładnie przeciwnie, firma się rozwija i odnotowuje zyski realizując jednocześnie masowe zwolnienia z pracy. W wielu branżach w latach 80. i 90. odnotowywano polepszenie wyników ekonomicznych i jednocześnie spadek zatrudniania.

Upadek lokalnych rynków pracy

Najlepszym tego przykładem, choć z całą pewnością nie jedynym, jest działalność w Polsce firmy Nestlé. Nestlé to jeden z największych na świecie koncernów spożywczych, skupiających łącznie ok. 140 zakładów. W ponad 90% są one zlokalizowane w krajach poza rodzimą Szwajcarią. Łączna suma obrotów koncernu jest dużo wyższa niż wynosi polski budżet. W Polsce znamy tego producenta z takich wyrobów jak baton Lion, płatki śniadaniowe Nestlé Pacyfic, kawa Nescafé, woda mineralna Nałęczowianka, wreszcie czekolada Golpana czy koncentraty spożywcze Winiary.

Firma Nestlé pojawiła się w Polsce w 1993 roku. Pierwszego roku działalności, jak sama podaje, odnotowała obroty rzędu 8 mln. złotych. W 2002 roku obroty te wyniosły już 1 miliard 351 mln. złotych, a mówi się obecnie, że przekraczają one 2 miliardy złotych. Wdrażany od wielu miesięcy program Globe, który - jak utrzymują władze koncernu - ma "polepszyć funkcjonowanie firmy poprzez ujednolicenie" ma przynieść całemu koncernowi Nestlé (w skali globalnej) 3 miliardy franków szwajcarskich oszczędności! Jednocześnie na przestrzeni ostatnich lat Nestlé zwolniło w Polsce tysiące pracowników. Na przykład w poznańskiej Goplanie pracę straciło dwa tysiące ludzi, w kaliskich Winiarach również dwa tysiące, w leżącej pod Słupskiem Kobylnicy dwieście osób. Coraz częściej słychać, że Nestlé do 2006 roku generalnie chce się wycofać z działalności produkcyjnej w Polsce, ale oczywiście zachowa zdobytą, dominującą pozycję na rynkach dystrybucji.

Taka taktyka władz koncernu jest charakterystyczna w odniesieniu nie tylko do Polski. Od początku 2002 roku do końca 2003 w sumie zamknięto lub sprzedano 23 zakłady pracy na całym świecie. Wywołało to spore protesty związkowców. W Hiszpanii i Korei Południowej wybuchły strajki. Na dorocznej Europejskiej Radzie Nestlé, miejscu spotkań związkowców i przedstawicieli dyrekcji koncernu, która odbyła się na początku września 2003 roku, przedstawiciele związków z zakładów europejskich nie pozostawili na swojej firmie suchej nitki. Za największy problem uznano oczywiście alokację i zamykanie kolejnych zakładów pracy. Szczególne ostre sądy ferowała delegacja z Francji określając Nestlé jako potentata przemysłu spożywczego, ale karła dialogu społecznego. Stwierdzono, iż oczekuje się od pracowników, że będą bezkrytycznie akceptować to co szefostwo Nestlé powie, a kto ma inne zdanie powinien się pożegnać z pracą. Jorg Lindner z Niemiec zarzucił, że w firmie uzyskuje się zyski przede wszystkim dzięki redukcjom kosztów. "Osiąga pan zyski - grzmiał na Wiceprezesa Nestlé Larsa Olofsson'a - jeśli koszty obetnie lokalnym firmom". Przedstawiciel Polski Jan Feter z "Solidarności" (Zakłady Winiary - Kalisz) powiedział sarkastycznie, iż w wyniku takiej polityki firmy, Nestlé jest postrzegane jako biuro obrotu nieruchomościami, a nie koncern spożywczy. Zarzucił także stosowanie mobbingu wobec pracowników, dręczenie i zarządzanie przez stres. Przedstawiciele z Danii w ogóle zbojkotowali posiedzenie Rady.

Dodajmy że Stowarzyszenie "Maitri" zarzuca Nestlé, że w pogoni za zyskami i oszczędnościami koncern ten jest odpowiedzialny za zatrudnienie dzieci w warunkach pracy niewolniczej na Wybrzeżu Kości Słoniowej - głównego (60% rynku) eksportera kakao - poprzez narzucanie producentom niskich cen tego surowca. Władze Nestlé w sprawie tej odmawiają komentarza.

Przykłady tego typu można mnożyć: po wykupieniu przez France-Telekom Telekomunikacji Polskiej S.A. francuski koncern uruchomił zwolnienia kilkunastu tysięcy pracowników. Największy jednak problem pojawia się w przypadku kiedy koncerny (czy inwestorzy) dezorganizują lokalne rynki pracy w małych i średnich miastach, kupując często największego miejscowego pracodawcę. Tonsil we Wrześni był jednym z pierwszych przedsiębiorstw, które po przekształceniu w spółkę akcyjną znalazło się na giełdzie. Inwestorem strategicznym miał być japoński Pioneer, którego - jak się okazało - jedynym celem było "wyciszenie produkcji". Zredukowano w ciągu kilku lat zatrudnienie z 3000 do 700 osób. Kiedy latem 2003 roku zakład zaczął przeżywać trudności i przed widmem zwolnień stanęła reszta pracowników, doszło do protestów społecznych. Dla Wrześni gdzie bezrobocie sięga niemal 25% kolejne redukcje na rynku pracy miałyby katastrofalne skutki. W Nysie upadły zakłady Daewoo Nysa Motor, na bruku w czerwcu 2002 roku znalazło się blisko 1000 pracowników. W Ostrowie Wielkopolskim, kiedy przed widmem bankructwa stanęła fabryka wagonów z 2000 załogą, zbuntowało się całe miasto, podobnie było w Ożarowie Mazowieckim i Jarosławiu, gdzie likwiduje fabrykę koncern Danon, itd.

Bezrobocie w Polsce

Wszystko to powoduje, że polski rynek pracy znalazł się w fatalnym położeniu. Po przeprowadzonym w 2002 roku spisie powszechnym urealniono stopę bezrobocia, która obecnie wynosi ponad 20%. Ciągle więcej miejsc pracy ubywa niż przybywa i to pomimo całkiem sporego wzrostu PKB. Warto w tym miejscy zwrócić uwagę na fakt konieczności rozróżnienia "rejestrowanego bezrobocia" i "poczucia bycia bezrobotnym"; z badań opinii publicznej wynika, że za bezrobotnych uznaje się 1/3 więcej osób, niż figuruje w statystykach.

Z ustaleń statystycznych dowiadujemy się także, że na przestrzeni lat 1988 i 2002 zaszły daleko idące zmiany w strukturze zawodowej. Odsetek osób czynnych zawodowo spadł z 65,2% do 55,5% (z czego 1/5 jest właśnie bezrobotna), zatem o około 10% poszerzyła się strefa osób biernych zawodowo. Ostatecznie z własnej pracy żyje 32,3% ludności powyżej 15 roku życia, kiedy w 1988 roku ten odsetek wynosił 45,4% - odsetek ten spadł i to pomimo, że dzięki wyżowi demograficznemu przybyło ludzi w wieku produkcyjnym.

Wyż demograficzny z kolei powoduje, że problem bezrobocia dotyka w pierwszym rzędzie ludzi młodych, wchodzących na rynek pracy. (Między 15 a 24 rokiem życia wskaźnik bezrobocia wynosi 29,4%). Obawy analityków najbardziej budzi jednak fakt, że bezrobocie w dużym stopniu zaczyna dotykać absolwentów wyższych uczelni. Do tej pory twierdzono, że wyższe wykształcenie chroni przed losem podobnym do postpegieerowskich robotników, na studia wysłano setki tysięcy młodzieży, a tymczasem w wielu regionach kraju 1/3 absolwentów wyższych uczelni pozostaje bez pracy. Za stan ten zaczęto obwiniać system nauczania, ale prawdą jest to, że zapotrzebowanie na pracowników z tytułem magisterskim spadło. Koncerny, do których należy coraz większa część rynku racjonalizują zatrudnienie, nie tylko nie przyjmując nowych pracowników z wyższym wykształceniem, ale zwalniając dotychczasowych.


Czy istnieją alternatywy?

Korporacje nie zapewniają ludziom pracy, ich celem jest wypracowanie zysku. Taki stan rzeczy przyjmuje się za naturalny, choć on takim nie jest. Partycypacja w zyskach przedsiębiorstw jest przywilejem małej części społeczeństwa, prawo do pracy i godnego wynagrodzenia mają wszyscy. Mamy prawo decydować o tym co się dzieje w gospodarce nie tylko jako klienci, ale także producenci i dystrybutorzy. Zagarnianie przez koncerny władzy nad rynkiem jest działaniem leżącym w sprzeczności z prawami obywatelskimi. Widać to zwłaszcza w takich przypadkach jak komercjalizacja i prywatyzacja usług publicznych czy "zawłaszczania" przez supermarkety rynku handlu detalicznego, powodujące masowe zwolnienia i upadek drobnego handlu.

"Jeżeli człowiek nie ma szansy na otrzymanie pracy - pisze Schumacher w "Małe jest piękne" - wówczas jest to dla niego sytuacja rozpaczliwa. Nie tylko pozbawiony jest dochodu, ale również tego ożywiającego, pobudzającego czynnika, którego nie można niczym zastąpić". Alternatywą dla ekonomii, której "cała uznana mądrość" nie jest w stanie "pomóc tym, którzy cierpią nędzę" jest oparcie jej na wartościach wynikających z zasady, "że człowiek coś znaczy", że "człowiek ważniejszy jest od zysku". To pierwszy podstawowy postulat nie tylko Schumachera, ale całego alterglobalistycznego ruchu - ekonomia musi się opierać na zasadach etycznych. Praca jest prawem człowieka i stąd u Schumachera postulat "produkcji poprzez masy". Autor "Małe jest piękne" sformułował nawet zasadę, która ma zapewnić powszechne zatrudnienie. Mówi ona, że "górna granica wydatków koniecznych na stworzenie jednego stanowiska pracy, powinna być w przybliżeniu określona przez roczny zarobek zdolnego i ambitnego robotnika". Jeżeli zasada ta zostaje złamana i koszt miejsca pracy jest wyższy to powoduje to bezrobocie i oznacza koncentrację bogactw i władzy w rękach uprzywilejowanych grup, rośnie problem marginesu społecznego, niewłaściwe rozmieszczonej populacji jako efekt nadmiernej urbanizacji, przybiera ogólna frustracja i alienacja, szybko rosną statystyki przestępczości kryminalnej. Zasada ta z kolei wymaga przystosowania metod i maszyn do produkcji na małą skalę. Schumacher pisze dalej: "Produkcja przez masy, korzystając ze zdobyczy współczesnej wiedzy i doświadczenia, sprzyja decentralizacji, jest zgodna z prawami przyrody, uwzględnia fakt, iż niektórych surowców jest mało, i służy człowiekowi zamiast podporządkowania go maszynom". Ekonomia Schumachera to ekonomia społeczna i oparta na zasadach wolności. Schumacher wierzy w to, iż gospodarka planowa nie stoi w sprzeczności z wolnością. Na pytanie cóż może oznaczać planowanie w wolnym społeczeństwie odpowiada: "Na pewno nie koncentrację całej władzy w jednym punkcie, gdyż byłoby to równoważne ze zmierzchem wolności; struktura planowania musi być dopasowana do rozkładu władzy w społeczeństwie". Praktyczną realizacją tak widzianego planowania w gospodarce jest budżet partycypacyjny realizowany m.in. przez społeczeństwo w Porto Alegre. Wreszcie Schumacher stwierdza, iż poważnym błędem jest traktowanie nie tylko surowców, ale także siły etycznej społeczeństwa, jako coś różnego od kapitału i postuluje nowy styl życia oraz "samoograniczenie ludzkich potrzeb".

Ważnym aspektem rozważań Schumachera jest zwrócenie uwagi na elementy decentralizacji i wolności w sferze ekonomii. Gospodarka zdominowana przez koncerny, to gospodarka pozbawiona elementarnych zasad demokracji i nie podlegająca żadnym elementom kontroli społecznej. Rezygnacja albo ograniczanie prawa pracowników to takiego, czy innego partycypowania w procesie decyzyjnym przedsiębiorstwa (bez względu na jego formę własnościową) prowadzi do utraty kontroli nad zatrudnieniem przez samych zainteresowanych. Zrozumieli to robotnicy ze strajkujących i protestujących w latach 2002-2003 zakładów pracy, którzy zaczęli się domagać wpływu na swój zakład pracy: Ożarów, Uniontex w Łodzi, Zakłady Cegielskiego z Poznania i Bison-Bial z Białegostoku, LU (Danon) z Jarosławia, ostrowskiego Wagona S.A. itd. Załogi te powołując spółki pracownicze, zgłaszając swoich autentycznych przedstawicieli do rad nadzorczych i zarządów, chcą odzyskać kontrole nad swoimi miejscami pracy. I mają to tego prawo. Chciałbym wierzyć, że to początek szerszego ruchu.

Jarosław Urbański


08.03.2004
8 marca: Kobiety na pierwszej linii

Wywiad z Dorotą Marcinkowską-Kawą, salową z Centrum Medycznym HCP w Poznaniu, działaczką "Solidarności '80", z którą współpracuje poznańska Inicjatywa Pracownicza/Federacja Anarchistyczna.

Komisja Zakładowa w Bresco powstała latem 2002 roku. Co Was skłoniło do powołania związku?

Dyrekcja postanowiła, że szpital pozbędzie się części pracownic salowych i sprzątaczek przenosząc je do innej, wyspecjalizowanej firmy. Chciano, abyśmy zwolniły się z Centrum Medycznego HCP i podpisały nowe umowy z firmą Bresco. To jednak oznaczało, że możemy mieć gorsze place i warunki pracy. Nie zgodziłyśmy się i założyłyśmy związek zawodowy, który wywalczył przeniesienie na zasadzie artykułu 23.

Gdy okazało się, że Bresco nie płacił np. pensji na czas, wybuchł strajk i wszystkie pracownice dostały wypowiedzenia. Jak teraz wygląda wasza sytuacja?

Martwimy się co będzie dalej. Do nowego przetargu na prace zlecone przez szpital przystąpiło więcej firm. Nie wiemy, która wygra i co z nami będzie. Mamy nadzieję, że zachowamy miejsca pracy. Pracuję w szpitalu już 12 rok. Zatrudniony jest tu także mój mąż, od kiedy stracił rentę. Mam na utrzymaniu dwoje dzieci w wieku szkolnym. Zarabiamy niewiele, ale jakoś dajemy sobie radę, choć jest ciężko. Muszę jednak pracować, żeby przeżyć.

Czy wstępowanie do związku miało według Pani sens?

Przynależność do związku ma sens. Związek daje nam oparcie, na przykład pomoc prawną. Część pracownic nawet wystąpiła ostatnio ze związku twierdząc, że powiedziano im, iż te z nas, które do związku nie należą, będą miały większe szansę na prace po przetargu. Ale większość z nas postanowiła pozostać w związku.

Jak na co dzień funkcjonuje wasz związek w szpitalu?

Brakuje czasu na działalność związkową, ale na terenie szpitala często się spotykamy więc przepływ informacji jest. Dajemy sobie jednak radę, a jak trzeba to i protestujemy.

Rozmawiał (JU)

W Polsce do związków zawodowych należy ok. 790 tysięcy pracujących kobiet. Stanowią one większość (55 proc.) w Forum Związków Zawodowych, którego spora część członków rekrutuje się z sfeminizowanych zawodów sektora budżetowego (np. pielęgniarki). Najsłabiej reprezentowane są w strukturach "Solidarności" (38 proc). W OPZZ i małych centralach związkowych stanowią 43-44 proc. procent członków. Z reguły kobiety związkowcy nie zajmują eksponowanych stanowisk; rzadziej przewodzą wszelkiego typu protestom. Wyjątkiem jest - znana opinii publicznej - Bożena Banachowicz przewodnicząca Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych (FZZ).


28.09.2003
Ludzie muszą się obudzić - wywiad z Abelem Paz

27 września 2003 r. w Teatrze Ósmego Dnia na zaproszenie poznańskiej Federacji Anarchistycznej odbyło się spotkanie z Ablem Pazem, anarchistą, historykiem, świadkiem i uczestnikiem wojny domowej w Hiszpanii 1936-1939.

Co pan sądzi na temat tego, że wielkie ruchy związkowe w Europie tracą na znaczeniu, a liczba członków np. hiszpańskiego związku anarchosyndykalistycznego CNT w ostatnich czasach się gwałtownie skurczyła?

Mylimy pojęcia. Myślimy często tylko w kategoriach wygranych i przegranych, a to nie na tym polega. Odnosimy zwycięstwa, które są porażkami i istnieją porażki, które są jednak wygranymi. Nie należy patrzeć na statystyki. To, że ruch liczy miliony członków, nie oznacza automatycznie zwycięstwa.

No tak, ale czy zmiany społeczne w takim układzie są możliwe?

Byłem w Zakładach Cegielskiego i zapytałem, ile zarabiają tutaj robotnicy. Powiedzieli mi, że zarabiają jakieś 300 euro na rękę, a i to jest stosunkowo dużo w porównaniu z zarobkarni robotników w innych częściach Polski. I wtedy zapytałem, ile zarabia zarząd fabryki? Powiedziano mi, że ok. 2 tysięcy euro. I jak do cholery ci robotnicy mają być zadowoleni ze swoich zarobków? To samo się dzieje w Hiszpanii, to samo się dzieje w każdym kraju europejskim i to po prostu oznacza, że brakuje jakiegoś anarchizmu, buntu w tych krajach, bezpośredniej reakcji na to, co się dzieje. Ten anarchizm nie jest reprezentowany przez siłę, przez tłumy ludzi, on musi być widoczny w postaci świadomości zwykłych pracowników. W Hiszpanii po 40 latach faszyzmu, kiedy 150 tysięcy ludzi rozstrzelano, pół miliona ludzi zostało wygnanych z powodów politycznych, obecny stan wydaje się tego naturalną konsekwencją. Ale ja jestem optymistą. Ludzie muszą się obudzić. Jadłem obiad w barze mlecznym Pod Arkadami, ci ludzie, których tam widziałem, muszą się obudzić. Nie mogą bez końca akceptować sytuacji, kiedy starcza tylko na posiłek za jedno euro. Nie było tam żadnego ministra, dyrektora fabryki ani posła.

Jak oceniasz ruch antyglobalistyczny?

To bardzo ciekawy ruch, trzeba obserwować, gdzie będzie zmierzać. Ja to nazywam jednak międzynarodową turystyką. Ten, kto ma pieniądze na wyjazd do Meksyku, tam jedzie, a ten kto nie ma, nie jedzie. A przecież nie chodzi o to, aby się tam w parę osób zebrać i protestować. Codziennie rano, jak się budzisz, musisz protestować. Gdybyśmy wszyscy potrafili powiedzieć "nie"! W momencie płacenia czynszów wszyscy powinniśmy powiedzieć: "nie płacimy", w momencie płacenia podatków wszyscy powiedzielibyśmy: "nie płacimy", w momencie wyborów powiedzielibyśmy: "nie głosujemy", to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Ten świat funkcjonuje tak jak dziś, bo jesteśmy nijacy.

Jak oceniasz swoją wizytę w Polsce?

Przyjazd do Polski był dla mnie bardzo dużym wyzwaniem, ponieważ wiem, że historia waszego kraju była mroczna i bardzo często ratowało was poczucie wartości narodowych. Nie można porównywać historii Polski i historii Hiszpanii. To są dwie zupełnie różne rzeczy. W Polsce bardzo trudno zrozumieć, czym była rewolucja hiszpańska 1936 roku, skoro znacie tylko tę wersję, którą przekazała wam partia komunistyczna. My nie chcieliśmy zrobić tej rewolucji - zaatakowano nas i musieliśmy się bronić. Chcieliśmy ją wywołać później, kiedy nasza kultura i świadomość byłyby na innym poziomie, ale nie mieliśmy takiej możliwości. Rewolucję robotnicy robią sami dla siebie, tzn. nie może być ona sterowana z góry przez nikogo. Sądzę też, że Polska zaczęła podnosić głowę w 1956 roku, ale później została zdradzona przez Wałęsę i jego otoczenie. Sprzedano Polskę. Ważne jest jednak, aby chcieć rozumieć historie od nowa. Byliście wielokrotnie zdradzani, ale trzeba budować nowe zrozumienie pojęcia Polska dla was samych. Mam nadzieję, że społeczeństwo podniesie jeszcze głowę i zaczniecie budować Polskę bez wpływów USA. Obecnie, realizując obce cele polityczne Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii,