![]() |
|||||||||||||
|
Edward
Abramowski
IDEE SPOŁECZNE KOOPERATYZMU 1.
Stowarzyszenia i państwo Najdalej idące konstytucje państw demokratycznych, najszerzej pojęte przedstawicielstwa ludowe nie osiągają nigdy i nigdy osiągnąć nie mogą takiego zabezpieczenia wolności człowieka, takiego poszanowania woli jednostki wobec zbiorowości, jaka charakteryzuje stowarzyszenie. W żadnej też formie organizacji państwowej nie znajdziemy takiej łatwości przystosowywania się do warunków i potrzeb życia, do nowo powstających idei i ruchów, jak w stowarzyszeniach. Dlatego śmiało możemy twierdzić, że wobec mnożących się ciągle zagadnień życia ludzkiego, wobec jego rosnącej zmienności, bogactwa typów i kierunków, wobec rozwoju indywidualizmu grup i jednostek, poddających się coraz trudniej pod ogólne normy, typ ten organizacji społecznej, który przedstawiają stowarzyszenia, jest typem przyszłości, dziedzicem nowożytnego Państwa. Owe skromne "ustawy" rozmaitych kooperatyw spożywców, rolnych, kredytowych, na które przyzwyczailiśmy się patrzeć lekceważąco, traktować jako politykę zaściankową małych czynów i małych ludzi, kryją w sobie jednak zarodek nowej myśli politycznej, mogącej wyrugować w przyszłości wszelkie "konstytucje" i "przedstawicielstwa" państwowe jako zbyteczny przeżytek niewoli. Do zrozumienia tego przyjrzyjmy się, jakie są zasady organizacji stowarzyszeń kooperatywnych. Możemy wziąć dla przykładu jakąkolwiek ustawę stowarzyszeń spożywców, pomocy wzajemnej, robotniczych lub innych, rozgałęzionych na zachodzie Europy, wszędzie zobaczymy tę samą budowę konstytucyjną, zastosowaną tylko do rozmaitych celów. A więc przede wszystkim, władza prawodawcza stowarzyszeń należy do ogółu członków, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Tylko uchwały zgromadzenia ogólnego, przyjęte większością głosów, mają moc obowiązująca dla stowarzyszenia. Uchwały te są w ciągłej zależności od woli swych twórców i jeżeli, po pewnym czasie okażą się niedogodne, zgromadzenie następne może je usunąć i zastąpić innymi. W tworzeniu uchwał, ich doskonaleniu i krytyce mogą brać udział wszyscy członkowie. Prawo inicjatywy prywatnej jest tutaj nieograniczone: każde uzdolnienie i energia osobista, każda idea w czyimś umyśle wyrosła i rozwinięta, może znaleźć dla siebie odpowiednie pole twórczości i mocą przekonywania wejść w życie stowarzyszeń. Prawodawstwo, jeśli można ten termin państwowy zastosować do zrzeszeń wolnych, jest tutaj w ciągłej styczności i w ciągłym uzależnieniu od potrzeb i od przekonań tego ogółu, dla którego powstaje i działa. Władza
wykonawcza, tj. zarząd i administracja stowarzyszenia, jest wybierana
przez zgromadzenia ogólne na czas ograniczony i zostaje pod dwojaką kontrolą
stowarzyszenia; pod kontrolą zgromadzenia ogólnego, któremu musi przedstawiać
szczegółowe sprawozdanie ze swej działalności, oraz pod kontrolą komisji,
wybranej w tym celu przez zgromadzenie. Rola zarządu jest zazwyczaj ograniczona
do wykonywania i tych zadań, które stanowią stałą funkcję stowarzyszenia.
O ile by zaś stowarzyszenie przekonało się, że wykonywanie to nie zgadza
się z duchem jego uchwał i dążeń, może w każdej chwili poddać je surowej
krytyce i zmienić skład zarządu. Pomiędzy
stowarzyszeniem a państwem, choćby najbardziej demokratycznym, zachodzi
jednak różnica zasadnicza i niezmiernego znaczenia dla przyszłości społecznej.
Oto ta mianowicie, że stowarzyszenie jest dobrowolnym związkiem ludzi,
tworzącym się na mocy naturalnej wspólności potrzeb, państwo zaś - organizacją
terytorialną - przymusową, prawem ziemi, które owłada człowiekiem dlatego,
że na niej zamieszkał. Nie daje ono nigdy swoim obywatelom swobody uchylania
się od jego praw i rozporządzeń, swobody dobrowolnego należenia lub nienależenia
do jego organizacji. Prawdziwa wolność jednostek staje się tutaj nieziszczalną
nigdy utopią. Nawet w państwach najbardziej demokratycznych rozstrzyga
tylko prosta większość przedstawicieli lub samego ludu, i mniejszościom,
bardzo poważnym nawet, mogą być narzucone ustawy w najwyższym stopniu
dla nich niedogodne; pomimo to muszą one pozostać w ramach wspólnej organizacji,
stosować się do rozporządzeń i ponosić wspólne ciężary. Wszystko
to sprawia, że nawet najbardziej demokratyczne państwo staje się coraz
mniej zdolne do rozstrzygania zmiennych, różnorodnych i przeobrażających
się szybko zagadnień społecznych. Zagadnienia te, mnożąc się z postępem
historii, wymagają organizacji giętkiej, uduchowionej, gdzie byłoby jak
najmniej rutyny i szablonu, a jak najwięcej swobodnego rozumowania i przyrodzonego
doboru. Znajdują zaś taką organizację w stowarzyszeniach. Występują zaś tutaj nie tylko dwie różne organizacje społeczne, lecz także dwie różne idee, dwa różne kierunki ducha ludzkiego: jeden, który pragnie życie skrępować ustawą i podać jego przyrodzoną rozmaitość normom przymusowym, a jednolitym - i drugi, który pragnie ustawę uczynić podległą życiu, uzależnić ją i przystosować do zmienności i bogactw typów ludzkich, do tego, co wobec niej jest istotne, pierwsze i zwierzchnicze. 2.
Kultura demokratyczna I oto przed każdym, kogo dotknął nowy powiew myśli, zjawia się zagadnienie osobistego życia, jego uzdrowienia, uszlachetnienia; zjawia się niezwalczony, konieczny postulat, że nowy świat społeczny wymaga nowych ludzi. Z
natur niewolniczych nie mogą powstać instytucje wolnościowe. Z rabusiów
i pasożytów społecznych nie może powstać demokracja. Z ludzi goniących
tylko za zyskiem, lub zbytkami nie może narodzić się sprawiedliwość społeczna.
Nawet wtedy, gdybyśmy, odwracając zagadnienie, twierdzili, że same instytucje
polityczne nowego typu zdołają uszlachetnić ludzi i uzdrowić życie, nawet
wtedy pozostaje nienaruszone pytanie, jakie siły zdołają te instytucje
wydobyć z nicości, zorganizować, utrzymać i duchem ożywić ? Skąd wezmą
się te zastępy jednostek, zdolnych do tworzenia rozwoju społecznego, te
masy o rozwiniętym sumieniu człowieka i obywatela, bez których demokracja
polityczna jest tylko fikcją, nazwą bez treści, pobielanym grobem faryzeuszów?
Jeżeli lud szwajcarski z takim logicznym uporem broni swych urządzeń demokratycznych wobec różnych roszczeń rządu centralnego, jeżeli potrafił rozszerzyć je do najdalszych granic wolności politycznej, to pamiętajmy o tym, że jego obrona demokracji była to obrona swego własnego życia. Konstytucja polityczna, którą stworzył, posiada swą przyrodzoną, szeroką podstawę: tysiące najrozmaitszych zrzeszeń, kół i związków; tysiące samorodnych organizacji gospodarskich, handlowych, robotniczych, kulturalnych; zwyczaje demokratyczne, zwyczaje równości i poszanowania człowieka, zakorzenione w całej cywilizacji tego ludu; przyzwyczajenie i zdolność do samodzielnego załatwiania swoich spraw i potrzeb zbiorowych; silnie rozwinięte sumienie obywatelskie i nierozłączna z tym nieufność do biurokracji. Wszystko to stanowi kulturę demokratyczną, pierwszy a niezbędny warunek demokracji i samodzielności politycznej. Lud Polski takiej kultury nie ma dotychczas. Nie jest to społeczeństwo nowoczesne, zorganizowane w różnorodne zrzeszenia i związki wolne, lecz do niedawna jeszcze, zbiorowisko luźnych jednostek, wyczekujących, jakie reformy będą mu dane, w jakim nowym łożysku państwowym każą popłynąć jego życiu. Nie mając własnych instytucji społecznych, które by mógł dalej rozwijać i doskonalić, oczekiwał tylko na reformy policyjne. I ten zanik samodzielności tak głęboko wsiąknął w charakter narodu, że nawet umysły przodujące, programy partii i stronnictw, nie mogły zdobyć się na żadne inne postulaty społeczne, jak tylko takie, które zawierają się w formułce "czego żądać od państwa". Przyzwyczailiśmy się uważać siebie za materiał, z którego ktoś inny urabia rozmaite formy; przy każdej sposobności ofiarowaliśmy siebie: "zróbcie z nas to lub owo; zróbcie z nas społeczeństwo konstytucyjne, demokratyczne lub społeczno-demokratyczne; zreformujcie nam szkoły i szpitale; ochrońcie przed nędzą i wyzyskiem". Cała mądrość polityczna zawierała się w tych prośbach czy żądaniach reformy. Wszystkie ideały chyliły się przed tym jednym: Państwa-Opatrzności. Ono miało za nas myśleć i działać, miało nas karmić, uzdrawiać, chronić. I to się nazywało u nas "demokracją". Na drodze takiej polityki mogło jednak wytworzyć się wszystko inne, tylko nie demokracja. Demokracja wymaga przede wszystkim silnego poczucia i instynktu samopomocy społecznej. Wymaga ludzi, umiejących nie tylko żądać reform od państwa, lecz przeprowadzać te reformy za pomocą swoich własnych instytucji. Wymaga umiejętności samodzielnego organizowania interesów społecznych. Wymaga rozwoju stowarzyszeń, zagarniających rozmaite dziedziny gospodarstwa, kultury, ochrony pracy i zdrowia. Wymaga wreszcie silnego indywidualizmu człowieka, wyrobionej potrzeby urządzania swego życia według własnej normy i poszanowania tej samodzielności u innego. Bez tych warunków moralnych i społecznych demokracja wytworzyć się nie może. Jeżeliby nawet w komitecie ministrów lub Dumie, wypracowane były jak najdalej idące reformy; jeżeli byśmy nawet otrzymali instytucje samorządu politycznego oparte na powszechnym głosowaniu, to zamieniłyby się one niechybnie w rządy urzędników i przedstawicieli z wyrobów, zcentralizowałyby się gdzieś daleko poza ludem, przystosowując się najzupełniej do niedojrzałości demokratycznej społeczeństwa... gdyby praca tworzenia demokracji od dołu tej wolnej demokracji stowarzyszeń, została przez nas zaniedbana. Tworzenie demokracji przez samo społeczeństwo, tworzenie jej istoty, jej sił wewnętrznych jest to zarazem uzdrowienie życia i wyzwolenie moralne ludzi. Tam gdzie rozwijają się instytucje samopomocy, kooperatywy, spółki włościańskie i związki zawodowe, gdzie powstają samodzielne ogniska oświaty i kultury, tam jednocześnie zachodzić muszą i zachodzą głębokie zmiany w zwyczajach i w duszach ludzkich, w wychowywaniu dzieci, w higienie fizycznej i moralnej, w pojmowaniu zadań życia i szczęścia. Przede wszystkim ludzie tworzą wtenczas sami warunki swojego bytu. Od ich zdolności, energii, ofiarności zależy to wspólne dobro, którego stowarzyszenie poszukuje. W życiu jednostki zjawiają się cele, których nie było; zjawia się uczucie samodzielnego tworzenia i solidarności międzyludzkiej. Zanikają nie tylko przeżytki duszy niewolnika, ale i duszy nowożytnego "geszefciarza", nie pojmującego zysku bez krzywdy. Powstają nowe kategorie rozkoszy moralnych i towarzyskich, które wypierają bezmyślną nudę zbytków, rozpusty i pijaństwa. Słowem, tworzy się nowa kultura i nowy typ człowieka, który wyróżnia zasadniczo społeczeństwo demokratyczne. Członek stowarzyszeń wolnych jest to typ, który życie tworzy siłami swego umysłu, charakteru, serca i jest to obywatel demokracji. Zaś jednostka, chodząca luzem, w stadzie, jest to bierny pionek w rękach biurokracji i przywódców partyjnych, niewolnik warunków życia i typ społeczeństwa niewolniczego. Te dwa zasadnicze rysy określają całą różnice psychologiczną i moralną, przystosowują do siebie pojęcia, uczucia i sumienie, potrzeby i tryb życia, pragnienia i ideały. Typ demokratyczny pożąda przede wszystkim wolności tworzenia, typ niewolniczy - "chleba i igrzysk", pierwszy próbuje sam doskonalić i ulepszać swoje życiem drugi żąda tego od państwa. W
typie demokratycznym zanika potrzeba jałowych narzekań i utyskiwań, znika
rozterka między indywidualnością a warunkami, między ideałem, piastowanym
w umyśle, a życiem rzeczywistym, gdyż członek stowarzyszeń wolnych ma
możność tworzenia swego życia i przystosowywania warunków do swojej indywidualności.
Wytwarza się tutaj doskonała jedność myśli, uczucia i czynu, warunek zdrowia
i pełnego rozwoju jednostki. W tym przeobrażeniu moralnym człowieka - z niewolnika na wolnego twórcę życia - widzi kooperatyzm swoje najważniejsze zadania, głęboką istotę szerzonej przez się kultury demokratycznej. Każda
kooperatywa spożywców, każda spółka włościańska lub związek zawodowy staje
się żywym ogniskiem i szkołą tej kultury, gdzie ludzie uczą się swymi
czynami nowej nauki wolności. Ci, którzy dotychczas korzystali tylko z
rozkazów swoich przełożonych lub z jałmużny swych dobroczyńców, rządzeni
i cywilizowania na czyjąś modłę, tutaj w kooperatywie i związku, sami
muszą radzić i decydować o wszystkich sprawach: o warunkach swego najmu,
o gospodarce w swoich kasach, warsztatach i sklepach, o potrzebach swoich
szkól, bibliotek, szpitali, ochron. Muszą nie tylko radzić nad tym, ale
i tworzyć to wszystko, ukształcać instytucje, przystosowywać je do swoich
żądań i charakterów, wkładać w nie własną inicjatywę, zapał tworzenia,
wytrwałość. Instytucja społeczna przestaje wtedy gnębić człowieka, staje
się posłusznym w jego ręku narzędziem, pozwala mu być twórcą. 3.
Idea wyzwolenia W społecznej - były czasy "utopii", kiedy wierzono, że socjalizm ma być dziełem ludzi "dobrej woli", wyzwoleniem pracujących "przez nich samych", tworzeniem swobodnym nowego życia, przez samą moc ideału, siłą przykładów żywych, które zjawiać się będą jako oazy wyzwolenia na pustyni kapitalistycznego świata wyzysku i niewoli. Wierzono wówczas także, że socjalizm to nie tylko wolność ekonomiczna, zapewniająca każdemu dobrobyt i równość praw, ale także wolność, nieograniczona wolność narodów, grup i człowieka, zniesienie wszelkiego przymusu, wszelkiej przemocy zbiorowości nad jednostką, kodeksu nad żywą myślą i sercem. Wierzono również w to, że zadaniem jego jest nie tylko przekształcenie stosunków pomiędzy ludźmi, ale i przekształcenie samego człowieka przez narodzenie się w jego duszy - nieśmiertelnej religii braterstwa. Potem nadeszły czasy polityki realnej. Dzieło ludzi "dobrej woli" stało się dziełem "dyktatury proleteriatu", a później parlamentu socjaldemokratycznego. Wspólność ekonomiczna wolnych komun przeobraziła się na przymusowe "upaństwowienie", a państwowe monopole wódczase, tytoniowe, kolejowe, pocztowe itd. Stały się jedynym spadkobiercą i przykładem żywym "wyzwalającego komunizmu". Obwieszczono je jako nowe tory, po których ewolucja zdąża ku wyzwoleniu, a ponieważ przykłady były niezbyt zachęcające, obiecywano je uszlachetnić i wydoskonalić przez zdemokratyzowanie państwa, zwalając wszystkie jego wady na brak powszechnego głosowania. Owo głosowanie stworzyć ma prawdziwe przedstawicielstwo ludowe; przedstawicielstwo to, jako nieograniczony zwierzchnik wszystkiego zadeklaruje upaństwowienie przemysłu, rolnictwa, handlu, wychowania, oświaty, podziału zajęć i podziału wytworów i odda to wszystko do przeprowadzenia rozmaitych ministeriom ludowym, nowej policji o barwach rewolucyjnych. Przy takim postawieniu sprawy wyzwolenia - "wolność" okazała się oczywiście rzeczą niebezpieczną, często reakcyjną (jak np. francuskich kongregacji), hasłem "burżuazyjnym", które nie może decydować w ludowym państwie pracy. "Braterstwo" stało się jeszcze bardziej niebezpieczne jako klerykalno-chrześcijański środek do uśpienia antagonizmów klasowych, zaś jak ideał stało się zbyteczne wobec braterskich kodeksów przyszłego państwa ludowego. I tu zaczyna się tragiczna, a zarazem śmieszna agonia dawnych wierzeń, nielitościwa dialektyka tezy, która sama siebie pożarła: wyzwolenie, dochodzące do rozszerzenia niewoli, i jego bojownicy w parlamencie francuskim, dyktujący prefektom policji najskuteczniejsze przepisy tropienia zakazanych stowarzyszeń religijnych i wolnego nauczania. W historii indywidualno-psychicznej socjalizmu, w dziejach, które przeżywa w duszy swego wyznawcy, odbywa się proces podobny. Ponieważ hasła społeczne głoszą, że sprawiedliwość i kolektywizm mają być dziełem nowego państwa ludowego, przeto dopóki tego państwa nie ma, utopią i bezpłodnym macierzyństwem byłoby tworzyć w obecnych warunkach życia wzory sprawiedliwości i kolektywizmu. Wyznawca ideału, zamiast zaprzątać sobie głowę reformowaniem stosunków ludzkich, powinien przystosować się do stosunków istniejących i wszystkie swoje siły skierować tam, gdzie się buduje nowe państwo, tj. ku walce politycznej, wyborczej, parlamentarnej lub innej: powinien wyzyskać wszystkie gorycze nienawiści, plugastwa życia, wszystkie praktykowane w dzisiejszym społeczeństwie sposoby walki i panowania, ażeby z tej pracy rewolucyjnej wyszedł nareszcie ów oczekiwany, wszechpotężny "rząd wyzwolicielski". Na ten czas trzeba wyrzec się w praktyce swoich "idealnych" uprzedzeń do państwa burżuazyjnego i korzystać ze wszystkich jego środków do zwalczania przeciwników. Trzeba z umiarkowaniem i "dialektycznie" wygłaszać zasadę wolności, ażeby umieć przerobić ją zręcznie na knut dla reakcyjnych wrogów; trzeba przemilczać dyskretnie niebezpieczne postulaty poszanowania człowieka i braterstwa ludzi, gdyż polityka realna wymagać będzie na każdym kroku wyszydzania tych utopii. Tym sposobem wytwarza się uprawnione, podniesione do znaczenia mądrości politycznej okłamywanie idei, rozterka pomiędzy ideowością wyznawaną a sumieniem i życiem. Wytwarza się nowy gatunek ludzi - apostołów obłudy i jej nieświadomych wyznawców. Któż nie zna ludzi, wyznających szczerze zupełnie ideały sprawiedliwości społecznej i braterstwa, a jednocześnie korzystających najspokojniej w świecie ze wszystkich arkanów i dogodności życiowych sądownictwa, policji i giełdy, ludzi protestujących weksle, wszczynających rozprawy cywilne, donoszących policji o kradzieżach, bez względu na to, jaka i jakiego rozmiaru klęska i nędza czyjaś będzie wynikiem tych niewinnych, prawnych, papierowych formalności? Któż nie zna przeciwników wyzysku, czcicieli idei poszanowania człowieka, a jednocześnie obarczających służbę domową całodzienną pracą, tłumiących brutalnie indywidualność dziecka i dobijających się wyższych szczebli w hierarchii społecznej? To wszystko nie przeszkadza temu, że w rozmowach, na zebraniach lub w pismach potępia się gorąco rozmaite nikczemności ustroju kapitalistycznego, że wierzy się rozumowo w mające nadejść przeobrażenia społeczne, że ze wzruszeniem odczytuje się "Nędzników" Hugo, "Odrodzenia" Tołstoja, zalecając je jako książki do propagandy moralnej służące. W młodości było inaczej. Każda idea nowa, która wtedy wchodziła do umysłu, stawała się oblubieńcem duszy całej; kładło się pod jej stopy wszystkie daty życia, wszystkie korzyści, rozkosze i cierpienia. Była ona nie tylko postulatem rozumu, ale i sumienia, nie tylko widmem przyszłości, ale i prawdą żywą, podług niej chciało się żyć i działać. Dzień życia był jej dniem. Polityka jednak zrobiła swoje, stworzyła starość. Nadchodzi doba dojrzałości i owe piękne, tętniące krwią prawdziwą, wierzenia zamieniają się w skostniałe, martwe pojęcia, które życiem osobistym człowieka nie rządzą i nic w nim nie tworzą. Zamknięte w sferze czysto umysłowej ożywają się wtedy tylko, gdy trzeba dowodzić i mówić o polityce; w głębinach zaś duszy, w tym, co tworzy życie codzienne, w woli i sumieniu praktycznym stare, znienawidzone teoretycznie idee zapanowują zupełnie, natrząsając się cicho ze swoich poprzedników, ze zbankrutowanych ideałów młodości. I oto człowiek staje się podobny do tych więzień francuskich, na których wielkimi zgłoskami stoi napisane - "wolność, równość, braterstwo". Ten typ obłudy rozwija się zresztą w ludziach przez samo wychowanie i trzeba wielkiej siły młodości, ażeby wpływy te umiała przezwyciężyć. Przypomina mi się widziany kiedyś w jednej z galerii obraz; Chrystus przemawia do tłumu, z oczami pełnymi wizji swojego królestwa; a poza nim stoi małpa, która przedrzeźnia i komentuje jego słowa; w twarzach ludzi widać budzące się pomieszanie, rozterkę, niepokój; widać, że małpa zaczyna działać, a niektórymi owładnęła już zupełnie. Przez cały czas "wychowania" dzieję się to samo. Dochodzą ku nam legendowej piękności słowa, którymi nawet przeróbki katechizmowe nie mogą odjąć siły i czaru, wersety nieśmiertelnego "kazania na górze" o oddawaniu bogactw, o sądach o potępianiu, o bezcelowych troskach dnia, o tych, co nie mają mieć swoich książąt, o jedynym przykazaniu miłości i braterstwa, o jednym grzechu - krzywdzie. Lecz poza tym stoi zawsze małpa, stoją ludzie trzeźwi, praktyczni, którzy komentują nam te słowa i starają się je pogodzić z wymogami życia, na ich modłę pojmowanego; komentują w taki sposób, że krzywda staje się prawidłem, normalną atmosferą sumienia, a braterstwo - jałmużną. Ta
sama "małpa" wpływa także i później, a wpływa jeszcze skuteczniej.
Kiedy jasna postać Nazarejczyka usuwa się sprzed oczu naszych, a na jej
miejsce zjawiają się wizje nowoczesnej sprawiedliwości, porywając za sobą
wszystkie młode uczucia i pragnienia, kiedy zapatrzeni w ten umiłowany
wzór Odrodzenia postanawiamy urzeczywistnić jego piękno w życiu otaczającym,
wtedy także zjawia się owa "małpa" praktyczna i rozumowo stara
się nas przekonać, że Odrodzenie nasze możliwe jest tylko w przyszłości,
w innym ustroju społecznym, że tylko nieuk, utopista, nie znający materialistycznego
pojmowania dziejów, może myśleć o przeobrażeniu swojej moralności wtedy,
gdy trwają społeczne i ekonomiczne podstawy starej, że na wet powinnyśmy,
nie chcąc wejść na zgubną drogę utopii, pozostać wyznawcami moralności
tego ustroju, w jakim żyjemy, przystosować do niego swoje osobiste życie,
aby mieć siłę głoszenia ideałów. Tak
się przedstawia owa smutna historia radosnego ideału. Chcąc w jednym obrazie
scharakteryzować losy idei odrodzenia społecznego, można by powiedzieć,
że trzyma ją w niewoli Lewiatan Hobbesowski, Lewiatan stugłowy i sturamienny,
gnieżdżący się wygodnie we wszystkich starczych nałogach życia, we wszystkich
plugastwach, jakie przemoc zrodziła w duszach ludzkich, we wszystkich
nienawiściach, jakie poczęła niewola. Ma on wiele różnych imion i masek.
Nazywał się Cezarymem rzymskim, Teokracją, Inkwizycją świętą, Jakobinizmem,
Konwentem republikańskim, a dziś nazywa się dyktaturą proletariatu i ludowym
państwem pracy. Ten sam, nieśmiertelny, wielolicowy. 4.
Wiedza radosna Dalej mówi ona to jeszcze: Pozwólcie, aby dusze wasze przyjęły w sposób prosty i jasny ową pradawną idee "braterstwa ludzi", jeżeli chcecie odnaleźć cel i piękno życia, jeżeli chcecie w sobie samych dojść do rzeczy wiekuistej. Idea ta nie znosi teorii i rozumowania, jest większa niż rozumowanie. Bierze się ją bezpośrednio, jako dar nie mający swej ceny ani nagrody. Właściwością jej wyłączną, której żadna inna nie posiada, jest to, że jednocześnie musi być życiem i wejść do wszystkich najprostszych stosunków ludzkich, nie mając żadnych zastrzeżeń i pęt warunkowych, nie będąc służebnicą żadnych celów innych, korzyści osobistych lub dążeń społecznych. Musi być jak najzupełniej wolna i być wykonywana przez wolne tworzenie życia. Wtedy tylko jest ona sobą i daje poznać swoje prawdziwe oblicze, wyzwalając człowieka od osobistych trosk, obaw i nędzy. Zwracając jednostce utraconą godność twórcy życia, zmieniamy jednocześnie i dotychczasowe postulaty polityki społecznej. Zamiast oczekiwać, aż zjawi się nowy Mesjasz - państwo ludowe - które w kadry swej biurokracji ujmie wszelkie zagadnienia i reskryptami będzie zaprowadzało równość i braterstwo, tępiąc, na dawny sposób, nowego buntownika - reakcję, stawiamy tworzenie "świata przyszłości" jako zadanie dzisiejsze, aktualne, wolne, zadanie ludzi "dobrej woli". W tym pojmowaniu życia jako wolnego aktu braterstwa ludzi zawiera się cała idea kooperatyzmu. W istniejącym społeczeństwie kapitalistycznym są warunki, siły i formy, które umożliwiają budowanie nowego społeczeństwa, opartego na wspólności ekonomicznej i demokracji pracujących. Są to przede wszystkim kooperatywy spożywców, które oddając w ręce zrzeszonego ludu rynek i kapitały kupieckie, pozwalają mu stawać się stopniowo właścicielem warsztatów, fabryk, kopali, folwarków - jako kolektywnej własności stowarzyszonych. Kooperatywy te, otwarte dla wszystkich, wymagające dla własnego interesu, nieograniczonego rozszerzania się, naturalne nieprzyjaciółki monopolu, urzeczywistniają ideał "unarodowienia", zamieniają pracujących na współwłaścicieli wszystkich przedsiębiorstw, przystosowują produkcję do interesów ogółu spożywców, z "nadwartości" czynią wspólną wartość stowarzyszonych, dają ludowi samorząd gospodarczy. To co je różni od tego "unarodowienia" państwowego, z którym zżyła się myśl nasza, jest to jedno tylko, że nie odbywa się ono przymusowo, pod komendą biurokracji, lecz swobodnie, mocą naturalnego interesu ludzi i mocą samej idei, że, urzeczywistniając wspólność ekonomiczną, nie zabija jednocześnie wolności, ducha inicjatywy, samopomocy, dzielności osobistej, lecz przeciwnie, wymaga tego wszystkiego, rozszerza, wzmacnia, zaszczepia, tworzy nie tylko demokrację, ale i prawdziwych demokratów, to jest ludzi samodzielnych. Są także kooperatywy rolne, włościańskie, które w połączeniu z kooperatywami kredytu dążą do naturalnego przeobrażenia samolubnych gospodarstw chłopskich, borykających się nieustannie z nędzą - w gospodarstwa zrzeszone, kulturalne. Zaczynają one od wspólnego posiadania narzędzi rolnych i przechodzą w dalszym swoim rozwoju do wspólnej produkcji mleczarskiej, owocowej, hodowlanej, podejmują wreszcie zadanie wspólnej sprzedaży zboża i wspólnych młynów, a idąc po tej drodze, siłą naturalnych interesów drobnych posiadaczy, osiągają dla nich wyższą kulturę ekonomiczną i dobrobyt, złączonych ściśle z coraz dalej rozszerzającym się zrzeszeniem różnych stron gospodarstwa wiejskiego. Czyli, że wchodzą w kolektywizm rolny, w kolektywizm, który nie niszczy wprawdzie indywidualnych zagród włościańskich, nie przemienia ich gospodarstw w folwarki państwowe "kolonizowane", lecz pomimo to jest istotnym kolektywizmem, w jego demokratycznym, wolnościowym znaczeniu, albowiem daje wszystkie korzyści techniki gospodarskiej wielkich folwarków, umożliwia masom włościańskim osiągnięcia jak największej kultury rolnej i ekonomicznej, na zasadzie nie walki rynkowej, majoratów i parcelacji, lecz na zasadzie zrzeszenia i solidarności. Są takie syndykaty robotnicze, w których tworzyć się zaczyna ten nowy ustrój przyszłości. Wytworzyły one instytucję zbiorowego kontraktu najmu, która gwarantuje nie tylko robotnikom zabezpieczenie od kapitalistycznego wyzysku, ale także daje im pewien udział w rządzeniu przemysłem i zmusza do uwzględnienia, w sprawach przemysłowych, interesów specjalnie robotniczych. Syndykaty nie poprzestając na tym, dążą jeszcze do tego, aby się stać zupełnymi gospodarzami swego fachu, ażeby przeobrazić się na spółki, które przyjmują od przedsiębiorcy całkowitą robotę na umówionych warunkach, lecz całe zorganizowanie tej roboty, wewnętrzny podział płac i zajęć należy do syndykatu. W tej zaś roli syndykat pragnie urzeczywistnić komunistyczną równość, znieść hierarchie robotnicze, nierówności zarobków nie odpowiadające skali pracy, i cały zarobek swój kolektywny, jako spółki, dzielić równo pomiędzy wszystkich. Tym sposobem, przemysł kapitalistyczny przejdzie w ręce nowych administratorów i gospodarzy samodzielnych spółek robotniczych, rządzących się zupełnie nową zasadą życiowego braterstwa; wytworzą się te realne podstawy, wyłonione z samej klasy pracującej, na których oprzeć się będzie mogła nowa organizacja gospodarstwa społecznego. Z tych to ognisk życia tworzyć się będzie przyszłość, przyszłość tego świata, który ma człowieka wyzwolić przez braterstwo. Zapewne, że junkierskie ideały koszar społecznych, zbawianie ludzkości metodą jakobinów, wymarzone dyktatury parlamentów ludowych długo jeszcze uciemiężać będą niewolnicze mózgi, znękane dusze tych, którym życie nie pozwalało zobaczyć i umiłować piękna wolności i mocy twórczej człowieka. Ale równie pewne, jest to, że "wiedza radosna" znajdzie także swoich apostołów i wyznawców, że obok polityki "upaństwawiania" stworzy swój świat młody i żywy - instytucji uzdrawiających życie i ludzi umiejących je tworzyć. |
||||||||||||
|
|
|||||||||||||
|
wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwaaasww[strona główna] [biografia] [bibliografia] [artykuły] [pisma] [odnośniki] |
|||||||||||||