Wybór publicystyki Poznańskiej Koalicji Antywojennej z roku 2006

Wybór publicystyki Poznańskiej Koalicji Antywojennej z roku 2006

  • poniedziałek, 02 marzec 2009
ZROZUMCIE DLACZEGO IRAK STAŁ SIĘ KATASTROFĄ Kilkunastu demokratów i nawet niektórzy republikanie przyznali, że sposób, w jaki obecnie wojna w Iraku jest prowadzona prowadzi do klęski. Pojawiły się głosy nawołujące do pozbawienia Rumsfelda funkcji sekretarza stanu. Oczywiście Pentagon prowadząc wojnę popełnił poważne błędy. Od samego początku, kiedy rozpoczęła się grabież armia nie miała żadnych planów w kwestii zaprowadzenia porządku w kraju. Jest faktem, że ani Rumsfeld ani nikt z Departamentu Obrony nie miał przygotowanych żadnych planów dotyczących dalszych działań po podboju kraju. Uważa się, że rozwiązanie armii irackiej jeszcze bardziej przyczyniło się do wybuchu chaosu i przemocy. Wielu obserwatorów łącznie z tymi, którzy silnie popierali przygotowania do inwazji i samą inwazję uważa, że brak wystarczającej ilości żołnierzy jest główną przyczyną niepowodzeń w dławieniu powstania. Rumsfeld, który opowiedział się raczej za zwiększeniem zależności od techniki zamiast za zwiększeniem ilości żołnierzy przeciwstawiał się nawoływaniom o przysłanie więcej żołnierzy. Bez wątpienia braki w planowaniu i błędne oceny przyczyniły się do rozwoju powstania.

Wielu ekspertów uważa, że do wzrostu liczby i siły ataków przyczyniła się wprowadzona zła taktyka operacji anty-powstańczych. Przekonują oni, że mało czasu poświęcono działaniom mającym na celu pozyskanie serc i umysłów lokalnych mieszkańców. Strzelanie i zadawanie pytań może być dobrą taktyką na wstępnym etapie, jednak budzi ona gniew i nienawiść zwłaszcza, gdy są ranione lub zabijane kobiety i dzieci. To czy możliwe jest pozyskanie mieszkańców pozostaje kwestią sporną. Koalicja nie okupowała zamieszkałej przez Kurdów północy a pomimo to Kurdowie w dalszym ciągu w ogromnym stopniu wspierają Amerykanów. Niektórzy z szyitów, którzy cierpieli za rządów Saddama początkowo z radością powitali jego obalenie przez władze koalicyjne. Do tej pory część z nich nadal popiera siły koalicyjne. Żołnierze brytyjskiego kontyngentu, który znajdował się głównie na południu szyickim przechwalali się, że są w stanie chodzić patrole bez hełmów i utrzymują dobre stosunki z mieszkańcami. Jednak ta sielanka zakończyła się i od dłuższego czasu południe nie jest spokojne. Jednak nadal poziom ataków na tych obszarach jest mniejszy niż na obszarach zamieszkałych przez sunnitów. Kwestią otwartą, co do odpowiedzi pozostaje czy sukces okupacji na południu można przypisać lepszym działaniom mającym na celu pozyskanie ludności, czy też temu, że ludność ta więcej zyskała niż straciła po obaleniu rządów Saddama Husajna. Prawdopodobnie obie te odpowiedzi są prawdziwe: ale jak to widzimy zwiększa się liczba ataków na obszarach zamieszkałych przez sunnitów, a czołowe osobistości z obu odłamów nawołują do walki przeciwko okupantom.

W części kraju zamieszkałej przez sunnitów ataki nigdy nie ustały. Sunnici od początku przeciwstawili się z cała siła okupantom, którzy obalili ich przywódcę Saddama Husajna. Niezależnie od tego jak bardzo armia by się starała nie ma zbyt wielkich szans na pozyskanie ser i umysłów mieszkańców.

Kolejna szkoła myślenia twierdzi, że Irakijczycy nie są przygotowani do życia w warunkach demokracji. Nigdzie w ich historii nie ma informacji by zgadzali się oni na kompromis i pozwolili innym na sprawowanie ograniczonej władzy, co jest charakterystyczne dla demokracji. Większość krajów, w których istnieją liczne grupy etniczne, plemienne, religijne mają kłopoty z życiem w warunkach demokracji. Jest rzeczą zwyczajną, jeżeli jedna z tych grup przejmie władzę i będzie ją sprawowała nad innymi. Jednym z nielicznych krajów, gdzie możliwe było istnienie społeczeństwa wielonarodowego jest Szwajcaria. Osiągnięto to dzięki przekazaniu większości kompetencji kantonom, podczas gdy rząd centralny sprawuje nadzór na polityka zagraniczną i obrony. Irak jest zamieszkały przez różne grupy etniczne, największą z nich są szyici, którzy w przeszłości byli zdominowani przez sunnitów. Z powodu napięć i ciągłych konfliktów funkcjonowanie demokracji jest nieprawdopodobne. Tylko rząd federalny z słabą władzą będzie wiarygodny.

Obwinianie za chaos w Iraku błędy w planowaniu, zastosowanie nie właściwej strategii ma podobny efekt jak twierdzenie niektórych marksistów, że upadek komunizmu Związku Radzieckim był spowodowany błędnymi posunięciami. W ten sposób nigdy nie dotrzemy do źródła problemu: tej wojny nie można było wygrać, bo była kolosalnym błędem.

Podczas gdy wszystkie wymienione powyżej czynniki tylko powiększyły trudności okupacji ignoruje się podstawowy czynnik; to, że Irak jest okupowany przez obce potęgi. One nie tylko różnią się pod względem narodowości, ale także religii. Siły okupujące Irak w przeważającej większości składają się z chrześcijan, podczas, gdy prawie większość mieszkańców Iraku stanowią muzułmanie. W oczach wielu muzułmanów, jeżeli nie większości obecna wojna stanowi nowoczesną wersję krucjaty. Chociaż dla wielu mieszkańców zachodu a zwłaszcza Amerykanów krucjaty są tylko wydarzeniami starożytnej historii, które nie mają związku z obecnymi czasami muzułmanie twierdzą, że jest inaczej. Uznali oni stworzenie państwa izraelskiego za kolejną próbę zachodu zajęcia Ziemi Świętej tym razem przy wykorzystaniu Żydów jako narzędzia. Muzułmanie byli świadkami ekspansji państwa Izraelskiego, które posunęło się poza granicę jego pierwotnego obszaru zajmując ziemie palestyńskie. Ostatnia inwazja na Irak potwierdza ich przekonanie, że są świadkami inwazji chrześcijan i wyznawców judaizmu na Bliski Wschód.

Niektórzy ewangeliccy chrześcijanie popierają pogląd, że powstanie żydowskiej wielkiej Palestyny przyniesie koniec świata i że ci spośród chrześcijan, żydów oraz muzułmanie, którzy się temu opierają pójdą do piekła. Z tego powodu ci fundamentaliści popierają rozwój izraelskiego osadnictwa na Zachodnim Brzegu. Dla muzułmanów działania tego rodzaju grup są dowodem na to, że Amerykanie najechali Irak po to by podporządkować sobie muzułmanów, którzy opierają się państwu żydowskiemu i jego działaniom mającym na celu okupację ziemi świętej.

Większość Amerykanów i świeckich mieszkańców zachodu trudno zrozumieć uczucia żywione przez muzułmanów w stosunku do okupacji. Historia brytyjskiej okupacji Iraku pokazuje, że utrzymanie tego kraju jest krwawym i kosztownym przedsięwzięciem. Kiedy Brytyjczycy pod koniec pierwszej wojny światowej zaczęli tworzyć Irak mieli do czynienia z silnym powstaniem i ostatecznie wycofali się. Amerykanie idą w ich ślady z tym samym rezultatem - przemoc skierowana przeciwko okupantowi. Wcześniej czy później pójdziemy za przykładem Brytyjczyków i się wycofamy. Im później tak się stanie tym będzie więcej ofiar i więcej ataków. Im szybciej wyjdziemy z tej katastrofy tym lepiej.

Thomas Gale Moore
tłum. Piotr, www.antiwar.com (12 września 2006 r.)
Za indymedia.pl 25-10-2006


PONAD 650 TYS. ZABITYCH I ZMARŁYCH PODCZAS WOJNY

Wskutek wojny od 2003 r. zginęło lub zmarło 655 tys. Irakijczyków - podsumowuje raport opublikowany w medycznym piśmie amerykańskim "Lancet". Liczba ta kilkakrotnie przekracza dotychczasowe szacunki oparte na informacjach w mediach. Dlatego wywołała krytykę oraz oskarżenia, że ma spełniać funkcje polityczne przed listopadowymi wyborami. Autor raportu, dr Gilbert Burnham z wyższej szkoły lekarskiej Johns Hopkins Bloomberg, odrzuca te zarzuty, wyjaśniając metodykę badań. Tak więc porównano średnią śmiertelność w Iraku przed 2003 r. ze zgonami w ostatnich ponad dwóch latach - okazało się, że są one trzy razy większe. Po wtóre, od maja do początku lipca br. ankieterzy odwiedzili 1849 domów z 12 810 mieszkańcami, którzy informowali o śmierci najbliższych. Dane raportu ukazują nie tylko ofiary walk zbrojnych, ale również zejścia będące następstwem pogorszenia warunków życia i opieki medycznej. Nawiasem mówiąc, analiza ta stwierdza, że 31 proc. zabitych wskutek przemocy zbrojnej to ofiary operacji przeprowadzanych przez siły koalicyjne.

Liczba podana przez raport dr. Burnbhama może szokować, ale pośrednio uwiarygodniają ją codzienne doniesienia. Od kilku tygodni oficjalnie rejestruje się ok. 100 śmierci w zamachach i strzelaninach, np. we wtorek to dokładnie 96 (60 ofiar wzajemnych rzezi sunnicko-szyickich, 13 zabitych w zamachu na piekarnię na bagdadzkim bazarze i 23 osoby, które zginęły w innych częściach kraju). A już w środę okazało się, że kilku przypadków nie włączono do tego bilansu.

Gwałtowny wzrost śmiertelności nie jest jedynym skutkiem wojny. Jak podał minister ds. imigracji Abdul-Samad Sultan, ponad 300 tys. Irakijczyków zostało zmuszonych do porzucenia domów i ucieczki. Chodzi o ludzi, którzy bali się pozostawać w miejscowościach ogarniętych walkami zbrojnymi, w tym amerykańskimi pacyfikacjami (np. Ramadi) lub zastraszonych szyicko-sunnickimi krwawymi rozprawami. Wystarcza bowiem tylko należeć do jednej z tych wspólnot, by życie stanęło pod znakiem zapytania. Szczególnie groźne są bojówki szyickie. Dlatego chcąc uniknąć śmierci, sunnici coraz częściej zmieniają nazwiska i imiona, aby upodobnić się do szyitów. Jak pisze korespondent AP, sunniccy taksówkarze oblepiają auta szyickimi emblematami i puszczają głośną muzykę szyicką.
Doskwiera nie tylko emigracja wewnątrz kraju. Jak powiedział min. Sultan, od 2003 r. z ok. 30-milionowego Iraku wyjechało do Iranu, Jordanii i Syrii niemal 900 tys. ludzi. Powodem jest lęk o życie i gwałtowne pogorszenie warunków bytowych.

Można się spierać o dokładne liczby ofiar wojny irackiej. Nie zmienia to jednak faktu, że przyniosła ona katastrofę humanitarną

Za www.islam-in-poland.org
12.10.06 r.


I KTO TU JEST TERRORYSTĄ?

Artur Domosławski: Uważa Pan, że Stany Zjednoczone są "czołowym państwem terrorystycznym". Dla Polaków brzmi to dość niedorzecznie. Mógłby Pan to jakoś uzasadnić?

- Stany Zjednoczone są jedynym krajem, które odrzuca decyzje Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Kiedyś robiły to w towarzystwie Envera Hodży i Muammara Kaddafiego, jednak teraz Albania i Libia uznają już decyzje Trybunału, a USA wciąż trwają w wielkopańskiej izolacji.

USA prowadziły w latach 80. wojnę terrorystyczną przeciwko Nikaragui, którą Trybunał potępił i oskarżył USA o "bezprawne użycie siły" - czyli właśnie międzynarodowy terroryzm. Trybunał nakazał USA powstrzymanie się od popełniania zbrodni i zapłacenie ogromnych reparacji. Decyzja została podjęta w dwóch rezolucjach Rady Bezpieczeństwa ONZ - obie USA zawetowały. Za tym poszła eskalacja wojny i terroru, tj. ataki na tzw. miękkie cele, czyli pozbawione zaplecza obronnego cywilne ośrodki: spółdzielnie rolnicze, przychodnie zdrowia. Ten skrajny przejaw międzynarodowego terroryzmu cieszył się notabene poparciem obu partii - Republikanów i Demokratów.
Weźmy skrajniejszy przykład: terrorystyczna wojna USA przeciwko Kubie. Rozpoczęła się krótko po zdobyciu władzy przez Castro, za rządów prezydenta Eisenhowera, a za Kennedy'ego była prowadzona z jeszcze większym nasileniem. Kennedy zorganizował operację "Mangusta", będącą w jednoznaczny sposób operacją terrorystyczną. Kierował nią brat prezydenta Robert, prokurator generalny USA. W ramach "Mangusty" agenci CIA wysadzali zakłady petrochemiczne, zatapiali statki rybackie, podkładali bomby w hotelach - w zamachach zginęły setki ludzi. Jak twierdzi Arthur Schlesinger - historyk, doradca prezydenta Kennedy'ego i biograf jego brata Roberta - jednym z głównych priorytetów było zesłanie na Kubę - cytuję - "wszystkich horrorów świata".

Tej wojnie towarzyszyła wojna ekonomiczna zaprojektowana w taki sposób, że uderzała w ludność, bo to przecież Kubańczycy ponosili odpowiedzialność za to, że mieli taki, a nie inny rząd. To również jest terroryzm. Rozpoczęta wtedy wojna ekonomiczna trwa do dziś.

Zakrawa na ironię, że USA - by posłużyć się językiem doktryny Busha - "udzielają schronienia" terrorystom. Przypomnę, że wedle tej doktryny państwa udzielające schronienia terrorystom to państwa terrorystyczne.

Jakim terrorystom USA udzielają schronienia?

- Ludziom, których FBI i Departament Sprawiedliwości uznały za "czołowych międzynarodowych terrorystów". Jednym z nich jest Orlando Bosch, którego FBI oskarżało o 30 zamachów terrorystycznych - również na terytorium USA - a Departament Sprawiedliwości nazwał go człowiekiem zagrażającym bezpieczeństwu USA, i domagał się jego deportacji. [Bosch przeprowadził m.in. zamach na samolot pasażerski kubańskich linii lotniczych w 1976 r., w którym zginęły 73 osoby]. Prezydent Bush senior ułaskawił go i Bosh żyje teraz szczęśliwie na Florydzie, współpracując z komórkami terrorystycznymi, które atakują Kubę z terytorium USA.

Innym terrorystą chronionym przez USA jest Luis Posada Carriles, wspólnik Boscha w zamachu na samolot pasażerski. Odsiadywał wyrok w Wenezueli - to nad jej terytorium wysadzili kubański samolot - jednak w cudowny sposób zbiegł z więzienia. Znalazł schronienie w Salwadorze w bazie wojskowej, skąd razem z płk. Oliverem Northem [postacią nr 1 afery Iran-contras z lat 80.], dostarczał broń dla terrorystycznych operacji contras w Nikaragui. Przypomnę, że za udział w tej operacji USA zostały potępione przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości i członków Rady Bezpieczeństwa. Potem Posada Carriles uczestniczył w innych akcjach terrorystycznych, wreszcie przyjechał do USA. Wenezuela domaga się jego ekstradycji - USA mają z tym krajem traktat o ekstradycji - ale do tej pory bez skutku. Sprawa jest w stanie zawieszenia, jednak nie zdziwię się, jeśli Posada Carriles wyląduje, tak samo jak jego kumpel Bosch, na Florydzie.

Weźmy jeszcze inny przypadek: Haiti, gdzie na początku lat 90. szalał potworny terror. Głównym jego siewcą był Emmanuel Constant, dowódca grup paramilitarnych kooperujących z CIA, odpowiedzialnych za zamordowanie około czterech tysięcy ludzi. Gdy do władzy powrócił Jean-Bertrand Aristide [wcześniej obalony w zamachu stanu], Constant zbiegł do USA i żyje spokojnie w Queens w Nowym Jorku. Haiti wielokrotnie prosiło o jego ekstradycję, ale USA wszelkie prośby po prostu ignorowało.

Wedle doktryny Busha za udzielanie schronienia terrorystom USA powinny zostać zbombardowane i najechane.

Ale na Kubie i w Nikaragui panowały rządy komunistyczne. Wielu Polaków mających za sobą doświadczenie komunizmu potraktowałoby to jako konieczne metody w walce z komunizmem.

- Ależ USA nie rozpoczęły walki z Kubą dlatego, że tam była dyktatura! Dziś już znamy dokumenty z tamtych lat i wiemy, że USA zaczęły walkę z powodu - jak to definiowały administracje Kennedy'ego i Johnsona - "skutecznego niepodporządkowania się" Castro polityce prowadzonej przez USA w regionie od 150 lat, tj. od czasów doktryny Monroe'a [na mocy której USA przyznały sobie prawo zbrojnych interwencji w regionie]. Obawiano się - co jest napisane czarno na białym dokumentach - że pomyślny rozwój Kuby mógłby mieć wpływ na cały region. Dla amerykańskich polityków problemem była idea Castro brania spraw we własne ręce przez społeczeństwa cierpiące represje ze strony bestialskich reżimów. Na to nie było zgody Ameryki, dlatego Kubańczycy mieli ucierpieć.
W Nikaragui nie było komunizmu, a najważniejszym obiektem ataku USA i tam, i w całej Ameryce Środkowej był Kościół katolicki. Doszło do masowych mordów, popierane przez USA szwadrony śmierci zastrzeliły np. arcybiskupa San Salwadoru Oscara Romero. W Polsce w epoce poststalinowskiej działy się okropne rzeczy, ale nieporównywalne z tym, co było w Ameryce Środkowej w latach 80.

W Polsce zamordowano znanego księdza, który występował przeciwko władzy...

- I jego zabójcy zostali natychmiast schwytani i skazani. W Salwadorze, gdzie arcybiskupa zabiły siły powiązane z USA, nie było nawet śledztwa. Tak wyglądała cała dekada lat 80., zakończona zamordowaniem sześciu salwadorskich jezuitów przez elitarny batalion wyszkolony i uzbrojony przez Amerykanów. Batalion ów zamordował wcześniej dziesiątki tysięcy ludzi. Czy coś podobnego zdarzyło się w Polsce?

Przed 1956 rokiem popełniano porównywalne zbrodnie.

- Oczywiście czasy Stalina były horrorem, ale porównajmy Europę Wschodnią w epoce po Stalinie i kraje Ameryki Łacińskiej znajdujące się w sferze wpływów USA w tym samym czasie. Koszmary, jakie działy się w Ameryce Łacińskiej, są nieporównywalne z tym, czego wyście doświadczali.

Jeśli ktoś akceptuje powszechną ideę praw człowieka, to wszystko, co wyrządzano ludziom i społeczeństwom Ameryki Łacińskiej, ma zasadnicze znaczenie dla oceny polityki USA, i w ogóle dla standardów etycznych, jakimi się posługujemy w polityce. Rosjanie też mieli swoje wymówki, mówili, że bronią się przed Amerykanami. Więc jeśli jacyś Polacy usprawiedliwiają zbrodnie USA tym, że Amerykanie bronili się przed Rosjanami, to jakby mówili: "Jesteśmy stalinowcami, prawa człowieka nie mają znaczenia".

Pana definicja terroryzmu jest dość szeroka.

- Nie mam żadnej własnej definicji terroryzmu, posługuję się definicją oficjalnie uznawaną przez rządy USA i Wielkiej Brytanii. Według tej definicji terroryzm to "rozmyślne zastosowanie siły lub groźby użycia siły w celu osiągnięcia celów politycznych, religijnych lub ideologicznych poprzez zastraszanie lub przymus". Z kolei rząd brytyjski nazywa terroryzmem "działanie lub groźbę działania, agresywnego i szkodliwego, które ma na celu wywarcie wpływu na rząd, zastraszenie społeczeństwa oraz wsparcie jakiegoś politycznego, religijnego lub ideologicznego projektu". Stany Zjednoczone i Wielka Brytania są więc czołowymi państwami terrorystycznymi w świetle definicji uznawanych przez władze obu krajów. Doktryna Busha mówiąca o państwach udzielających schronienia terrorystom rozszerza jeszcze tę definicję.

Mówi się, że terroryzm jest bronią słabych, ale to ideologiczne zakłamanie. Terroryzm jest przede wszystkim bronią silnych. A własny terroryzm USA nazywają walką z terroryzmem.

Nazywa Pan terroryzmem również takie działania jak odcięcie pomocy żywnościowej Pakistanu dla Afganistanu, do czego doszło na prośbę USA po zamachach 11 września. Skutkiem tego był głód i śmierć wielu ludzi. Czy uważa Pan, że sankcje ekonomiczne nie są nigdy uprawnione? Pamiętam, że gdy w latach 80. Ronald Reagan ogłosił sankcje przeciwko rządowi komunistycznemu w Polsce, to wielu z nas popierało je w nadziei, że to przyspieszy upadek komunizmu. Choć oczywiście widzę różnicę - nie cierpieliśmy głodu.

- Sankcje mogą czasem spełniać kryteria działania terrorystycznego. Jednym z głównych kryteriów jest to, czy ludność kraju, przeciwko któremu ogłaszane są sankcje, akceptuje je; jeśli tak - a wiemy, że czasem wręcz ludność prosi o nie - sankcje są jak najbardziej uprawnione. Dobrym przykładem jest RPA w czasach apartheidu. Czarna ludność - około 80 proc. populacji - cierpiała z powodu sankcji, ale o nie prosiła.

Kongres USA wzywał wówczas administrację Reagana do przestrzegania sankcji przeciwko rządowi RPA, ale Reagan nie zastosował się do wezwań. W latach 80. wymiana handlowa między USA i RPA zwiększyła się, co było pogwałceniem sankcji nałożonych na RPA przez Kongres. Jeszcze w 1988 r. - a więc zaledwie na kilka lat przed upadkiem apartheidu - Pentagon z Colinem Powellem jako szefem połączonych sztabów potępił Kongres Narodowy Nelsona Mandeli jako jedną z notorycznych grup terrorystycznych na świecie. USA popierały też rząd RPA, gdy popełniał on zbrodnie na masową skalę w sąsiednich krajach - szacuje się, że w Angoli i Mozambiku zabito około 1,5 mln ludzi.

A dlaczego krytykował Pan sankcje przeciwko Irakowi w latach 90.?

- Bo to była zbrodnia. Nazywają to sankcjami ONZ, ale to kłamstwo: to były amerykańsko-brytyjskie sankcje pod przykrywką ONZ skierowane przeciw ludności Iraku. Sankcje zabiły setki tysięcy ludzi i - moim zdaniem - uniemożliwiły obalenie Saddama. Irakijczycy zapewne pogoniliby go tak samo jak pogonieni zostali Suharto w Indonezji, Marcos na Filipinach i inni porównywalni z nim, których USA popierały do końca.

Powtarzam: istnieją sankcje uprawnione i nieuprawnione. Najdłużej trwają sankcje przeciwko Kubie - wbrew woli Kubańczyków, wobec sprzeciwowi wszelkich organizacji międzynarodowych. Głosowania w ONZ pokazują, że przytłaczająca większość jest przeciwna tym sankcjom, również Polska. Wynik ostatniego głosowania sprzed kilku miesięcy: 178 głosy przeciw, 4 za. Oprócz USA poparł je Izrael, którego głosowania w ONZ wskazują na kolonialny charakter tego państwa, oraz Haiti i Palau.

Czy z legitymacją humanitarnej interwencji zbrojnej jest podobnie jak z sankcjami ekonomicznymi?

- Jest takie słynne zdanie przypisywane Gandhiemu - zapytany, co sądzi o cywilizacji zachodniej, miał odrzec: "To by była piękna idea". Odpowiem tak samo: humanitarna interwencja - to by była piękna idea. Spójrzmy na historię XX wieku. Przed II wojną światową były trzy przypadki "humanitarnej interwencji": inwazja Mussoliniego na Etiopię, przejęcie Sudetów przez Hitlera oraz najazd Japonii na Mandżurię. Ironizuję - oczywiście to nie były interwencje humanitarne, choć tak zostały przedstawione. Hitler obiecywał, że zakończy etniczny konflikt w Czechosłowacji, a biednym Czechom i Słowakom miał zapewnić dostęp do niemieckich zdobyczy cywilizacji. Każda interwencja wojskowa jest przedstawiana przez jej autorów jako humanitarna, nawet te dokonywane przez najgorsze monstra. Nie inaczej było ze zbrodniczą interwencją ZSRR na Węgrzech w 1956 r., którą radzieccy prawnicy usprawiedliwiali prośbą rządu węgierskiego i obroną przed "uzbrojonymi bandami" chcącymi obalić "demokratycznie wybrany rząd". Tak samo było z amerykańską interwencją w Wietnamie, którą usprawiedliwiano "zbiorową samoobroną" i "wewnętrzną agresją".

Nigdy nie było interwencji, które ratowały życie wielu ludzi?
- Po II wojnie światowej znam tylko dwa przypadki takich interwencji. Pierwszy to inwazja Indii we wschodnim Pakistanie w 1971 r., która ocaliła prawdopodobnie miliony istnień. Drugim była interwencja Wietnamu w Kambodży w 1978 r., która powstrzymała mordy Pol Pota i usunęła go. Te przypadki nie pojawiają się jednak w dyskusjach o humanitarnej interwencji.

Dlaczego?
- Ponieważ dokonali ich "niewłaściwi" ludzie i ponieważ USA zawzięcie przeciwstawiały się obu interwencjom.
W 1971 r. Pakistan, który dokonywał rzezi na zbuntowanej ludności [dzisiejsze tereny Bangladeszu] był sojusznikiem USA, i Waszyngton zagroził Indiom wojną. Interwencja Indii psuła też politykę Henry'ego Kissingera [ówczesnego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego USA] zbliżenia z Chinami. [Pakistan był w tamtym czasie regionalnym sojusznikiem Chin].

W przypadku interwencji w Kambodży USA i Wielka Brytania natychmiast pospieszyły z poparciem dla Pol Pota, w ONZ nalegały, żeby obaleni w wyniku wietnamskiej interwencji Czerwoni Khmerzy mieli swoje przedstawicielstwo [ponieważ byli antyradzieccy]. USA poparły napaść Chin na Wietnam, przeciwko Wietnamowi ogłoszono jeszcze surowsze sankcje...

A interwencja w Kosowie nie spełniała kryteriów interwencji humanitarnej?

- Do największych zbrodni w Kosowie doszło w następstwie bombardowań NATO! I więcej - one zostały przewidziane przez dowództwo Paktu i administrację Clintona - wystarczy zajrzeć do dokumentacji Departamentu Stanu. Proszę zauważyć, że zarzuty przeciwko Miloszeviciowi ograniczały się początkowo do zbrodni w Kosowie, które nastąpiły po interwencji NATO. Jednak trąciły ambiwalencją i dołączono do nich zbrodnię w Srebrenicy. To ma być humanitarna interwencja? Jeśli ufać ustaleniom brytyjskiego parlamentu, najwięcej zbrodni popełniła w tamtym czasie partyzancka Armia Wyzwolenia Kosowa atakująca Serbię z terytorium Albanii, co z kolei wywołało brutalną reakcję Serbii; a w konsekwencji interwencję NATO, a w jeszcze kolejnej odsłonie - odwet Serbów i zbrodnie popełnione na mieszkańcach Kosowa.

Jeśli chce się zrozumieć, jakie było myślenie administracji Clintona w sprawie Kosowa, warto zajrzeć do książki Johna Norrisa ze wstępem Stroba Talbotta, głównego doradcy prezydenta w sprawach bałkańskich. Otóż Norris pisze, że przy podejmowaniu decyzji o bombardowaniach Serbii w 1999 r. sprawy humanitarne nie odgrywały żadnej roli. Talbott napisał o tym wprost - chodziło o to, że Serbia nie przeprowadza właściwych reform społecznych i politycznych. Z kolei deklaracje Clintona i Blaira niedwuznacznie wskazywały, że stawką w grze była wiarygodność NATO. Cóż to znaczyło? "Wiarygodność" w relacjach międzynarodowych znaczy dokładnie to samo, co w relacjach mafijnych. Ktoś, kto dopuszcza się "skutecznego niepodporządkowania się", musi ponieść karę. Ochrona mieszkańców Kosowa była pretekstem. Tak, jak przewidziano, doszło do potwornych zbrodni, za które postawiono potem Miloszevicia przed Trybunałem. Skoro jednak zdawano sobie sprawę, że po interwencji dojdzie do zbrodni, niech nikt nie opowiada o humanitarnej interwencji. To cynizm.

Sądzi więc Pan, że amerykańscy przywódcy odwołujący się do humanitarnej interwencji to po prostu cynicy i hipokryci, a idealistyczna retoryka, "misyjność" Ameryki to kamuflaż dla ekonomicznych interesów? Może jednak niektórymi kieruje idealizm, autentyczna wiara w szerzenie demokracji?

- Jeśli chcemy zachowywać się jak ludzie wolni, to traktujmy deklaracje przywódców krytycznie.
Wszyscy wielcy przywódcy w historii deklarowali misyjne cele. Mussolini mówił, że jego celem jest ucywilizowanie barbarzyńskich Etiopczyków, że chce ich włączyć w krąg zachodniej cywilizacji. Departament Stanu USA udzielił mu wtedy mocnego poparcia. Japończycy najeżdżający Mandżurię w północnych Chinach mieli usta pełne szlachetnej retoryki. Stalin też mówił, że ochrania mniejszości narodowe i walczy z faszyzmem. Francuzi mieli "cywilizacyjną misję" w Algierii...

Ameryka nie jest inna, niech pan zapomni o amerykańskiej wyjątkowości. Każda potęga zawsze była "wyjątkowa" dokładnie w ten sam sposób. Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie bierze poważnie deklaracji politycznych przywódców. Być może Hitler wierzył, że niesie Czechosłowacji pokój. Ale jakie znaczenie ma to, w co on wierzył?

Porównuje Pan Busha do Hitlera i Stalina?

- Nie, ja tylko świadomie przywołuję ich nazwiska, bo to największe potwory historii, i chcę pokazać, że deklaracje intencji tak samo nie mają znaczenia w przypadku Hitlera, Stalina, jak i każdego innego przywódcy mocarstwa. Trzeba zobaczyć, co idzie za deklaracjami. Znane są panu jakieś dowody na to, że Ameryce chodzi o misję szerzenia demokracji na Bliskim Wschodzie?

A Panu?

- Niedawno wyszła książka Thomasa Carothersa, historyka, który za rządów Reagana pracował w Departamencie Stanu, a teraz zajmuje się tematyką promowania demokracji w Carnagie Endowment for International Peace [wpływowy think tank w Waszyngtonie]. Carothers pisze o szczerym oddaniu Ameryki sprawie szerzenia demokracji itd., a zarazem zwraca uwagę na to, że każdy rząd USA znajduje się w schizofrenicznej sytuacji: Ameryka popiera demokrację wtedy - i tylko wtedy - jeśli to sprzyja jej strategicznym i ekonomicznym interesom.

Dlaczego więc tak wielu intelektualistów, dlaczego prawie 100 procent amerykańskich dziennikarzy wierzy w deklaracje Naszego Najdroższego Przywódcy? Dlaczego zachowują się jak północni Koreańczycy? Koreańczyków z Północy można usprawiedliwić, bo żyją w dyktaturze. Ale gdy zachodni intelektualiści zachowują się jak północni Koreańczycy, nie ma usprawiedliwień. To jest dobrowolne podporządkowanie się władzy.

Wielu byłych więźniów politycznych z Europy Wschodniej, którzy poparli wojnę iracką, mówiło: patrzymy na świat z perspektywy więźniów sumienia - wojna, która obali Saddama, jest sprawiedliwa, gdyż uwolni bestialsko torturowanych więźniów politycznych.

- A kto popierał Saddama Husajna, gdy ci więźniowie byli torturowani? USA i Wielka Brytania. Także Francja, Rosja, Niemcy i inni.

Może te kraje chciały naprawić swój błąd?

- Naprawdę chciały naprawić błąd? Spójrzmy: Saddam jest sądzony za zbrodnie popełnione m.in. w 1982 r., czyli dokładnie wtedy, kiedy Ronald Reagan doprowadził do skreślania Iraku z listy krajów popierających terroryzm. Dzięki temu USA mogły słać Saddamowi ogromną pomoc, w tym środki umożliwiające rozwijanie broni masowego rażenia. Do Bagdadu został wysłany Donald Rumsfeld, żeby dobić politycznego interesu. To był czas, w którym Saddam popełniał zbrodnie i okrucieństwa, gazował Kurdów, a jego polityka nie zmieniła się także po zakończeniu wojny z Iranem... Ten stan stosunków Ameryki z Irakiem trwa do inwazji na Kuwejt. Dochodzi do interwencji, USA stają się panem sytuacji. W 1991 r. wybucha powstanie szyitów w południowym Iraku, które prawdopodobnie obaliłoby Saddama. USA oferują tyranowi pomoc w zdławieniu rebelii, giną dziesiątki tysięcy powstańców. I Waszyngton wyjaśnia dokładnie, dlaczego poparł tyrana - nie udawajmy, że tego nie wiadomo, nie jesteśmy w Korei Północnej.

Bo bał się politycznego ruchu szyickiego?

Wystarczy wziąć "New York Timesa", którego korespondent pisał: reżim Saddama ocalono, ponieważ doszło do konsensusu między USA i sojusznikami - Wielką Brytanią i Arabią Saudyjską. Uznano, że Saddam daje większą nadzieję na stabilizację w regionie niż ludzie, którzy próbowali go obalić. Thomas Friedman, ówczesny korespondent dyplomatyczny - w mojej opinii głos Departamentu Stanu w "NYT" - pisał, że najlepszym wyjściem byłyby rządy żelaznej pięści kogoś takiego jak Saddam, choć nie jego, bo on wprawia Amerykę w zakłopotanie. Ale skoro nikogo innego nie było, rządzić dalej miał on. Następnie przyszły sankcje ekonomiczne, które zdewastowały społeczeństwo irackie, zabiły setki tysięcy ludzi i umocniły Saddama.

Jeśli ktoś mówi, że chce bronić i ratować prześladowanych działaczy politycznych, nie ma nic łatwiejszego, jak pojechać do protegowanych Ameryki: Kolumbii, Salwadoru, Gwatemali. W Kolumbii zabija się więcej działaczy związkowych niż we wszystkich innych krajach razem wziętych, a kraj ten jest dziś największym odbiorcą pomocy wojskowej z USA. Weźmy Turcję, gdzie w latach 90. w drodze czystek etnicznych wygnano setki tysięcy ludzi z domostw, zniszczono tysiące wiosek, zabito tysiące ludzi. Kto to popierał? Clinton dostarczał Turcji broń stanowiącą około 80 proc. uzbrojenia tego kraju. Turcja stała się wówczas - obok Izraela i Egiptu - najważniejszym odbiorcą amerykańskiej pomocy wojskowej. Czy kogoś to obchodzi? Czy polityczni więźniowie nie są tam torturowani?

Oczywiście, że są.

Byłem w Turcji jako obrońca posiłkowy w procesie wydawcy, któremu groziło więzienie za ujawnienie prawdy o zbrodniach i okrucieństwach, jakie rząd turecki popełnił na Kurdach. Czy USA interweniowały w obronie praw człowieka? Clinton wysłał wtedy rządowi tureckiemu jeszcze więcej broni.

Co Pan odpowiada tym, którzy uważają, że Pana poglądy są "antyamerykańskie"?

- "Antyamerykanizm", "nienawiść do Ameryki " - to różne wersje tego samego oczerniania krytyków polityki USA, którzy mogą przecież podziwiać kraj, ludzi, kulturę. Oskarżenie to płynie z utożsamienia społeczeństwa z władzą. To sposób myślenia wywodzący się wprost z totalitaryzmu. Gdyby w jakimś europejskim kraju ktoś oskarżył krytyków rządu o np. "antywłoskość", czy "antyhiszpańskość", zostałby wyśmiany, no może nie za czasów Mussoliniego i Franco.

Chciałbym zapytać jeszcze o spuściznę zamachów 11 września - szczególnie o strach. W jakim stopniu kształtuje on dzisiejsze postawy Amerykanów i politykę USA?

- Strach jest w amerykańskim dyskursie politycznym i kulturze obecny nieprzerwanie od czasów kolonialnych. Ma na pewno coś wspólnego z charakterem naszej historii, z podbojem kontynentu. Jeśli eksterminuje się miejscową ludność, jak to uczyniono z rdzennymi Amerykanami, jeśli eksploatuje się pracę niewolniczą, jest się czego bać, bo nie wiadomo, kiedy ci "niebezpieczni ludzie" zwrócą się przeciwko nam.

Znany teoretyk literatury Bruce Franklin prześledził wątek strachu w amerykańskiej literaturze popularnej. Okazuje się, że od zawsze czujemy się zagrożeni przez potężnych wrogów, którzy chcą nas unicestwić. I zawsze w ostatniej chwili pojawia się superbohater wybawca albo jakaś nadzwyczajna broń, która w cudowny sposób ratuje nas przed zagładą. Duża część popularnej literatury i niemal całe kino hollywoodzkie opowiada o tym - zmieniają się tylko wrogowie. Franklin ironizuje, że ci, którzy mają nas rzekomo unicestwić, zawsze są pod naszym butem. Tak było z Indianami, czarnymi, Chińczykami. Postępowy pisarz Jack London napisał kiedyś książkę, w której wzywał - dosłownie - do eksterminacji całej ludności Chin bronią bakteriologiczną, bo inaczej przenikną do nas i nas zniszczą. Chińscy robotnicy budujący amerykańską kolej i piorący nasze brudne ubrania mieli być rzekomo częścią planu unicestwienia nas.
Prezydent demokrata Lyndon Johnson mówił w czasie wojny wietnamskiej, że bez najdoskonalszych sił powietrznych Ameryka jest jak "gigant ze związanymi rękami, bezsilny, narażony na atak byle żółtego karła z nożem kieszonkowym". W przemówieniu do żołnierzy w Wietnamie mówił, że na świecie żyją 3 mld ludzi, a nas jest tylko 200 mln, więc stanowimy tylko jedną piętnastą ludności. Mogą więc nas napaść, zabrać wszystko, co mamy - a mamy wszystko, czego chcą oni. To powracający refren imperializmu, psychologicznie zrozumiały: jeśli najeżdżasz kraj, musisz mieć racjonalny powód, bo nie możesz przyznać, że jesteś mordercą i potworem.

Ale 11 września był czymś realnym. Był to prawdopodobnie najokrutniejszy zamach terrorystyczny w historii. Terytorium USA zostało zaatakowane po raz pierwszy od 1814 r., kiedy spalono Waszyngton - nie liczę Pearl Harbor, bo to była kolonia. Mamy więc wszelkie powody do obaw i strachu. Po 11 września sądziłem, że nastąpi seria ataków. Ameryka atakowała inne kraje, terroryzowała ich ludność, a tu nagle koło historii obróciło się przeciwko nam. To wywołało szok i przerażenie. Amerykański wywiad doszedł do wniosku, że atak "brudną bombą" atomową jest prawdopodobnie nieunikniony w ciągu najbliższej dekady. Podzielam ten strach i obawy.

Niestety, administracja Busha działa w sposób, którzy zwiększa to zagrożenie. Czy naprawdę nie rozumieli tego, że najeżdżając Irak, zwiększają zagrożenie?

Ale jest jeszcze jeden, zupełnie niezwykły skutek zamachów 11 września: otwarcie ludzkich umysłów, które czyni społeczeństwo bardziej otwartym. Wcześniej większość Amerykanów nie miała pojęcia o świecie zewnętrznym. Po 11 września wielu zaczęło ich obchodzić, co dzieje się na świecie. Wydawcy zaczęli masowo wznawiać niskonakładowe krytyczne książki, które wychodziły od początku lat 80., i teraz mają doskonałą sprzedaż - sam to odczuwam. Nigdy nie było tylu zaproszeń, konferencji, odczytów, tysięcy ludzi przychodzących na spotkania w całej Ameryce... To napawa optymizmem i budzi nadzieję na odbudowanie demokracji.

Z Noamem Chomsky rozmawiał Artur Domosławski
Za gazeta.pl


W ZWIĄZKU Z ZAANGAŻOWANIEM POLSKI W OKUPACJĘ IRAKU

Rzekomo także w naszym imieniu, za plecami ogółu obywateli, nocą 17 marca 2003 r. ówczesny premier Leszek Miller zdecydował, by wciągnąć kraj w awanturę w roli wasala mocarstw imperialistycznych. W awanturze tej chodziło i chodzi o prawie wszystko - w tym złoża ropy, a bardziej niż o cokolwiek innego o globalną ekonomiczną, polityczną i kulturową władzę białego macho. Nie chodziło i nie chodzi jedynie o - bagatela! - dwie rzeczy, o których mówiły neoliberalne media.

Po pierwsze, nie chodziło i nie chodzi o wolność dla Iraku - choć nawet, gdyby możnym tego świata istotnie o nią chodziło, nieco dziwną wydaje się być wolność, którą zaprowadza się depcząc po dowolnej liczbie trupów. Irakowi bliżej dziś do wojny domowej niż do ustabilizowanej demokracji. Po drugie, nie chodziło i nie chodzi o wojnę z terroryzmem - a nawet, gdyby o nią chodziło, pamiętamy, że w ciągu dnia umiera z głodu więcej ludzi, niż w wyniku tego, co oficjalna propaganda określa mianem terroryzmu, zginęło w ciągu ostatnich kilku lat. Widzimy, że wojna w Iraku przyczyniła się do niebywałego rozkwitu przemocy w regionie.

Szef rządu z ramienia rzekomo lewicowej partii wykazał dobitnie, jak bardzo lekceważy jakiekolwiek, chociażby najbardziej niedoskonałe, mechanizmy demokratyczne. Zadziałał w sposób tchórzliwy i haniebny, w tajemnicy przed opinią publiczną, w większości przeciwną tej wojnie, a także przed naczelnymi organami władzy ustawodawczej.
Pogwałcił przy tym prawo międzynarodowe, prawo konstytucyjne, wreszcie prawo karne, w tym:

* Art. 2 cyf. 4 Karty Narodów Zjednoczonych, stanowiący: "Wszyscy członkowie powstrzymają się w swych stosunkach międzynarodowych od stosowania groźby lub użycia siły przeciwko całości terytorialnej lub niepodległości któregokolwiek państwa";

* Art. 26 pkt 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, stanowiący: "Siły Zbrojne zachowują neutralność w sprawach politycznych oraz podlegają cywilnej i demokratycznej kontroli";

* Art. 116 pkt 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, stanowiący: "Sejm decyduje w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej o stanie wojny i o zawarciu pokoju";

* Art. 117 pkt 1 kodeksu karnego, stanowiący: "Kto wszczyna lub prowadzi wojnę napastniczą, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 12, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności";

* Art. 129 kodeksu karnego, stanowiący: "Kto, będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją, działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10".
Trwając na stanowisku radykalnego i absolutnego sprzeciwu wobec procederu niszczenia całego kraju, masakr ludności i polityki pogłębiania ekonomicznej zależności Iraku i całego Bliskiego Wschodu od krajów zachodnich, inaugurujemy dział "Polacy przeciw okupacji Iraku".

Tym, którzy krzyczą: "To moja wojna!", odpowiadamy: "Nie w naszym imieniu!".

Zapraszamy do współpracy wszystkich, którym ogólnohumanistyczne wartości nakazują sprzeciw wobec współudziału własnego kraju w gnębieniu innych narodów. W szczególności wyciągamy swą dłoń do tych, którzy uczestniczyli w owej "misji", a dziś się tego wstydzą - o których wiemy, że są, choć pozostają zastraszeni. Wasz głos ma szczególnie doniosłe znaczenie dla odkłamania i odczarowania koszmarnej rzeczywistości dnia dzisiejszego. Odezwijcie się do nas!

Podpisali członkowie kolektywu Viva Palestyna: Paweł Michał Bartolik, Dawid Dobrowolski, Jakub Klimczak, Zbigniew Marcin Kowalewski, Joanna Lis, Anna Wajda, Michał Woronin.


KAT Z KOMÓRKĄ

Kreml przez lata zaprzeczał okrucieństwom popełnianym w Czeczenii. Teraz niezbitych dowodów dostarczają sami oprawcy - nagrywają swoje wyczyny, używając telefonów komórkowych.

Upokorzenie, jakie spotkało podejrzaną o cudzołóstwo Malikę Sołtajewą, ciężarną 23-letnią Czeczenkę, spadło na nią błyskawicznie i z wielkim okrucieństwem. Kobieta znikła z domu na miesiąc i rodzina oficjalnie zgłosiła jej zaginięcie. Gdy wróciła, mąż oskarżył ją o niewierność i nie wpuścił do mieszkania. Władze lokalne odnalazły ją u ciotki. Funkcjonariusze powiedzieli, że zabierają dziewczynę, bo chcą zadać jej kilka pytań.

To co nastąpiło, nie było wcale przesłuchaniem. W budynku sił bezpieczeństwa w Argunie mężczyźni służący w oddziałach pełniących funkcję milicji ogolili jej włosy i brwi, a następnie pomalowali skórę głowy na zielono - barwę związaną z islamem. Na czole wymalowali jej krzyż.

Oskarżyli ją, że ona, muzułmanka, spała z rosyjskim, a więc prawosławnym żołnierzem. Jako piętno nierządnicy będzie nosić nie szkarłatną literę, lecz zielony krzyż. Zmusili ją, żeby przyznała się do winy, kazali się rozebrać i bili kijami po pośladkach, ramionach, nogach, brzuchu i plecach - Odwróć się i bądź potępiona przez Allaha - rozkazał jeden z oprawców.

Nagranie tego zdarzenia trafiło do redakcji "New York Timesa". To kolejny brutalny przypadek represji na tle religijnym w Czeczenii.

Antysłowiański rasizm
Począwszy od 2004 r., szala zwycięstwa w tamtejszej wojnie zaczęła się przechylać na korzyść Kremla. Otwarte starcia z separatystami stały się coraz rzadsze i słabsze. Republiką zarządza Moskwa zwalczając niedobitki powstańców, głównie rękami sił paramilitarnych pod dowództwem energicznego premiera Ramzana Kadyrowa.
Na zewnątrz jest to polityk zdecydowanie prorosyjski. Wielbi prezydenta Putina, poprzysiągł odbudować Czeczenię i dołączyć z powrotem do kremlowskiej trzódki. - Moja miłość do Rosji jest tak wielka, że aż nie umiem wam tego opisać - stwierdził w pewnym wywiadzie. Ale za publicznie głoszoną lojalnością czeczeńskich sił bezpieczeństwa skrywają się te same przekonania i zwyczaje, które Rosja zamierzała wytrzebić podczas ostatniej inwazji w 1999 r.: antysłowiański rasizm, zinstytucjonalizowany gwałt, kultura bezkarności, całkowicie nietolerancyjna interpretacja prawa islamu.

Organizacje obrony praw człowieka oraz czeczeńscy cywile twierdzą, że nigdy nie można być pewnym celów i lojalności sił bezpieczeństwa, gdyż te działają poza wszelką kontrolą. Kurs, jaki obrała republika, jest niebezpieczny zarówno dla Rosjan jak i Czeczenów.

Sytuacja w Czeczenii zaczyna przypominać schyłkową fazę krótkiego okresu czeczeńskiej autonomii pod koniec lat 90. Separatyści oraz zagraniczni islamscy najemnicy prowadzili wówczas w górach obozy szkoleniowe, a islamskie trybunały skazywały przestępców na śmierć przed plutonem egzekucyjnym. Wykonanie wyroku było nagłaśniane w dziennikach telewizyjnych.

Taniec we krwi
Podległe Kadyrowowi siły milicyjne (tzw. kadyrowcy) to głównie słabo wykształceni młodzi ludzie. Wielu z nich zajmuje się wojaczką od lat. Są wśród nich byli rebelianci, którzy przeszli na drugą stronę.

Świeże nagrania ich poczynań nadesłali do redakcji "New York Timesa" wstrząśnięci Czeczeni. Kaseta z miasta Szali przedstawia mężczyznę i kobietę (niebędących małżeństwem) podejrzanych o uprawianie seksu w samochodzie. Milicjanci otaczają parę, wrzeszczą i każą mężczyźnie kopać kobietę. Także oni ją kopią, ciągną za włosy i chustę. Choć z nagrania można łatwo rozpoznać wiele twarzy funkcjonariuszy, nikt nie wszczął w ich sprawie śledztwa.

Inny przykład bestialstwa miał miejsce w lipcu w miejscowości Kurczałoj. Oddział kadyrowców zastrzelił powstańca Ahmada Duszajewa i odciął mu głowę, którą następnie zatknięto na palu w centrum osady. Na nagraniu widzimy, jak kadyrowcy (niektórzy w mundurach milicji) zabawiają się następnie tą głową.

To, przez co przeszła Sołtajewa, było koszmarem pełnym strachu i bólu. Zatrzymano ją 19 marca i poddano sesji tortur, którym towarzyszyły niewybredne żarty. Po niemal dwóch godzinach milicjanci kazali jej się ubrać, zawieźli do gospodarstwa męża, gdzie musiała tańczyć przed sąsiadami. - Patrz, jaka jesteś teraz szpetna - powiedział jeden z oprawców. Kiedy zaczęła się słaniać, kopali ją. Dwa dni później poroniła i od tego czasu niemal nie pokazuje się publicznie.

Nikt nie wszczął śledztwa w sprawie tego zdarzenia, choć nagrania krążą powszechnie między telefonami komórkowymi w Argunie i innych czeczeńskich miastach. Około połowę naszych rozmówców znała dokładne szczegóły tego gwałtu.

- To jawne bezprawie - mówi Sołtajewa, z którą rozmawialiśmy w Groznym.

Jak to często bywa w czasie kryzysu małżeńskiego, szczegóły jej życia rodzinnego i zachowania są przedmiotem sporu. Rodzina jej byłego męża twierdzi, że miała romans z rosyjskim żołnierzem poznanym w sklepie, gdzie pracowała jako kasjerka. Ona zaprzecza i zapewnia o swojej wierności, mimo że mąż ją bił.

Spór dotyczy też tego, gdzie przebywała w czasie poprzedzającym pobicie. Wedle samej Sołtajewej znikła z domu, bo została porwana przez zamaskowanych ludzi, którzy następnie ją uwolnili. Takie historie zdarzają się na tyle często w Czeczenii, że jej rodzina w to wierzy. Tymczasem rodzina męża i milicja twierdzą, iż wyjechała z Czeczenii, by zacząć życie z rosyjskim kochankiem, a następnie wróciła, gdy przestało się między nimi układać.

Natalia Jestemirowa z biura organizacji Memoriał w Groźnym opowiada, że próbowała zainteresować tym przypadkiem czeczeńskie władze, ale zagroziły one, że oskarżą Sołtajewa o fałszywe doniesienie o porwaniu. - Powtarzamy im.- "Zróbcie śledztwo, ona jest ofiarą poważnego przestępstwa" - mówi Jestemirowa.

Nagrania tortur
Doniesienia o okrucieństwach w majestacie prawa i oskarżenia, że rosyjscy i czeczeńscy dowódcy tolerują bezkarność podwładnych, towarzyszyły wszystkim kolejnym wojnom w republice. Działacze praw człowieka udokumentowali masowe groby, pozasądowe egzekucje, powszechne stosowanie tortur, nielegalne zatrzymania, gwałty, rabunki i porwania.

Ostatnio pojawił się nowy sposób dokumentowania, bowiem wielu kadyrowców ma komórki z kamerami, którymi nagrywają - nieraz z widoczną satysfakcją - własne zbrodnie. Nagrania potwierdzają istnienie faktów, które w przeszłości były podawane w wątpliwość.

Niedawno dziennikarze "NYT" przekazali kancelarii Kadyrowa cztery nagrania tortur Sołtajewej. Rzecznik premiera Tatiana Gieorgijewa oświadczyła, że jej szef po obejrzeniu taśm nakazał ministerstwu spraw wewnętrznych wszczęcie dochodzenia.

- Odpowiedzialni za te czyny zostaną pociągnięci do odpowiedzialności karnej - powiedziała.

Jak zauważa Jestemirowa, jednostka, która zatrzymała Sołtajewa w Argunie, została formalnie rozwiązana na wiosnę. Ale jej członkowie przeszli po prostu do nowych batalionów zawodowej armii, co utrudni ich aresztowanie.

C.J Chivers,
Herald Tribiune, 30.08.06, Za Tygodnik Forum


POLITYKA IZRAELA ZAGRAŻA NADZIEJOM NA DEMOKRACJĘ NA BLISKIM WSCHODZIE

Wizerunek wojny rozpętanej przeciw Libanowi dobrze ilustruje medialny paradoks - im więcej się o niej mówi tym mniej o niej wiemy. Podobnie jak w przypadku wojny w Iraku nie chodzi tylko o to, że specyfika relacji telewizyjnych narzuca fragmentaryczny obraz wydarzeń. Po raz kolejny nasi dziennikarze przekraczają granicę nieprzyzwoitości.
Zdążyliśmy się już wszyscy przyzwyczaić do uporczywego powtarzania kłamstw o postępach stabilizacji w Iraku. I nawet jeśli dzięki usilnym staraniom naszych mediów mało kto w Polsce wie, że obecnie co dzień ginie tam więcej ludzi niż kiedykolwiek, a od początku tego roku śmierć poniosło ok. 15 tys. cywilów, to większość Polaków jest przeciwna tej wojnie i naszemu w niej udziałowi. Sposób relacjonowania obecnego konfliktu przesunął granicę nieprzyzwoitości jeszcze dalej. Nieskrywany brak obiektywizmu, ignorowanie szerszego kontekstu i powtarzanie argumentów jednej tylko strony w zestawieniu z suchymi faktami, którym nie sposób zaprzeczyć tworzą mieszankę rozmywającą różnicę między agresorem a jego ofiarą.

A jednak obrazy telewizyjne nie kłamią. Zburzony, płonący i cierpiący Bejrut nie przestaje być Bejrutem nawet gdy obrazy ze stolicy Libanu stanowią wizualne tło relacji z nieporównanie mniej niszczycielskiego ostrzału Hajfy. Tego rodzaju orwellowskie manipulacje stały się chlebem powszednim polskich serwisów informacyjnych, a ich dopełnieniem są skrajnie nieobiektywne relacje wysłannika publicznej telewizji Piotra Kraśki, który posunął się do wygłoszenia pochwały zasady odpowiedzialności zbiorowej stosowanej przez armię izraelską na Terytoriach Okupowanych (w relacji dla Panoramy z 20 lipca). Oczywiście można odwracać kota ogonem i zaczynając relacje od wyliczania rakiet odpalonych w kierunku Izraela przez Hezbollah sugerować, że to zaatakowany jest agresorem. Można powtarzać do znudzenia, że ofiary cywilne to wynik pomyłek. Można kreować obraz "cywilizowanej" armii walczącej z terrorystycznymi hordami agresywnych zwolenników szariatu. Wystarczy jednak porównać statystyki strat i potencjały po obydwu stronach. Mimo, że "terrorystyczny" Hezbollah atakuje Hajfę i inne miasta pociskami niekierowanymi, wśród kilkudziesięciu izraelskich ofiar konfliktu znaczącą większość stanowią żołnierze. Z drugiej strony "chirurgiczne uderzenia" przy pomocy najnowocześniejszej broni jaką mają do dyspozycji Siły Obrony Izraela (Cahal) spowodowały setki ofiar prawie wyłącznie wśród cywilów. Jak ocenić rzekomo humanitarne gesty Izraela, który najpierw wzywa ludność południowego Libanu do opuszczenia bombardowanych stref a następnie atakuje z powietrza kolumny uchodźców na drogach prowadzących do Bejrutu? Jakież to cele Hezbollahu mieszczą się w niszczonych systematycznie dworcach, meczetach, szpitalach, szkołach, elektrowniach, portach, lotniskach, stacjach przekaźnikowych dla telefonów komórkowych, mleczarniach, obiektach należących do ONZ? W kogo uderza zniszczenie dróg i mostów wokół Bejrutu? Jak nazwać zabójstwa, porwania i więzienie działaczy politycznych z sąsiednich krajów, bombardowanie osiedli mieszkaniowych, obozów uchodźców, wysadzanie w powietrze całych bloków mieszkalnych tylko dlatego, że mieszkają tam krewni osób uznanych za terrorystów? Jeżeli te działania nie są państwowym terroryzmem, to co w takim razie nim jest?

Polskie media wiernie i całkowicie bezkrytycznie naśladują dyskurs izraelskiej propagandy. Ciągle słyszymy o prawie tego kraju do obrony integralności swych granic oraz o rezolucjach Rady Bezpieczeństwa ONZ wzywających do rozbrojenia Hezbollahu. Autorzy tych słów zapominają, że nikt inny tylko właśnie Izrael jest światowym rekordzistą w ignorowaniu rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Co więcej, jest on jednym państwem w regionie, które z premedytacją nie wytyczyło swych granic. W ten sposób rząd w Tel-Awiwie od lat otwiera sobie furtkę do ciągłej ekspansji terytorialnej kosztem sąsiadów. Przestępcza z punktu widzenia prawa międzynarodowego kolonizacja na Zachodnim Brzegu i na syryjskich wzgórzach Golan, aneksje podczas budowy tzw. muru bezpieczeństwa i dążenie do zajęcia tzw. strefy bezpieczeństwa w południowym Libanie to nic innego jak akty naruszania integralności terytorialnej innych krajów. Izrael otwarcie mówi, że dąży do zamordowania przywódcy Hezbollahu, tak jak swego czasu wymordował przywódców Hamasu. Wyobraźmy sobie jak media zareagowałyby gdyby to Libańczycy ogłosili, że zamierzają wystrzelać niewygodnych liderów Izraela?

Ignorując te fakty polskie media stosują podwójne standardy. Zarzucają Hezbollahowi powiązania z Iranem i Syrią, ale nie czynią wyrzutów Izraelowi z powodu jego związków z USA. Przyznając prawo do obrony Izraelowi i odmawiając go Palestyńczykom oraz Libanowi i Syrii przekształcają je w przywilej silniejszego. Stosowanie podwójnej miary, które każe eksponować prawa Izraela i przemilczać takie same prawa narodów arabskich ma jednak długą historię. W gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z ożywianiem starego rasistowskiego stereotypu, zgodnie z którym ludy orientu nie są zdolne do rozumnych rządów, ulegają zbiorowym i religijnym namiętnościom, i jako takie wymagają kurateli ze strony mocarstw zachodnich. Dziś takim mocarstwem z zachodnią proweniencją, amerykańskim błogosławieństwem i wsparciem jest Izrael. Jego klasa polityczna od lat chełpi się, że kraj ten jest jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie. Przekonanie to ma jednak wątłe podstawy. Pomijając już rasistowskie praktyki wobec części obywateli pochodzenia arabskiego, które sprawiają, że izraelska demokracja skażona jest rasowym i religijnym ekskluzywizmem, obecna sytuacja wydaje się dowodzić czegoś wręcz przeciwnego. Próba zbiorowego ukarania Palestyńczyków za wybór dokonany w demokratycznej elekcji uderza nie tyle w Hamas ile w samą demokrację, która jest wielką zdobyczą palestyńskiego ruchu narodowego. Analogicznie przedstawia się sprawa z Libanem. Plany zniszczenia Hezbollahu mogą mieć podobny skutek. Zagrażają one libańskiej demokracji, a właściwie pozytywnej ewolucji, którą przechodzi ona od zakończenia izraelskiej okupacji południa kraju w roku 2000.

Hezbollah nie jest terrorystyczną bojówką, ale ruchem polityczno-wojskowym wyrosłym z walki narodowowyzwoleńczej w latach 80. i 90. Jego legitymacja nie ogranicza się jednak tylko do historycznych zasług w starciach z okupantem. Już od lat 90. Hezbollah, który początkowo chciał narzucić w Libanie republikę islamską na wzór Iranu, akceptuje reguły demokracji. Jest uznaną partią polityczną dysponującą demokratyczną legitymacją, frakcją w bejruckim parlamencie (zyskał 20% poparcia w ostatnich wyborach) i trzema ministrami w rządzie zgody narodowej. Hezbollah to też organizacja wojskowa dążąca do całkowitego uwolnienia terytorium Libanu od okupacyjnych sił izraelskich, które mimo odwrotu w roku 2000 w dalszym ciągu zajmują rejon farm Szebaa. Wobec słabości armii libańskiej Hezbollah jest jedyną siłą zdolną do obrony suwerenności tego kraju co uznają władze w Bejrucie z antysyryjskim premierem Fuadem Siniorą (uznaje on organizację za "uprawnioną grupę oporu") i co potwierdzają obecne wydarzenia.

Wojna może sparaliżować trudny proces demokratyzacji Libanu, czyli próby przezwyciężenia systemu konfesyjnego odziedziczonego po kolonizatorach francuskich. Tworząc go Francuzi chcieli zapewnić polityczną hegemonię w kraju swoim klientom - maronickim chrześcijanom (stanowiącym większość libańskich klas wyższych). Konfesyjna republika funkcjonuje na podstawie z góry przesądzonego podziału stref wpływów, który gwarantuje mniejszości maronickiej decydujący głos w rządzie. System ten nigdy nie odzwierciedlał prawdziwego układu sił w kraju, był przyczyną słabości Libanu oraz ciągłych konfliktów, które przekształciły się w połowie lat 70. w otwartą wojnę domową cynicznie podsycaną przez Izrael i Syrię. Dziś, wobec poważnych zmian demograficznych, postkolonialna wersja konfesjonalizmu jest nie do utrzymania. Dlatego wejście na scenę polityczną Hezbollahu reprezentującego interesy szyitów, którzy stanowią najbiedniejszą społeczność w kraju oznaczało ogromny krok w dziele przywracania jedności i odbudowy reprezentatywności systemu politycznego. Dzięki politycznej waloryzacji szyickich klas ludowych Liban mógł mieć nadzieję na postępy demokratyzacji. Wojna może tę nadzieję zniweczyć. Zmierzając do zniszczenia Hezbollahu Izrael popycha Liban ku nowej wojnie domowej i nowemu rozbiorowi pomiędzy frakcje religijne. Być może o to właśnie chodzi i nie ma w tym nic dziwnego albowiem taka sytuacja już od lat 70. najbardziej odpowiadała rządzącym w Tel-Awiwie.

Najnowsza historia Bliskiego Wschodu przypomina cykl nieustających deja vu. Kiedy w roku 1982 armia izraelska najechała Liban zabijając blisko 40 tys. jego mieszańców, dowódca sił inwazyjnych generał Ariel Szaron otwarcie mówił, że celem operacji jest "ostateczne rozwiązanie kwestii palestyńskiej". W dwadzieścia cztery lata później sytuacja, pod wieloma względami, zdaje się powtarzać. Premier Ehud Olmert i dowódcy Izraelskich Sił Obronnych nie kryją swych intencji. Po kilkunastu dniach zmasowanych bombardowań i ostrzału z powietrza, lądu i morza mało kto wspomina o wydarzeniu, które stało się pretekstem do agresji na Liban. Los żołnierzy uprowadzonych przez partyzantów Hezbollahu ustąpił miejsca twardej geopolityce. Nie ma się zresztą czemu dziwić, bo rachunek porwanych i nielegalnie uwięzionych wypada zdecydowanie na niekorzyść Izraela. W izraelskich więzieniach przebywa obecnie prawie 9000 Palestyńczyków i innych Arabów, wśród nich jest 388 dzieci oraz kilkunastu Libańczyków uprowadzonych wiele lat temu. W rzeczywistości to Palestyńczykom i Libańczykom zależy na uwolnieniu więźniów. Porwani żołnierze mieli być atutem, który skłoni Tel-Awiw do wymiany.

Tymczasem deklarowanym jawnie celem władz izraelskich jest ostateczna rozprawa z Hezbollahem, narzucenie Libanowi roli protektoratu, osłabienie pozycji Syrii i być może wstęp do ataku na ten kraj. Czyż w tym kontekście mogą dziwić słowa prof. Tanyi Reinhart z uniwersytetu w Tel-Awiwie, która dowodzi, że plany dzisiejszej agresji zostały zatwierdzone już 12 czerwca, a więc na długo przed porwaniem żołnierzy? Jak to z rozbrajającą szczerością ujęła Condollezza Rice, izraelska inwazja na Liban to część bólów porodowych Nowego Bliskiego Wschodu wymyślonego przez waszyngtońskich neokonserwatystów i przywódców Likudu. Po "sukcesach" w Iraku przyszedł czas na Liban i Autonomię. Prawda jest jednak o wiele bardziej przerażająca. Otóż w ciągu minionych kilku tygodni na Bliskim Wschodzie nie stało się nic nowego. W rzeczywistości mamy do czynienia z kolejnym etapem tego, co wybitny brytyjski znawca regionu, Tariq Ali nazwał przewlekłą wojną kolonialną Izraela. Nie ma ona nic wspólnego z osławioną wojną z terroryzmem prezydenta Busha juniora, choć najwierniejszy sojusznik USA na Bliskim Wschodzie notorycznie stosuje w niej metody państwowego terroru. Wbrew pozorom nie jest ona też "niewspółmierną odpowiedzią" na akty terroru ze strony Hezbollahu. Obecna jej sekwencja nie zaczęła się wcale wraz z porwaniem dwóch żołnierzy. Nie zaczęła się po wzięciu do niewoli innego żołnierza izraelskiego w Strefie Gazy. Jej początkiem była gwałtowna i wroga reakcja Tel-Awiwu na wynik demokratycznych wyborów w Autonomii Palestyńskiej, które oddały władzę w ręce Hamasu w styczniu tego roku oraz wznowienie ostrzału rakietowego północnych regionów Izraela i bombardowań Libanu w konsekwencji serii zabójstw działaczy palestyńskich i libańskich inspirowanych przez izraelski wywiad.

Wobec zachęt ze strony Waszyngtonu i przyzwolenia ze strony Unii Europejskiej władze izraelskie rozpoczęły zbrojną rozprawę z Autonomią. Od marca Strefa Gazy znajduje się praktycznie w stanie oblężenia. Tylko do czerwca na ten bodaj najgęściej zaludniony obszar świata Izraelczycy wystrzelili ponad 8000 pocisków artyleryjskich i rakiet zabijając dziesiątki cywilów, niszcząc elektrownie, wodociągi i inne elementy cywilnej infrastruktury. W odpowiedzi na terytorium Izraela spadło zaledwie 400 palestyńskich rakiet domowej roboty, które z trudem można odróżnić od rac wystrzeliwanych na wiwat. Od 26 czerwca, kiedy oddział Hamasu wziął do niewoli jednego żołnierza i zabił dwóch innych armia izraelska zintensyfikowała ostrzał i ataki z powietrza. W ich wyniku zginęło już przeszło 120 osób w tym 26 dzieci. Ta nowa masakra jest faktycznie bezkarna, bo odpowiedź oblężonych nie spowodowała praktycznie żadnych strat po stronie oblegających, a "społeczność międzynarodowa" czyli przywódcy G-8 obradujący w Sankt Petersburgu nie uznali dramatycznej sytuacji w niszczonym mieście za godną swej uwagi.

Militarne reakcje na wynik uruchomienia demokratycznych procedur w Autonomii oraz Libanie dowodzą, że to Izrael jest dziś największym zagrożeniem dla bliskowschodniej demokracji. Zaślepiona imperialnymi marzeniami, bezwarunkowym poparciem Waszyngtonu i własną pogardą dla świata arabskiego izraelska klasa polityczna nie może znieść suwerennych decyzji Palestyńczyków i Libańczyków. Przyzwyczajona do sprawowania dyktatu w regionie reaguje szaleńczą eskalacją przemocy. Przemoc ta jednak nie przyniesie Izraelowi sukcesu. Świadczy ona raczej o jego słabości, o wewnętrznym kryzysie, o zapętleniu, które jest dziedzictwem osobliwego splotu krwawych rządów Ariela Szarona, "wojny z terroryzmem" prezydenta Busha oraz neoliberalnej restrukturyzacji gospodarki zainicjowanej po porozumieniach w Oslo. Ta wojna ujawnia głęboki kryzys społeczeństwa izraelskiego. Jak zauważył Michel Warschawski propagowana przez skrajną prawicę wiara w rozwiązania militarne i poczucie bezkarności od lat 90. coraz bardziej zatruwają życie publiczne w tym kraju, a upadek demokracji wyraża się instrumentalnym traktowaniem prawa oraz rosnącymi wpływami sił zbrojnych. Po zabójstwie Icchaka Rabina Siły Obrony Izraela wyrosły na podmiot polityczny. "Od roku 1996 wyżsi oficerowie wygłaszają oświadczenia polityczne, grożą rządowi, gdy uznają go za w niewystarczający sposób zdeterminowany, by prowadzić kampanią pacyfikacji aż do końca (...) jest to prawdziwy zamach wojskowy, przypominający zamach de Gaulle'a w 1958 (...)".

Rok temu wystarczyło kilka dni potężnych demonstracji libańskiej klasy średniej wspartych przez dyplomatyczną presję USA i Francji aby autorytarny reżim syryjski wycofał swe wojska z doliny Bekaa. Aby zmusić do wycofania siły formalnie demokratycznego Izraela trzeba było ponad 20 lat krwawej wojny partyzanckiej i dziesiątków tysięcy ofiar. Historia drugiej Intifady palestyńskiej także pokazuje, że Izrael jest nieczuły na masowe pokojowe protesty i nie waha się użyć do ich stłumienia samolotów F-15 i czołgów Merkava. To pokazuje jakościową różnicę... i pozwala zrozumieć militarną opcję Hezbollahu. A jednak wydaje się, że dziś, podobnie jak rok temu (i podobnie jak w latach 80.) masowa mobilizacja antywojenna i presja międzynarodowa mogłyby być skuteczne. Tym razem jednak miejscem takiej mobilizacji nie może być Bejrut. Jest ona możliwa w Tel-Awiwie. Komentator izraelskiego dziennika Haaretz Gideon Levy zauważył, że wojny prowadzone przez Izrael zwykle zaczynają się z aprobatą społeczeństwa, a kończą ogólnym kryzysem i nowymi podziałami. Libański opór, masowe protesty i naciski dyplomatyczne mogą powstrzymać izraelską machinę zniszczenia. To daje pewną nadzieję. Pamiętać trzeba jednak, że przerwanie agresji na Liban i brutalnej pacyfikacji Strefy Gazy w żaden sposób nie usuwa przyczyn ciągłego konfliktu na Bliskim Wschodzie. Aby tego dokonać trzeba skończyć z amerykańską okupacją Iraku i izraelską okupacją Palestyny. Musimy zrozumieć, że odpowiedzialność za ciągły rozlew krwi nie rozkłada się po równo na obie strony. Przywilejem okupanta jest przerwać okupację i wycofać wojska. To może zrobić tylko jedna strona konfliktu. Po prostu dlatego, że druga strona nie ma się skąd i dokąd wycofać.

Przemysław Wielgosz
Za cia.bzzz.net


NAJWAŻNIEJSZE MOMENTY W HISTORII AMERYKAŃSKIEGO IMPERIALIZMU

Loren Jenkins korespondent amerykańskiego Narodowego Radia Publicznego, który pracuje obecnie w Bagdadzie, przeprowadził na początku czerwca rozmowę z jednym z wyższych duchownych szyickich, określanym jako "osoba o poglądach umiarkowanych", dążąca do pokoju i pojednania narodowego. Za rządów Saddama Husajna był on więziony, a następnie został zmuszony do opuszczenia Iraku. Jenkins zapytał go: "Co byś powiedział, gdyby znowu nastały rządy Saddama Husajna?" Duchowny odparł, że chciałby raczej żyć w kraju rządzonym przez Husajna niż w dzisiejszym Iraku".[1]

Czy taki pogląd powinien dziwić, nawet u takiego człowieka, gdy weźmie się pod uwagę tragedię będącą doświadczeniem narodu irackiego, która jest wynikiem amerykańskich bombardowań, inwazji, zmiany reżimu i trwającej od 2003 roku okupacji?

Relacja ta skłoniła mnie do podsumowania tych wszystkich "wspaniałości", które spadły na głowy mieszkańców Iraku po tym, jak Amerykanie oswobodzili ich ojczyznę i ich samych. Jest to lektura bardzo przygnębiająca, i wielu z was może nie chcieć tego wszystkiego czytać, ale uważam, że warto było taką listę sporządzić.
Zniszczenie funkcjonującego wcześniej systemu edukacji. Według badań przeprowadzonych w 2005 roku przez ONZ, szkolnictwo wyższe zostało zniszczone w 84 procentach, wiele budynków zostało uszkodzonych, majątek uczelni zrabowano.

Potencjał intelektualny kraju został dodatkowo uszczuplony po tym jak tysiące wykładowców, nauczycieli i innych wykształconych ludzi uciekło z Iraku, albo padło ofiarą tajemniczych porwań i mordów. Setki tysięcy, może nawet milion, przedstawicieli irackiej klasy średniej znalazło schronienie w Jordanii, Syrii czy Egipcie, gdyż grożono im śmiercią. "Jestem sam jak palec", mówi wykształcony sunnita, wciąż mieszkający w Iraku. "Nie mam rządu, nie mam ochrony ze strony rządu. Każdy może tutaj przyjść, wywlec mnie z domu, zabić i wyrzucić na śmietnik".[2]

Likwidacja działającego systemu opieki zdrowotnej i pogorszenie stanu zdrowia społeczeństwa. Śmiertelne choroby zakaźne, takie jak tyfus i tuberkuloza, rozprzestrzeniają się po całym kraju. Iracka sieć szpitali i ośrodków zdrowia, która kiedyś była powodem zazdrości całego Bliskiego Wschodu, w wyniku wojny i grabieży przestała praktycznie istnieć.

Według danych ONZ, 400 tysięcy irackich dzieci jest niedożywionych, nie mają one zapewnionych wystarczających ilości białka. Śmierć dzieci wskutek niedożywienia i uleczalnych chorób, która była już przecież poważnym problemem w czasie trwających 12 lat sankcji amerykańskich, jest zjawiskiem coraz częstszym, w miarę ubożenia społeczeństwa i narastających trudności w dostępie do leków.

Tysiące Irakijczyków zostało w wyniku wojny okaleczonych, stracili oni swoje kończyny często w wyniku wybuchów amerykańskich bomb kasetonowych, broni potępionej przez wszystkie organizacje praw człowieka, gdyż jej ofiarą pada najczęściej ludność cywilna.

Zubożony uran, używany przez armię amerykańską, znajduje się wciąż w irackim powietrzu, jest bez przerwy wchłaniany przez ludzi, zakaża wodę, glebę, krew, geny, jest przyczyną wad genetycznych nowonarodzonych dzieci. W czasie kilku pierwszych tygodni inwazji, amerykańskie samoloty zrzuciły około 300 tysięcy pocisków ze zubożonym uranem.

Użyto również napalmu i białego fosforu.

Siły zbrojne Stanów Zjednoczonych naciskały na szpitale, by te nie podawały rzeczywistych statystyk zgonów, które znacznie odbiegały od danych przedstawianych przez Amerykanów.

Żołnierze amerykańscy wyważając drzwi domów uprowadzali przebywających w środku mężczyzn, poniżali kobiety i wywoływali przerażenie u dzieci. W licznych przypadkach, według zeznań świadków, Amerykanie dopuszczali się kradzieży. Irak został poddany dogłębnej kontroli osobistej.

Doszło do kompletnego zniszczenia i grabieży zabytków kultury i sztuki, w kraju będącym jednym z największych archiwów historii ludzkości. Armia USA nie mogła temu przeciwdziałać, była zajęta ochroną infrastruktury pól naftowych.

Społeczeństwo Iraku wyróżniało się niskim wskaźnikiem przestępczości, i poza sferą polityki, prawo tego kraju było jednym z najbardziej postępowych wśród krajów Bliskiego Wschodu. Teraz jest to bagno bezprawia. Liczy się jedynie prawo religijne.

Prawa i przywileje, którymi cieszyły się kiedyś kobiety w Iraku są dzisiaj w zasadzie nieobecne. Coraz bardziej dominującą rolę odgrywa restrykcyjne prawo religijne. Sprawujący dzisiaj władzę w Iraku szyiccy duchowni tolerują fizyczną agresję wobec kobiet odsłaniających ramiona lub takich, które rozmawiają z nieznajomym mężczyzną. Mężczyznom noszącym krótkie spodenki zwraca się często uwagę, że obraża to uczucia religijne.
Prostytucja, której wcześniej praktycznie nie było, stała się po inwazji bardzo poważnym problemem społecznym.
Żydzi, chrześcijanie i inne poza muzułmanami grupy wyznaniowe nie cieszą się swobodą wyznania w stopniu w jakim funkcjonowała ona za czasów Saddama, który promował państwo świeckie. Wielu wyznawców innych religii musiało udać się na emigrację.

W więzieniach zarządzanych przez Stany Zjednoczone i nowy rząd Iraku dochodzi i dochodziło do licznych przypadków nadużyć i tortur: znęcanie fizyczne, psychiczne, emocjonalne. Zadawanie bólu, poniżanie prowadzące do załamań nerwowych, śmierci i samobójstw. Jest to obszar totalnej katastrofy i braku poszanowania dla podstawowych praw człowieka.

Do amerykańskich więzień w Iraku trafiło ponad 50 tysięcy Irakijczyków, bardzo nielicznym z nich postawiono zarzut popełnienia jakiegokolwiek przestępstwa.

Amerykańskie władze okupacyjne rekrutowały byłych oficerów budzącej przerażenie służby bezpieczeństwa działającej za czasów Saddama Husajna, po to by lepiej infiltrować szeregi ruchu oporu. Bezrobocie sięga pięćdziesięciu procent. Początkiem tego były masowe zwolnienia urzędników i żołnierzy, do których doszło w pierwszych tygodniach amerykańskiej okupacji. Z braku alternatyw, wiele z tych osób zaczęło później pracować na stanowiskach naznaczonych piętnem współpracy z okupantem, co oznaczało życie w ciągłym zagrożeniu zdrowia i życia.
Koszty utrzymania osiągają coraz wyższy poziom. Z kolei dochody społeczeństwa lecą na łeb na szyję.
Kurdowie, mieszkający w północnej części kraju, wypędzili stamtąd ludność arabską. Arabowie z kolei wypędzili Kurdów z terenów, na których stanowią większość.

Wielu ludzi związanych wcześniej z partią Baas zostało wypędzonych ze swoich domów. W działaniach tych uczestniczyli także żołnierze amerykańskiej armii. Często, w odwecie za śmierć swoich kolegów, niszczyli i burzyli oni domy Irakijczyków.

Gdy żołnierze amerykańscy nie znaleźli tego, kogo szukali, uprowadzali oni z domów żony zmuszając mężów do stawienia się w komendzie. Stosowali zatem praktykę prezentowaną często w hollywoodzkich produkcjach filmowych opisujących działania nazistów. Stosowanie wobec ludności cywilnej odpowiedzialności zbiorowej jest praktyką zakazaną przez Konwencję Genewską.

Nieprzerwane bombardowania dzielnic mieszkaniowych w irackich miastach pozostawiły po sobie niezliczoną liczbę zniszczonych domów, miejsc pracy, meczetów, mostów, dróg i wszystkiego tego, co jest wyznacznikiem cywilizacji.
Hafitha, Faludża, Samarra, Ramadi ... nazwy miast, które na długie lata pozostaną w pamięci i kojarzyć się będą z bezwględnym niszczeniem, morderstwem, okrucieństwem wobec ludzi i łamaniem praw człowieka przez armię Stanów Zjednoczonych.

Systemy wodociągowy i kanalizacyjny zostały z premedytacją zniszczone w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku. Do roku 2003 Irakijczykom udało się odbudować główne elementy tej infrastruktury. Potem nadeszły jednak nowe fale amerykańskich nalotów bombowych.

Wojna domowa, szwadrony śmierci, samochody-pułapki, porwania, gwałty, to rzeczywistość każdego dnia. Irak stał się najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi. Żołnierze armii amerykańskiej i funkcjonariusze prywatnych firm ochrony zabijają ludzi w biały dzień pozostawiając ich zwłoki na ulicy; jeszcze więcej ofiar ginie z rąk wyszkolonych przez Amerykanów żołnierzy armii i policji irackiej, śmierć sieją również ataki ruchu oporu. Całe nowe pokolenie dojrzewa w atmosferze przemocy i silnych więzów etnicznych, będzie to zatruwało naród iracki jeszcze przez wiele długich lat.

Wywiad amerykański oraz żandarmeria wojskowa często wypuszczają na wolność groźnych przestępców w zamian za obietnicę współpracy i szpiegowania przeciwko ruchowi oporu.

Uczestnicy rozmaitych protestów i demonstracji wielokrotnie ginęli od kul amerykańskich żołnierzy.

Kilkukrotnie Stany Zjednoczone pozbawiły życia, zraniły lub uwięziły dziennikarzy stacji telewizyjnej Al Dżazira, doprowadzono do zamknięcia irackiej siedziby tej stacji i zakazano jej dziennikarzom dostępu do niektórych rejonów Iraku. Wszystko to dlatego, że władzom okupacyjnym nie podobał się obraz wojny i okupacji przekazywany przez tę stację. Zamykano również gazety, które drukowały informacje niezgodne z linią Pentagonu. W tym samym czasie Amerykanie płacili za pisane na zamówienie artykuły, które były później dla celów propagandowych umieszczane w prasie irackiej.

Wolność jednak kwitnie w Iraku - wolność dla wielkich ponadnarodowych korporacji, które mogą czerpać do woli z zasobów naturalnych Iraku nie oglądając się na prawa pracownicze, ochronę środowiska czy interes publiczny. Podstawową zasadą robienia w Iraku interesów jest prywatyzacja, deregulacja i pomoc firmom takim jak Halliburton i inne zachodnie korporacje w czerpaniu ogromnych zysków. Firmy irackie zostały odsunięte od podziału łupów, chociaż posiadają one pewne możliwości, co pokazała odbudowa infrastruktury kraju po amerykańskich bombardowaniach prowadzonych w 1991 roku.

Pomimo tego, że trudno jest wskazać jakąkolwiek dziedzinę życia w Iraku, która w wyniku inwazji i okupacji uległa poprawie, wielokrotnie, gdy toczy się dyskusja dotycząca dzisiejszego Iraku, adwersarz, któremu nie pozostaje już żaden argument na obronę amerykańskich działań w tym kraju, pyta: "Powiedz mi jedno, czy nie jesteś zadowolony z tego, że obalono Saddama Husajna?" Moja odpowiedź: "Nie". Rozmówca pyta z niedowierzaniem: "Nie?" Odpowiadam: "Nie. Załóżmy, że masz problem z kolanem. Idziesz więc do chirurga a on, przez przypadek, amputuje Tobie całą nogę. Jaka była by Twoja odpowiedź na pytanie: 'Czy cieszysz się, że nie boli już Ciebie kolano?' Mieszkańcy Iraku nie mają już problemu z Saddamem".

Przypisy
[1] NPR, "Day to Day", 6 czerwca 2006
[2] New York Times, 19 maja 2006

William Blum - Raport antyimperialny
tłumaczenie: Sebastian Maćkowski
za lewica.pl

 


POWSTRZYMAĆ AMERYKAŃSKI IMPERIALIZM

Z danych empirycznych wynika, że w XX w., traktowanym jako całość, najbardziej wojowniczym, interwencjonistycznym i imperialistycznym rządem był rząd USA. To stwierdzenie będzie zapewne szokiem dla Amerykanów, którzy przez dziesiątki lat poddawani byli oficjalnej propagandzie i utrzymywani w przekonaniu, że w polityce zagranicznej rząd Stanów Zjednoczonych kieruje się wyłącznie szlachetnością, pokojowymi intencjami i umiłowaniem sprawiedliwości.

Tendencje ekspansjonistyczne w polityce USA zaczęły się nasilać pod koniec XIX w., kiedy stały się wyraźnie widoczne w wielu miejscach na świecie. Wtedy to Ameryka wydała wojnę Hiszpanii, przejęła władzę na Kubie, zajęła Porto Rico i Filipiny, a następnie brutalnie stłumiła powstanie Filipińczyków. Imperialistyczna ekspansja Stanów Zjednoczonych rozwinęła się w pełni podczas I wojny światowej. Włączając się do konfliktu, prezydent Woodrow Wilson przedłużył działania wojenne i masakry, a także przyczynił się do powstania przerażających zniszczeń, które doprowadziły bezpośrednio do triumfu bolszewików w Rosji i zwycięstwa nazistów w Niemczech. Wilson był geniuszem w dziedzinie ubierania amerykańskiej polityki światowej interwencji i dominacji w pozory pobożności i moralności. W rzeczywistości polityka ta polegała na naginaniu wszystkich państw do modelu amerykańskiego, na poskramianiu z jednej strony skrajnych i marksistowskich reżimów, a z drugiej - tradycyjnych rządów monarchistycznych.

To nie kto inny, lecz Woodrow Wilson zdecydował o charakterze amerykańskiej polityki zagranicznej na resztę tego stulecia. Niemal każdy następny prezydent uważał się za zwolennika Wilsona i kontynuował jego politykę. Nieprzypadkiem zarówno Herbert Hoover, jak i Franklin D. Roosevelt - przez długi czas uważani za krańcowo odmiennych polityków - odegrali istotną rolę w prekursorskiej amerykańskiej krucjacie globalnej, jaką była I wojna światowa. Nie przypadkiem również odwoływali się oni stale do swoich doświadczeń związanych z tą interwencją i traktowali je jako drogowskazy w polityce zagranicznej i wewnętrznej. Jedną z pierwszych decyzji Richarda Nixona było umieszczenie na swoim biurku portretu Woodrowa Wilsona.

W imię zapewnienia "samostanowienia narodów" i "zbiorowego bezpieczeństwa" rząd amerykański systematycznie realizował na całym świecie politykę światowej dominacji i tłumienia siłą każdego sprzeciwu wobec status quo. W imię walki z "agresją" - występując w roli światowego "żandarma" - sam stawał się wielkim, ustawicznym agresorem.
Jeśli ktoś nie może się pogodzić z takim opisem polityki amerykańskiej, to niech zwróci uwagę, w jaki sposób Stany Zjednoczone reagują zazwyczaj na jakikolwiek kryzys wewnętrzny lub międzynarodowy w dowolnym zakątku świata, nawet wówczas, gdy ma on miejsce w tak odległym rejonie, że trudno sobie wyobrazić, by stanowił bezpośrednie lub nawet pośrednie zagrożenie dla życia i bezpieczeństwa Amerykanów. Wojskowy dyktator Bleblestanu znalazł się w niebezpieczeństwie - być może jego poddanym znudziło się być przedmiotem wyzysku ze strony dyktatury. Stany Zjednoczone traktują sprawę z całą powagą. Dziennikarze przychylni Departamentowi Stanu i Pentagonowi piszą alarmujące artykuły o tym, jakie konsekwencje dla "stabilizacji" w Bleblestanie i w całym regionie może mieć obalenie dyktatora. Tak się składa, że dyktator jest "proamerykański" albo "prozachodni", to znaczy, że jest jednym z "naszych", a nie jednym z "nich". Miliony, a nawet miliardy dolarów amerykańskich idą na pomoc wojskową i gospodarczą w celu wsparcia bleblestańskiego marszałka. Gdy "naszego" dyktatora uda się wyratować, następuje głębokie westchnienie ulgi i wszyscy gratulują sobie, że uchroniliśmy "nasze" państwo od niebezpieczeństwa. Oczywiście stały lub zwiększony jeszcze ucisk amerykańskiego podatnika i obywateli Bleblestanu nie jest w tym równaniu brany pod uwagę. Jeśli dyktator Bleblestanu upadnie, w prasie i w kręgach urzędniczych może się rozpętać chwilowa histeria. Ale po pewnym czasie okaże się, że Amerykanie mogą jednak żyć po "utracie" Bleblestanu mniej więcej tak samo, jak przedtem, a może nawet lepiej, jeśli się okaże, że oszczędzą kilka miliardów dolarów wyciskanych z nich do tej pory na pomoc dla Bleblestanu.

Gdy zrozumiemy i przyjmiemy do wiadomości fakt, że Stany Zjednoczone będą usiłowały narzucić swoją wolę w każdym kryzysie, w każdym zakątku świata, to staje się oczywiste, że Ameryka jest wielkim mocarstwem interwencjonistycznym. Jedynym regionem, w którym Stany Zjednoczone nie próbują obecnie przeprowadzać żadnych akcji, jest Związek Radziecki i państwa komunistyczne [tekst powstał przed upadkiem ZSRR i większości państw komunistycznych - przyp. red.]. Ale oczywiście próbowały to czynić w przeszłości. Woodrow Wilson, razem z Wielką Brytanią i Francją oraz siłami sojuszniczymi, próbowali przez kilka lat zniszczyć bolszewizm w zarodku, posyłając do Rosji wojsko, które miało wesprzeć siły caratu ("białych") przeciwko czerwonym. Po II wojnie światowej USA robiły, co mogły, żeby wyrzucić Sowietów z Europy Wschodniej. Udało im się przepędzić ich z Azerbejdżanu. Pomogły też Brytyjczykom rozprawić się z reżimem komunistycznym w Grecji. Stany Zjednoczone starały się też za wszelką cenę utrzymać dyktatorskie rządy Chiang Kai-sheka w Chinach, przerzucając wojska Chianga na północ w celu okupacji Mandżurii, z której wycofali się po II wojnie światowej Rosjanie. W dalszym ciągu USA nie pozwalają Chińczykom na zajęcie przybrzeżnych wysp Quemoy i Matsu. Po zainstalowaniu na Kubie dyktatora Bokassy, Stany Zjednoczone próbowały następnie pozbyć się komunistycznego reżimu Castro, przeprowadzając różne akcje, poczynając od zmontowanej przez CIA inwazji w Zatoce Świń, a kończąc na próbie zamachu na Castro, przeprowadzonej przez CIA we współpracy z mafią.

Spośród wszystkich wojen prowadzonych w ostatnich czasach przez USA, najbardziej bolesnym dla Amerykanów doświadczeniem była wojna w Wietnamie. Stanowiła ona również przełom w ich postawie wobec polityki zagranicznej. W imperialistycznej wojnie wietnamskiej w miniaturowej wersji widać wszystkie błędy amerykańskiej polityki zagranicznej tego stulecia. Amerykańska interwencja w Wietnamie nie rozpoczęła się, jak sądzi większość ludzi, za Kennedy'ego albo Eisenhowera, ani nawet za Trumana. Rozpoczęła się najpóźniej wtedy, gdy 26 listopada 1941 r. rząd amerykański za prezydentury Franklina Roosevelta wystosował ostre i obraźliwe ultimatum wobec Japonii. Żądał w nim wycofania japońskich sił zbrojnych z Chin i Indochin (czyli późniejszego Wietnamu). Ultimatum to prowadziło nieuchronnie do Pearl Harbor. Stany Zjednoczone, które zaangażowały się w wojnę na Oceanie Spokojnym, żeby wyrzucić Japończyków z kontynentu azjatyckiego, posłużyły się OSS (poprzedniczka CIA) i wsparły antyjapoński komunistyczny ruch oporu Ho Chi Minha. Po zakończeniu II wojny światowej komunistyczny Viet Minh kontrolował całą północ Wietnamu. Wtedy Francja, która sprawowała do tej pory imperialną władzę w Wietnamie, złamała umowę z Ho i zmasakrowała siły Viet Minhu. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone pomogły Francji w realizacji tego podstępu.
Gdy Francuzi przegrali z siłami odbudowanej partyzantki Viet Minhu dowodzonymi przez Ho, Stany Zjednoczone podpisały umowę genewską z roku 1954, w myśl której Wietnam miał być w krótkim czasie zjednoczony. Istniała bowiem powszechna zgoda co do tego, że powojenny podział na północną i południową strefę okupacyjną był całkowicie arbitralny i służył jedynie wygodzie wojskowych. Kiedy jednak Stanom Zjednoczonym udało się podstępnie przegnać Viet Minh z południowej części Wietnamu, złamały umowę genewską i Francuzów z ich marionetkowym cesarzem Bao Dai zastąpili własną klientelą. W południowym Wietnamie zainstalowały dyktatorski rząd Ngo Dinh Diema i jego rodziny. Kiedy Diem stał się niewygodny, CIA zorganizowała na niego zamach i wprowadziła nowy dyktatorski reżim. Dla zdławienia Viet Congu, narodowego ruchu niepodległościowego pod wodzą komunistów, Stany Zjednoczone doszczętnie spustoszyły zarówno Wietnam Północny, jak i Południowy. Przeprowadziły bombardowania, wymordowały milion Wietnamczyków i zawlokły pół miliona amerykańskich żołnierzy na trzęsawiska i w dżungle Wietnamu.

W trakcie tragicznego konfliktu wietnamskiego Stany Zjednoczone utrzymywały kłamliwą wersję zdarzeń, według której przyczyną wojny była "agresja" komunistycznego Wietnamu Północnego przeciwko pokojowemu i "prozachodniemu (cokolwiek by to miało znaczyć) państwu Wietnam Południowy, które zwróciło się do nas o pomoc. W rzeczywistości wojna była skazaną na niepowodzenie, ale długotrwałą próbą zdławienia przez USA dążeń przeważającej części Wietnamczyków. Miała zapewnić utrzymanie się przy władzy niepopularnych satelickich dyktatorów w południowej części kraju nawet za cenę ludobójstwa, gdy uznano to za konieczne.
Amerykanie nie przywykli do tego, by działania rządu Stanów Zjednoczonych nazywać "imperializmem", ale jest to termin niezwykle trafny. W szerszym znaczeniu imperializm można zdefiniować jako agresję państwa A przeciwko mieszkańcom kraju B oraz następującą po niej okupację. /.../ Ale imperializm nie musi występować w formie bezpośredniej władzy nad inną społecznością. W XX wieku forma pośrednia, "neoimperializm", w coraz większym stopniu zastępuje staroświecką formę bezpośrednią. Posługując się nią, państwo imperialistyczne sprawuje władzę poprzez skuteczną kontrolę nad miejscowymi satelickimi kacykami. /.../

Na szczególną ironię zakrawa fakt, że wojna zawsze umożliwia państwu mobilizację energii obywateli pod hasłem spieszenia krajowi na ratunek i obrony przed bestialskimi siłami zewnętrznymi. Podstawowym mitem, którym posługuje się państwo dla wybielenia wojny, jest plotka, jakoby wojna była prowadzona przez państwo w obronie jego obywateli. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Chociaż wojna daje państwu siły, to jest dla niego również śmiertelnym zagrożeniem. Państwo może "polec" tylko w wyniku kapitulacji lub rewolucji. W przypadku wojny państwo mobilizuje więc histerycznie swoich obywateli do walki przeciwko innemu państwu w swojej obronie, stwarzając pozory, że to ono walczy w ich obronie.

W historii Stanów Zjednoczonych wojna stanowiła w zasadzie główną sposobność do wzmocnienia panowania państwa nad społeczeństwem, a wiele regulacji wprowadzonych w czasie jej trwania obowiązywało już na stałe. /.../ W czasie wojny 1812 r. przeciwko Wielkiej Brytanii po raz pierwszy na dużą skalę wprowadzono inflacyjny system cząstkowej rezerwy bankowej. Również wtedy pojawiły się cła ochronne, krajowy podatek federalny, stała armia i marynarka wojenna. Bezpośrednim skutkiem inflacji czasu wojny było ponowne założenie banku centralnego, Drugiego Banku Stanów Zjednoczonych. Właściwie wszystkie te etatystyczne przepisy i instytucje zadomowiły się już na trwałe i istniały nadal także po zakończeniu wojny. W wyniku wojny secesyjnej i związanego z nią praktycznie jednopartyjnego systemu utrwaliła się neomerkantylistyczna polityka wielkiego rządu i zasada subsydiowania dużych przedsiębiorstw poprzez cła ochronne na różne produkty, poprzez wielkie nadania ziemi i inne dotacje dla kolei oraz wprowadzenie federalnego podatku akcyzowego i kontrolowanego przez rząd federalny systemu bankowego. Po raz pierwszy przeprowadzono pobór wojskowy i nałożono podatek dochodowy, stwarzając groźny precedens.
Pierwsza wojna światowa przyniosła zmiany o decydującym znaczeniu i fatalnych skutkach. Nastąpił odwrót od gospodarki względnie wolnej, leseferystycznej, ku obecnie panującemu systemowi korporacyjnych monopoli państwowych w polityce wewnętrznej i ciągłej interwencji w polityce zagranicznej. Kolektywistyczna wojenna mobilizacja gospodarki, której przewodził prezes Rady Przemysłu Wojennego Bernard Baruch, spełniła najnowsze marzenia dużych przemysłowców i postępowych intelektualistów o skartelizowanej i zmonopolizowanej gospodarce zarządzanej przez władze federalne w ścisłej współpracy z wielkim biznesem. Tymczasowy kolektywizm stał się drogowskazem i modelem dla wielkich przedsiębiorców i polityków korporacyjnych, którzy widzieli w nim wzór dla gospodarki Stanów Zjednoczonych w czasie pokoju. Król zaopatrzenia w żywność, sekretarz handlu i późniejszy prezydent Herbert C. Hoover pomógł wprowadzić w życie zasady trwale zmonopolizowanej gospodarki etatystycznej, a realizacji wizji dopełnił Franklin D. Roosevelt, wznawiając w czasie Nowego Ładu działanie wszystkich powołanych na czas wojny agencji rządowych, a nawet przywracając do pracy ich kadry. Pierwsza wojna światowa zaowocowała także stałym interwencjonizmem, wzmocnieniem wprowadzonego właśnie Systemu Rezerwy Federalnej i podatku dochodowego, podwyższeniem budżetu federalnego, ustanowieniem powszechnego poboru i powstaniem ścisłych zależności między boomem gospodarczym, kontraktami wojennymi i pożyczkami dla państw zachodnich.
Druga wojna światowa stanowiła kulminację i spełnienie tych wszystkich dążeń. Franklin D. Roosevelt założył wreszcie Amerykanom dyby, spełniając obietnice zawarte w programie polityki wewnętrznej i zagranicznej Wilsona: trwałego przymierza między wielkim rządem, wielkim biznesem i wielkimi związkami zawodowymi; trwałego i stale rozwijanego przemysłu zbrojeniowego; poboru; stałej i wzrastającej inflacji. Spełnił też obietnicę, że Ameryka będzie po wieczne czasy pełnić rolę światowego "żandarma" kontrrewolucji. Świat Roosevelta, Trumana, Eisenhowera, Johnsona, Nixona, Forda, Cartera (a między ich administracjami nie ma zasadniczych różnic) to "liberalizm korporacyjny", realizacja ideału państwa korporacyjnego. /.../

Murray N. Rothbard
tłum. Witold Falkowski

Powyższy tekst stanowi fragment rozdziału "Wojna i polityka zagraniczna" książki autora pt. "For a New Liberty" (O nową wolność. Manifest libertariański).

Za pismem "Obywatel". Tytuł opublikowanego fragmentu pochodzi od redakcji "Obywatela".


WSZYSCY WSPIERAMY NASZYCH ŻOŁNIERZY PRAWDA?

Tak długo dopóki będę waszym naczelnym wodzem.

Podczas gdy walki w Iraku nie słabną, przynajmniej 2450 żołnierzy zostało zabitych, dziesięciokrotnie wzrosła też liczba żołnierzy poważnie rannych od początku inwazji na Irak w 2003 roku. Jeżeli te liczby utrzymają się maj stanie się najbardziej śmiertelnym miesiącem dla amerykańskich żołnierzy, z których średnio trzech będzie ginęło każdego dnia. 54 Koalicyjnych żołnierzy zostało zabitych w początku maja.

To prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego według badań opinii publicznej 72% żołnierzy stacjonujących w Iraku uważa, że w przyszłym roku USA powinny się wycofać z Iraku, a ponad 25% uważa, że USA, powinny się wycofać natychmiast. Według tych samych badań opinii publicznej zaledwie jeden na pięciu żołnierzy jest gotowy posłuchać wezwania wojennego zbrodniarza Busha, by "zostać tak długo jak tam jesteśmy potrzebni"

Okupacja trwa już czwarty rok i już do tej pory wyprodukowała 550 tysięcy weteranów. Morale żołnierzy jest niższe niż kiedykolwiek przedtem i spada równie szybko jak aprobata dla Busha. Dodatkowo sytuację pogarsza bezmyślne obstawanie przy w najwyższym stopniu absurdalnych przyrzeczeniach naczelnego wodza.

"Do wszystkich ludzi noszących mundury, składam wam tą przysięgę: Ameryka nie ucieknie w obliczu zamachów i morderców tak długo jak będę waszym naczelnym wodzem. Większość Amerykanów chce dwóch rzeczy w Iraku: oni chcą zwycięstwa naszych żołnierzy i chcą, żeby oni w możliwie jak najszybszym terminie wrócili do domu" on powiedział i nieprzytomnie "takie są także moje cele również. Dążę niczego innego jak do całkowitego zwycięstwa" Podobnie jak przedtem dążył on do nic innego jak całkowitego zwolnienia z służby wojskowej w Wietnamie, o czym jego żołnierze dobrze wiedzą.

W tym samym czasie wbrew retoryce ich szefa pozującego na jastrzębia znajdują się w mniej wygodnej sytuacji. W wyniku cięć podatkowych jest, co raz mniej opieki medycznej potrzebnej dla wsparcia żołnierzy.

Kiedy żołnierze wracają do domu z Iraku praktycznie rzecz biorąc nie stać ich na pomoc medyczną w celu wyleczenia się psychicznie i fizycznie z przeżyć w Iraku. W związku z cięciami w ich żołdzie i przysługujących im przywilejami, rzadki dostęp do opieki medycznej w tej chwili, w przyszłości będzie jeszcze trudniejszy.

Dowodem na to może być starszy szeregowy piechoty morskiej James Crosby. Opuścił on Irak przypięty do noszy po tym jak w wyniku ostrzału dostał szrapnelami. Jego nogi zostały sparaliżowane a odłamki znalazły się w wnętrznościach. Kiedy opuścił strefę bojową w drodze do domu zorientował się, że wojsko obcięło mu żołd o 50%.
"Zanim odchodzisz z strefy bojowej oni biorą twój dowód osobisty przesyłają informacje przez komputer i dopiero wtedy udajesz się do bazy, gdzie ci płacą" - powiedział

Oczywiście on wspiera naszych żołnierzy.

Weterani są inną sprawą, jednak coraz większa ich liczba zdaje sobie coraz bardziej sprawę z różnicy pomiędzy tym, co ich "naczelny wódz" mówi a tym, co robi. Podczas gdy Bush jest zajęty mówieniem dziennikarzom, że wspiera oddziały w Iraku, nawet strony wojskowe zamieszczają historie podobne do tej z 28 lutego tego roku zatytułowanej "Weterani mogą być pozbawieni opieki medycznej", według niej przynajmniej dziesięciu tysiącom weteranów, których stan zdrowia nie jest krytyczny zostanie odmówiona opieka medyczna, lub też otrzymają ją z opóźnieniem, by umożliwić prezydentowi Bushowi spełnienie jego obietnicy, że w następnych latach deficyt zostanie zmniejszony o połowę, jeżeli Biały Dom myśli poważnie o proponowanym budżecie. Przez następne lata budżet, Busha zmieni obecne liczby. Nawet, jeżeli w przyszłym roku koszty opieki nad weteranami będą rosły to w następnych latach administracja Busha zamierza je ciąć.

W tej samej historii reprezentant Chet Edwards członek partii demokratycznej w Teksasie stwierdził, że

"Administracja Busha proponując ciecia w opiece medycznej dla weteranów w kolejnych latach nie podchodzi poważnie do własnego budżetu"

Niepokojące sygnały wskazujące, że tak właśnie wygląda plan "wsparcia oddziałów w Iraku" Busha można znaleźć w raporcie komisji budżetowej.

Budżet prezydencki na pomoc dla weteranów w roku 2007, przewiduje przeznaczenie na programy dla weteranów ponad 36,1 miliardów dolarów, i jest mniejszy o 2,9 miliardów od tego przeznaczonego w budżecie w 2006 roku.
W kolejnych latach prawie, co roku będą ciecia w budżecie na pomoc weteranom. Wysokość ich w ciągu pięciu lat zmniejszy się o 10 miliardów.

Cóż "ich naczelny wódz" w ciągu kolejnych pięciu lat obetnie budżet na opiekę medyczną dla weteranów o 10 miliardów dolarów.

Wspieranie żołnierzy w stylu Pentagonu.

Chcąc ocalić żołnierzy przed brakiem opieki medycznej Pentagon znalazł pomysłowe rozwiązanie: jego istotą jest pozwalanie im dalej walczyć. W ostatnim tygodniu wyszło na jaw, że wojsko łamie własne zasady dotyczące żołnierzy chorych psychicznie poprzez posyłanie ich do walki. Ostatnie wiadomości związane z raportem Hartford Courant stwierdzają:

"Żołnierze armii amerykańskiej z objawami chorób psychicznych są posyłani do Iraku a nawet pozwala im się tam pozostać pomimo tego, że ich przełożeni są świadomi, że mają oni symptomy choroby psychicznej."

Cytując dane uzyskane na mocy Freedom of Information Act i wywiady z członkami rodzin wojskowych gazeta podaje "Są coraz liczniejsze przypadki, gdy wojsko nie przestrzega własnych regulacji w wykrywaniu, leczeniu i ewakuacji żołnierzy z problemami psychicznymi w Iraku" Gazeta podaje, że 225 żołnierzy popełniło samobójstwa w Iraku w ostatnim roku, co jest największą liczbą od rozpoczęcia wojny.

Ten artykuł opisuje przypadki żołnierzy, którzy popełnili samobójstwo pomiędzy rokiem 2004 a 2005 a którym przepisano po konsultacji lekarskiej lub jej braku środki przeciwdepresyjne.

Vera Sharav przewodnicząca Alliance for Human Research Protection nie ukrywa potępienia "nie mogę wyobrazić sobie coś bardziej nieodpowiedzialnego niż podawanie żołnierzom cierpiącym z powodu stresu bojowego środków przeciwdepresyjnych, gdy wiadomo, że ludzie biorący te środki są skłonni do samobójstw i zabójczych skłonności. Sami tworzymy chemiczne bomby zegarowe, które w każdej chwili mogą wybuchnąć"

Artykuł cytuje także doktora Artura Blanka juniora specjalistę od stresu pobitewnego, który został uznany za chorobę po wojnie w Wietnamie. "Jestem zaniepokojony, że ludzie z tymi symptomami są odsyłani z powrotem. To się nie zdarzało przedtem w tym kraju"

Przekształcanie żołnierzy w bomby zegarowe.

Lekarze są jednogłośni w kwestii, że po powrocie do domu żołnierze powinni otrzymać natychmiast odpowiednią pomoc medyczną: "Jeżeli nie udzielimy im pomocy w ciągu pięciu lat po powrocie oni będą mieli problemy przez całe życie" mówi profesor psychologii John Wilson z Uniwersytetu w Cleveland. W artykule dla Associated Press dodał "W Iraku przez cały czas są oni we wrogim środowisku, które na nich oddziałuje. Jedną, z rzeczy, którą nauczyliśmy się z Wietnamu jest to, że jeżeli nie zostanie im udzielona natychmiastowa pomoc będą stanowić problem"
Tragiczna śmierć 19 letniego żołnierza piechoty morskiej Andresa Raya znakomicie potwierdza ten stan. Młody człowiek zdecydował się popełnić samobójstwo wszczynając strzelaninę z policją w celu uniknięcia zbliżającego się powrotu do Iraku.

Andres Ray, który uczestniczył w kwietniu 2004 roku w szturmie na Falludżę otrzymał urlop i powrócił do USA 8 stycznia 2005 roku. Jego matka opisując później jego stan w gazecie Modesto Bee powiedziała, że "on wrócił inny".
Mówił swojej rodzinie kilkanaście razy, że on nie zamierza wrócić do Iraku. Według lokalnej policji Raya udał się do sklepu z alkoholem w Ceres ubrany w poncho "i mówiąc o tym jak bardzo on nienawidzi świata" poprosił właściciela sklepu by wezwał policję. Oficer Sam Ryno odpowiedział. Kiedy przyjechał Raya wyciągnął karabin szturmowy i zaczął strzelać raniąc poważnie policjanta. Kiedy inny oficer pojawił się przed sklepem z alkoholem Raya zabił go strzelając dwa razy w plecy a następnie zniknął. Trzy oddziały lokalnej policji i SWAT zostały wysłane by znaleźć oszalałego weterana. Kiedy go znaleźli rozgorzała strzelanina, w której Raya zginął ugodzony przez 60 kul.

Według artykułu z gazety w końcowej bitwie Raya "wykorzystał technikę, którą wykorzystują nasze oddziały w Iraku i którą można zobaczyć w wiadomościach" Szef policji z Ceres stwierdził "to była z premedytacją zaplanowana zasadzka, to było zabójcze dla policjantów"

PTSD
Weterani, którzy powrócili z Iraku borykają się z odnowieniem swojego życia walcząc z Syndromem Stresu Pobitewnego, którego symptomy można rozpoznać po gniewie, szale, bezsenności, izolacji, lękach i antyspołecznym zachowaniu. W kolejnej historii Associated Press z 28 kwietnia tego roku opisano przypadek Roberta Hornbecka lat 23 znalezionego w hotelu w Savannah w Georgi po tym jak dwanaście dni wcześniej zgłoszono jego zaginięcie.
"Ciało żołnierza z Fortu Benning wraz z wyposażeniem zostało znalezione w hotelu, po tym jak goście zaczęli się skarżyć na nieprzyjemny zapach na korytarzu" można przeczytać w artykule. Hornbeck spędził rok z trzecią dywizją w Iraku i miał się ożenić z narzeczoną w lipcu. Z powodu braku terapii Stresu Pobitewnego "Pracownik hotelu De Soto znalazł jego ciało w systemie wentylacyjnym hotelu strażacy ubrani w wyposażenie przy pożarze wyciągnęli jego ciało kilkanaście godzin później" Jego ojciec uważa, że w chwili śmierci był pijany.

Także inni żołnierze powracający z Iraku cierpią na traumę z powodu swoich doświadczeń z Iraku. Joshua Omving żołnierz z Iowy powrócił do domu i zastrzelił się na oczach swojej matki Radząc sobie z bólem po stracie syna jego rodzice stworzyli stronę internetową z wspomnieniami po swoimi synu, na której publikują listy od żołnierzy "jest ich setki każdego dnia - tak wiele łamiących serce opowieści. To jest jak ta sama opowieść tylko z innymi imionami i z różnych miast. Jest w nich tak wiele bólu"

W 2004 roku ukazał się w New England Journal of Medicine artykuł na podstawie badań przeprowadzonych wśród żołnierzy kilkunastu jednostek armii piechoty morskiej, którzy powrócili z Iraku i Afganistanu. Według niego zaledwie od 23 do 40% starało się o leczenie w związku z PTSD, gdyż jego objawy następują długo po zakończeniu traumy.
Zeznania instytucji rządowych i innych.

W ostatnim tygodniu Government Accountability Office ogłosiło, że "według rządowego raportu mniej niż 1/4 weteranów z Iraku i Afganistanu, którzy wykazywali objawy stresu pobitewnego otrzymała opiekę medyczną".
Niezależnie od tego VA potwierdziła, że zaledwie 35% weteranów, którzy służyli w Iraku starało się o uzyskanie leczenia medycznego w związku z problemami emocjonalnymi w wyniku wojny. Te dane statystyczne zostały potwierdzone przez raport wojskowy.

Artykuł napisany przez Judith Coburn i zamieszczony w TomDispatch opublikowany w kwietniu tego roku ujawnia wiele niepokojących informacji.

Prawie 1/3 weteranów korzystających z opieki VA lub z klinik przebywała tam z powodu choroby psychicznej. Te liczby są zgodne z danymi ze studium armii na temat żołnierzy z Afganistanu i Iraku. Taka ilość może się dwukrotnie zwiększyć (w zależności od tego jak długo będzie trwała okupacja) ilość weteranów potrzebująca opieki medycznej wzrośnie do pół miliona.

VA przyznaje, że jej system emerytalny był przeciążony jeszcze przed inwazją na Irak. W 2004 roku liczba emerytów wojskowych wyniosła 300,000. Teraz ich liczba się podwoiła wynosi 540,122. W kwietniu 2006 roku liczba podań o emeryturę wzrosła o kolejne 25%, są one rozpatrywane w ciągu sześciu miesięcy. Więc weterani, którzy odnieśli ciężkie rany niezdolni do pracy są przez prawie pół roku pozostawieni sami sobie. Gorzej jest w przypadku rozpatrywania apelacji od odmowy często rozpatrzenie ich trwa latami. Do tej pory weterani z Iraku i Afganistanu wnieśli 123 tysiące podań o niezdolność do służby i rentę. Jednakże z powodu budżetu administracja Busha odmawia żądaniom kongresu zwiększenia środków na VA. Oto, co urzędnicy VA napisali:

"VA nie jest w stanie sprostać zapotrzebowaniom weteranom z poprzednich kontyngentów a ciągle dochodzą nowi weterani z Iraku i Afganistanu oraz ich rodziny z swoim potrzebami.
Jak wielu weteranów z Iraku i Afganistanu dołączy do szeregów 400.000 bezdomnych weteranów żyjących na ulicach naszych miast?

Każdy wspiera naszych żołnierzy prawda?
Odpowiadając na pytanie zawarte w przemówieniu wygłoszonym 20 maja dzień po rocznicy rozpoczęcia inwazji na Irak Bush stwierdził "oto jest najlepszy sposób, w jaki możesz wesprzeć nasze oddziały w Iraku. Znajdź rodzinę, której dziecko służy w Iraku i powiedz, że doceniasz to. Spytaj ich czy możesz im w czymś pomóc."
Teraz nadszedł czas by to zrobić. To będzie kosztowało więcej niż umieszczenie żółtych wstążek z napisem "wspieramy nasze oddziały" na szybach samochodów. Czy patriotyczni obywatele Stanów Zjednoczonych są gotowi wesprzeć nasze oddziały? Bo wygląda na to, że ich naczelny wódz tego nie zamierza.

Dahr Jamail
Tłum. Piotr
Za Indymedia 27-06-2006


Z ZAWIĄZANYM OCZAMI

Uprowadzony w biały dzień, więziony miesiącami, torturowany, bity, a potem porzucony gdzieś w polu - to nie relacja z gangsterskich porachunków ani z żadnej z dyktatur Trzeciego Świata. Dziennikarka Dana Priest, która jako pierwsza opisała tajne operacje CIA w Europie, opisuje kulisy porwania niewinnego Niemca.

W maju 2004 r. Biały Dom wysłał ambasadora w Niemczech z wizytą do tamtejszego ministra spraw wewnętrznych. Instrukcje Departamentu Stanu przekazano Danielowi R. Coatsowi przez berlińską siedzibę CIA, ponieważ były one zbyt poufne, by zastosować zwyczajną drogę dyplomatyczną. Tak twierdzi kilka osób, które mają wiedzę na temat rozmowy ambasadora z ministrem.

Źródła te podają, że Coats poinformował niemieckiego polityka o omyłkowym, pięciomiesięcznym uwięzieniu przez CIA obywatela Niemiec Khaleda Masriego oraz o planowanym wypuszczeniu go na wolność. Amerykański ambasador zwrócił się do niemieckiego rządu o zachowanie milczenia w tej sprawie, nawet jeśli sam Masri zdecyduje się ją upublicznić. Przywódcy USA obawiali się ujawnienia tajnego programu polegającego na zatrzymywaniu poza granicami Stanów Zjednoczonych osób podejrzanych o działalność terrorystyczną i przerzucaniu ich z kraju do kraju. CIA chciała też uniknąć procesów.

Realizując plan likwidacji międzynarodowych siatek terrorystycznych, CIA (we współpracy z innymi agencjami wywiadu) pojmała około trzech tysięcy osób, w tym kilku przywódców Al-Kaidy. Nie sposób jednak określić, jak wiele błędów popełniono w trakcie tej operacji.

Błąd zatrzymania

O ile z więzienia wojskowego nad zatoką Guantanamo zwolniono już po szczegółowym zbadaniu 180 osób, o tyle w przypadku ludzi zatrzymanych przez CIA nie istnieje żaden trybunał ani sąd, który mógłby ocenić dowody zebrane przez tajnych agentów. Ci sami urzędnicy, którzy decydują o pojmaniu i przesłuchiwaniu podejrzanych, są również odpowiedzialni za ewentualne naprawianie własnych błędów. Jak twierdzi kilku obecnych i byłych pracowników wywiadu, główny inspektor CIA bada ostatnio coraz więcej przypadków "błędnego zatrzymania".

Wśród niesłusznie zatrzymanych jest wiele osób, których nazwiska podali w trakcie przesłuchań przywódcy Al-Kaidy. Podobno był wśród nich Bogu ducha winny profesor uniwersytecki, który dał kiedyś członkowi Al-Kaidy niską ocenę.
Choć CIA przyznała się do błędu przed niemieckim ministrem spraw wewnętrznych Otto Schillym, to jednocześnie podjęła niemały wysiłek, by szczegóły zatrzymania Masriego nigdy nie ujrzały światła dziennego. Podczas gdy niemiecki prokurator pracuje nad relacjami Niemca o porwaniu i torturach, członkowie rządu, którzy wiedzieli o jego losie, milczą. Adwokaci zatrzymanego złożyli już w amerykańskich sądach pozew przeciwko rządowi Stanów Zjednoczonych.
Masri był przetrzymywany przez pięć miesięcy głównie dlatego, że szefowa oddziału do spraw Al-Kaidy przy Centrum Antyterrorystycznym CIA sądziła, że jest on kimś innym, jak twierdzi były pracownik CIA.

Po atakach z 11 września 2001 r. presja na zlokalizowanie i schwytanie potencjalnych terrorystów odczuwalna jest szczególnie w jednym z departamentów CIA, tzw. Centrum Antyterrorystycznym, które jeszcze do niedawna mieściło się w piwnicy jednego ze starszych budynków mocno podstarzałego kompleksu stanowiącego centralę CIA.
Oficerowie operacyjni i analitycy siedzieli obok siebie, chodziło bowiem o to, by błyskawicznie reagować na wszelkie wskazówki i tropy. Po 11 września istniała obawa, że dojdzie do kolejnego ataku. - Logika działania była następująca: jeśli jeden z nich się nam wymknie i będą kolejne ofiary śmiertelne, to my będziemy za to odpowiedzialni - twierdzi oficer CIA, który - jak wielu innych cytowanych w niniejszym artykule - nie zgodził się na podanie swojego nazwiska z uwagi na tajny charakter omawianych kwestii.

Skuteczność Centrum Antyterrorystycznego zależy w znacznym stopniu od działania specjalnego zespołu złożonego z oficerów śledczych, oddziałów paramilitarnych, analityków i psychologów. Członkowie zespołu wymyślali najlepszy sposób na "zdjęcie" kogoś z ruchliwej ulicy, z górskiego szlaku lub lotniska, gdzie roiło się zazwyczaj od lokalnych sił porządkowych.

Ubrani od stóp do głów na czarno i z zamaskowanymi twarzami rozbierają schwytaną osobę, robią jej lewatywę i dają środki nasenne. Następnie ubierają w kombinezon z pieluchą, gdyż podróż trwa czasem nawet cały dzień. Jej celem jest albo areszt w jednym ze współpracujących z USA krajów Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej (włącznie z Afganistanem), albo jedno z tajnych więzień CIA - w dokumentach Agencji nazywanych "czarnymi miejscami" (black sites) - działających w ośmiu krajach, w tym również w Europie Wschodniej.

Bajka o bombie w butach
Po atakach z 11 września personel Centrum wzrósł niemal z dnia na dzień z 300 do 1200 osób. - Była to ziemia obiecana antyterrorystów. Nie musieliśmy się z nikim liczyć i mieliśmy niezłą zabawę - twierdzi były agent. Po atakach do Centrum zaczęły spływać tysiące tropów i podejrzeń na temat możliwych zagrożeń. CIA już raz przeoczyła plan ataku, więc teraz przekazywano dalej każdą plotkę. - Wszelkie mechanizmy kontroli jakości, które obowiązywały 10 września 2001 r., zostały wyeliminowane dzień później - wspomina były wysoki oficer wywiadu. J. Cofer Black, były zawodowy szpieg, który latami ścigał Osamę ben Ladena, został mianowany szefem Centrum. Miał specjalny dostęp do prezydenta Busha od chwili, gdy przedstawił mu plan CIA dotyczący wojny w Afganistanie. Znajomi wspominają, że rozmowa z Bushem natchnęła szefa Centrum, który od tego czasu zaczął przemawiać do podwładnych kaznodziejskim tonem.

Niektórzy współpracownicy twierdzą, że zapał szefa pasował do nowych zadań, jakie postawił przed CIA prezydent Bush, podpisując ściśle tajne rozporządzenie sześć dni po atakach z 11 września. Według obecnych i byłych pracowników wywiadu dawało ono Agencji niezwykle szerokie uprawnienia w zakresie prowadzenia tajnych operacji, w tym prawo do stosowania metod niebezpiecznych dla życia, prawo do porywania podejrzanych, prowadzenia kampanii dezinformacyjnych oraz ataków komputerowych wymierzonych w Al-Kaidę.

Szef Centrum był krytykowany za wprowadzenie w życie "modelu hollywoodzkiego" i zaniedbanie żmudnej rekrutacji agentów i penetrowania siatek terrorystów. Zamiast tego skoncentrowano się na bardziej widowiskowych operacjach paramilitarnych, które okazały się tak skuteczne w Afganistanie i które cieszyły się poparciem Białego Domu.

Osobą, która najczęściej odgrywała kluczową rolę przy wysłaniu zespołu zajmującego się porwaniami, była dawna specjalistka od spraw Związku Radzieckiego, kobieta, której sterczące włosy pasowały do niezwykle ekspansywnej osobowości. Jej nazwisko jest ściśle tajne. Zdobyła reputację osoby agresywnej i pewnej siebie. Krytycy zwracali uwagę na jej nadgorliwość w zezwalaniu na działania paramilitarne.

Jednym ze sposobów na pozbycie się aresztantów, których agencja nie chce dłużej przetrzymywać, jest przerzucenie ich do wojskowej bazy Guantanamo na Kubie, gdzie resort obrony decyduje, czy wypuścić daną osobę na wolność. "The Washington Post" dokonał przeglądu zeznań przed trybunałem wojskowym oraz innych materiałów. Wynika z nich, że CIA przerzuciło do bazy Guantanamo około 12 podejrzanych. Niektórzy pracownicy CIA twierdzą, że baza na Kubie stała się śmietnikiem, do którego Agencja "wyrzuca" swoje pomyłki. Inni polemizują z tym poglądem i bronią procedury przekazywania podejrzanych wojsku. Przyznają, że zdarzały się przypadki wysłania do bazy osób, które nie posiadały tak cennych informacji, jak przypuszczano, ale i tak były to osoby niebezpieczne.

Wśród zwolnionych z Guantanamo jest Mamdouh Habib, urodzony w Egipcie obywatel Australii zatrzymany przez CIA w Pakistanie w październiku 2001 r., a następnie - według akt sądowych - przewieziony do Egiptu na przesłuchanie. Utrzymuje on, iż przypalano mu skórę papierosami, aplikowano wstrząsy elektryczne i bito. Po sześciu miesiącach znalazł się w bazie Guantanamo, skąd na początku tego roku został zwolniony bez postawienia zarzutów.
Inny zatrzymany przez CIA to Mohamedou Oulad Slahi, Mauretańczyk i były mieszkaniec Kanady, który twierdzi, że sam oddał się w ręce mauretańskiej policji 18 dni po atakach z 11 września po tym, jak dowiedział się, że jest poszukiwany przez Amerykanów. CIA zabrało go do Jordanii, gdzie - według jego zeznań - przez osiem miesięcy był przesłuchiwany, zanim przeniesiono go do Guantanamo.

Jest też Muhammad Saad Iqbal Madni, Egipcjanin uwięziony przez władze Indonezji w styczniu 2002 r., gdy ktoś usłyszał, jak opowiada - według jego zeznań miał to być żart - o nowej technologii bomb ukrytych w butach. Przetransportowano go do Egiptu na przesłuchania, a cztery miesiące później przekazano CIA. Po spędzeniu 13 miesięcy w Afganistanie został ulokowany w bazie Guantanamo.

Khaled Masri ściągnął na siebie uwagę władz Macedonii w sylwestra 2003 roku. Jest bezrobotnym ojcem pięciorga dzieci mieszkających w niemieckim mieście Ulm. Twierdzi, że pojechał do Macedonii autobusem, by odprężyć się po konflikcie z żoną. Na przejściu granicznym w Tabanovcach został zatrzymany przez policję, ponieważ jego nazwisko brzmiało podobnie do nazwiska osoby związanej z jednym z porywaczy z 11 września. Policjanci zabrali go do Skopje, stolicy Macedonii, gdzie umieścili w motelu, w pokoju z przyciemnionymi oknami. Mieli go traktować uprzejmie, acz zdecydowanie. Pytali o paszport, który ich zdaniem był podrobiony, o Al-Kaidę i meczet, do którego uczęszczał. Nie mówiąc nic Masriemu, Macedończycy skontaktowali się z biurem CIA w Skopje. Jego szef był na urlopie, ale zastępujący go młodszy oficer był bardzo podekscytowany możliwością przyczynienia się do walki z terroryzmem. Ponieważ szef Departamentu Europy również był na urlopie, młody oficer w Skopje skontaktował się bezpośrednio z Centrum Antyterrorystycznym.

W pierwszych tygodniach 2004 r. wywiązała się dyskusja, czy CIA powinno przejąć Masriego od lokalnych władz i wywieźć z kraju w celu przesłuchania. Za takim rozwiązaniem opowiadała się szefowa wydziału ds. Al-Kaidy. Inni mieli wątpliwości. Chcieli poczekać na wyniki badania paszportu. Brakowało dowodów, że Masri był kimś innym niż niemieckim obywatelem podróżującym po kłótni z żoną.

Podejrzane nazwisko

Spór wygrała szefowa wydziału i rozkazała przewiezienie zatrzymanego do więzienia CIA w Afganistanie. Dwudziestego trzeciego dnia jego pobytu w motelu Masri - jak sam zeznał - został związany i zakuty w kajdanki. Policjanci zawiązali mu przepaskę na oczach i wrzucili do furgonetki, którą więzień został przewieziony do odizolowanego budynku na terenie lotniska. Tam, w kompletnej ciszy zdjęto mu ubranie. Gdy zmieniano przepaskę na oczach, dostrzegł on "siedmiu lub ośmiu ludzi ubranych na czarno i zamaskowanych". Następnie więźnia uśpiono środkami nasennymi przed długim lotem. Masri mówił, że jego cela w afgańskim więzieniu była zimna, brudna, że mieściła się w piwnicy pozbawionej światła, a do okrycia miał jeden brudny koc. Powiedział, że pierwszej nocy był kopany, bity i ostrzegany przez przesłuchującego go mężczyznę, który mówił: Jesteś w kraju, w którym nikt nic o tobie nie wie, w kraju bezprawia. Jeśli umrzesz, pogrzebiemy cię i nikt nie zauważy, że coś się wydarzyło.
Masri twierdzi, że za dnia pilnowali go Afgańczycy. W nocy pojawiali się mężczyźni mówiący po angielsku z amerykańskim akcentem, którzy go przesłuchiwali. Od czasu do czasu człowiek w masce, którego uważał za lekarza, przychodził, aby zrobić mu zdjęcia, pobrać krew i próbkę moczu. Tymczasem w Centrum Antyterrorystycznym paszport Niemca poddano badaniu. W marcu stwierdzono, że jest prawdziwy. CIA uwięziła niewinnego człowieka.
W siedzibie agencji zastanawiano się: co dalej? Niektórzy chcieli udać się bezpośrednio do niemieckiego rządu, inni woleli tego nie robić. Ktoś zaproponował odwiezienie zatrzymanego z powrotem do Macedonii i uwolnienie. - Nie byłoby żadnych śladów. Żadnego biletu lotniczego. Niczego. Nikt by mu nie uwierzył. W prasie pojawiłaby się krótka wzmianka, a potem sprawa by ucichła - twierdzi były agent.

Gdy wiadomość o pomyłce dotarła do szefa CIA George'a Teneta, przygotował on listę możliwych rozwiązań. Condoleezza Rice, ówczesny doradca prezydenta Busha ds. bezpieczeństwa narodowego, oraz zastępca sekretarza stanu Richard L. Armitage uważali, że Niemcy muszą być o wszystkim powiadomieni. Podobne stanowisko prezentował też Tenet. Wysocy rangą urzędnicy Departamentu Stanu postanowili skontaktować się z ministrem spraw wewnętrznych Otto Schillym, który twardo popierał Busha nawet wtedy, gdy wojna w Iraku popsuła stosunki między dwoma krajami. Ambasador Coats miał świetny kontakt z Schillym.

CIA było za ujawnieniem jak najmniejszej ilości informacji. Departament Stanu nalegał, by powiedzieć Niemcom wszystko. Tymczasem Masri zapadł na depresję. Twierdzi, że uspokajały go rozmowy ze współwięźniami i lektura Koranu. Na tydzień przed uwolnieniem w maju 2004 r. odwiedził go Niemiec z bródką, który przedstawił się jako Sam. Masri spytał go, czy jest przedstawicielem niemieckiego rządu i czy ten wie o jego pobycie w Afganistanie. Mężczyzna odmówił odpowiedzi. - Czy przynajmniej moja żona wie, że tu jestem? - spytał Masri.

- Nie - padła odpowiedź.

Sam powiedział zatrzymanemu Niemcowi, że zostanie on wkrótce wypuszczony na wolność, ale że nie otrzyma żadnych dokumentów poświadczających jego przejścia. Masri usłyszał, że Amerykanie nigdy nie przyznają się do tego, że go więzili. Według niego w dniu uwolnienia naczelnik więzienia powiedział, że powodem aresztowania było "podejrzane nazwisko". Kilku pracowników wywiadu i dyplomatów ujawniło, że Macedonia nie chciała przyjąć zatrzymanego z powrotem, więc CIA zorganizowało lot do Albanii. Masriego zostawiono o świcie przy wąskiej, wiejskiej drodze. - Zabronili mi patrzeć za siebie. Balem się, że strzelą mi w plecy - wspomina.

Dość szybko spotkał trzech uzbrojonych mężczyzn, którzy wieźli go całą noc na lotnisko Matki Teresy w Tiranie. Niemiec twierdzi, że do samolotu eskortował go Albańczyk. Masri połączył się z dziećmi i żoną, która przeprowadziła się do Libanu, ponieważ nie mogła się dowiedzieć, co stało się z jej mężem. Masri, bezrobotny i osamotniony, mówi, że ani jego znajomi z Niemiec, ani Arabowie nie chcą się z nim spotykać ze względu na rozgłos towarzyszący jego osobie.
Tymczasem niemiecki prokurator pracuje nadal nad jego sprawą. Macedoński kierowca autobusu potwierdził, że Niemca zabrała straż graniczna. Badanie włosa Masriego wskazuje, iż w okresie rzekomego uwięzienia był niedożywiony. Z archiwum lotów wynika, że w dniu, w którym według niego odbyła się podróż do Afganistanu, z Macedonii wyleciał samolot zarejestrowany na CIA.

Masriemu brakuje słów na opisanie tego, co przeżył. - Mam bardzo złe zdanie o Stanach Zjednoczonych. Tam jest tak samo, jak w krajach arabskich: aresztuje się ludzi, nieludzko traktuje, a wszystko to poza prawem.

Dana Priest
The Washington Post, 2005
Za tygodnik Forum


KAŻDY Z NAS JEST WINNY ZBRODNI W IRAKU

My
W ubiegły piątek miałem wykład na uniwersytecie teksańskim w Austin. Po spędzeniu godzin wartych "Potwornych nowin z Iraku" zadano mi pytanie, którego się spodziewałem "Czy cokolwiek dobrego dzieje się tam teraz? Rozumiem, dlaczego ludzie pytają się mnie o to. Tam musi być przecież nadzieja no nie?
Zasugerowałem, że ludzie z prasy wojskowej zawsze mogą się udać i zamieścić na stronach gazet "coś dobrego" z Iraku. Tutaj przytaczam jedną z takich fałszywych wiadomości. Rozpowszechniona w czasie mojego drugiego pobytu w Iraku wiadomość z 21 maja 2004 roku "Tymczasowe władze koalicyjne przekazały ostatnio setki piłek irackim dzieciom w Karbali, Ramadii i Hilli. Irackie kobiety z Hilii wyszyły te piłki. Na piłkach jest umieszczony napis "wszyscy z nas współuczestniczą w budowie nowego Iraku"

Oni
Tego samego wieczora po prezentacji otrzymałem email od znajomego lekarza w Bagdadzie. Email dotyczy odpowiedzi na zadane mi pytanie, więc go przytoczę "Drogi Dahr zastanawiam się, dlaczego Amerykańskie i koalicyjne siły są wspierane przez pro irańskie milicje takie jak organizacja Badr! Wsparcie i pomoc irackich szyitów umożliwiła na początku stabilizację i utrzymanie okupacji. Szwadrony śmierci wyćwiczone przez siły okupacyjne pracują dzień i noc pod przykrywką ministerstwa spraw wewnętrznych atakując niewinnych ludzi zarówno sunnitów jak i szyitów!!! Pomimo tego, że wszyscy wiedzą, kto to robi nie widać żadnego postępu w zakresie bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie sytuacja pogarsza się, co raz bardziej. Wielu moich kolegów zarówno lekarzy ja i przedstawicieli innych zawodów błaga o pomocy w wydostaniu się z Iraku by uratować swoje życie i życie swoich rodzin! Jedyni przegrani tutaj to Irakijczycy. Jedyni Irakijczycy, którzy odnieśli korzyści z wojny to ci, którzy mieszkają poza Irakiem oraz ci żyjący w ich dużym zamku zwanym Zieloną Strefą!!! Wszyscy wiedzą, że inwazja na Irak została przeprowadzona na podstawie fałszywych świadectw i kłamstw!!! To, co się dzieje w Iraku różni się wiele od tego, co podają media! Jestem tego świadomy".

Nigdy się nie działo tak źle w Iraku jak obecnie, to może być zaskoczenie dla wielu ludzi w USA nawet dla tych, którzy nie popierali tej nielegalnej inwazji i okupacji. Irak od samego początku był katastrofą.
Kiedy słyszę to pytanie za każdym razem przed moimi oczyma przesuwa się kilkanaście scen z mojego pobytu w Iraku, gdy szukam odpowiedzi na pytanie czy w Iraku dzieje się cokolwiek dobrego od początku amerykańskiej inwazji.

Później

Wspominam doświadczenia z dnia 22 maja 2004 roku dzień po ukazaniu się wiadomości o piłkach. To było w tygodniach po ukazaniu się w korporacyjnych mediach informacji o torturowaniu więźniów w Abu Graib przez amerykańskich żołnierzy. W pierwszym pozorowanym procesie skazano jednego z żołnierzy zamieszanych w zbrodnie, kiedy zdecydowałem się udać do Abu Graib. Chciałem spotkać się i zrobić wywiady z członkami rodzin, którzy próbowali dostać się do więzienia chcąc skontaktować się z członkami uwięzionych rodzin.

Przed moją podróżą ja i mój tłumacz przeprowadziliśmy wywiad z mężczyzną, który został poddany straszliwym torturom w Abu Graib. On się śmiał "Amerykanie doprowadzili prąd do mojej dupy zanim doprowadzili do mojego domu". Na piaszczysty posępnym obszarze otoczonym drutami pilnowanym na zewnątrz Abu Ghraib oczekiwało nas wiele strasznych historii. Nieszczęście i bezsilność przesyciły atmosferę miejsca, gdzie zgromadzeni członkowie rodzin oczekiwali mając nadzieję, że będzie im dana szansa zobaczenia się z ukochaną osobą przebywającą za złowieszczymi wałami.

Wśród zgromadzonych na skrawku jałowej ziemi znajdowali się mężczyźni, kobiety, płaczące dzieci. Ich cierpienie mieszało się z oburzeniem, podczas gdy oni czekali nie będąc w stanie wejść do więzienia w celu spotkania się z krewnymi lub uzyskać informacji o ich losie.

Wśród siedzący na pokrytej chwastami ziemi....Znajdował się Lilu Hammed, który spoglądał na wysokie wały otaczające więzienie. Było jasne, że on chciał zobaczyć swojego 32 letniego syna Abbasa uwięzionego za murami więzienia.

Siedział samotny, jego zmęczone oczy próbowały przeniknąć przez strzeżone mury więzienia. Kiedy mój tłumacz spytał się czy zechce udzielić nam wywiadu kilkanaście sekund upłynęło zanim Lilu spojrzał na nas powoli i odpowiedział "Siedzę tutaj na ziemi czekając na pomoc Boga"

Jego syn przebywał w Abu Ghraib od sześciu miesięcy po zabraniu go w czasie rajdu na dom, gdzie nie znaleziono broni. Młody mężczyzna nie został o nic oskarżony. Lilu trzymał w ręce pogniecione pozwolenie na wizytę, które wypadło mu z ręki. Udało mu się je uzyskać upoważniało go do zobaczenia syna 18 sierpnia trzy miesiące naprzód.
Sfora Humvee minęła nas obrzucając chmurą piasku. Jedna z kobiet powiedziała "Mam nadzieję, że cały świat wie, w jakie sytuacji my się znajdujemy!

Przeszukuję swoją pamięć dalej i przypominam sobie wydarzenia z dnia 11 listopada 2004 roku. Mój tłumacz pojawił się w hotelu w bardzo ponurym nastroju. Poprzedniej nocy po ustanowieniu godziny policyjnej od 9:30 w nocy amerykańskie helikoptery zaczęły krążyć nad jego dzielnicą do 3 nad ranem. "Jak można żyć w takich warunkach?" On się spytał ściekając ręce "Jesteśmy uwięzieni w własnym kraju". On się przyznał "Wiesz Dahr. Każdy modli się do Boga, żeby dał mu sposobność do zemsty na Amerykanach!"

Później w nocy inny przyjaciel z dzikim spojrzeniem i kroplami potu na czole. "Mój przyjaciel właśnie przed chwilą został zabity. To był jeden z moich najlepszych przyjaciół. Nie mogę sobie wyobrazić, że on rzeczywiście został zabity może tak jest lepiej" On opowiedział mi o jego rodzinie. "Jego rodzina jest bardzo uboga, składa się z 21 osób, mieszkają w domu z trzema sypialniami, ale to są dobrzy ludzie"

To nie było wszystko, sześć dni temu jego krewny zaginął. Dzisiaj ktoś, kto go znalazł na drodze przyniósł jego ciało. Można było znaleźć na niej oznaki tortur, widać było ślady po strzałach dwa w głowę dwa w klatkę piersiową. Łuski po strzałach znaleziono w kieszeniach jego spodni.

"Po tych nowinach dzisiaj oszalałem Dahr" mój przyjaciel oznajmił trzymając swoje ręce w powietrzu. "Każdego dnia giną ludzie ich liczba rośnie bardzo szybko, to jest gówno" On pochyli swoją głowę w tył wziął głęboki oddech i się uspokoił. On przypominał sobie całe swoje życie: "Kiedy byłem dzieckiem było powszechnie zrozumiałe, że w każdej rodzinie jeden członek lub więcej zginęło w czasie wojny z Iranem, ale teraz każdy umiera każdego dnia".
12 listopada tuż po wisielczej rozmowie z moimi dwoma tłumaczami rozmawiałem z doktorem Wamidem Omarem Nadhme dziekanem politologii na Uniwersytecie Bagdadzkim. Starszy wymowny mężczyzna, który gorąco przeciwstawiał się rządom Saddama Husajna, jest krytycznie nastawiony w stosunku do amerykańskiej polityki, która jest odpowiedzialna za chaos i przemoc rozprzestrzeniającą się w jego kraju.

Komentując obecną sytuację stwierdził "Mogę cię zapewnić, że ponad 75% Irakijczyków jest przeciwko okupacji. Prawicowa administracja Busha jest tak zaślepiona swoją ideologią, że z jej powodu wszyscy cierpimy zarówno my Irakijczycy jak i żołnierze". Nie mogę zapomnieć o jego końcowych uwagach skierowanych do mnie "Irak płonie zemstą, gniewem i smutkiem".

Kolejny przykład tego, że nic dobrego nie dzieje się w Iraku doszedł do mnie 19 listopada, dokładnie tydzień po mojej rozmowie z doktorem Nadhme. Otrzymałem telefon od jednego z moich tłumaczy, który był na piątkowych modłach w meczecie. Mogłem usłyszeć ogłuszający ryk tysięcy osób powtarzających, "Allah jest wielki" Dźwięk rozbrzmiewał w ciasnym pomieszczeniu wspólnie z jego pełnym paniki głosem "jestem trzymany na muszce karabinu przez amerykańskich żołnierzy wewnątrz meczetu Abu Hanifa Dahr. Jego niedowierzająca dezorientacja był ewidentna, gdy krzyczał "Każdy modli się do Boga, ponieważ Amerykanie najechali nasz meczet w czasie piątkowych modłów"

On robił krótkie telefony powiadamiając mnie o szczegółach zbrodni. Po kilku zdaniach on przerwał. Jego nieregularne komentarze tego, co się działo wewnątrz meczetu pozostały jednym z moich najstraszliwszych doświadczeń z okresu pobytu w Iraku. Przerwach pomiędzy jego telefonami zapisywałem na maszynie podawane przez niego informacje.
"Oni strzelali i zabili przynajmniej cztery osoby, które były na modlitwie a przynajmniej dwadzieścia osób jest rannych teraz! Nie mogę w to uwierzyć! Nie mogę im pozwolić by zorientowali się, że do ciebie celuję! Czuję jak żołądek podchodzi mi do gardła, oni celują karabiny do wszystkich wewnątrz meczetu. Meczet jest zamknięty. Leżymy na brzuchach a nasza sytuacja jest zła."

W tle słyszałem krzyki pośród strzelaniny. Ewentualnie żołnierze zwolnili kobiety dzieci i tych mężczyzn, którzy byli z nimi. Mój tłumacz miał szczęście, że uciekł tego dnia. Został wypuszczony, ponieważ podszedł do niego jakiś chłopak i poprosił go by udawał jego ojca.

Kiedy później przyszedł do mnie był oszalały z rozpaczy i zasmucony "Jestem pełen smutku. Nie widzę ani wolności ani demokracji. Jeżeli to prowadzi do wolności to jest to wolność przelewania krwi, wolność nieszczęścia, wolność zabijania. Nie możesz osiągnąć demokracji poprzez przelewanie krwi i zabijanie. Nie osiągniesz wolności w ten sposób. Ludzie modlili się do Boga i zostali zabici lub ranni. Tam było 1500 osób modlących się do Boga, oni czekali na święto, gdzie w piątek wszyscy ludzie modlą się. I oni zostali zastrzeleni i zabici. Tam było mnóstwo kobiet i dzieci leżących na ziemi. To nie jest ani demokracja ani wolność"

On nagrał to wszystko na małym magnetofonie, który wykorzystywaliśmy w czasie wywiadów.

Te wspomnienia są zaledwie fragmentem okropnej rzeczywistości, w której iracki naród żyje i cierpi każdego dnia pod amerykańską okupacją. Jedyna zmiana, jaka nastąpiła to pogorszenie warunków życia; to jest model, którego byłem świadkiem od początku.

Teraz: Dla nas i dla nich
Przynajmniej 122 Irakijczyków zostało zabitych w ostatnim tygodniu. To są tylko podane do wiadomości liczby zgonów. Jest bardzo prawdopodobne, że liczba zabitych Irakijczyków w wyniku wojny i okupacji osiągnęła liczbę 1,5 mln.

Także w czasie ostatniego weekendu brytyjski helikopter został zestrzelony w Basrze, co doprowadziło do konfrontacji pomiędzy mieszkańcami miasta a brytyjskimi żołnierzami, którzy zostali obrzuceni wyzwiskami, kamieniami, butelkami z benzyną. Dwa brytyjskie czołgi i samochód terenowy zostały spalone. W pierwszym dniu tygodnia 20 okupantów zostało zabitych powiększając liczbę zabitych żołnierzy do przynajmniej 2420.

W jednym punkcie w czasie wykładu na uniwersytecie starałem się przybliżyć słuchaczom jak wygląda życie w Bagdadzie. To było na próżno, bo jak przeciętny Amerykanin jest w stanie wyobrazić sobie sytuację, gdy jego kraj znalazł się pod okupacją, jego infrastruktura została zniszczona, okupujący żołnierze fotografują zmuszonych do poniżających aktów więźniów amerykańskich, a później to wszystko jest pokazywane w telewizji. Jak może sobie wyobrazić sytuację, gdy jego kościoły są najeżdżane a okupujący żołnierze strzelają do wiernych?

Można tylko mieć nadzieje, że kiedyś więcej ludzi w USA pojmie całość zniszczeń w Iraku i wtedy można oczekiwać, że głosy protestu opinii publicznej doprowadzą do powstania sytuacji koniecznej do zakończenia okupacji i doprowadzenia przed oblicze sprawiedliwości zbrodniarzy wojennych odpowiedzialnych za tą sytuację. Dopóki tak się stanie nie łudźcie się, każdy z nas jest odpowiedzialny za to, co się dzieje w Iraku i każdy z nas każdego dnia ma krew niewinnych na swoich dłoniach.

Dahr Jamail
Za Indymedia 25-06-2006
Artykuł oryginalny www.dahrjamailiraq.com
tłum. Piotr

 


CZAS APOKALIPSY W IRAKU

Amerykańska armia używała w Iraku fosforu, stosowała też pochodne napalmu, bomby kasetowe i pociski próżniowe. Czy USA dopuściły się zbrodni wojennych?

Białe pióropusze fosforu nad miastem wyglądały jak fajerwerki z okazji drugiego zwycięstwa wyborczego George'a W. Busha, które świętowano właśnie hucznie w Waszyngtonie. Ale 8 listopada ubiegłego roku efektowne eksplozje nad szturmowaną Falludżą zwiastowały jedynie zagładę.

W zamkniętym mieście na północ od Bagdadu odłamki fosforowych bomb paliły skórę i trawiły tkankę aż do kości, bez trudu topiąc mięśnie. Fosforowy dym dusił ofiary w promieniu ponad stu metrów, wypalając im żywcem płuca i oczy, niszcząc wątrobę, serce i nerki. Tak zginęły setki, a być może tysiące Irakijczyków, którzy zostali w Falludży wraz z tysiącem islamskich bojowników.

Żółtawa substancja pachnie jak czosnek. Amerykańscy żołnierze nazywają ją cynicznie Wstrząśnij i Piecz, od popularnej przyprawy do kurczaków Shake and Bake sprzedawanej w foliowych torbach w supermarketach w USA. To śmiercionośny biały fosfor. Wystawiony na działanie powietrza zapala się i wydziela gęsty dym.

Armie całego świata używają pocisków z fosforem, by oświetlić pole bitwy albo stworzyć zasłonę dymną przed atakiem. Ale w listopadzie ubiegłego roku w Falludży ładunki z fosforem Amerykanie zastosowali jako broń zaczepną - za pomocą ognia i żrącego dymu "oczyszczali" kryjówki z irackich bojowników. Z rozpędu zrzucili je także na domy w Falludży, gdzie schronili się cywile. Przerażające skutki pokazał reportaż włoskiej telewizji RAI, wyświetlony w pierwszą rocznicę najbardziej okrutnej bitwy ostatnich lat.

Ukryta masakra

Reżyser Sigfrido Ranucci nie dowiódł niezbicie amerykańskiej zbrodni na ludności cywilnej. Pokazał tylko zeznania trzech amerykańskich żołnierzy, relacje korespondentów i kilkanaście dziwnie zmasakrowanych zwłok. Ale reportaż wstrząsnął sumieniem świata. Oglądając go, trudno nie odwrócić oczu od ekranu: zniekształcone ludzkie twarze zastygłe w nieopisanym cierpieniu, kobiety i małe dzieci z głębokimi ranami wyglądającymi na oparzenia.

Według zeznającego w filmie irackiego doktora to ofiary pocisków wypełnionych żrącym fosforem. Niezależni eksperci podejrzewają jednak, że niektóre z pokazanych zwłok uległy po prostu rozkładowi. Prawdziwe dowody użycia fosforu w Falludży - nadwęglone zwłoki - mogły zostać już starannie ukryte w masowych grobach. Kiedy wiosną tego roku o ofiarach fosforu wspomniało ministerstwo zdrowia w Bagdadzie, sprawę szybko wyciszono.

Fosforowa hipokryzja

Przez siedem dni po emisji reportażu RAI Pentagon szedł w zaparte. Bronił oficjalnej linii: "Nasza armia używała fosforu jedynie w ograniczonych ilościach do oświetlenia pola bitwy". Kłam zadali jej dopiero żołnierze. 14 listopada surfujący po Internecie przeciwnicy wojny w Iraku natrafili na rewelację - wspomnienia żołnierzy US Army, uczestników ataku w Falludży.

"Okazało się, że biały fosfor to bardzo skuteczna amunicja. Kombinacji z fosforem używaliśmy w Falludży, by wypłoszyć rebeliantów z kryjówek, a następnie normalnych pocisków odłamkowych, by ich zlikwidować" - wspominali marines na łamach kwietniowego wydania dwumiesięcznika "Artyleria Polowa".

Pentagon skapitulował, przyznał, że fosfor służył do ataków na kryjówki wroga. Jednak wciąż się broni, że jest to tylko zapalająca broń konwencjonalna. USA - w przeciwieństwie na przykład do Rosji i Chin - nie podpisały konwencji z 1980 roku zakazującej użycia fosforu i napalmu w rejonach walk, gdzie schroniła się ludność cywilna.

Falludża nie była pierwszym przypadkiem, kiedy Irakijczycy zginęli od bomb fosforowych. W 1991 roku fosforu użył przeciwko Kurdom w Ebrilu dyktator Saddam Husajn. W odtajnionym dokumencie amerykański wywiad określa fosforowe pociski Saddama jako zakazaną przez międzynarodowe konwencje broń chemiczną. - Kiedy tej broni używa Saddam, to broń chemiczna, ale kiedy używają jej Amerykanie, okazuje się, że to dozwolona konwencjonalna broń zapalająca - triumfował reżyser Sigfrido Ranucci.

Dymem i ogniem

Z prawnego punktu widzenia rację ma jednak armia USA. - Czysto formalna klasyfikacja bomb fosforowych jest jasna: zabijają na skutek ognia i wysokiej temperatury, a nie reakcji chemicznej - zastrzega w rozmowie z ,Przekrojem" Mark Garlasco, analityk wojskowy z nowojorskiej organizacji praw człowieka Human Rights Watch. Ale sztywna klasyfikacja budzi wątpliwości.

George Monbiot, brytyjski publicysta i autor wielu książek, uważa, że fosfor staje się bronią chemiczną, kiedy w ataku na ludzi użyte są jego właściwości chemiczne - nawet gdy zabija także za pomocą ognia, a nie wyłącznie żrącego dymu. - Zabójca nie przestaje być zabójcą, jeśli wytłumaczy, że jest jednocześnie włamywaczem - mówi "Przekrojowi" Monbiot.

Peter Kaiser, dyrektor Organizacji do spraw Zakazu Broni Chemicznej, oświadczył oficjalnie, że użycie bomb fosforowych w celu rażenia przeciwnika żrącymi oparami fosforu stanowiłoby zakazaną przez konwencję broń chemiczną. Na razie nie ma na to dowodów.

- Dla mnie jako prawnika takie użycie fosforu jak w Falludży wygląda na zbrodnię wojenną i pogwałcenie konwencji z 1993 roku o zakazie broni chemicznej, którą podpisały USA - mówi Michael Ratner, nowojorski prawnik z Centrum Praw Konstytucyjnych.

Według doniesień korespondentów w Iraku podczas operacji w Falludży Amerykanie popełnili także inne przestępstwa. - Przede wszystkim złamali konwencję genewską, używając nieproporcjonalnej siły rażenia w rejonie miejskim - mówi Ratner. Amerykanie nie dopuścili Czerwonego Krzyża, zbombardowali szpitale i aresztowali lekarzy, a przede wszystkim wbrew ratyfikowanej przez USA konwencji genewskiej nie chcieli wypuścić z miasta młodych Irakijczyków uciekających z pola walki. Blokada objęła nawet 12-14-letnich chłopców.

- W rok po Falludży ani my, ani Czerwony Krzyż, ani nikt nie wie, jaka była liczba ofiar cywilnych - mówi "Przekrojowi" Mark Garlasco. Ostrożne szacunki mówią o 5-6 tysiącach cywilów zabitych na co najmniej kilkanaście tysięcy tych, którzy zostali w mieście.

MK-77 - nowy napalm

"Nic nie pachnie, synu, tak jak napalm palący się o poranku" - mówił amerykański dowódca kawalerii powietrznej, bohater "Czasu Apokalipsy" Coppoli, jednego z najbardziej przerażających filmów o wojnie w Wietnamie. Niedawno wyszło na jaw, że także w Iraku US Army stosowała napalm, tyle że w nowej wersji. Nowa substancja nazywa się MK-77. Skutek jej działania jest jeszcze gorszy od klasycznego napalmu - żelowata płonąca zawiesina MK-77 parzy i topi ciało ludzkie. US Army zastosowała tę broń w walkach o mosty nad Tygrysem i koło kanałów w Bagdadzie, a wcześniej w bitwie o Safian Hill na granicy Kuwejtu. W Falludży i innych miastach US Army używała także innej straszliwej broni - paliwowo-powietrznych bomb termobarycznych. "Nasze pociski były uzbrojone w głowice składające się w 35 procentach z ładunku termobarycznego NE i w 65 procentach z konwencjonalnego" - czytamy w jednym z opisów ataku na Falludżę w "Marine Corps Gazette". Takie ładunki tworzą przed eksplozją chmurę gazów. Wybuch powoduje olbrzymie zniszczenia na dużym obszarze - obraca w perzynę budynki, odsysa tlen, zabija ofiary falą uderzeniową, miażdżąc ludzi gigantycznym ciśnieniem. Skutki są podobne do eksplozji taktycznego ładunku nuklearnego.

- Wojna to wstrętne, ponure przedsięwzięcie. Nie rozumiem, skąd w ludziach bierze się to naiwne poczucie, że konflikty zbrojne toczone są według jakichś czystych reguł - mówi "Przekrojowi" profesor Lawrence Freedman z Instytutu Studiów Wojennych londyńskiego King's College. Zdaniem profesora armia amerykańska stosuje tę samą zasadę co każde siły zbrojne - używa wszystkich dostępnych środków, by zniszczyć wroga przy jak najmniejszych stratach własnych. - Nie było łatwej metody opanowania Falludży - mówi Freedman.

Zabić i do domu

Amerykanie i Brytyjczycy kierują się w Iraku zimnym pragmatyzmem. Bez ograniczeń strzelają z pocisków z głowicami wzmocnionymi warstwą zubożonego uranu, choć ich użycie w pobliżu rejonów zaludnionych narusza konwencje ONZ. Korespondent amerykańskiego dziennika "Christian Science Monitor" zmierzył promieniowanie przy wrakach irackich czołgów na przedmieściach Bagdadu, w ulubionym miejscu zabaw dzieci. W pobliżu odłamka amerykańskiego pocisku poziom radiacji przekracza tysiąc razy dopuszczalne normy. Według najostrożniejszych szacunków podczas tej wojny Amerykanie zostawili w Iraku 75 ton toksycznego uranu. Irackie szpitale odnotowują już wzrost przypadków zachorowań na raka i falę urodzeń dzieci z deformacjami genetycznymi.

W marcu i kwietniu 2003 roku Amerykanie używali w pobliżu irackich miast jeszcze jednej straszliwej broni: bomb kasetowych. Pociski te rozpryskują się przed wybuchem i rozpadają na dziesiątki lub setki małych "bombek". Na przykład używane przez Brytyjczyków pociski M26 rozpadają się na 644 miniładunki, każdy o rozmiarach kuli do bilardu. Zwykle do kilkunastu procent takich "bombek" nie wybucha od razu. Podobnie jak zakazane obecnie prawem międzynarodowym miny przeciwpiechotne, ładunki te cierpliwie czekają latami na swoje ofiary. W Iraku na polach, drogach i podwórkach pozostało 10 tysięcy minibomb, które znienacka zabijają i ranią ludzi w dwa i pół roku po "zakończeniu" wojny.

- Użycie pocisków i bomb kasetowych w pobliżu osiedli cywilnych łamie prawo międzynarodowe - podkreśla Mark Garlasco z Human Rights Watch. Według szacunków od czasu wojny z Irakiem w 1991 roku pozostałości bomb kasetowych zabiły cztery tysiące Irakijczyków.

Marek Rybarczyk
Za Przekrój 2005

 


ILE KOSZTUJE WOJNA?

Wywiad z Josephem Stiglitz laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii.

Rozpoczynając wojnę w Iraku, administracja Busha miała nadzieję, że cała ta sprawa właściwie nic nie będzie kosztować...

Joseph Stiglitz: Oni rzeczywiście wierzyli, że Irak z pomocą wpływów z ropy sam sfinansuje odbudowę.
Według pańskich szacunków ten konflikt w rzeczywistości kosztuje USA ponad bilion dolarów. Skąd się bierze ta ogromna rozbieżność?

Po pierwsze ta wojna jest znacznie trudniejsza, niż tego oczekiwał rząd. Myślał, że oddziały amerykańskie po prostu wkroczą, wszyscy będą wdzięczni, a my ustanowimy demokratyczny rząd i się wycofamy. Trwa to jednak znacznie dłużej i ciągle trzeba dopasowywać budżet do nowej sytuacji. Oficjalne liczby wzrosły z 50 do 250 miliardów dolarów. A biuro budżetowe Kongresu spodziewa się, że ta finansowa przygoda będzie kosztować 500 mld dolarów, a nawet więcej.

To nadal znacznie mniej niż pańskie szacunki.

Dane rządowe nie obejmują nawet wszystkich wydatków z oficjalnego budżetu. Tylko w zeszłym roku nasze militarne koszty operacyjne w Iraku wzrosły o ponad 20 procent. Musimy wydawać znacznie więcej pieniędzy, żeby rekrutować nowych żołnierzy, żeby porządnymi premiami utrzymywać na służbie dotychczasowych - i żeby zagwarantować opiekę zdrowotną rannym weteranom. Jeśli doliczyć do tego makroekonomiczne koszty spowodowane wysokimi cenami ropy, otrzymamy wydatki w wysokości przekraczającej bilion dolarów - a to są zachowawcze szacunki. Proszę to porównać z pierwszą wojną nad Zatoką Perską, na której Ameryka niemalże zarobiła.

Bo Niemcy i inne państwa płaciły?

Za używany sprzęt wojskowy wystawialiśmy naszym sojusznikom rachunki jak za nowy i kupowaliśmy nowe wyposażenie dla naszej armii. Ale tym razem większość nie chce płacić.

Czy prezydent Bush zwyczajnie się przeliczył, czy też sądzi pan, że wprowadził opinię publiczną w błąd co do prawdziwych kosztów?

Myślę, że jedno i drugie. Bush chciał wierzyć, że to będzie proste i korzystne. Istnieją bezsprzeczne dowody, że niektórych rzeczy Biały Dom po prostu nie chciał słuchać. Larry Lindsey...

... były ekspert gospodarczy w Białym Domu...

... już w 2002 roku szacował koszty na 200 mld dolarów. Uważam, że w tym czasie były to bardzo poważne wewnętrzne prognozy. Ale Lindsey został zwolniony. Nikt nie chciał tego słuchać.

Mówienie o kosztach wojny nie jest w USA rzeczą zwyczajną, wysokie wydatki uważane są za niezbędną ofiarę. Dlaczego podczas obecnej wojny w Iraku jest inaczej?

To nie jest wojna światowa, nie było Pearl Harbor, żadnego ataku, przed którym musielibyśmy się bronić. Mieliśmy wybór, czy chcemy zaatakować Irak, czy nie.

Czy Amerykę w ogóle jeszcze stać na tę wojnę?

Tak, ale jeden do dwóch bilionów dolarów to masa pieniędzy. Jeśli naszym celem jest stabilizacja na Bliskim Wschodzie, bezpieczne dostawy ropy albo upowszechnienie demokracji, proszę tylko pomyśleć, co można by osiągnąć z taką kwotą. Najbogatsze państwa świata wydają rocznie 50 mld dolarów na pomoc dla krajów rozwijających się. Mówimy tu o sumie przynajmniej dwudziestokrotnie wyższej. Czy nie sądzą panowie, że można by ją wykorzystać lepiej, żeby zapewnić pokój i stabilizację?

Bush powiedziałby, że te pieniądze zostały dobrze zainwestowane, żeby zapobiec kolejnemu atakowi na USA.
Nikt nie traktuje tego argumentu poważnie, większość uważa, że z powodu wojny w Iraku ryzyko stało się jeszcze większe.

Jak obliczył pan koszty wojny?

Oficjalne liczby to jedynie wierzchołek góry lodowej. Przykład: żołnierze są ciężko ranni, ale jesteśmy w stanie utrzymać ich przy życiu. Koszty są olbrzymie. Administracja Busha robi wszystko, żeby to ukryć. Dotąd wróciło 17 tysięcy rannych, około 20-proc. z nich ma ciężkie urazy głowy lub uszkodzenia mózgu. Nawet 500-miliardowe szacunki nie obejmują kosztów dożywotniej opieki nad tymi weteranami. A ten rząd nie jest wcale hojny dla wracających do domu ani dla wdów i dzieci zabitych.

Co pan ma na myśli?

Jeśli w Ameryce zostanie pan ranny w wypadku samochodowym i zaskarży kierowcę, za obrażenia dostanie pan znacznie więcej, niż walcząc za swój kraj. Cóż to za podwójna moralność! Wypłata za martwego żołnierza wynosi 500 tysięcy dolarów, ale statystycznie wartość życia w USA wynosi około 6,5 miliona dolarów. Naraża pan życie dla swojego kraju i dostaje pan mało, przechodzi pan przez ulicę, wpada pod samochód i dostaje dużo.

Ile kosztuje opieka nad żołnierzem z urazem mózgu?

Cztery miliony dolarów, a to i tak umiarkowana kwota. Już tylko w przypadku tej grupy koszty wynoszą około 35 miliardów dolarów - to są sumy, o których nikt nie mówi. Nawet resort zajmujący się weteranami musiał zrewidować swoje pierwotne szacunki dotyczące powracających z wojny rannych i ostatnio założył, że jest ich cztery razy więcej niż przyjęto na początku. Nic dziwnego, że trzeba było zwrócić się do Kongresu o 1,5 mld dolarów natychmiastowej pomocy.

Skoro koszty związane z ciężko okaleczonymi tak bardzo wzrastają, dlaczego rząd nie zatroszczył się o lepiej opancerzone pojazdy i ochronę ciała?

Oczywiście moglibyśmy sobie pozwolić na takie wyposażenie. Ale nasz sekretarz obrony Donald Rumsfeld mówi, żeby walczyć tym, co się ma. To jest stanowisko pozbawione skrupułów. Wojsko patrzy na krótkoterminowe koszty. Skąpiąc teraz na wyposażenie, oszczędza się pieniądze i zostawia wysokie koszty opieki medycznej następnemu prezydentowi. Uważam to za nieodpowiedzialne finansowo i moralnie.

Wojna mogłaby być bezpieczniejsza dla żołnierzy i korzystniejsza dla Ameryki?

Właśnie.

Czy takie działania zbrojne są zbyt kosztowne nawet dla tak bogatych państw jak USA?

Jesteśmy 13-bilionową gospodarką. Nie chodzi o to, czy nas na to stać, tylko o to, czy chcemy na to wydawać swoje pieniądze. Jeśli włożymy nasze ograniczone zasoby w wojnę w Iraku, zabraknie nam pieniędzy na co innego. Widzieliśmy przecież zdjęcia Nowego Orleanu. Nasza Gwardia Narodowa istnieje właśnie na wypadek takich katastrof, ale ona była w Iraku - co oznacza, że jesteśmy słabiej chronieni.

Przed inwazją na Irak administracja Busha twierdziła, że krótka, wygrana wojna jest najlepszą drogą, by utrzymać ceny ropy na niskim poziomie. Wtedy jedna baryłka kosztowała 25 dolarów, dziś - ponad 60. Jakiej części tej ceny winien jest konflikt w Iraku?

W naszej analizie kosztów wojny oceniamy, że chodzi tu o pięć do dziesięciu dolarów. Chcieliśmy być ostrożni, żeby nikt nie zakwestionował naszych liczb - i nikt tego nie zrobił. Ale sądzę, że znacznie zaniżyliśmy tę liczbę. (...)

Za Der Spiegel 2006
Tłumaczenie Tygodnik Forum


IRACKIE LICZBY

Historię wojny irackiej można dziś najlepiej przedstawić z pomocą brutalnych liczb i posępnych kamieni milowych: na liście zabitych żołnierzy amerykańskich pojawiło się właśnie dwa tysiące pięćsetne nazwisko, a rachunek za interwencję przekroczył 320 miliardów dolarów.

Liczb nie brakuje. Niektóre z nich pochodzą od obrońców wojny. Innymi posługują się krytycy, by wojnę potępić. Są też takie, których nikt nie może podważyć:

+++ Wojna, rozpoczęta 20 marca 2003 roku inwazją wojsk USA i koalicji w celu obalenia Saddama Husajna, trwa już prawie trzy lata i trzy miesiące, dłużej niż udział Stanów Zjednoczonych w pierwszej wojnie światowej (rok i siedem miesięcy) i wojna koreańska (trzy lata i miesiąc). Niedługo zrówna się z długością udziału USA w drugiej wojnie światowej (trzy lata i osiem miesięcy).

+++ Według Pentagonu, w walkach zostało rannych 18.490 żołnierzy amerykańskich, z czego 8.501 nie wróciło do służby.*

+++ Zginęło około 4800 irackich policjantów i żołnierzy oraz co najmniej 30 tysięcy cywilów.

Opozycyjni amerykańscy Demokraci przytaczają inne dane z materiałów Służby Badawczej Kongresu USA: 54 procent irackich gospodarstw domowych nie ma dostępu do zdrowej wody pitnej, 85 procent dostaje prąd z przerwami, co czwarte dziecko irackie jest chronicznie niedożywione, wydobycie ropy jest wciąż mniejsze niż przed wojną.
W czwartek 15.06 Senat USA przegłosował i przesłał Bushowi do podpisania dodatkowy preliminarz budżetowy, zatwierdzony wcześniej przez Izbę Reprezentantów, przewidujący 66 miliardów dolarów na wydatki Pentagonu za granicą. Rachunek za wojnę w Iraku wzrośnie wraz z tym do prawie 320 miliardów dolarów, a za wojnę w Afganistanie do 89 miliardów dolarów.

Kiedy we wrześniu 2002 roku Lawrence Lindsey, ówczesny przewodniczący rady ekspertów gospodarczych przy prezydencie USA, ogłosił, że wojna w Iraku może pochłonąć 100 miliardów dolarów, Biały Dom jawnie wykpił tę prognozę jako zawyżoną, a jej autor stracił posadę.

Stephen Daggett, analityk budżetu pracujący dla Służby Badawczej Kongresu, powiedział, że wojna w Zatoce Perskiej w roku 1991, podjęta przez pierwszego prezydenta Busha, kosztowała 61 miliardów dolarów, czyli 87 mld dolarów po uwzględnieniu inflacji.

Konflikt koreański pochłonął - w przeliczeniu na obecne ceny - 434 miliardy dolarów, a wojna wietnamska, która trwała osiem i pół roku, 614 miliardów dolarów. Druga wojna światowa kosztowała Amerykę 5,1 biliona dolarów.
Liczby, których Bush nie chce podać, a na których ogłoszenie Demokraci i część Republikanów nalegają najmocniej, to terminy wycofywania wojsk amerykańskich z Iraku i rozmiary ich redukcji.
Jest też liczba, która zatrzymała się na zerze - liczba sztuk broni masowego rażenia znalezionych przez wojska irackie i koalicyjne. Istnienie takiej broni w irackich arsenałach prezydent Bush podawał jako główny powód inwazji na Irak.

Na podstawie komunikatu PAP,
16.06.06 Waszyngton

 
* Są to oficjalne dane wojsk okupacyjnych, jednak faktyczne straty mogą być kilkukrotnie wyższe, Rafał Jakubowski w pracy "Wojenny marketing" ocenia, że może to być kilkadziesiąt tysięcy osób: "Zabici nie zabici" stanowią w armii amerykańskiej stacjonującej w Iraku niemały odsetek. Chodzi nie tyko o niewliczanych w poczet zabitych - rannych umarłych z ran, ale także do rejestrów tych nie trafiają najemnicy, których liczbę w Iraku ocenia się na około 10-12 tysięcy, oraz żołnierze amerykańscy nieposiadający obywatelstwa amerykańskiego. A od 2005 r. do wojsk stacjonujących w Iraku rekrutację organizuje się m.in. wśród Meksykanów czy osób nielegalnie przebywających w USA." I dalej: "łączne straty amerykańskie od początku okupacji mogą sięgać od 75 do 85 tysięcy żołnierzy". - red.


BUSH ODRZUCIŁ OFERTĘ DIALOGU Z IRANEM W 2003 r.

W 2003 roku, na krótko po udanej inwazji na Irak, administracja prezydenta George'a W. Busha zignorowała przedstawioną jej przez Iran propozycję rozmów na wszelkie najważniejsze tematy, z irańskim programem atomowym włącznie - podał "Washington Post".

Dziennik powołuje się na dwustronicowy dokument otrzymany wtedy przez Departament Stanu od ambasady Szwajcarii, która wobec braku stosunków dyplomatycznych USA-Iran pośredniczy między obu państwami. Jego autentyczność nie podlega kwestii.

Cytowani przez gazetę eksperci twierdzą, że odrzucając ofertę, administracja straciła okazję rozwiązania konfliktu z Iranem na drodze dialogu - i to w momencie, gdy była w silniejszej pozycji niż obecnie.

Trzy lata temu bowiem irański program nuklearny nie był tak zaawansowany jak teraz, kiedy Teheran podjął proces wzbogacania uranu. Iran nie dysponował też wówczas takimi dochodami z ropy naftowej jak obecnie, gdy jej ceny wzrosły dwukrotnie wskutek wzrostu światowego popytu.

W dokumencie ujawnionym przez "Washington Post", Iran wylicza swoje cele, które chce osiągnąć w rozmowach, jak zniesienie sankcji amerykańskich, dostęp do pokojowych technologii nuklearnych i uznanie swoich "prawomocnych intersów bezpieczeństwa".

Zgadza się jednak, by przedmiotem negocjacji były także - zgodnie z postulatami USA - współpraca w sprawie kontroli broni nuklearnej, walka z terroryzmem, wspólna koordynacja poczynań w Iraku, zakończenie "materialnego wsparcia" dla milicji palestyńskiej, oraz poparcie planu utworzenia państwa palestyńskiego.

Ekipa Busha odrzuciła ofertę irańską, ponieważ - jak pisze dziennik - "była przekonana, że rząd Iranu jest bliski upadku".

Były szef planowania polityki w Departamencie Stanu, Richard Haas, obecny przewodniczący Rady Stosunków Międzynarodowych, uważa, że propozycje Teheranu zignorowano, gdyż w polityce administracji wobec Iranu panowała doktryna "zmiany reżimu" - czyli obalenia teokratycznego rządu, zaliczonego do "osi zła".
Inni specjaliści wytykają Bushowi, że nie zauważył także gotowości Iranu do współpracy po ataku 11 września 2001 r., kiedy kraj ten pomagał USA w ściganiu terrorystów w czasie wojny w Afganistanie.

Za PAP


POWRÓT SZWADRONÓW ŚMIERCI

W głównych mediach Arabowie przedstawiani są jako ludzie pozbawieni rozsądku, obsesyjnie religijni i mocno podzieleni, których jedynym marzeniem jest wysadzenie się w powietrze.

W windach nowojorskiego hotelu Hilton znajdują się niewielkie monitory, na których bez przerwy pokazywany jest program CNN. Nie ma możliwości ucieczki od podawanych informacji, wśród których wojna w Iraku zajmuje centralne miejsce. Najczęstszymi określeniami używanymi w relacjach i komentarzach są "wojna domowa" i "przemoc religijna", tak jakby amerykańska inwazja i okupacja, które kosztowały życie dziesiątek tysięcy ludzi, były jedynie surrealistyczną fikcją. Irakijczycy jawią się jako pozbawieni rozsądku Arabowie, obsesyjnie religijni i mocno podzieleni, których jedynym marzeniem jest wysadzenie się w powietrze. Zachwytów nad plastikowymi, odgrywającymi jedynie przypisane im role politykami irackimi nie zmąci informacja, że życie polityczne toczy się w środku niewielkiej amerykańskiej fortecy zbudowanej w centrum Bagdadu.

Przekaz ten wlecze się za tobą do pokoju, do hotelowej siłowni, na lotnisko, na kolejne lotnisko i do innego kraju. Na tym właśnie polega siła amerykańskiej korporacyjnej propagandy wojennej, która - jak zauważył Edward Said w swojej książce "Kultura i Imperializm" - "opanowuje przez elektronikę", podobnie jak obowiązująca tu i teraz linia polityczna.

A ta ostatnia właśnie niedawno uległa zmianie. Przez prawie trzy lata wmawiano wszystkim, że centrum "powstania" stanowi Al-Kaida dowodzona przez żądnego krwi Jordańczyka Abu Musabę al-Zarqawiego. Medialne potępienie dla jego osoby można porównać z tym, którym cieszy się dzisiaj Saddam Hussein. Nie miało żadnego znaczenia, że - aż do niedawna - al-Zarqawi nie dawał znaku życia i że jedynie niewielka część ruchu oporu związana była z samą Al-Kaidą. Amerykanie uznali, że Zarqawi może w doskonały sposób odwrócić uwagę opinii publicznej od krytykowanej przez większość Irakijczyków brutalnej okupacji Iraku przez armię brytyjsko-amerykańską.

Obecnie al-Zarqawi został zastąpiony przez "wojnę domową" i "przemoc religijną", a jedynymi wiadomościami z Iraku - poza toczącym się "procesem politycznym" - są ataki na szyickie i sunnickie meczety oraz targowiska. Tak naprawdę jednak historią, która nie trafia do serwisu informacyjnego CNN, jest wprowadzanie w Iraku metod zastosowanych w czasie wojny w Salwadorze. Oznacza to kampanię terroru prowadzoną przez szwadrony śmierci - uzbrojone i wyszkolone przez armię amerykańską - której ofiarami są tak szyici jak i sunnici. Celem tej kampanii jest doprowadzenie do wybuchu prawdziwej wojny domowej i rozbicia Iraku, a więc realizacja pierwotnych zamierzeń administracji Busha. Działaniami szwadronów śmierci kieruje irackie ministerstwo spraw wewnętrznych, kontrolowane przez CIA. Członkami szwadronów śmierci, nie są - jak się wszystkim wmawia - wyłącznie szyici. Jednym z najbardziej brutalnych jest komando do zadań specjalnych dowodzone przez sunnitów, głównie wysokich funkcjonariuszy partii Baas. Jednostka ta została utworzona i wyszkolona przez zatrudnionych w CIA ekspertów do spraw zwalczania terroryzmu. Są wśród nich weterani prowadzonych w latach osiemdziesiątych przez CIA operacji terrorystycznych w Salwadorze. W swojej najnowszej książce "Empire's Workshop", amerykański historyk Greg Grandin w następujący sposób opisuje wojnę domową w Salwadorze: "W czasie sprawowania urzędu prezydent Reagan był zwolennikiem twardego kursu wobec Ameryki Środkowej. Umożliwił prowadzenie polityki w tej sprawie najbardziej zagorzałym militarystom. W Salwadorze administracja Reagana przeznaczała około miliona dolarów dziennie na prowadzenie okrutnej i krwawej wojny z powstańcami. Ofiarą opłacanych przez administrację Reagana oddziałów padło ponad 300 tysięcy ludzi, setki tysięcy było brutalnie torturowanych, a miliony zostały zmuszone do opuszczenia kraju".

Chociaż obecni Bushyści czy neokonserwatyści uczyli się sukcesach i porażkach administracji Reagana, mechanizmy i mordercze metody działań zostały wymyślone i wprowadzone w życie znacznie wcześniej. Już w Wietnamie utworzone, wyszkolone i dowodzone przez CIA szwadrony śmierci zamordowały około 50 tysięcy ludzi w ramach Operacji Phoenix. W połowie lat sześćdziesiątych, oficerowie CIA dostarczyli "listy śmierci" z nazwiskami ludzi przeznaczonych do likwidacji w ramach krwawego przejęcia władzy przez reżim Suharto. Po dokonanej w 2003 roku inwazji, wprowadzenie w życie tych brutalnych metod "uprawiania polityki" było tylko kwestią czasu.
Według informacji zawartych w artykułach autorstwa dziennikarza śledczego Maxa Fullera opublikowanych w "National Review Online", człowiek CIA dowodzący szwadronami śmierci w irackim ministerstwie spraw wewnętrznych "zjadł swoje zęby w Wietnamie, po czym został przeniesiony do Salwadoru, gdzie nadzorował działania armii amerykańskiej". Profesor Grandin wskazuje na innego weterana brudnej wojny w Ameryce Środkowej, którego zadaniem jest dzisiaj "szkolenie bezwzględnych oddziałów antyterrorystycznych złożonych głównie z siepaczy pracujących wcześniej dla partii Baas". Jeszcze inny, pisze Fuller, jest dobrze znany z tego, że "tworzył listy śmierci". Jednostką odpowiedzialną na zamachy bombowe jest dowodzona przez Amerykanów tajna policja o nazwie Facilities Protection Service. "Siły specjalne armii amerykańskiej i brytyjskiej", podsumowuje Fuller, "w połączeniu z utworzonymi przez USA oddziałami wywiadu w irackim ministerstwie spraw wewnętrznych przygotowują i przeprowadzają wymierzone w szyitów zamachy bombowe, odpowiedzialnością za które obarczany jest ruch oporu".
Reuters w swojej depeszy z 16 marca donosił o aresztowaniu amerykańskiego pracownika ochrony, u którego w samochodzie znaleziono broń i ładunki wybuchowe. W ubiegłym roku dwóch Brytyjczyków przebranych za Arabów zostało schwytanych w samochodzie pełnym broni i ładunków wybuchowych. Armia brytyjska musiała buldożerami zburzyć mur więzienia, by wydostać stamtąd swoich ludzi. "The Boston Globe" doniósł niedawno: "Dział FBI zajmujący się zwalczaniem terroryzmu wszczął zakrojone na szeroką skalę śledztwo po stwierdzeniu, że wiele z samochodów użytych do zamachów bombowych, których ofiarami byli tak Irakijczycy jak i żołnierze armii amerykańskiej, zostało skradzionych na terytorium Stanów Zjednoczonych".

Wszystkie te metody wypróbowano już wcześniej. Przygotowanie amerykańskiej opinii publicznej na bezprawny atak na Iran do złudzenia przypomina fabrykowanie danych i propagandę związaną z posiadaną przez Irak bronią masowego rażenia. Jeżeli dojdzie do ataku, będzie on oparty na kłamstwie, nastąpi bez wcześniejszego ostrzeżenia i bez deklaracji wojennej. A ludzie uwięzieni w windach hotelu Hilton, wpatrzeni i wsłuchani w przekaz stacji CNN? Oni nic nie rozumieją, nikt im nie wytłumaczy, o co chodzi na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Łacińskiej czy gdziekolwiek indziej. Oni są odizolowani. Nic im się nie wyjaśnia. Kongres nie protestuje. Demokraci wspierają administrację. A jak niesie plotka, najbardziej wolne media na świecie każdego dnia obrażają inteligencję swoich słuchaczy i czytelników. Jak powiedział Woler: "Ci, którzy mogą sprawić byś uwierzył w rzeczy absurdalne, mogą też sprawić byś popełnił zbrodnię".

John Pilger
Oryginalny artykuł: Return Of The Death Squads - Iraq's Hidden News, ZNet, 2006.05.04
Tłumaczenie: Sebastian Maćkowski. Za prawda.pl, 19.06.2006


ŚWIATOWE WYDATKI NA ZBROJENIA

Według raportu przygotowanego przez mający swoją siedzibę w Sztokholmie Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem, rok 2005 był rekordowy pod względem kwoty wydanej przez wszystkie państwa świata na zbrojenia. Największy wzrost odnotowano w krajach Bliskiego Wschodu oraz w Stanach Zjednoczonych. Europa zaś wydała na zbrojenia mniej niż rok wcześniej.

Stany Zjednoczone pozostają niekwestionowanym światowym liderem w tym niechlubnym rankingu. Wydały one 48 procent z całkowitej sumy 1 biliona 118 miliardów dolarów przeznaczonej na zbrojenia w ubiegłym roku. Oznacza to kwotę 1604 dolarów na statystycznego mieszkańca tego kraju. Kraje Bliskiego Wschodu zanotowały natomiast największy procentowy wzrost kosztów utrzymania i modernizacji armii liczony względem roku poprzedniego. W głównej mierze przyczyniły się do tego ogromne środki przeznaczone na zakup broni przez rząd Arabii Saudyjskiej. Uwzględnienie w raporcie wydatków poniesionych przez Irak i Katar, państwa nieujęte z powodu braku danych, podniosło by ten wskaźnik jeszcze bardziej.

Państwami przeznaczającymi największe kwoty na zbrojenia są (w kolejności malejącej): Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, Japonia, Chiny, Niemcy, Włochy, Arabia Saudyjska, Rosja, Indie, Korea Południowa, Kanada, Australia, Hiszpania i Izrael.

Europa, jako jedyna zanotowała spadek wydatków na armię. Wyniósł on 1.7 procenta i związany był głównie z cięciami budżetowymi wprowadzonymi przez państwa Europy Zachodniej. Jak podano w raporcie, największe ograniczenia zastosowały Włochy i Wielka Brytania.

Sebastian Maćkowski
Za lewica.pl, 2006-06-13


PERSPEKTYWA SYRYJSKA - AMERYKA CHCE WOJNY DOMOWEJ W IRAKU

Gdy się jest w Syrii, świat wygląda tak, jakby znajdował się za ciemną, pokrytą sadzą, szybą. Zupełnie jak przyciemnione szyby samochodu, którym udaję się do jednego z budynków w zachodniej części Damaszku, by spotkać się tam z człowiekiem, którego znam od ponad 15 lat - będę go nazywał "moim źródłem", terminem jakże często pojawiającym się w relacjach i raportach amerykańskich dziennikarzy. Mam poznać jego opis tragedii dokonującej się każdego dnia w Iraku i niebezpieczeństw, które grożą krajom Bliskiego Wschodu.

Jest to opis, w którym Stany Zjednoczone, zakopane po samą szyję w nasączonych krwią piaskach Iraku, dążą do wywołania w okolicach Bagdadu wojny domowej po to by zmniejszyć ofiary ponoszone przez armię amerykańską. Jest to obraz, w którym Saddam Hussein pozostaje wciąż najlepszym przyjacielem Waszyngtonu, obraz, w którym Syria walczy z irackimi rebeliantami, choć determinacja, z jaką prowadzi tę walkę nie spotyka się z najmniejszym uznaniem ze strony Stanów Zjednoczonych. Wreszcie, jest to scenariusz, w którym minister spraw zagranicznych Syrii, znaleziony w ubiegłym roku martwy w swoim gabinecie, popełnił samobójstwo, gdyż był niezrównoważony psychicznie.

Zdaniem mojego rozmówcy, Amerykanie próbują doprowadzić do wybuchu w Iraku wojny domowej, wojny, w której sunnici zaczną masowo zabijać szyitów, ograniczając w ten sposób ataki wymierzone przeciwko siłom koalicyjnym. "Przysięgam, że moje informacje są pewne i sprawdzone", podkreśla mój informator. "Jeden młody Irakijczyk powiedział mi, że w czasie prowadzonego przez Amerykanów w Bagdadzie szkolenia policjantów (w którym sam uczestniczył), 70 procent czasu poświęcono nauce prowadzenia samochodu, a zaledwie 30 procent zajęła nauka obsługi broni. Po szkoleniu powiedzieli mu: "Przyjdź do nas za tydzień". Gdy po tygodniu się pojawił, dostał od nich telefon komórkowy i polecenie, by zaparkować samochód przy zatłoczonym placu przy meczecie i następnie do nich zadzwonić. Dojechał na miejsce i czekał w samochodzie, gdyż nie mógł znaleźć zasięgu. Po chwili wyszedł z samochodu. Zadzwonił. Wtedy samochód eksplodował".

Myślę sobie, że to niewyobrażalne. W chwilę później przypominam sobie jednak, jak wiele razy - będąc w Bagdadzie - słyszałem bardzo podobne historie. Należy im dawać wiarę, chociaż na pierwszy rzut oka sprawiają one wrażenie nieprawdopodobnych. Wiem skąd czerpią swoje informacje syryjskie służby wywiadowcze: od dziesiątków tysięcy pielgrzymów szyickich, którzy przybywają na modlitwy do położoneo pod Damaszkiem meczetu Sayda Zeinab. Ci mężczyźni i kobiety przybywają ze slamsów Bagdadu, Hillah i Iskandariyah, z Nadżafu i Basry. Z wizytą do swoich krewnych i przyjaciół przyjeżdżają też sunnici z Faludży i Ramadi. Wszyscy oni w sposób bardzo bezpośredni opisują taktykę działań władz amerykańskich w Iraku.

"Był też inny człowiek, który przeszedł prowadzone przez Amerykanów szkolenie dla przyszłych policjantów. Również otrzymał od nich telefon komórkowy i nakazano mu jechać w zatłoczony rejon miasta - prawdopodobnie w pobliże odbywającego się protestu - zadzwonić do nich i poinformować o zastanej sytuacji. Również i w tym przypadku komórka nie działała. Skorzystał więc z telefonu stacjonarnego i poinformował Amerykanów, że przyjechał na wskazane miejsce i może zdać relację z tego co widzi. W tym momencie samochód z wielką siłą eksplodował".
Mój informator nie powiedział mi, kim mogą być ci "Amerykanie". W opanowanym przez anarchię, chaos i strach Iraku funkcjonuje wiele złożonych z Amerykanów grup - włączając w to obsługę niezliczonych posterunków ustanowionych przez armię amerykańską oraz przez wspierane przez Zachód nowe Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Iraku - które działają poza prawem i wszelkimi regułami. Od rozpoczęcia inwazji w 2003 roku, zamordowanych zostało 191 nauczycieli i profesorów akademickich - do dzisiaj nie można ustalić osób odpowiedzialnych. Podobnie jak za zabójstwa, których ofiarą padło 50 pilotów samolotów myśliwskich walczących w wojnie z Iranem. Zginęli oni w ciągu ostatnich trzech lat zastrzeleni w swoich domach.

W tak trudnej sytuacji - spytał mnie towarzysz mojego informatora - jak można oczekiwać od Syrii prowadzenia działań mogących ograniczyć liczbę ataków przeciwko armii amerykańskiej w Iraku? "To przecież nigdy nie była bezpieczna i dobrze strzeżona granica", powiedział. "Gdy rządził Saddam, kryminaliści i terroryści Saddama przekraczali ją by przeprowadzać ataki wymierzone w nasz rząd. W tamtym czasie powstała na granicy zapora ziemna. Jednak w niedługi czas potem doszło do trzech wybuchów w Damaszku i Tartousie. Nie mogliśmy tych działań powstrzymać".
Obecnie, powiedział mi, szczelność granicy syryjsko - irackiej znacznie się poprawiła - na długości kilkuset mil ciągną się zasieki z drutu kolczastego. "Udało nam się pojmać półtora tysiąca nie-Syryjczyków i Arabów spoza Iraku, którzy próbowali przedostać się do Iraku. Udaremniliśmy też przekroczenie granicy 2700 Syryjczykom. Nasza armia stoi na posterunkach i pilnuje granic. Jednak wysiłki te nie są wsparte w żaden sposób działaniami armii irackiej czy Amerykanów".

Podstawą ostrożnej i nieufnej postawy strony syryjskiej i okazywanego przez nią dystansu jest wspomnienie zażyłej, długoletniej i obustronnej przyjaźni Saddama ze Stanami Zjednoczonymi. "Nasz Hafez el-Assad [były prezydent Syrii, zmarł w 2000 roku] dowiedział się, że w pierwszych latach swoich rządów, Saddam spotykał się z przedstawicielami amerykańskiej administracji 20 razy w ciągu miesiąca. Zrodziło to u Assada przekonanie, że "Saddam stoi po stronie Amerykanów". Saddam oddał Amerykanom największą przysługę na Bliskim Wschodzie (gdy zaatakował Iran w 1980 roku) po obaleniu Szacha. Był ich najlepszym przyjacielem. I jest nim do dzisiaj! Nic się nie zmieniło. W końcu to on wprowadził armię Stanów Zjednoczonych do Iraku!"

Zmieniłem temat rozmowy i spytałem moich informatorów o śmierć generała Ghazi Kenaana, byłego szefa syryjskiego wywiadu wojskowego w Libanie - niewiarygodnie wysoka pozycja - i ministra spraw wewnętrznych Syrii. Jego śmierć, w wyniku samobójstwa, została ogłoszona przez rząd w Damaszku w ubiegłym roku.

Pogłoski rozgłaszane poza granicami Syrii wskazywały, że Kenaan był jednym z głównych podejrzanych w śledztwie prowadzonym przez ONZ - mającym na celu wyjaśnienie okoliczności śmierci byłego premiera Libanu Rafika Hariri zabitego w ubiegłym roku w potężnym zamachu bombowym w Bejrucie - i że agenci rządu syryjskiego upozorowali "samobójstwo", by zapobiec ujawnieniu przez niego prawdy.

To mało prawdopodobne, stwierdził mój pierwszy informator. "Generał Ghazi był człowiekiem, który uważał, że może wydać rozkaz i niezależnie od tego, czego zażąda, zostanie on wykonany. Musiało wydarzyć się coś, co uświadomiło mu, że nie posiada już takiej władzy. W dniu swojej śmierci, przyjechał do ministerstwa by po pół godzinie wyjść i pojechać do domu. Wrócił z pistoletem. Swojej żonie zostawił wiadomość, w której się z nią pożegnał, prosił, by opiekowała się dziećmi i że to co robi, robi dla dobra Syrii. Potem się zastrzelił".

W sprawie zamachu, w którym zginął Hariri, przedstawiciele rządu Syrii wskazują na kontakty łączące Haririego z byłym premierem tymczasowego rządu irackiego Iyadem Alawim - który przyznał się, że był agentem CIA i MI6 - oraz na zawartą między Rosją i Arabią Saudyjską i wartą 20 miliardów dolarów umowę na dostawę uzbrojenia, w której - według obu stron - uczestniczył także Hariri.

Z kolei zwolennicy Haririego w Libanie odrzucają argumenty strony syryjskiej wskazując, że to właśnie Hariri - jak ustaliły syryjskie służby bezpieczeństwa - oraz prezydent Francji Jacques Chirac opracowali wspólnie projekt rezolucji uchwalonej przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, która nakazywała armii syryjskiej wycofanie się z terytorium Libanu.
Niezależnie od tego, do jakiego stopnia Syryjczycy są owładnięci obsesją na punkcie amerykańskiej okupacji Iraku, ich nienawiść wobec Saddama - uczucie podzielane przez wielu Irakijczyków - jest wciąż bardzo silna. Gdy spytałem swojego informatora o to jak zakończy się proces byłego irackiego dyktatora, odpowiedział - uderzając się pięścią w głowę - "Zostanie zabity. Zostanie zabity. Zostanie zabity".

Robert Fisk
tłumaczenie: Sebastian Maćkowski
Artykuł ukazał się w "The Independent". Za lewica.pl 2006-06-08


SPRAWIEDLIWA WOJNA? WĄTPIĘ

Coraz częściej, zarówno w kręgach akademickich jak i politycznych, toczą się dyskusje na temat "sprawiedliwej wojny". Podłożem dla nich jest oczywiście bieżąca sytuacja międzynarodowa, niewolna od inwazji, przemocy i wojen.
Odkładając na bok wszelkie rozważania teoretyczne, chciałbym zauważyć, że działania podejmowane w dzisiejszym świecie aż nazbyt często opierają się na maksymie Tukidydesa, który powiedział, że "silni działają według własnej woli, a słabi muszą znosić narzucone im cierpienie". Jest to sytuacja nie tylko w oczywisty sposób niesprawiedliwa, ale - na obecnym etapie cywilzacji - stanowi ona poważne zagrożenie dla przetrwania naszego gatunku.

W swoich powszechnie - i często przychylnie - komentowanych obserwacjach dotyczących "sprawiedliwej wojny", Michael Walzer uznaje amerykańską inwazję na Afganistan jako "triumf teorii wojny sprawiedliwej". Podobnie mianem "wojny sprawiedliwej" określa on interwencję w Kosowie. W obu tych przypadkach jednak uzasadnieniem dla prezentowanego poglądu są argumenty w postaci "jest w moim odczuciu całkowicie uzasadnione", "jestem przekonany" czy "nie budzi moich wątpliwości".

Jednocześnie ignorowane są fakty, nawet te najbardziej oczywiste i niepodważalne. Zaraz po rozpoczęciu bombardowań w październiku 2001 roku, prezydent Bush ostrzegł Afgańczyków, że ataki będą kontynuowane tak długo aż nie zostaną wskazani i wydani ludzie podejrzani przez Stany Zjednoczone o związki z organizacjami terrorystycznymi.

W tym kontekście ważne jest oczywiście słowo "podejrzani". W osiem miesięcy potem, szef FBI Robert S. Mueller III powiedział redaktorom The Washington Post, że po tym co nosiło wszelkie znamiona największej obławy w historii ludzkości, "wydaje się nam, że pomysłodawcami zamachów z 11 września 2001 roku byli wysoko postawieni przywódcy Al-Kaidy przebywający w Afganistanie. Spiskowcy i główni sprawcy spotykali się w Niemczech i w innych krajach".

To co rodziło wiele pytań w czerwcu 2002 roku, nie mogło być stuprocentowo pewne w październiku 2001 roku. Niektórzy, ja również, zgłaszali swoje poważne wątpliwości już wówczas. Jednak przeczucia i dowody to dwie różne rzeczy. Uzasadnionym zatem wydaje się stwierdzenie, że przytoczone wyżej okoliczności jednoznacznie podważają pogląd według którego bombardowanie Afganistanu było klasycznym przykładem "wojny sprawiedliwej".

Argumenty Walzera kierowane są anonimowo - na przykład wobec opozycji akademickiej, nazywanej "pacyfistami". Walzer pisze, że ten rodzaj pacyfizmu jest "mało przekonującym argumentem", gdyż uważa on, że użycie przemocy bywa czasem uzasadnione. Możemy się oczywiście zgodzić z twierdzeniem, że przemoc może być uzasadniona (ja się z nim zgadzam), jednak trudno uznać za rzucający na kolana argument zaczynający się od słów "uważam, że". Zwłaszcza, gdy przedmiotem dyskusji są problemy realnego świata, w którym żyją prawdziwi ludzie.

Stosując kategorię "wojny sprawiedliwej" czy posługując się hasłem walki z terroryzmem, Stany Zjednoczone stawiają się ponad wszystkimi zasadami prawa międzynarodowego i porządku światowego, w których sformułowaniu i wprowadzeniu w życie odgrywały w przeszłości znaczącą rolę.

Po II Wojnie Światowej ustanowiony został nowy system norm prawa międzynarodowego. Jego przepisy zapisane są w Karcie Organizacji Narodów Zjednoczonych, w Konwencji Genewskiej i dokumentach końcowych przyjętych przez Trybunał w Norymberdze i ratyfikowanych przez Zgromadzenie Ogólne. Według przyjętych przez ONZ zasad, zakazane jest stosowanie groźby użycia siły oraz użycie siły bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ponadto artykuł 51 dopuszcza wojnę obronną jedynie w przypadku ataku zbrojnego ze strony innego państwa, i tylko aż do czasu podjęcia działań przez Radę Bezpieczeństwa.

W czasie panelu zwołanego w 2004 roku przez Organizację Narodów Zjednoczonych, w którym uczestniczył między innymi były doradcą do spraw bezpieczeństwa Brent Scowcroft, stwierdzono, że "artykuł 51 nie wymaga żadnych zmian i że użyte sformułowania doskonale oddają jego cel i przesłanie. W świecie pełnym potencjalnych zagrożeń, legalizacja jednostronnego ataku prewencyjnego, w przeciwieństwie do działań będących wynikiem szerokiego porozumienia, niesie ze sobą zbyt duże i niemożliwe do zaakceptowania ryzyko dla porządku i bezpieczeństwa światowego. Zgoda na takie działania prowadzone przez jedno państwo była by automatycznym przyzwoleniem dla wszystkich innych krajów".

Opracowana we wrześniu 2002 roku i przyjęta ponownie - z niewielkimi zmianiami - w marcu tego roku Narodowa Strategia Bezpieczeństwa daje Stanom Zjednoczonym prawo do tak zwanego "pierwszego ataku", co faktycznie znacza prawo do "ataku prewencyjnego". Jest to jasno i w sposób nie budzący wątpliwości wyrażone przyznanie sobie samemu prawa do dokonania agresji.

Według Trybunału w Norymberdze, agresja jest "najwyższym przestępstwem międzynarodowym, które od innych zbrodni wojennych odróżnia jedynie to, że to właśnie ona zawiera w sobie całe zło wojny, której jest początkiem" - tak jak zło wypływające z anglo-amerykańskiej inwazji, które objęło terrorem i śmiercią całe terytorium Iraku.
Definicja agresji została sformułowana w sposób wystarczająco przejrzysty przez sędziego Sądu Najwyższego USA Roberta Jacksona, który w Norymberdze był głównym oskarżycielem z ramienia Stanów Zjednoczonych. Została ona później zapisana w przyjętej przez Zgromadzenie Ogólne rezolucji Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jako "agresora" określa Jackson państwo, które jako pierwsze " użyje swoich sił zbrojnych w celu dokonania, z lub bez wypowiedzenia wojny, inwazji na terytorium innego państwa".

Opis ten idealnie pasuje do inwazji na Irak. Tak jak poniższe pełne elokwencji słowa wygłoszone przez sędziego Jacksona w Norymberdze: "Jeżeli pewne działania łamiące porozumienia międzynarodowe są przestępstwem, to muszą być one traktowane jako przestępstwo, niezależnie od tego czy dopuszczą się ich Niemcy, czy Stany Zjednoczone; niedozwolone jest formułowanie oskarżeń o popełnienie przestępstwa wobec innych, jeżeli tych samych norm nie umiemy stosować wobec siebie samych". I dalej: "Nie wolno nam nigdy zapomnieć, że zasady według których sądzimy tych oskarżonych dzisiaj będą tymi samymi zasadami według których świat osądzi nas w przyszłości.".

Zagrożenie związane z ewentualnym złamaniem tych zasad - czy prawa jako takiego - przez przywódców politycznych jest rzeczywiście poważne. Lub raczej byłoby, w sytuacji gdy naruszało by to pozycję "jedynego bezwzględnego supermocarstwa, którego przywódcy dążą do ukształtowania świata zgodnie z własnym punktem widzenia i własnymi potrzebami", jak napisał w majowym wydaniu pisma Haaretz Reuven Pedatzur.

Pozwólcie, że przytoczę dwie proste prawdy. Pierwsza mówi, że ocena działań opiera się głównie na skali i rozmiarach konsekwencji tychże. Druga jest zasadą uniwersalności, która stwierdza, że wobec samych siebie należy stosować te same standardy co w stosunku do innych, jeżeli nie bardziej surowe.

Poza tym, że są to truizmy, obie te zasady stanowią również podstawowy fundament teorii wojny sprawiedliwej, a przynajmniej tej jej wersji, która jako jedyna zasługuje na poważne traktowanie.

Noam Chomsky
tłumaczenie: Sebastian Maćkowski
Artykuł ukazał się w "The Khaleej Times".
Za lewica.pl 2006-06-06


RUCH ANTYWOJENNY: PRZEGRALIŚMY

Ale dopóki opór trwa może zmienić twarz świata

"Okrucieństwa popełnione przez zrewoltowanch Sipajów w Indiach są przerażające, obrzydliwe, niewysłowione. Ale można się ich spodziewać po zbrojnych buntach narodowych, rasowych czy religijnych. Takie same miała w zwyczaju oklaskiwać czcigodna Anglia, gdy były popełniane przez Wandejczyków na "Niebieskich", przez hiszpańskich partyzantów na niewiernych Francuzach, przez Serbów na niemieckich i węgierskich sąsiadach, przez Chorwatów na buntownikach wiedeńskich, przez gwardię Cavaignaca albo przez Bonapartego na synach i córkach francuskich proletariuszy. Jak niegodziwe byłoby zachowanie się Sipajów odbija ono tylko, w skoncentrowanej formie, zachowanie się Anglii w Indiach." Karol Marks

Są rzeczy, które łatwiej zacząć niż skończyć - jak historia miłosna, jedzenie orzeszków pistacjowych czy wojna. Właśnie tę ostatnią rzecz odkrywają dziś Amerykanie w Iraku. Ta sytuacja z pewnością wzbudzi dyskusje w ruchu antywojennym.

Wśród organizacji przeciwnych tej wojnie dominują dwie tendencje, większościowa i mniejszościowa. W 1991 większość popierała embargo wobec Iraku jako alternatywę wobec wojny. Mniejszość widziała w tym zwykłe przygotowania do niej i była im przeciwna. Po umowie z Oslo (początek tzw. procesu pokojowego między Palestyńczykami a Izraelczykami) większość klaskała, a mniejszość widziała w niej zapowiedź niczego nie rozwiązującej bantustanizacji. W czasie wojny NATO przeciw Jugosławii i później w Afganistanie większość zajęła stanowisko typu "ani-ani": ani NATO ani Milosevic, ni Bush ni Talibowie.

Jeśli chodzi o Irak, większość poparła inspekcje ONZ, znów jako alternatywę wobec wojny, a mniejszość dostrzegała w tym tylko psychologiczne przygotowania do agresji (...). W aktualnej sytuacji większość zwróci się do ONZ bądź Europy, by bardziej zaangażowały się w "odbudowę" Iraku, a mniejszość będzie żądać bezwarunkowego wycofania wojsk okupacyjnych.

Chciałbym przedstawić w tym artykule pogląd, że stanowisko większościowe jest bardzo słabe intelektualnie, a jego siła wywodzi się głównie z poparcia udzielanego mu przez duże aparaty polityczne (socjaldemokraci, Zieloni i nawet komuniści). Z powodu tej instytucjonalnej siły większość może uniknąć debaty z ludźmi z mniejszości traktując ich jako prostaków, wyznawców prymitywnego antyamerykanizmu (jeśli nie antysemityzmu), bądź oskarżając ich o bycie "pro-X" (gdzie X=Milosevic, Saddam Hussajn, czy Talibowie itd.)

Żeby zilustrować błąd tendencji większościowej zacznijmy od sloganu "ani-ani": teraz gdy Milosevic jest w Hadze, a Talibowie i Saddam Hussajn obaleni, czy zwolennicy tego hasła mogliby wytłumaczyć w jaki mianowicie sposób mają zamiar pozbyć się drugiej części "ani" - Busha i NATO? Oczywiście to niemożliwe i oni to doskonale wiedzą. To właśnie tu jest problem. Nie da się porównać kraju, gdzie żyje 4 procent ludzkości i którego przywódcy otwarcie deklarują, że ten nowy wiek będzie planetarnie "amerykański" z brutalnymi reżimami (choć istnieją między nimi różnice), których działanie w czasie i przestrzeni jest bardzo ograniczone.

Przede wszystkim jednak dyskurs większościowy zbyt łatwo poddaje się dominującej ideologii naszych czasów. Ogranicza się ona do kilku podstawowych idei: upadek ZSRR pokazuje wyższość naszego systemu, opartego na demokracji, poszanowaniu praw człowieka i wolnym rynku. Problemem jest wprowadzenie tego systemu tam, gdzie jeszcze nie panuje, dlatego użycie siły jest czasem konieczne. To tu to tam pojawiają się nowi Hitlerzy, którzy chcą masakrować nowych Żydów - mieszkańców Kosowa, Kurdów, afgańskie kobiety itd. Ci, którzy sprzeciwiają się ingerencji humanitarnej to "zwolennicy Monachium" sprzed wojny. Zamykają oczy na "islamski faszyzm" i odmawiają udzielenia pomocy "ofiarom".

Nurt większościowy generalnie akceptuje to rozumowanie, choć nie koniecznie jego konkluzję (dotyczącą użycia siły). Mniejszość opiera swoje poglądy na zupełnie innej wizji świata i jego historii. "Nasz" system nie jest oparty tylko - albo nawet głównie - na "demokracji, prawach człowieka i wolnym rynku", ale na długim okresie nierównych stosunków z owym wielkim rezerwuarem surowców i darmowej lub bardzo taniej siły roboczej, który dziś nazywa się Trzecim Światem. Nikt nie może stwierdzić czym byłby nasz system (ni zresztą jak mogłaby rozwinąć się reszta świata) bez handlu niewolnikami, podboju Ameryk i ich rabunku (tak jak Afryki i Indii), bez wojen opiumowych, nieprzerwanego strumienia taniej ropy w XX wieku, albo przejmowania podstawowych środków utrzymania zwanego skromnie "obsługą długów".

Z bronionego tu punktu widzenia największy postęp XX wieku przyniosła porażka mocarstw europejskich w walce przeciw kolonializmowi. Pozwoliło to uwolnić setki milionów mężczyzn i kobiet z jednej z najbardziej ekstremalnych form rasizmu, wykorzystywania i tyranii. To wyzwolenie było jednak tylko częściowe, gdyż system kolonialny został zastąpiony przez system neokolonialny, który utrwalił mniej czy bardziej nierówne stosunki gospodarcze przekazując zadania represji rządom formalnie autonomicznym. Można założyć, że przedmiotem najważniejszych konfliktów nowego wieku będzie rozbicie systemu neokolonialnego. W krajach Ameryki Łacińskiej i w tym co najlepsze w ruchu alterglobalistycznym, można dostrzec zapowiedź tej walki.

Dostrzeżenie bezpośredniego związku między aktualnymi wojnami a systemami kolonialnym i neokolonialnym jest dość łatwe. Utworzenie Izraela było możliwe tylko jako przedłużenie okupacji brytyjskiej Palestyny po upadku imperium tureckiego. Utworzenie "niezależnego" (od świata arabskiego, bo nie od nas) Kuwejtu jest tak samo związane z obecnością imperium brytyjskiego w regionie. Baasistowskie rządy w Iraku wyłoniły się z buntu przeciwko monarchii, która służyła temu imperium jako "arabska fasada" (określenie własne lorda Curzona). Reżim irański wyłonił się z rewolty przeciw reżimowi szacha ustanowionemu przez Stany Zjednoczone w 1953, po przewróceniu rządu Mossadegha, który miał zły pomysł nacjonalizacji ropy. Poparcie dla Saddama Hussajna w latach osiemdziesiątych było motywowane "powstrzymywaniem" rewolucji irańskiej. Tzw. Al Kaida wywodzi się z zainspirowanej przez Amerykanów walki przeciw stosunkowo świeckiemu, ale bliskiemu ZSRR, reżimowi w Afganistanie. Krótko mówiąc - gdzie nie spojrzeć - odnajdujemy wczorajsze interwencje (wszystkie oczywiście usprawiedliwiane najszlachetniejszymi intencjami), które stały się zarzewiami dzisiejszych wojen.

Wróćmy do obecnej sytuacji w Iraku i stanowiska ruchów antywojennych. Trzeba przede wszystkim zdać sobie sprawę, że Stany Zjednoczone nie wyjdą z Iraku, chyba, że zostaną stamtąd usunięte militarnie, co zabierze dużo czasu (i istnień ludzkich). Z politycznego punktu widzenia nie mogą sobie pozwolić na stratę twarzy w konflikcie, w który tak się zaangażowały. Nie mogą wyjść dopóki nie pozostawią za sobą "zaprzyjaźnionego" reżimu. Problem polega na tym, że mają niewielu realnych sojuszników w świecie arabskim: kilka środowisk biznesowych i paru feudalnych przywódców. Ani siły laickie, które zawsze zajmowały stanowisko antyimperialistyczne, ani - co stanowi nowość - środowiska religijne, nie stanęły po ich stronie.

Przyszłość pokaże czy Amerykanom uda się zrealizować ich projekt irakizacji wojny, tj. zwalczania ruchu oporu rękami Irakijczyków. To jednak rzecz mało pewna. Równie mało prawdopodobne, że da się ją osiągnąć środkami demokratycznymi, z poszanowaniem praw człowieka. Nie ma wątpliwości, że przez lata będziemy mieć do czynienia z rodzajem gigantycznego Libanu czy olbrzymiej Palestyny. Ciekawe jaką postawę przyjmą intelektualiści zachodni, którzy latami wymachiwali sztandarem praw człowieka przeciw socjalistycznym czy narodowym reżimom Trzeciego Świata.

Można łatwo przewidzieć, że ci intelektualiści skupią się nie na okupacji i jej nielegalnym charakterze, ale na metodach stosowanych przez ruch oporu. Potępienie tych metod stanie się osią ich dyskursu. Oburzą ich zamachy samobójcze i ataki na cywilów, będą żądać by ci, którzy krytykują tę wojnę przede wszystkim "jednoznacznie potępili" te metody. Ale, jak przypomina zacytowany na początku tekst Marksa, selektywne oburzenie "barbarzyństwem" to nic nowego pod słońcem.

Afgańscy mudżahedini za czasów ZSRR nie stosowali metod szczególnie delikatnych, a jednak byli oklaskiwani przez "czcigodną Anglię" i przede wszystkim przez Stany Zjednoczone. Można odwracać kota ogonem ile się chce, ale faktem pozostaje, że dużo więcej zabitych, w tym cywilów, jest po stronie Afgańczyków i Palestyńczyków niż Amerykanów i Izraelczyków. Co do kwestii czy w tym czy innym zamachu śmierć cywilów była intencjonalna czy nie, czas zwrócić uwagę, że wojny, okupacje i embarga są jak najbardziej intencjonalne, a ich konsekwencje znakomicie przewidywalne.

Trzeba zresztą podkreślić, że miliony ludzi, które na całym świecie sprzeciwiały się tej wojnie, robiły to środkami pokojowymi i demokratycznymi: petycje, manifestacje itd. Śmiano się im w twarz: co za banda naiwniaków! Nawet europejskie rządy (Francja, Niemcy), które dały Stanom Zjednoczonym przyjacielską radę, zostały potraktowane z pogardą. To Stany Zjednoczone i ich admiratorzy pośród europejskiej inteligencji i prasy wybrali drogę walki zbrojnej. Lepiej niech teraz nie narzekają na zbrojny opór i jego formy.

Kiedy Amerykanie weszli do Bagdadu natychmiast pojawiło się pytanie "kto następny?". Syria, Iran, Kuba? Jedną z pierwszych zasług irackiego ruchu oporu było opóźnienie tych planów, unieruchomienie dużej części armii amerykańskiej. Trudno powiedzieć jak długo ten ruch wytrwa. W przeciwieństwie do popularnego obrazu wojny w Wietnamie większość ludowych ruchów wyzwoleńczych - od Komuny Paryskiej po Amerykę Środkową lat osiemdziesiątych - zmiażdżono. Ale jeśli opór trwa może zmienić twarz świata. Może dać nadzieję światu arabskiemu, której tak bardzo potrzebuje po wszystkich porażkach i upokorzeniach ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych. Co ważniejsze, może też zakwestionować niezwyciężoność Stanów Zjednoczonych, szczególnie w Ameryce Łacińskiej.
Porządek świata nie opiera się na sprawiedliwości i prawach człowieka, ale na po stokroć powtarzanym, historycznym przekonaniu, że uciskani mogą sobie buntować się ile chcą a i tak w końcu przegrają. Dzięki temu uważa się za całkowicie naturalne (chyba, że ofiary protestują), że Boliwia bardzo tanio dostarcza energii do Kalifornii (wcześniej przecież tak samo "dostarczała" srebro i cynę Zachodowi). Porównanie między tymi krajami pokazuje przecież w sposób oczywisty, że to Boliwia powinna utrzymywać poziom życia w Kalifornii. Destabilizacja, nawet przejściowa, ramienia zbrojnego tego "porządku" miałaby nadzwyczajny efekt symboliczny. Ponadto wszystkie kłamstwa, które służyły przygotowaniom wojny w Iraku były służalczo powtarzane przez dominujące media (przynajmniej w Stanach Zjednoczonych i u ich sojuszników), co przyczyni się, choćby po części, do utraty ich wiarygodności.

Niektórzy zobaczą w tym co napisałem poparcie dla terroryzmu, inni znowu przyklasną i wezwą do poparcia irackiego ruchu oporu. Jeśli chodzi o mnie, w retoryce poparcia dla X (Saddama, ruchu oporu itd.) widzę sporo mitologii. My (przeciwnicy wojny) nie mamy ni broni ni pieniędzy. Jeśli są ludzie gotowi walczyć bądź bezpośrednio pomóc irackiemu ruchowi oporu to ich wybór, powinni trzeźwo ocenić naturę sił, które rzeczywiście popierają (choćby po to by uniknąć tragicznych rozczarowań jak to bywało w przeszłości). Ale dla większości, która tu zostanie, pozostaje postawa skromniejsza. Nie możemy rozwiązać wszystkich problemów świata. Ruch antywojenny powinien zresztą pogodzić się ze swoją porażką. Kompletnie nic się nam nie udało: nie powstrzymaliśmy oszalałej przemocy Stanów Zjednoczonych. W konsekwencji jesteśmy w zbyt kiepskim położeniu by dawać lekcje humanizmu Irakijczykom, którzy muszą - z powodu naszej porażki - masowo oddawać życie za wyzwolenie swego kraju.

Od czasów konfliktu między Stalinem i Trockim lewicowi, zachodni intelektualiści spędzili wiele czasu na dysputach kogo mieliby popierać w dalekich i dawnych konfliktach, na które nie mieli żadnego wpływu. Jakiś cynik mógłby sugerować, że te debaty pomogły im może rozwinąć erudycję historyczną, ale odcięły od ludzi, wśród których żyją, gdzie ich działanie mogłoby mieć rzeczywisty skutek. Tak czy inaczej powinniśmy, zamiast myśleć o afektywnym poparciu tego czy tamtego, działać tam gdzie to może mieć jakiś efekt: w naszych społeczeństwach, w rządach.
W tej chwili należy zrobić wszystko by - nawet pośrednio - nie wspierać okupacji. Żadnej pomocy dla tego co mogłoby ją utrwalać: ni materialnej, ni symbolicznej, ani innej, nawet pod pretekstem "odbudowy". Zresztą rząd amerykański nie potrzebuje obcych wojsk ze względów militarnych, ale żeby móc przed swoją opinią publiczną utrzymywać, że stoi na czele szerokiej koalicji. Trzeba tę iluzję rozwiać i przygotować się do czasów po Bushu. Ci, których można nazwać inteligentnymi imperialistami, jak na przykład "finansista i filantrop" George Soros, ale i spora część amerykańskich elit, zrobią co się da by pozbyć się prezydenta, który zbyt skutecznie przyczynił się do mobilizacji opinii światowej przeciw Stanom Zjednoczonym. Demokraci, tacy jak Clinton czy Carter, o wiele bardziej nadają się do powiewania sztandarem "wielostronności" (oczywiście bez pytania co na to mieszkańcy Azji, Afryki czy Ameryki Łacińskiej), by z poparciem socjaldemokracji (i na dodatek Zielonych)* budować imperialne kondominium euro-amerykańskie.

Głębiej i na dłużej, szczególnie w krajach niebezpośrednio zaangażowanych w tę wojnę, powinniśmy pracować intelektualnie, oddziaływać na kulturę, by radykalnie zmienić perspektywę dominującą w stosunkach "Północ-Południe". Podstawowym problemem nie są (nawet jeśli istnieją) złośliwi dyktatorzy czy fanatycy religijni przeciwni "Zachodowi", ale wieki niesprawiedliwych stosunków, które wcale nie zniknęły, tylko pozostają podstawą porządku gospodarczego, którego nie da się moralnie obronić i który być może niedługo straci stabilność.
Ten punkt widzenia może wydać się "radykalny" i "mniejszościowy", ale tylko gdy ograniczymy się do społeczeństw zachodnich. W szerokim świecie nie ma w nim nic szokującego, i przede wszystkim w świecie arabskim, gdzie polityka Stanów Zjednoczonych osiąga stalinowskie wyniki, ale wbrew opinii publicznej. Jest sporo rzeczy do zrobienia z tym porządkiem: zredukować długi, walczyć z nierównymi umowami gospodarczymi, ograniczyć marnotrawstwo, otworzyć granice dla uchodźców.

Jeśli się najpierw za to weźmiemy, przyczynimy się do realizacji skromnego życzenia, wyrażonego przez Bertranda Russela, który "aby zminimalizować przelew krwi i zatrzymać maksimum tego co najwartościowsze w cywilizacji zachodniej" miał nadzieję na "nieco umiarkowania i ludzkich uczuć ze strony tych na świecie, którzy korzystają z niesprawiedliwych przywilejów".

Jean Bricmont
10 marca 2005
legrandsoir.info
tłum. Jerzy Szygiel
Za indymedia.pl


APEL DO RUCHU ANTY-WOJENNEGO I ZWIĄZKOWEGO W POLSCE

Kiedy szef administracji okupacyjnej w Iraku - Paul Bremer III został zapytany jaki kraj nadaje się najlepiej na model ekonomiczny, który powinien być naśladowany w Iraku, odpowiedział 'Polska'.

Premier Marek Belka przez rok pełnił funkcję Zarządzającego polityką gospodarczą CPA- Tymczasowego rządu Iraku. W tym czasie realizował i inicjował procesy zmieniające strukturę gospodarki irackiej posługując się dekretami CPA, które łamały prawo międzynarodowe. Belka naruszał konwencje Haskie i Genewskie, które określają obowiązki sił i administracji okupacyjnych na wypadek wojen.

Irak cierpi teraz nie tylko wskutek traumy jaką dla jego mieszkańców stanowiły dyktatura, sankcje, wojny i trwająca okupacja ale też za sprawą narzuconej temu krajowi wolnorynkowej terapii szokowej.
Jeżeli gospodarka Polska jest modelem dla Iraku - co oczekuje
Irakijczyków? Dzięki własnym doświadczeniom i walkom polscy związkowcy i uczestnicy ruchu anty-wojennego mogą przyczynić się do uświadomienia robotnikom w Iraku co neoliberalny model i wojna przyniosły Polakom.
Zapraszam do dzielenia się doświadczeniami walk Polskich pracowników,
bezrobotnych i związkowców. Proszę też listy solidarności i wsparcia dla walki
Irackich robotników z przemysłu naftowego i ich historycznej
konferencji przeciwko prywatyzacji.

Wszystkiego dobrego
Ewa Jasiewicz

UK Contact for the General Union of Oil Employees, Iraq (brytyjski przedstawiciel Powszechnego Związku Pracowników Przemysłu Naftowego z Iraku)

Związki zawodowe z Basry organizują historyczną konferencję przeciwko prywatyzacji

Iraccy związkowcy i działacze organizacji społecznych organizują w dniach 25-26 maja w Instytucie Nafty w Basrze konferencję poświęconą walce przeciw prywatyzacji irackich zasobów ropy.
Organizator konferencji - Powszechny Związek Pracowników Przemysłu Naftowego (General Union of Oil Emloyees - GUOE) jest organizacją sprzeciwiającą się zarówno okupacji jak i dawnemu reżimowi oraz planom prywatyzacji irackiego przemysłu naftowego. Organizacja ta powstała miesiąc po inwazji na Irak. Dziś ma 23 tysiące członków skupionych w Basrze, Amarze i Nasiriji. Jej przywódca w czasach reżimu partii BAAS był opozycjonistą i więźniem politycznym. GUOE nie jest afiliowany przy żadnej z irackich federacji związków zawodowych. Nie został też zorganizowany i nie jest kontrolowany przez żadną partię polityczną. Jest całkowicie niezależnym związkiem zawodowym.

Pierwszego dnia konferencji przedstawionych zostanie do dyskusji sześć referatów autorstwa wykładowców Uniwersytetu Basry, których tematem będzie kwestia prywatyzacji. Kolejny dzień poświęcony będzie sprawom międzynarodowego wsparcia dla irackich związków i manifestacji solidarności z ich walką.
Naomi Klein i Avi Lewis zadedykowali konferencji swój film pt. "The Take". Obraz poświęcony odwadze, walce, współpracy i autonomii robotników całkowicie przeciwstawiających się temu co w Iraku narzuca dyktat neokonserwatywnego wolnego rynku.

Film ten ukazuje jak bezrobotni z Buenos Aires przejęli zamkniętą fabrykę i uruchomili w niej produkcję. Naomi i Avi, a także robotnicy grający w filmie, który jest właśnie tłumaczony przez Indymedia Beirut., pokazują, że neokonserwatywne i neoliberalne plany prywatyzacji mogą zostać powstrzymane poprzez robotniczą samoorganizację.

Głośna pisarka i dziennikarka śledcza Linda McQuaig, autorka głośnej książki pt. "It's the Crude Dude: War, Big Oil and the Fight for the Planet" przygotuje na konferencję specjalny wyciąg ze swej książki. Organizacja Focus on the Global South przygotowała 20 egzemplarzy opracowanego przez siebie raportu pt. "Silent War: The Economic and ideological Occupation of Iraq" ("Cicha wojna: Gospodarcza i ideologiczna okupacja Iraku")
http://www.focusweb.org/pdf/Iraq_Dossier.pdf

Do udziału w Konferencji zaproszone zostały US Labour Against the War (Amerykańscy Robotnicy Przeciwko Wojnie), Platform ( Platforma-brytyjski ośrodek badań nad sprawiedliwością społeczną i ekologiczną oraz problemami przemysłu naftowego), brytyjsko-iracka organizacja Jubilee Iraq oraz War on Want (brytyjska organizacja antywojenna). Oczekujemy, że poza wyrazami solidarności przedstawią one raporty dotyczące natury i historii prywatyzacji, działalności i ideologii instytucji takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, WTO, Bank Światowy, a także analizy dynamiki międzynarodowego zadłużenia.

Do wysłania swoich reprezentantów zaproszone zostały także Międzynarodowa Konfederacja Energetyki i Górnictwa (ICEM), Powszechny Związek Pracowników Transportu (TWGU) z Wielkiej Brytanii oraz Offshore International Liaison Committee (OILC).

Cięgle czekamy na głosy solidarności i wsparcie w budowaniu strategii walki od związków zawodowych, organizacji walczących o społeczną sprawiedliwość oraz ruchów społecznych z całego świata.
Więcej informacji i kontakt z Powszechnym Związkiem Pracowników Przemysłu Naftowego:
Ewa Jasiewicz, UK Contact for the General Union of Oil Employees
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. (Polish Mobile until May 16th 0048 887 326 941) or Munir Chalabi, UK Contact for the General Union of Oil Employees
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Artykuły poświęcone Powszechnemu Związkowi Pracowników Przemysłu Naftowego:
http://www.guardian.co.uk/comment/story/0,3604,1417222,00.html http://www.truthout.org/issues_05/040705LA.shtml http://www.corporatewatch.org.uk/newsletter/issue23/part13.htm http://www.socialistparty.org.uk/2005/385/index.html?id=pp8.htm http://www.socialistworker.co.uk/article.php4?article_id=5874

Ludzie czytają....

Petycja do prezydenta Poznania, Jacka Jaśkowiaka O pełne zaangażowanie…

04-10-2021 / Poznań

Władze miasta Poznania – w tym sam Jacek Jaśkowiak – reprezentują interesy Skarbu Państwa, który jest właścicielem, wciąż niewpisanym do...

Czego się możemy od was nauczyć towarzysze

15-10-2021 / Aktywizm

To nie będzie typowa relacja ze spotkania, bo i spotkanie nie było typowe. Okazja do rozmowy z przedstawicielami i przedstawicielkami...

Popieram Ostaszewską

17-11-2021 / Kontrola społeczeństwa

Są „idioci pożyteczni” i „idioci niepożyteczni”. Tych drugich jest niestety więcej, zwłaszcza wśród urzędników i polityków zasiadających w ławach poselskich...

Schizofrenia Jacka Jaśkowiaka. „Społeczny Poznań” w Kronice Miasta Poznania…

07-11-2021 / Sprawy lokalne

W październiku 2021 r. ukazał się numer „Kroniki Miasta Poznania” zatytułowany „Społeczny Poznań”. „Kronika” jest kwartalnikiem wydawanym pod patronatem Rady...