Michał Bakunin
PAŃSTWOWOŚĆ A ANARCHIA
Walka dwóch partii w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Robotników

Nieuchronność
Rewolucji Socjalnej
Walka na śmierć
i życie! I nie tylko w jednej Francji, lecz w całej Europie. Jest to
wojna, która może się skończyć jedynie zdecydowanym zwycięstwem jednej
ze stron wojujących i całkowitą klęską strony drugiej.
Albo burżuazyjno-cywilizowany świat poskromi i ujarzmi żywiołowy bunt
ludu i siłą bagnetów, knuta lub pałki, siłą pobłogosławioną oczywiście
przez tego lub innego boga i usprawiedliwioną w sposób racjonalny, naukowy,
zmusi masy robotnicze, by pracowały jak dawniej - co bezpośrednio prowadziłoby
do całkowitego odbudowania państwa w jego najbardziej autentycznej postaci,
jedynej możliwej w dzisiejszych czasach, a więc w postaci dyktatury
wojskowej lub cesarstwa; albo też masy robotnicze zrzucą ostatecznie
ze swych bark znienawidzone wielowiekowe jarzmo, zburzą fundamenty burżuazyjnego
wyzysku i zbudowaną na nim burżuazyjną cywilizację - czyli, innymi słowy,
zwycięży Rewolucja Socjalna, druzgocąc wszystko, co się zwie państwem.
A więc Państwo
i Rewolucja Socjalna są dwoma biegunami, których antagonizm stanowi
najgłębszą treść współczesnego życia społecznego w całej Europie. We
Francji zaś jest to bardziej widoczne niż w jakimkolwiek innym kraju.
Wersal stał się ośrodkiem, ostatnim schronieniem i ostatnią twierdzą
państwowego świata całej burżuazji, włączając oczywiście i zburżuazyjniałą
szlachtę. Rewolucja Socjalna, która w Paryżu poniosła straszliwą klęskę,
lecz bynajmniej nie została stłumiona i pokonana i nadal ogarnia cały
miejski i fabryczny proletariat, dzięki nieustannej propagandzie zaczyna
obejmować również i ludność wiejską, przynajmniej w południowej Francji,
gdzie propaganda ta ma najszerszy zasięg. I właśnie ów antagonizm dwóch
od tej chwili nieprzejednanych światów stanowi drugą przyczynę, która
uniemożliwia odrodzenie się hegemonii państwa francuskiego.
Wszystkie uprzywilejowane
warstwy społeczeństwa francuskiego pragnęły niewątpliwie przywrócić
swej ojczyźnie dawną świetność i chwałę; ale zarazem są tak chciwe,
tak przepojone żądzą wzbogacenia się za wszelką cenę i antypatriotycznym
egoizmem, że choć dla osiągnięcia patriotycznego celu gotowe są złożyć
w ofierze mienie, życie i wolność proletariatu, nie wyrzekną się ani
jednego ze swych drogocennych przywilejów i raczej pogodzą się z jarzmem
niewoli, niż zrzekną się swej własności lub zgodzą się na zrównanie
mienia i praw.
To, co dzieje się obecnie na naszych oczach, w pełni potwierdza tę tezę.
Kiedy rząd pana Thiersa oficjalnie oznajmił zgromadzeniu wersalskiemu
o zawarciu ostatecznego układu z gabinetem berlińskim, zgodnie z którym
wojska niemieckie miały się wycofać we wrześniu z okupowanych jeszcze
prowincji Francji, większość zgromadzenia, którą stanowiła koalicja
uprzywilejowanych klas francuskiego społeczeństwa, zwiesiła głowę, wartość
francuskich akcji, najlepszego barometru w każdej sytuacji, spadła jak
gdyby po katastrofie państwowej. Okazało się, że znienawidzona, narzucona
przemoc i haniebna dla Francji obecność zwycięskich wojsk niemieckich
była dla uprzywilejowanych patriotów francuskich, walecznych przedstawicieli
burżuazji i burżuazyjnej cywilizacji, pociechą, oparciem, ratunkiem,
a wycofanie tych wojsk równało się wyrokowi śmierci.
Osobliwy patriotyzm
francuskiej burżuazji szuka ratunku w haniebnym ujarzmieniu ojczyzny.
Tym zaś, którzy jeszcze o tym wątpią, pokażemy pierwszy lepszy konserwatywny
dziennik francuski. Wiadomo, jak bardzo przerażone, wzburzone, rozwścieczone
są partie reakcyjne wszystkich odcieni: bonapartyści, legitymiści, orleaniści
- wyborem pana Barodeta na deputowanego miasta Paryża. Kto jest ów Barodet?
Jeden z wielu pionków partii pana Gambetty, konserwatysta zarówno ze
względu na swą przynależność społeczną i poglądy, jak i z instynktu,
maskujący się tylko demokratycznymi i republikańskimi frazesami, które
mu bynajmniej nie przeszkodziły, lecz przeciwnie, niezmiernie ułatwiały
stosowanie najbardziej reakcyjnych środków; słowem - człowiek, który
nigdy nie miał z rewolucją nic wspólnego i który w latach 1870 i 1871
był jednym z najbardziej gorliwych obrońców burżuazyjnego ładu w Lyonie.
Obecnie, jak wielu innych burżuazyjnych patriotów, uważa za dogodne
dla siebie zaciągnąć się pod bynajmniej nie rewolucyjny sztandar pana
Gambetty. Z tych powodów został wybrany przez Paryż na przekór Thiersowi,
prezydentowi republiki, oraz monarchicznemu, pseudoludowemu zgromadzeniu
panującemu w Wersalu. Wybór tego nędznego pionka wystarczył, żeby wyprowadzić
z równowagi całą konserwatywną partię! A czy wiecie, jaki był ich główny
argument? Niemcy!
Otwórzcie pierwszy lepszy dziennik, a zobaczycie, jak ludzie ci grożą
proletariatowi francuskiemu sprawiedliwym gniewem księcia Bismarcka
i jego cesarza. Cóż za patriotyzm! Tak, są to ludzie, którzy po prostu
wzywają pomocy Niemców przeciw grożącej im francuskiej Rewolucji Socjalnej.
Ogłupiali z przerażenia, nawet niewinnego Barodeta wzięli za rewolucyjnego
socjalistę.
Takie nastroje
panujące wśród francuskiej burżuazji nie pozwalają rościć nadziei, aby
patriotyzm klas uprzywilejowanych mógł odbudować kiedykolwiek państwową
potęgę i hegemonię Francji.
Patriotyzm francuskiego
proletariatu nie budzi również wielkich nadziei. Granice jego ojczyzny
tak się rozszerzyły, że obejmują obecnie proletariat całego świata,
który przeciwstawia się całej burżuazji, nie wyłączając oczywiście burżuazji
francuskiej. Deklaracje Komuny Paryskiej są pod tym względem jednoznaczne,
a sympatie okazywane tak wyraźnie rewolucjonistom hiszpańskim przez
robotników, zwłaszcza w południowej Francji, gdzie proletariat jawnie
dąży do braterskiego sojuszu z proletariatem hiszpańskim, a nawet do
utworzenia z nim ludowej federacji opartej na wyzwolonej pracy i kolektywnej
własności wbrew wszelkim różnicom narodowym i na przekór granicom państwowym
- te sympatie I dążenia, powtarzam, dowodzą, że ani dla proletariatu
francuskiego, ani dla klas uprzywilejowanych patriotyzm państwowy właściwie
już nie istnieje.
Czy można zbudować silne państwo, jeżeli brak patriotyzmu we wszystkich
warstwach społeczeństwa francuskiego, wobec toczącej się pomiędzy nimi
walki na śmierć i życie? Nie przyda się na nic cała polityczna zręczność
i doświadczenie sędziwego prezydenta republiki, wszystkie straszliwe
ofiary, jakie złożył na ołtarzu politycznej ojczyzny. Życie wielu dziesiątków
tysięcy komunardów paryskich nieludzko wymordowanych wraz z kobietami
i dziećmi lub zesłanie dziesiątków tysięcy innych do Nowej Kaledonii
- okaże się na pewno bezużyteczną ofiarą.
Pan Thiers na próżno
usiłuje przywrócić zaufanie, spokój wewnętrzny, dawny ład i militarną
siłę Francji. Gmachem państwa wstrząsnął i nadal burzy jego posady antagonizm
proletariatu i burżuazji; gmach ten trzeszczy, pęka i w każdej chwili
grozi zawaleniem. Jakim sposobem takie stare, nieuleczalnie chore państwo
może walczyć z młodym i dotychczas jeszcze zdrowym państwem niemieckim?
Od tego czasu,
powtarzam, Francja raz na zawsze przestała być mocarstwem zaawansowanym
w świecie. Okres jej politycznej potęgi minął równie bezpowrotnie, jak
minął okres jej klasycznej literatury, monarchii i republiki. Na przegniłych
starych podwalinach państwa Thiers daremnie usiłuje zbudować swoją konserwatywną
republikę, tj. dawną monarchię pod przemalowanym, rzekomo republikańskim
szyldem. Ale równie daremnie przywódca obecnej partii radykalnej, p.
Gambetta, który jest po prostu następcą pana Thiersa, obiecuje zbudować
nowe państwo, niby szczerze republikańskie i demokratyczne, rzekomo
oparte na nowych podwalinach. Są to puste słowa, ponieważ podwaliny
takie nie istnieją i istnieć nie mogą.
W obecnej, tak
poważnej sytuacji mocną podstawę silnego państwa może stanowić tylko
wojskowa i biurokratyczna centralizacja. Między monarchią a najbardziej
nawet demokratyczną republiką zachodzi głęboka różnica: w pierwszej
świat urzędniczy gnębi i rabuje, by zaspokoić interesy klas uprzywilejowanych,
posiadających, jak również po to, by napełnić własną kieszeń - czyniąc
to w imieniu monarchy; w republice będzie czynił to samo, by przynieść
korzyść własnej kieszeni i tym samym klasom - ale będzie to robił w
imię wolności ludu. W republice ci, którzy podszywają się pod masy ludowe
i są uznani za lud reprezentowany rzekomo przez państwo, dławią i będą
dławić lud żywy i prawdziwy. Ludowi bynajmniej nie będzie lżej, jeśli
pałka, która go bić będzie, zostanie nazwana pałką ludową.
Kwestia socjalna,
pasja rewolucyjno-socjalna zawładnęły obecnie świadomością francuskiego
proletariatu. Należy tej pasji albo zadośćuczynić, albo okiełznać ją
i stłumić. Zadośćuczynić jej jednak można by tylko wówczas, gdyby zginęła
przemoc państwa, ta ostatnia ostoja burżuazyjnych interesów. Żadne państwo,
nawet o najbardziej demokratycznych formach, choćby to była najbardziej
czerwona republika polityczna, republika ludowa, a właściwie pseudoludowa,
gdyż tylko taka forma jest możliwa pod fałszywym szyldem przedstawicielstwa
ludu, nie będzie w stanie dać ludowi tego, co mu potrzebne, tj. możliwości
swobodnego organizowania się od dołu ku górze w imię własnych interesów.
Każde bowiem państwo, najbardziej nawet republikańskie i demokratyczne,
nawet pseudoludowe państwo wymyślone przez pana Marksa, w istocie swej
jest niczym innym jak tylko aparatem kierującym masami odgórnie, przy
pomocy inteligenckiej, a więc uprzywilejowanej mniejszości, która lepiej
jakoby rozumie rzeczywiste interesy ludu aniżeli sam lud.
Klasy posiadające
i rządzące nigdy nie zaspokoją dążeń i potrzeb ludu. Jest to wręcz niemożliwe.
Pozostaje więc tylko jeden środek do dyspozycji - przemoc państwa, słowem,
pozostaje państwo, ponieważ państwo to tyle co przemoc, to znaczy władza
oparta na przemocy, przy czym jest to przemoc na ogół zamaskowana, a
w skrajnych wypadkach - bezceremonialna i jawna. Ale p. Gambetta jest
tak samo rzecznikiem interesów burżuazji, jak i sam pan Thiers; równie
pragnie silnego państwa i nieograniczonej władzy klasy średniej, być
może z udziałem zburżuazyjniałej części proletariatu, która we Francji
stanowi nieznaczny odłam całej klasy robotniczej. Różnica między Gambettą
a panem Thiersem polega na tym tylko, że pan Thiers, niewolnik aktualnych
uprzedzeń i przesądów, szuka oparcia i ratunku jedynie u niezmiernie
bogatej burżuazji i patrzy nieufnie na dziesiątki lub nawet i setki
tysięcy nowych pretendentów do władzy rekrutujących się spośród drobnej
burżuazji i wyżej wspomnianej, pnącej się ku burżuazji, części klasy
robotniczej, gdy tymczasem pan Gambetta, odtrącony przez wyższe klasy,
które dotychczas rządzą Francją niepodzielnie, dąży do oparcia własnej
potęgi politycznej, swej republikańsko-demokratycznej dyktatury właśnie
na ogromnej i rdzennie burżuazyjnej większości, do dziś pozbawionej
korzyści i zaszczytów płynących z racji udziału w rządach.
Jest on zresztą
przekonany, i naszym zdaniem zupełnie słusznie, że gdy tylko zdoła przy
pomocy tej większości zagarnąć władzę, wówczas klasy najbogatsze, a
więc bankierzy, wielkie ziemiaństwo, kupcy i przemysłowcy, słowem -
wszyscy spekulanci czerpiący zyski z pracy ludu, zwrócą się ku niemu,
uznają jego władzę i zapragną zawrzeć z nim sojusz przyjaźni. On oczywiście
nie odmówi, ponieważ jako prawdziwy mąż stanu wie aż nazbyt dobrze,
że żadne państwo, zwłaszcza zaś silne państwo, nie może istnieć bez
sojuszu i przyjaźni z elitą burżuazji.
Oznacza to, że
państwo Gambetty będzie w takim samym stopniu ciemiężyło i wyzyskiwało
lud, jak wszystkie inne państwa przed nim; tyle że tamte czyniły to
bardziej jawnie. I właśnie dlatego, że państwo Gambetty będzie przybierać
formy szerokiej demokracji, będzie przez to o wiele mocniej, bardziej
niezawodnie gwarantowało chciwej i bogatej mniejszości spokojny i jeszcze
pełniejszy wyzysk pracy ludu.
P. Gambetta, jako
mąż stanu najnowszej szkoły, nie boi się bynajmniej ani najszerszych
demokratycznych form, ani powszechnego prawa wyborczego. Wie lepiej
niż inni, że prawo wyborcze gwarantuje nieliczne swobody dla ludu, i
odwrotnie - szerokie dla wyzyskujących lud jednostek i klas; wie, że
despotyzm państwa nigdy nie bywa tak straszliwy i tak potężny jak wtedy,
gdy opiera się na rzekomych przedstawicielach rzekomej woli ludu.
Gdyby obietnice ambitnego adwokata mogły zwieść proletariat francuski,
gdyby Gambetta zdołał rzucić ów niespokojny lud na prokrustowe łoże
swej demokratycznej republiki, wówczas bez wątpienia przywróciłby państwu
francuskiemu dawną jego wielkość i świetność.
Ale w tym cała
trudność, że próba ta jest nierealna. Nie ma na świecie obecnie takiej
siły, nie ma takich narzędzi politycznego lub religijnego nacisku, które
mogłyby w proletariacie jakiegokolwiek kraju, zwłaszcza zaś we francuskim,
zdławić dążenie do ekonomicznego wyzwolenia i równości społecznej. Cokolwiek
Gambetta przedsięweźmie, czy będzie groził bagnetami, czy schlebiał
słowami, nie upora się z bohaterską potęgą tych dążeń i nigdy nie uda
mu się ponownie wprzęgnąć mas robotniczych do czarodziejskiego rydwanu,
któremu na imię państwo. Kwiaty jego retoryki nie zdołają zasypać i
wyrównać przepaści, która oddzieliła na zawsze burżuazję od proletariatu,
nigdy nie położą kresu rozpaczliwej walce tych dwóch klas. Walka ta
zużyje wszystkie środki i siły państwa, tak że nie starczy już Francji
ani środków, ani sił, by zachować przewagę nad resztą Europy. Jakże
może się ona mierzyć z cesarstwem Bismarcka!
Bez względu na
przechwałki patriotów państwa francuskiego Francja jako państwo skazana
jest na to, by zajmować skromne, drugorzędne miejsce w Europie. Co więcej
- będzie musiała podporządkować się zwierzchnictwu, przyjacielskiej
kurateli cesarstwa niemieckiego, podobnie jak do roku 1870 państwo włoskie
było podporządkowane cesarstwu francuskiemu.
Jest to zapewne
dogodna sytuacja dla francuskich spekulantów czerpiących znaczne zyski
ze światowych rynków, lecz bynajmniej nie do pozazdroszczenia z punktu
widzenia ambicji narodowych, które przyświecają francuskim państwowym
patriotom. Do roku 1870 można jeszcze było traktować tę ambicję jako
uczucie dostatecznie silne, zdolne najbardziej zaciekłych zwolenników
burżuazyjnych przywilejów pchnąć do Rewolucji Socjalnej, w imię ratowania
Francji przed hańbą klęski i niemieckiej okupacji. Ale po roku 1870
nikt na serio ich uczuć nie bierze; wszyscy wiedzą, że zgodzą się oni
raczej na największą hańbę, nawet na niemiecki protektorat, niż na Wyrzeczenie
się panowania nad swym własnym proletariatem, które tak wielkie przynosi
im zyski.
Czyż nie jest jasne,
że państwo francuskie nigdy już nie odbuduje swej dawnej potęgi? Ale
czy fakt ten oznacza, że Francja utraciła już bezpowrotnie swą dominującą
pozycję w świecie? Bynajmniej, oznacza to jedynie, że Francja utraciwszy
bezpowrotnie swą wielkość jako państwo, będzie musiała zdobyć nową wielkość
i chwałę w Rewolucji Socjalnej. Jeżeli Francja nie może współzawodniczyć
z nowym cesarstwem niemieckim, to jakież inne państwo europejskie mogłoby
się o to pokusić?
Oczywiście, że
nie Wielka Brytania. Po pierwsze Anglia nigdy właściwie nie była państwem
w ścisłym i najbardziej współczesnym sensie tego słowa, ponieważ nie
istnieje w niej centralizacja wojskowa, policyjna i biurokratyczna.
Anglia jest raczej federacją uprzywilejowanych grup i interesów, społeczeństwem
autonomicznym, w którym pierwotnie dominowała arystokracja feudalna,
obecnie zaś wraz z nią dominuje arystokracja pieniężna. W społeczeństwie
tym, podobnie jak we Francji, choć w innych nieco formach, proletariat
jasno i groźnie żąda zrównania ekonomicznych warunków życia i praw politycznych.
Oczywiście, Anglia
zawsze wywierała wpływ na polityczne wydarzenia Europy, ale raczej dzięki
swemu bogactwu niż przez organizację siły wojskowej. W czasach obecnych,
jak wszystkim wiadomo, wpływ ten znacznie się zmniejszył. Jeszcze przed
trzydziestu laty Anglia nie zniosłaby tak spokojnie ani podboju prowincji
reńskich przez Niemców, ani odrodzenia rosyjskiej hegemonii na Morzu
Czarnym, ani wyprawy Rosjan na Chiwę. Stałe ustępstwa z jej strony dowodzą
niewątpliwie, że z roku na rok pogłębia się jej polityczne bankructwo.
Główną przyczyną tego bankructwa jest ciągle ten sam antagonizm między
światem robotniczym a światem wyzyskiwaczy, światem rządzącej burżuazji.
W Anglii Rewolucja
Socjalna wybuchnie daleko prędzej, niż się na ogół sądzi, i nigdzie
nie będzie tak straszliwa jak właśnie tam, ponieważ nigdzie nie napotka
równie rozpaczliwego i tak dobrze zorganizowanego oporu.
O Hiszpanii i o Włoszech nie warto nawet mówić. Są to bowiem państwa,
które nigdy nie staną się groźne ani nawet silne. Co prawda miałyby
po temu dość materialnych środków, ale duch narodowy zarówno jednego,
jak i drugiego kraju popycha je nieuchronnie ku zupełnie innym celom.
Hiszpania, na skutek
katolickiego fanatyzmu i despotyzmu Karola V i Filipa II, zepchnięta
z wyznaczonej jej przez dzieje drogi, wzbogacona nagle nie przez pracę
narodu, lecz przez amerykańskie srebro i złoto, w XVI i XVII stuleciu
usiłowała udźwignąć na swych barkach zaszczytne - zresztą nie do pozazdroszczenia
- brzemię światowej monarchii tworzonej przemocą. Drogo ją to kosztowało.
Okres potęgi był zarazem schyłkiem jej umysłowego, moralnego i materialnego
rozwoju. Po krótkim wytężeniu wszystkich sił wbrew własnej naturze,
co spowodowało, że stała się postrachem i przedmiotem nienawiści całej
Europy oraz zdołała na jedną chwilę, ale tylko na jedną chwilę, wstrzymać
postęp europejskich społeczeństw - nagle załamała się i wpadła w stan
krańcowego otępienia, wyczerpania i apatii; w tym stanie ostatecznej
hańby, jaką okryły ją potworne i bezrozumne rządy Bourbonów, trwała
aż do chwili, gdy Napoleon I w zaborczych celach wtargnął w jej granice
i zbudził ją ze snu trwającego już dwa stulecia.
Okazało się, że
Hiszpania nie zginęła. Z cudzoziemskiej niewoli wyzwoliło ją prawdziwie
ludowe powstanie, co było dowodem, że masy ludowe, nieoświecone i nieuzbrojone,
są zdolne oprzeć się najlepszej armii świata, jeśli tylko ożywia je
wielki i zgodny zapał. Hiszpania dowiodła ponadto, że nieoświecony lud,
jego siły i pasje więcej znaczą w walce o wolność niż cywilizacja burżuazji.
Na próżno pysznią
się Niemcy porównując swoje narodowe, ale bynajmniej nie ludowe powstanie
z lat 1812 i l813 z powstaniem hiszpańskim. Bezbronni Hiszpanie powstali
przeciwko ogromnej potędze niezwyciężonego dotychczas zdobywcy; Niemcy
zaś przeciwko Napoleonowi, który niedawno poniósł klęskę w Rosji.
Przedtem w żadnej
z niemieckich wsi, w żadnym z niemieckich miast nie ośmielono się stawić
najmniejszego oporu zwycięskim wojskom francuskim. Niemcy tak przywykli
do posłuszeństwa, tej głównej państwowej cechy, że wola zwycięzców stała
się dla nich święta, skoro tylko zajęli oni miejsce ojczystych władz.
Nawet generałowie pruscy, poddając jedną twierdzę po drugiej, poddając
najmocniejsze pozycje i stolice, powtarzali pamiętne powiedzenie ówczesnego
komendanta Berlina, które później stało się przysłowiowe: "Zachowanie
spokoju jest pierwszym obowiązkiem obywatela".
Tylko Tyrol stanowił
wyjątek. W Tyrolu lud rzeczywiście stawiał opór armii Napoleona. Lecz
jest rzeczą znaną, że Tyrol to najbardziej zacofana i nie oświecona
część Niemiec, jego więc przykład nie znalazł naśladowców w innych,
oświeconych prowincjach kraju.
Nie ulega wątpliwości,
że powstanie ludowe, z natury żywiołowe, chaotyczne i bezlitosne, przynosi
zwykle wielkie straty i ofiary materialne obu walczącym stronom. Masy
ludowe są gotowe zawsze do takich ofiar; są one brutalną, nieokiełznaną
siłą, zdolną przez heroiczne czyny urzeczywistnić cele pozornie niemożliwe
do osiągnięcia. Prawie zupełnie lub też całkowicie pozbawione własności,
masy ludowe nie są przez własność zdemoralizowane. Zatem nie zawahają
się one zniszczyć swych własnych osiedli i miast, jeśli jest to warunkiem
obrony lub zwycięstwa, a ponieważ chodzi zazwyczaj o własność cudzą,
nierzadko ogarnia lud pasja niszczenia. To zjawisko negatywności samo
przez się nie wystarcza, aby lud dorósł do wysokości zadań, które przed
nim stawia rewolucja, a jednak bez tej pasji rewolucja jest nie do pomyślenia,
jest niemożliwa. Rewolucja nie może się obyć bez wielkich i gwałtownych
zniszczeń, ona burzy w sposób zbawczy i owocny, ponieważ właśnie z ruin
i tylko dzięki nim poczynają się i rodzą nowe światy.
Myśl o zburzeniu
czegokolwiek jest sprzeczna ze świadomością burżuazyjną, z burżuazyjną
cywilizacją, ponieważ zbudowana jest ona na fanatycznym ubóstwianiu
własności. Mieszczuch, czyli bourgeois, odda raczej życie, wolność,
honor, niż wyrzeknie się swych dóbr; sama myśl o zamachu na własność,
o zniesieniu jej dla jakichkolwiek celów wydaje się burżuazji świętokradztwem.
Dlatego nigdy się ona nie zgodzi na obrócenie w gruzy swoich miast i
domów, nawet wówczas, gdy obrona kraju tego wymaga. Z tej właśnie przyczyny
francuska burżuazja w 1870 roku oraz niemieckie drobnomieszczaństwo
aż do 1813 roku tak łatwo ulegały szczęśliwym zdobywcom. Widzieliśmy,
że posiadanie własności wystarczyło, by zdeprawować chłopstwo francuskie
i stłumić w nim ostatnią iskrę patriotyzmu.
Aby rzec ostatnie
słowo o tak zwanym narodowym powstaniu niemieckim przeciwko Napoleonowi,
powtórzymy raz jeszcze, że - po pierwsze - wybuchło ono wtedy, gdy rozgromiona
armia napoleońska uciekała z Rosji i gdy pruskie oraz inne niemieckie
korpusy, stanowiące do niedawna część tej armii, przeszły na stronę
Rosjan; po drugie - że nawet wówczas nie było właściwie w Niemczech
powszechnego powstania ludowego, w miastach i wsiach panował nadal spokój,
uformowały się jedynie oddziały ochotników złożone z młodzieży, przeważnie
studentów, którzy zostali natychmiast wcieleni do szeregów regularnej
armii, co jest całkowicie sprzeczne z metodą i duchem powstań ludowych.
Słowem, w Niemczech
młodzi obywatele, a ściślej mówiąc, wierni poddani, pobudzeni przez
płomienne mowy swych filozofów i zachęcani przez pieśni swych poetów,
chwycili za broń, aby bronić państwa niemieckiego i odbudować je, ponieważ
właśnie wtedy obudziła się w Niemczech myśl o państwie pangermańskim.
Natomiast w Hiszpanii cały lud bez wyjątku przystąpił do powstania,
żeby obronić wolność ojczyzny i niepodległość życia narodowego przed
zuchwałym i potężnym najeźdźcą.
Od tego czasu Hiszpania
czuwa i już 60 lat szuka w udręce nowych form odrodzonego życia. Czegóż
ona, biedna, nie próbowała! Od dwukrotnie restaurowanej monarchii absolutnej
do konstytucji królowej Izabeli, od Espartero do Narvaeza, od Narvaeza
do Prima i od Prima do króla Amadeusza, Sagasty i Zorrilli; jak gdyby
chciała przymierzyć wszelkie możliwe formy monarchii konstytucyjnej,
lecz wszystkie bez wyjątku okazały się dla niej zbyt ciasne, grożące
ruiną, niemożliwe do przyjęcia. Taką też okazała się panująca obecnie
republika konserwatywna, czyli rządy spekulantów, bogatych posiadaczy
i bankierów, ukryte pod republikańskim szyldem. Równie absurdalna okaże
się niebawem polityczna drobnoburżuazyjna federacja, analogiczna do
federacji szwajcarskiej.
Demoniczny rewolucyjny
socjalizm nie na żarty opętał Hiszpanię. Chłopi w Andaluzji i Estremadurze,
nie pytając nikogo o zdanie, nie czekając na niczyje wskazówki, już
zagarnęli i nadal zagarniają grunty dawnych właścicieli ziemskich. Katalonia,
z Barceloną na czele, ogłasza swą niezależność, swą autonomię. Lud madrycki
proklamuje republikę federalną i nie godzi się na podporządkowanie rewolucji
dekretom przyszłego zgromadzenia ustawodawczego. W prowincjach północnych,
pozostających rzekomo pod reakcyjnymi rządami karlistów, jawnie realizuje
się Rewolucja Socjalna: proklamuje się fuerosy, autonomię prowincji
i gmin, pali się wszystkie akta sądowe i cywilne; wojsko w całej Hiszpanii
brata się z ludem i wypędza oficerów. Nastał czas powszechnego, publicznego
i prywatnego bankructwa, które jest podstawowym warunkiem rewolucji
socjalno-ekonomicznej.
Słowem, ostateczna
klęska i rozkład. Wszystko przegniło do cna i wali się w gruzy. Nie
ma już ani finansów, ani wojska, ani sądu, ani policji; zniszczone zostały
siły państwa, nie ma więc państwa, pozostał tylko pełen sił i młodości
lud, opanowany socjalno-rewolucyjną pasją. Pod wspólnym kierownictwem
Międzynarodówki i Aliansu Socjalnych Rewolucjonistów lud zespala i organizuje
swe siły, przygotowując się do budowy własnego wyzwolonego świata człowieka-robotnika
na ruinach rozkładającego się państwa i świata burżuazji.
We Włoszech Rewolucja
Socjalna jest równie bliska jak w Hiszpanii. Wbrew wszelkim zabiegom
monarchistów konstytucyjnych, a nawet wbrew bohaterskim, lecz daremnym
wysiłkom dwóch wielkich przywódców, Mazziniego i Garibaldiego, idea
państwowości nie stała się i nigdy nie stanie się popularna, ponieważ
jest sprzeczna z panującym obecnie duchem i ze wszystkimi instynktownymi
dążeniami i materialnymi potrzebami, których zaspokojenia domagają się
niezliczone masy wiejskiego i miejskiego proletariatu.
We Włoszech, podobnie
jak w Hiszpanii, dawno już i, co więcej, na zawsze wygasły centralistyczne
i autokratyczne tradycje starożytnego Rzymu, które przetrwały w pismach
Dantego i Makiawela oraz w nowoczesnej literaturze politycznej, lecz
bynajmniej nie w żywej pamięci ludu; we Włoszech, powiadam, żywa jest
tylko tradycja absolutnej autonomii. Autonomia nie prowincji, lecz gmin,
jest właściwie jedynym pojęciem politycznym, które wrosło w świadomość
włoskiego ludu. Należy też wziąć pod uwagę historyczno-etnograficzne
zróżnicowanie prowincji, różnorodność dialektów tak wielką, że mieszkańcy
różnych prowincji z trudem, a czasem nawet zupełnie nie mogą się wzajemnie
porozumieć. Jest więc rzeczą jasną, jak dalekie są Włochy od urzeczywistnienia
najnowocześniejszego politycznego ideału jedności państwowej. Nie znaczy
to wcale, że społeczeństwo Włoch nie jest jednolite. Przeciwnie, niezależnie
od wszelkich różnic istniejących między dialektami, obyczajami i prawami,
można wyróżnić wspólne wszystkim Włochom cechy oraz charakter, co sprawia,
że odróżnicie natychmiast Włocha od człowieka pochodzącego z każdego
innego plemienia, nawet południowego.
Z drugiej strony,
wspólność materialnych interesów i zgodność intelektualnych dążeń łączą
i zespalają ściśle wszystkie prowincje włoskie. Jest jednak rzeczą godną
uwagi, że wszystkie te interesy i dążenia są sprzeczne z narzuconą Włochom
jednością polityczną i skłaniają je raczej do ustanowienia jedności
socjalnej. Można więc powiedzieć, i na dowód tego przytoczyć niezliczone
fakty z życia współczesnych Włoch, że narzucona przemocą polityczna
czy państwowa jedność spowodowała rozbicie społeczeństwa i że w wyniku
rozbicia nowoczesnego państwa włoskiego powstanie nieuchronnie zjednoczone
wolne społeczeństwo.
Oczywiście, wszystko
to dotyczy tylko mas ludowych, we Włoszech bowiem, podobnie jak w innych
krajach, wraz z jednością państwową zrodziła się, rozwija i staje się
coraz bardziej powszechna społeczna jedność wyższych warstw burżuazji,
uprzywilejowanej klasy wyzyskującej pracę ludu.
We Włoszech klasa
ta nosi obecnie wspólne miano Konsorterii. Należy do niej cały oficjalny
świat urzędniczy i wojskowy, policyjny i sądowy; świat wielkich właścicieli,
przemysłowców, kupców i bankierów, cała urzędowa i półurzędowa adwokatura
oraz literatura, a także parlament, którego prawica korzysta obecnie
z wszelkich przywilejów władzy, a lewica usiłuje przejąć tę władzę w
swe ręce.
We Włoszech, jak
wszędzie, istnieje jeden i niepodzielny świat politycznych drapieżców,
którzy wysysają krew z kraju w imię państwa i doprowadzają go jakoby
dla jego korzyści do skrajnej nędzy i rozpaczy.
Ale nawet najskrajniejsza
nędza wielomilionowego proletariatu nie jest jeszcze dostatecznym warunkiem
rewolucji. Natura obdarzyła człowieka zdumiewającą i niekiedy doprawdy
mogącą doprowadzić do rozpaczy cierpliwością. Licho wie, czego on nie
zniesie, jeśli tej nędzy, która skazuje go na niesłychane wyrzeczenia
i powolną śmierć głodową, towarzyszą jeszcze: ograniczony umysł, przytępione
uczucia, brak uświadomienia sobie swych praw i ta niewzruszona cierpliwość
oraz posłuszeństwo - cechy, którymi się szczególnie wyróżniają spośród
wszystkich narodów Hindusi i Niemcy. Takiemu człowiekowi obce są wzloty
ducha; prędzej umrze, niż się zbuntuje.
Lud doprowadzony
do rozpaczy daje się jednak łatwo podburzyć. Rozpacz - to uczucie gwałtowne,
namiętne, rozpacz wytrąca go z tępego, półsennego odrętwienia i budzi
w nim mniej lub więcej wyraźną myśl o możliwości poprawy położenia,
choćby na razie nie miał nadziei jej osiągnąć.
Nikt, wreszcie,
nie może być długo pogrążony w rozpaczy. Rozpacz szybko prowadzi człowieka
albo w objęcia śmierci, albo pobudza do czynu. Lecz jakiż to czyn? Oczywiście
czyn, który prowadzi do wyzwolenia i osiągnięcia lepszych warunków bytu.
W przystępie rozpaczy nawet Niemiec przestaje być rezonerem; tylko że
trzeba wielu, bardzo wielu wszelakich krzywd, prześladowań, cierpień
i zła, aby Niemca doprowadzić do rozpaczy.
Jednak, aby wzniecić
Rewolucję Socjalną, nie wystarczy nędza i rozpacz. Są one zdolne wzniecić
indywidualne, a co najwyżej lokalne bunty, lecz nie mają sił poruszyć
całych mas ludu. Niezbędny jest jeszcze wspólny całemu ludowi ideał,
który wyłaniał się z głębi instynktu ludowego na przestrzeni dziejów,
instynktu wykształconego, rozwiniętego i oświeconego na skutek ważnych
wydarzeń, ciężkich i gorzkich doświadczeń; niezbędna jest świadomość
swoich praw i głęboka, rzec można, gorąca wiara w te prawa. Jeśli taki
ideał i taka wiara ożywiają lud doprowadzony wskutek nędzy do rozpaczy,
wówczas Rewolucja Socjalna jest nieuchronna, bliska i żadna siła nie
zdoła jej zapobiec.
W takim właśnie
położeniu znajduje się lud włoski. Jego nędza i wszelkiego rodzaju cierpienia
są wielkie - niewiele mniejsze od nędzy i cierpień dręczących lud rosyjski.
Lecz w proletariacie włoskim rozwinęła się w większym stopniu niż w
naszym proletariacie płomienna rewolucyjna świadomość, entuzjazm, który
przejawia się coraz wyraźniej i bardziej dobitnie. Proletariat włoski,
z natury rozumny i pełen pasji, zaczyna wreszcie pojmować, czego mu
trzeba i do czego powinien dążyć, aby wyzwolić cały świat mas ludowych.
Pod tym względem propaganda - prowadzona przez Międzynarodówkę energicznie
i na szeroką skalę dopiero w ciągu ostatnich dwóch, lat - oddała mu
ogromne usługi. Ona mu ukazała, a raczej obudziła w nim ten ideał, w
głównych zarysach już ukształtowany przez instynkty tkwiące w jego naturze,
ideał, bez którego, "jak powiedzieliśmy, powstanie ludowe jest
niemożliwe, i to bez względu na rozmiary cierpień ludu; ona wytyczyła
mu cele, które powinien osiągnąć, i zarazem wskazała mu drogę i środki
pozwalające zorganizować siły ludu.
Zgodnie z tym ideałem lud pragnie przede wszystkim położyć kres niedostatkowi
i nędzy, całkowicie zaspokoić wszystkie swe potrzeby materialne za pomocą
kolektywnej pracy, pracy w równej mierze obowiązkowej dla wszystkich.
Następnie - obalić wszystkich władców i wszelkie panowanie i stworzyć
ustrój, w którym rozwijałoby się wolne życie, odpowiadające potrzebom
ludowym, organizowane nie od góry do dołu, jak to dzieje się w państwie,
lecz od dołu do góry, przez sam lud, wbrew wszelkim rządom i parlamentom,
jako wolny związek rolnych i fabrycznych stowarzyszeń robotniczych,
gmin, prowincji i narodów. I wreszcie w dalszej przyszłości ideał ten
ukazuje wizję ogólnoludzkiego braterstwa, które zatryumfuje na ruinach
wszystkich państw.
Proletariat
a państwo współczesne | Nieuchronność Rewolucji
Socjalnej | Pangermanizm a panslawizm
| Słowianie a organizacja państwowa
| Dążenie do hegemoni mocarstw europejskich
| Państwo rosyjskie a wyzwolenie Słowian
| Ustanowienie imperium pangermańskiego
| Niemiecki liberalizm | Metafizyka a rewolucja