Michał Bakunin
PAŃSTWOWOŚĆ A ANARCHIA
Walka dwóch partii w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Robotników

Ustanowienie
imperium pangermańskiego
Na całym kontynencie
Europy istnieje obecnie tylko jedno prawdziwie niezależne państwo -
Niemcy. Tak jest wśród wszystkich państw kontynentalnych - mówię oczywiście
tylko o wielkich państwach, ponieważ rozumie się samo przez się, że
małe i średnie są nieuchronnie skazane najpierw na utratę niezależności,
a później na zagładę - otóż wśród wszystkich państw pierwszego rzędu
jedynie imperium niemieckie znajduje się w warunkach najpełniejszej
niezależności, wszystkie inne państwa są od niego zawisłe. I nie tylko
dlatego, że Niemcy w ostatnich latach odniosły wielkie zwycięstwa nad
Danią, Austrią i Francją, że zagarnęły całe uzbrojenie Francji i wszystkie
jej zasoby wojskowe, że zmusiły Francję do zapłacenia im pięciu miliardów,
że dzięki przyłączeniu Alzacji i Lotaryngii zajęły w stosunku do Francji
świetną pozycję wojskową, zarówno pod względem obronnym jak i zaczepnym;
nie tylko też dlatego, że armia niemiecka zdecydowanie przewyższa obecnie
wszystkie armie istniejące w Europie liczebnością, uzbrojeniem, dyscypliną,
organizacją, dokładną sprawnością i wyszkoleniem wojskowym oficerów,
a także podoficerów i żołnierzy, nie mówiąc o bezspornej, w zestawieniu
z innymi, doskonałości swych sztabów. Nie tylko dlatego, że masy ludności
niemieckiej składają się z ludzi piśmiennych, pracowitych i pracujących
produktywnie, stosunkowo bardzo wykształconych, niemal uczonych, a przy
tym spokojnych, posłusznych władzom i prawu, że administracja i biurokracja
niemiecka prawie doszły do ideału, do którego biurokracja i administracja
wszystkich innych państw dąży bezskutecznie.
Powyższe prerogatywy
zdecydowały w dużym stopniu i decydują nadal o tym, że nowe państwo
wszechniemieckie czyni zdumiewające postępy. Ale nie tutaj należy szukać
głównej przyczyny tej rzeczywistej i tak przytłaczającej siły. Wydaje
się raczej, że są one tylko przejawami pewnej bardziej ogólnej i głębszej
przyczyny, która leży u źródeł całego społecznego życia niemieckiego.
Przyczyną tą jest instynkt społeczności stanowiący charakterystyczną
cechę narodu niemieckiego.
W instynkcie tym
można wyróżnić dwa elementy, pozornie sobie przeciwstawne, ale zawsze
nierozłączne: niewolniczy instynkt posłuszeństwa bez względu na wszystko,
spokojnego i rozumnego podporządkowywania się sile tryumfującej pod
pretekstem posłuszeństwa tak zwanym prawowitym władzom, a równocześnie
pański instynkt władzy nad wszystkim, co słabsze, instynkt komenderowania,
zaborczości i systematycznego uciskania. Obydwa te instynkty rozwinęły
się w wysokim stopniu w naturze niemal każdego Niemca, z wyjątkiem oczywiście
proletariatu, którego sytuacja wyklucza możliwość zaspokojenia przynajmniej
drugiego instynktu. Oba te instynkty, zawsze ściśle ze sobą złączone,
wyjaśniając i dopełniając się wzajemnie, tworzą podstawy patriotycznego
społeczeństwa.
O klasycznej subordynacji
Niemców wobec władz, bez względu na zajmowane stanowiska i rangi, świadczy
cała ich historia, zwłaszcza najnowsza, która jest jednym ciągiem bohaterskich
aktów pokory i cierpliwości. Przez stulecia ukształtowała się w niemieckich
sercach prawdziwie boska cześć dla władzy państwowej, boska cześć, z
której stopniowo wytworzyła się teoria i praktyka biurokratyzmu i która
dzięki wysiłkom niemieckich uczonych stała się główną podstawą całej
nauki politycznej, propagowanej na uniwersytetach niemieckich do dnia
dzisiejszego.
Historia dobitnie
też świadczy o zaborczych i ciemiężycielskich dążeniach plemienia germańskiego
od czasów średniowiecznych krzyżaków-rycerzy oraz baronów germańskich
aż do ostatniego filistra-mieszczanina z czasów dzisiejszych.
I nikt nie doświadczył
bardziej dotkliwie niż plemię słowiańskie, czym są te dążenia. Rzec
można, że historyczne powołanie Niemców, przynajmniej na północy i na
wschodzie, zawarło się kiedyś, a także i dziś jeszcze, w dążeniu - oczywiście
w pojęciu Niemców - do wyniszczenia, ujarzmienia i przymusowego zgermanizowania
plemion słowiańskich.
Ta dawna i smutna
historia, której pamięć głęboko przechowują serca słowiańskie, znajdzie
niewątpliwie swój odzew w ostatniej nieuniknionej walce Słowian przeciwko
Niemcom, jeżeli przedtem nie pogodzi ich Rewolucja Socjalna.
Wystarczy rzucić
pobieżnie okiem na rozwój niemieckiego patriotyzmu od 1815 roku, aby
móc prawidłowo ocenić zaborcze dążenia całego niemieckiego społeczeństwa.
Niemcy od 1525
roku, epoki, w której został uśmierzony krwawo bunt chłopski, aż do
drugiej połowy XVIII wieku, a więc epoki ich literackiego odrodzenia,
były pogrążone w głębokim śnie, przerywanym od czasu do czasu wystrzałem
armatnim i pełnymi grozy scenami, doświadczeniami bezlitosnych wojen,
których najczęściej bywały areną i ofiarą. Wówczas przerażone budziły
się, aby wkrótce znów zasnąć, ukołysane luterańskim kazaniem.
W tym okresie,
tj. w ciągu niemal dwóch i pół stuleci, właśnie pod wpływem tych kazań,
kształtował się ostatecznie ich posłuszny i pełen prawdziwego heroizmu
w swej niewolniczej cierpliwości charakter. W tym czasie narodził się
i przeniknął w krew i życie każdego Niemca system bezwarunkowego posłuszeństwa
i poświęcenia wobec władzy. Równocześnie rozwinęła się nauka administracji
i pedantycznie systematyczna, nieludzka i bezosobowa praktyka biurokratyczna.
Każdy niemiecki urzędnik stał się kapłanem państwa, który gotów jest
złożyć na ołtarzu państwowej służby najukochańszego swego syna, zabijając
go nie nożem, lecz kancelaryjnym piórem. W tym samym czasie zacna szlachta
niemiecka, zdolna tylko do lokajskich intryg i wojskowej służby, ofiarowywała
swą pełną dworskiej galanterii i dyplomacji niegodziwość i swoją sprzedajną
szpadę lepiej płacącym dworom europejskim; a niemiecki mieszczanin,
posłuszny do samej śmierci, cierpiał, pracował, płacił bez szemrania
wysokie podatki, żył ubogo, cicho i pocieszał się myślą o nieśmiertelności
duszy. Władza tej plejady monarchów, którzy rozdzielili między sobą
Niemcy - była nieograniczona. Profesorowie policzkowali się, a potem
wzajemnie robili na siebie donosy. Studenteria, dzieląca czas swój między
naukę i piwo, godna była całkowicie swoich profesorów. O ludzie pracującym
nikt w ogóle nie myślał ani nie mówił.
W takiej sytuacji
znajdowały się Niemcy jeszcze w drugiej połowie XVIII wieku, gdy nagle
jakimś cudem z tej bezdennej otchłani podłości i nikczemności wyłoniła
się wspaniała literatura, stworzona przez Lessinga, a uwieńczona przez
Goethego, Schillera, Kanta, Fichtego i Hegla. Jest rzeczą znaną, że
literatura ta ukształtowała się najpierw pod bezpośrednim wpływem wielkiej
francuskiej literatury XVII i XVIII stulecia, klasycznej, a później
filozoficznej. Trzeba jednak przyznać, że literatura niemiecka natychmiast
już w dziełach swego protoplasty Lessinga była całkowicie oryginalna
w swym charakterze, treści i formie, które wypływały, rzec można, z
samych głębin niemieckiego kontemplacyjnego życia.
W moim przekonaniu,
literatura ta jest największą i niemal jedyną zasługą współczesnych
Niemiec. Dzięki śmiałemu i szerokiemu zakresowi swych problemów pchnęła
naprzód rozum ludzki i odkryła nowe horyzonty dla ludzkiej myśli. Jej
główna zasługa polega na tym, że będąc w pełni narodową, była jednocześnie
literaturą w najwyższym stopniu ludzką, wszechludzką, co zresztą stanowiło
charakterystyczną cechę całej lub prawie całej literatury europejskiej
XVIII wieku.
Ale w tym samym
czasie, kiedy na przykład literatura francuska w dziełach Woltera, Russa,
Diderota i innych encyklopedystów pragnęła rozwiązać wszelkie dotyczące
człowieka zagadnienia, nie tylko w dziedzinie teorii, lecz przede wszystkim
w praktyce, literatura niemiecka zachowywała swój abstrakcyjny, teoretyczny,
najczęściej panteistyczny charakter w stanie nieskażonym i surowym.
To była literatura humanizmu abstrakcyjno-poetyckiego i metafizycznego,
z którego wyżyn wtajemniczeni patrzyli z pogardą na życie rzeczywiste;
z pogardą, zresztą całkowicie zasłużoną, niemiecka codzienność bowiem
była pospolita i obrzydliwa.
Tak więc niemieckie
życie rozdzieliło się na dwie przeciwstawne sobie i wzajemnie się negujące,
chociaż dopełniające się sfery: na świat wzniosłego, szerokiego i w
sposób doskonały abstrakcyjnego humanitaryzmu oraz na świat przekazany
dziedzictwem historii, świat wiernopoddańczej pospolitości i nikczemności.
Rewolucja francuska zastała Niemcy w stanie takiego właśnie rozdwojenia.
Wiemy, że niemal
całe literackie środowisko w Niemczech przyjęło rewolucję niezmiernie
przychylnie i - rzec można - z pełną aprobaty sympatią. Zżymał się nieco
i marszczył Goethe, że odgłos niezwykłych wydarzeń przeszkodził mu,
zerwał nici jego naukowych i artystycznych poczynań i poetyckich kontemplacji.
Ale większość przedstawicieli czy zwolenników współczesnej literatury,
metafizyki i nauki radośnie przyjęła rewolucję, spodziewając się, że
urzeczywistni ona wszystkie ideały. Wolnomularstwo, które jeszcze w
końcu XVIII wieku odgrywało poważną rolę, łącząc niewidocznymi, lecz
dość istotnymi więzami braterstwa najwybitniejszych ludzi wszystkich
krajów Europy, sprawiło, że nawiązał się żywy kontakt między francuskimi
rewolucjonistami i szlachetnymi marzycielami Niemiec. Gdy wojska republikańskie
po stawieniu bohaterskiego oporu księciu Brunszwickiemu, który ratował
się haniebną ucieczką, przekroczyły po raz pierwszy Ren, przyjęte były
przez Niemców jak wybawcy.
Ten przychylny
stosunek Niemców do Francuzów nie trwał długo. Żołnierze francuscy,
jak przystoi Francuzom, byli oczywiście bardzo uprzejmi, jako republikanie
godni ogólnej sympatii; byli to jednak żołnierze, czyli bezceremonialni
przedstawiciele i słudzy przemocy. Wkrótce obecność takich oswobodzicieli
stała się dla Niemców uciążliwa i sympatie ich znacznie ostygły. W dodatku
sama rewolucja przybrała gwałtowny charakter, co nie dało się w żaden
sposób pogodzić ż abstrakcyjnymi pojęciami i z filistersko-kontemplacyjnymi
obyczajami Niemców. Heine opowiada, że pod koniec w całych Niemczech
tylko jeden filozof z Królewca, Kant, zachował swe sympatie dla rewolucji
francuskiej mimo wrześniowej rzezi, stracenia Ludwika XVI i Marii Antoniny
i terroru Robespierre'a.
Republikę zastąpił
najpierw dyrektoriat, następnie konsulat i wreszcie cesarstwo. Wojska
republikańskie stały się ślepym i przez długi czas zwycięskim narzędziem
napoleońskich, olbrzymich aż do szaleństwa ambicji. W końcu 1806 roku,
po bitwie pod Jena, Niemcy zostały ostatecznie pokonane.
Od 1807 roku zaczyna
się nowe życie. Któż nie zna tej zadziwiającej historii błyskawicznego
odrodzenia się Królestwa Pruskiego i w konsekwencji całych Niemiec?
W 1806 roku cała potęga państwowa, stworzona przez Fryderyka II, jego
ojca i jego dziada, była zburzona. Armia zorganizowana i zdyscyplinowana
przez wielkiego wodza - zniszczona. Całe Niemcy i całe Prusy, z wyjątkiem
królewieckich kresów, zostały zwyciężone przez francuskie wojska i w
istocie rzeczy rządzone przez francuskich prefektów, polityczna zaś
egzystencja Królestwa Pruskiego oszczędzona została jedynie dzięki prośbom
Aleksandra I, cesarza Wszechrosji.
W tej krytycznej
sytuacji znalazła się grupa pruskich, a może raczej niemieckich patriotów,
ludzi pełnych zapału, rozumnych, śmiałych, zdecydowanych, którzy, nauczeni
doświadczeniem i przykładem francuskiej rewolucji, pragnęli ratować
Prusy i Niemcy za pomocą szerokich, liberalnych reform. Kiedy indziej,
na przykład przed bitwą pod Jena, a bodaj nawet po 1815 roku, wówczas
gdy reakcja szlachecko-biurokratyczna odzyskała na nowo wszystkie swoje
prawa, nie ośmieliliby się nawet pomyśleć o tego rodzaju reformach.
Gdyby tylko ośmielili się pisnąć słowo, zostaliby zniszczeni przez dworską
i wojskową partię, a wielce cnotliwy i głupi król Fryderyk Wilhelm III,
który nie uznawał nic poza swoim nieograniczonym, ustanowionym przez
Boga prawem, osadziłby ich w Szpandawie.
W roku 1807 sytuacja
była jednak zupełnie inna. Wojskowo-biurokratyczna i arystokratyczna
partia przestała istnieć, skompromitowana i upokorzona do tego stopnia,
że straciła wszelki wpływ, król zaś dostał taką nauczkę, od której i
głupiec mógł się stać mądrym, choćby na krótko. Gdy baron Stein został
premierem, śmiało przystąpił do burzenia starego porządku i tworzenia
nowej organizacji Prus.
Jego pierwszym
dziełem było zniesienie prawa, według którego chłopi byli przypisani
do ziemi, oraz nadanie prawa nabywania ziemi na własność, co więcej,
stworzył warunki umożliwiające chłopom wykup ziemi. Drugim jego dziełem
było zniesienie przywilejów szlacheckich i zrównanie wobec prawa służby
wojskowej i cywilnej wszystkich stanów. Trzecim jego dziełem było wprowadzenie
zasady wybieralności w administracji prowincjonalnej i municypalnej.
Głównym wreszcie jego dziełem było całkowite zreorganizowanie wojska,
a właściwie przekształcenie w wojsko całego pruskiego narodu; wojsko
zostało podzielone na trzy kategorie: na armię czynną, landwerę i szturmwerę.
Wreszcie baron Stein zapewnił schronienie i otworzył na oścież drzwi
pruskich uniwersytetów przed znakomitym Fichtem, którego wygnał za propagandę
ateizmu z Jeny książę weimarski, przyjaciel i protektor Goethego.
Fichte rozpoczął
swoje wykłady od płomiennego przemówienia, adresowanego głównie do niemieckiej
młodzieży, później zaś opublikowanego pod tytułem: "Przemówienie
do narodu niemieckiego", w którym doskonale i jasno przepowiedział
przyszłą polityczną wielkość Niemiec i dał wyraz pełnemu patriotycznej
dumy przeświadczeniu, że narodowi niemieckiemu sądzone jest zostać najwyższym
przedstawicielem, co więcej, przywódcą ludzkości, która znalazła w nim
jak gdyby swoje uwieńczenie. Taki błąd popełniały wprawdzie przed Niemcami
i inne narody, mające większe prawa, by tak sądzić, na przykład starożytni
Grecy, Rzymianie, a w czasach nowszych Francuzi. Lecz to błędne przeświadczenie
zakorzeniło się głęboko w świadomości każdego Niemca i dziś przybrało
rozmiary wręcz potworne i ordynarne. U Fichtego przynajmniej miało ono
odcień prawdziwie bohaterski. Fichte wypowiadał je mimo francuskich
bagnetów, wówczas gdy Berlinem zarządzał generał napoleoński, a na ulicach
rozbrzmiewał odgłos francuskiego bębna. Ponadto idealistyczny światopogląd,
który natchnął filozofa dumą patriotyczną, był istotnie pełen humanistycznych
treści - tego szerokiego, po części panteistycznego humanizmu, który
cechuje wielką literaturę niemiecką XVIII stulecia. Tyle że współcześni
Niemcy, zachowując cały ogrom roszczeń swego filozofa-patrioty, wyrzekli
się jego humanizmu. Oni go po prostu nie rozumieją i gotowi są z niego
nawet szydzić, widząc w nim zwyrodniały produkt abstrakcyjnego, bynajmniej
nie praktycznego myślenia. O wiele bardziej dostępny dla nich jest patriotyzm
księcia Bismarcka czy patriotyzm pana Marksa.
Jest rzeczą znaną,
że Niemcy, wykorzystując klęskę Napoleona w Rosji, jego nieszczęsny
odwrót, a raczej ucieczkę ze znikomymi resztkami armii, powstali wreszcie
sami. Oczywiście są oni niezmiernie dumni z tego powodu, ale zgoła niesłusznie.
Właściwie nie było to wcale spontaniczne powstanie narodowe; po prostu,
gdy pokonany Napoleon przestał być niebezpieczny i straszny, niemieckie,
najpierw pruskie, a potem i austriackie korpusy, które przedtem walczyły
z Rosją, teraz zwróciły się przeciwko Napoleonowi, łącząc się ze zwycięskim
wojskiem rosyjskim, ścigającym Napoleona. Legalny, lecz dotychczas nieszczęśliwy
król Fryderyk Wilhelm III ze łzami wzruszenia i wdzięczności uścisnął
w Berlinie swego wybawiciela, cesarza wszechrosyjskiego, i natychmiast
wydał manifest wzywający swych wiernych poddanych do legalnego powstania
przeciwko bezprawnemu i zuchwałemu Napoleonowi. Młodzież niemiecka,
przeważnie pruska, posłuszna wezwaniu swego króla i ojca, powstała i
utworzyła legiony, które zostały wcielone do regularnej armii. Niewiele
omylił się pruski radca tajny i znany szpieg, oficjalny donosiciel,
gdy w wydanej w 1815 roku broszurze, która wywołała oburzenie wszystkich
patriotów, negując wszelki samodzielny wkład narodu do sprawy wyzwolenia,
powiedział, że obywatele pruscy chwycili za broń dopiero wówczas, kiedy
król im kazał, i że nie było w tym nic bohaterskiego ani nadzwyczajnego,
lecz tylko zwykłe spełnienie obowiązku przez każdego wiernego poddanego".
W każdym razie Niemcy zostały oswobodzone z francuskiej niewoli i po
ostatecznym zakończeniu wojny zajęły się sprawą wewnętrznych przemian
pod zwierzchnictwem Austrii i Prus. Po pierwsze, zajęły się mediatyzacją
między wielu drobnymi księstwami, które w ten sposób z niepodległych
państewek stały się bardzo szanowanymi i bogato (na rachunek miliarda
otrzymanego od Francuzów) opłacanymi poddanymi.
Po drugie, przystąpiły
do uregulowania wzajemnych stosunków między książętami udzielnymi a
poddanymi. Podczas wojny, kiedy nad wszystkimi wisiał jeszcze miecz
Napoleona, książęta udzielni, zarówno wielcy jak mali, nie mogąc się
obejść bez wiernopoddańczej pomocy swoich narodów, poczynili mnóstwo
obietnic. Rząd pruski, a za nim i wszystkie inne rządy obiecały ogłosić
konstytucję. Lecz teraz, kiedy groza minęła, rządy przekonały się, że
obejdzie się bez konstytucji. Rząd austriacki, pod przewodnictwem księcia
Metternicha, oznajmił po prostu o swej decyzji powrotu do dawnego patriarchalnego
ustroju. Najdobrotliwszy cesarz Franciszek, cieszący się ogromną popularnością
wśród wiedeńskich mieszczan, ogłosił to wprost na audiencji udzielonej
profesorom liceum w Lublanie.
"Teraz panuje
moda na nowe idee - powiedział - nie mogę tego pochwalić i nigdy nie
pochwalę. Trzymajcie się starych poglądów; nasi poprzednicy, wyznając
je, byli szczęśliwi, dlaczegóż więc i my nie mamy być szczęśliwi? Nie
potrzeba mi uczonych, tylko uczciwych i posłusznych obywateli. Wykształcić
ich - oto wasz obowiązek. Kto mnie służy, ten musi uczyć tak, jak ja
każę. Kto nie może albo nie chce tego uczynić, ten niechaj odejdzie,
bo inaczej ja go usunę..."
Cesarz Franciszek
Józef dotrzymał słowa. W Austrii aż do 1848 roku panowała samowola bez
granic. W jak najbardziej surowy sposób stosowany był ten system rządzenia,
który za główny cel miał usypianie i ogłupianie poddanych. Myśl ospała
i bezwładna panowała nawet w uniwersytetach. Zamiast żywej nauki studiowano
tam jakieś szablonowe komunały. Nie było literatury oprócz domorosłych
romansów o skandalicznej treści i bardzo lichych wierszy. Nauki przyrodnicze
byty pięćdziesiąt lat spóźnione w stosunku do ich ówczesnego stanu w
pozostałej Europie. Nie istniało życie polityczne. Rolnictwo, przemysł
i handel pogrążyły się w bezwładzie podobnym bezwładowi chińskiemu.
Lud, masy robotnicze żyły w strasznym ucisku. I gdyby nie Włochy, a
po części także Węgry, które swymi burzliwymi rokoszami niepokoiły błogi
sen wiernych poddanych Austrii, można byłoby całe to państwo traktować
jako olbrzymie państwo umarłych.
Opierając się na
tym cesarstwie, Metternich w ciągu trzydziestu trzech lat usiłował doprowadzić
całą Europę do takiego właśnie stanu. Stał się kamieniem węgielnym,
duszą, wodzem reakcji europejskiej, toteż oczywiście musiał się przede
wszystkim, troszczyć, by wszelkie liberalne zakusy w Niemczech zostały
zniszczone.
Najbardziej niepokoiły
go Prusy, państwo nowe, młode, które znalazło się w szeregu największych
mocarstw dopiero w końcu ostatniego stulecia. Swój rozkwit zawdzięczały
one geniuszowi Fryderyka II, następnie Śląskowi, który zabrano Austrii,
potem rozbiorowi Polski, wreszcie śmiałemu liberalizmowi barona Steina,
Scharnhorsta i innych współpracowników w dziele pruskiego odrodzenia,
które mogło pociągnąć za sobą wyzwolenie ogólnoniemieckie. Wydawało
się, że wszystkie okoliczności, niedawne wydarzenia, doświadczenia,
powodzenie i zwycięstwo oraz żywotne interesy Prus, powinny były pobudzić
ich rząd do dalszych śmiałych kroków na tej nowej drodze, która okazała
się tak szczęśliwa i zbawienna. Tego właśnie obawiał się tak strasznie
Metternich - i miał zupełną rację.
Już za czasów Fryderyka
II, kiedy całe pozostałe Niemcy, doprowadzone do najgłębszego upadku
umysłowego i moralnego, były ofiarą bezceremonialnego, bezczelnego i
cynicznego rządu intryg i łupiestwa zdeprawowanych dworów, w Prusach
realizowano ideał porządnej, uczciwej i możliwie sprawiedliwej administracji.
Tam był tylko jeden despota, wprawdzie nieubłagany i okrutny - rozum
państwowy, czyli racja stanu, której absolutnie wszystko składało się
w ofierze i przed którą wszelkie prawo musiało się ugiąć. Natomiast
o wiele mniej było osobistej demoralizacji i samowoli aniżeli we wszystkich
innych państwach niemieckich. Poddany pruski był niewolnikiem państwa
ucieleśnionego w osobie króla, ale nie był zabawką jego dworu, kochanek
czy faworytów, jak w innych częściach Niemiec. Dlatego też już wówczas
całe Niemcy patrzyły na Prusy ze szczególnym szacunkiem.
Po 1807 roku szacunek
ten i towarzyszące mu prawdziwe uczucie sympatii wzmogły się nadzwyczajnie.
Wówczas to bowiem państwo pruskie, doprowadzone niemal do zupełnej ruiny,
szukać zaczęło ratunku dla siebie i dla całych Niemiec w liberalnych
reformach. Po przeprowadzeniu szeregu pomyślnych reform król pruski
wezwał nie tylko swój naród, lecz całe Niemcy do powstania przeciwko
francuskiemu zaborcy, jednocześnie obiecując nadać swojemu narodowi
po ukończeniu wojny najszerszą liberalną konstytucję. Został nawet naznaczony
termin wypełnienia tej obietnicy, a mianowicie dzień 1 września 1815
roku. Tę uroczystą obietnicę królewską podano do powszechnej wiadomości
w dniu 22 maja 1815 roku, po powrocie Napoleona z wyspy Elby, przed
klęską pod Waterloo. Powtarzała ona tylko to, co było zawarte w zbiorowym
zobowiązaniu wszystkich europejskich monarchów, zebranych na Kongresie
Wiedeńskim, podjętym na wiadomość o wylądowaniu Napoleona, która to
wiadomość wprawiła ich wszystkich w paniczny popłoch. Powyższe zobowiązanie
zostało włączone jako jeden z najistotniejszych punktów do akt dopiero
co utworzonego Związku Niemieckiego.
Niektórzy spośród
władców niewielkich państewek środkowych i południowych Niemiec dość
uczciwie spełnili swoje obietnice. Jednakże w północnych Niemczech,
gdzie przeważał zdecydowanie szlachecki wojskowo-biurokratyczny element,
panował nadal dawny arystokratyczny ustrój, jawnie i mocno popierany
przez Austrię.
Od 1815 roku do
maja 1819 roku całe Niemcy żywiły nadzieję, że Prusy, w przeciwieństwie
do Austrii, otoczą swą możną opieką powszechne dążenie do liberalnych
reform. Zdawało się, że wszystkie okoliczności i żywotne interesy rządu
pruskiego powinny go były skierować na tę drogę. Nie mówiąc już o uroczystej
obietnicy króla Fryderyka Wilhelma III, podanej do publicznej wiadomości
w maju 1815 roku, wszystkie doświadczenia, jakie musiały przebyć Prusy
poczynając od 1807 roku, zdumiewające ich odrodzenie, które zawdzięczały
głównie liberalnej polityce swego rządu - wszystkie powyższe czynniki
powinny były tym mocniej skłaniać je w tym kierunku. Istniała wreszcie
jeszcze jedna i bardzo ważna przyczyna, ze względu, na którą rząd pruski
w sposób otwarty i zdecydowany musiał dążyć w kierunku liberalnych reform,
mianowicie historyczne współzawodnictwo młodej monarchii pruskiej ze
starym państwem austriackim.
Kto stanie na czele
Niemiec - Austria czy Prusy? Takie oto pytanie stanęło w związku z niedawnymi
wydarzeniami, jako żelazna konsekwencja sytuacji, w której znalazły
się oba państwa. Niemcy, jak niewolnik, który przyzwyczaił się do posłuszeństwa,
nie umie, więc żyć na wolności i wcale jej nie pragnie, szukały potężnego
pana, zwierzchnika-rozkazodawcy, aby móc mu się oddać całkowicie. Pragnęły,
by on połączył je w jedną nierozdzielną całość państwową i zapewnił
im honorowe miejsce pośród najpotężniejszych mocarstw Europy. Takim
panem mógł być albo cesarz austriacki, albo król pruski. Wspólnie tego
miejsca zająć nie mogli, ponieważ paraliżowaliby się wzajemnie i tym
samym skazaliby Niemcy na dawną bezradność i bezsilność.
Z samej natury
rzeczy polityka Austrii musiała być wsteczna. Austria nie mogła działać
inaczej. Bliska schyłku, znajdowała się w tym stadium uwiądu starczego,
gdy każdy ruch grozi śmiercią, a bezruch jest koniecznym warunkiem podtrzymania
niedołężnej egzystencji. Austria w imię własnego ratunku powinna była
bronić zasady bezruchu nie tylko w Niemczech, ale i w całej Europie.
Każdy przejaw życia narodu, każde dążenie naprzód w jakimkolwiek zakątku
kontynentu europejskiego było dla niej obrazą i groźbą. Umierając chciała,
żeby wszystko wraz z nią umarło. Tymczasem w życiu politycznym, podobnie
jak w każdym innym życiu, cofanie się, a choćby tylko stanie w miejscu
- oznacza śmierć... Jest więc rzeczą zrozumiałą, że Austria użyła ostatnich,
zresztą pod względem materialnym jeszcze ogromnych sił, aby bez litości
i wytrwale zdusić wszelki w ogóle ruch w Europie, a w Niemczech w szczególności.
Właśnie ze względu
na tę politykę Austrii, prowadzoną z konieczności, polityka Prus musiała
być całkowicie jej przeciwstawna. Po wojnach napoleońskich, po Kongresie
Wiedeńskim, który znacznie zaokrąglił ich granice kosztem utraty całej
prowincji przez Saksonię, a zwłaszcza po decydującej bitwie pod Waterloo
wygranej przez połączone armie, pruską pod dowództwem Bluchera oraz
angielską pod dowództwem Wellingtona, wreszcie po powtórnym uroczystym
wkroczeniu wojsk pruskich do Paryża - Prusy zajęły piąte miejsce wśród
najpotężniejszych mocarstw europejskich. Ale nie mogły jeszcze tym mocarstwom
dorównać ani pod względem rzeczywistego bogactwa państwa, liczby ludności,
ani pod względem położenia geograficznego. Szczecin, Gdańsk i Królewiec
na Morzu Bałtyckim nie wystarczały, aby móc stworzyć większą flotę handlową,
nie mówiąc już o silnej flocie wojennej. Granice Prus, dziwacznie rozciągnięte
i rozdzielone cudzymi posiadłościami od nowo nabytych prowincji nadreńskich,
były pod względem wojennym nadzwyczaj niedogodne, niezmiernie trudne
do obrony, natomiast dostępne atakom ze strony południowych Niemiec,
Hanoweru, Holandii, Belgii i Francji. Ponadto ludność Prus w 1815 roku
sięgała zaledwie 15 milionów.
Pomimo tej słabości
pod względem materialnym, która uwydatniła się jeszcze o wiele silniej
za Fryderyka II, udało się administracyjnemu i wojennemu geniuszowi
wielkiego króla stworzyć polityczną i wojskową siłę Prus. Twór jego
jednak został obrócony w pył przez Napoleona. Po bitwie pod Jena trzeba
było wszystko tworzyć na nowo. I widzieliśmy, że jedynie dzięki wielu
najbardziej śmiałym i liberalnym reformom światli i rozumni patrioci
państwowi zdołali Prusom przywrócić nie tylko ich dawne znaczenie i
dawną siłę, ale nawet wydatnie je zwiększyć. Rzeczywiście potęga Prus
tak wzrosła, że mogły one zająć jedno z pierwszych miejsc wśród wielkich
mocarstw, wzrosła jednak nie do tego stopnia, aby to miejsce móc dłużej
utrzymać, jeśli nie dążyłyby one nadal nieugięcie do zwiększenia swego
politycznego znaczenia, swego moralnego wpływu, do zaokrąglenia i rozszerzenia
swoich granic.
Aby osiągnąć ten
cel, Prusy miały przed sobą dwie różne drogi. Jedna, przynajmniej z
pozoru, bardziej ludowa; druga - czysto państwowa i wojskowa. Idąc pierwszą
drogą, Prusy powinny by śmiało stanąć na czele konstytucyjnego ruchu
Niemiec. Król Fryderyk Wilhelm III, idąc za wielkim przykładem znakomitego
Wilhelma Orańskiego (1688 r.), powinien był wypisać na swym sztandarze:
"Za wiarę protestancką i za wolność Niemiec" i w ten sposób
jawnie wystąpić do walki przeciwko austriackiemu katolicyzmowi i przeciwko
despotyzmowi. Idąc drugą drogą, Fryderyk złamałby swoje uroczyste królewskie
słowo, wyrzekając się stanowczo planów wszelkich dalszych liberalnych
reform w Prusach, stając jawnie po stronie reakcji w Niemczech. Ale
jednocześnie skoncentrowałby całą swą uwagę i wszystkie wysiłki na udoskonaleniu
administracji wewnętrznej oraz wojska z myślą o przyszłych możliwych
podbojach.
Istniała jeszcze
trzecia droga, wytyczona wprawdzie w zamierzchłych czasach, mianowicie
przez rzymskich cesarzy, Augustów oraz ich następców, lecz już od dawna
zatarta i na nowo odkryta dopiero w ostatnich latach przez Napoleona
III, a przez ucznia jego, księcia Bismarcka, całkowicie oczyszczona
i udoskonalona. Jest to droga państwowego, wojskowego i politycznego
despotyzmu pod upiększającą go maską jak najbardziej szerokich, a zarazem
niewinnych form przedstawicielstwa ludu.
W 1815 roku droga
ta nie była jeszcze znana. Nikt nie domyślał się wówczas jeszcze tej
prawdy, znanej dziś najgłupszym nawet despotom, że tak zwane konstytucyjne
formy, czyli przedstawicielstwo ludu nie przeszkadza państwowemu, wojskowemu,
politycznemu i finansowemu despotyzmowi, lecz go jak gdyby legalizuje
i nadaje mu fałszywe pozory rządów ludowych, przyczyniając się do zwiększenia
znacznie jego mocy i siły.
Nikt nie znał i
nie mógł znać tej prawdy, ponieważ ani burżuazja, ani sam proletariat
nie dostrzegał tak wyraźnie, jak obecnie, tego głębokiego rozłamu, istniejącego
między klasą wyzyskującą a wyzyskiwanym proletariatem. Wówczas wszystkie
rządy, a także i sama burżuazja były przekonane, że za burżuazja stoi
lud i że wystarczy, aby ona wystąpiła, dała znak, a cały lud powstanie
razem z nią przeciwko rządowi. Teraz rzecz ma się zupełnie inaczej:
burżuazja we wszystkich krajach Europy boi się przede wszystkim rewolucji
socjalnej, wie, że przed tą burzą chroni ją jedynie państwo i dlatego
też zawsze pragnie i żąda możliwie silnego państwa lub - mówiąc po prostu
- dyktatury wojskowej. Ażeby łatwiej oszukać masy ludowe, burżuazja
chciałaby tę dyktaturę ubrać w formy ludowego przedstawicielstwa, które
pozwoliłyby jej wyzyskiwać masy ludowe w imię samego ludu.
W roku 1815 nie
obserwujemy jednak jeszcze w żadnym kraju Europy ani tego lęku, ani
tej podstępnej polityki. Przeciwnie, burżuazja była wszędzie liberalna.
Wierzyła w sposób szczery i naiwny, że pracując dla siebie, pracuje
dla wszystkich, i nie bała się ludu, nie bała się judzić go przeciwko
rządowi. Dlatego też wszystkie rządy opierały się w miarę możliwości
na szlachcie i były wrogo usposobione względem burżuazji jako klasy
rewolucyjnej.
Nie ulega wątpliwości,
że w roku 1815, jako też i znacznie później, wystarczyło, aby Prusy
uczyniły najdrobniejszy nawet krok w kierunku liberalizacji, aby król
pruski dał swoim poddanym choćby cień konstytucji burżuazyjnej - a całe
Niemcy uznałyby go za swego wodza. Wówczas nie zdążyła się jeszcze rozwinąć
w niepruskich Niemczech ta silna antypatia względem Prus, która przejawiła
się w latach późniejszych, a zwłaszcza w 1848 roku. Przeciwnie, wszystkie
kraje niemieckie patrzyły na Prusy z nadzieją, spodziewając się, że
one właśnie rzucą hasła wyzwolenia, i wystarczyłoby wprowadzić połowę
tych instytucji liberalnych i reprezentujących lud, jakimi rząd pruski
w ostatnich czasach, bez żadnego zresztą uszczerbku dla despotycznej
władzy, tak hojnie obdarował nie tylko pruskich, ale także wszystkich
niepruskich - z wyjątkiem austriackich - Niemców, aby przynajmniej całe
nie-austriackie Niemcy uznały pruską hegemonię.
Tego rodzaju perspektywy
budziły poważne obawy w Austrii; wystarczały one, aby już wówczas postawić
ją w tym trudnym i rozpaczliwym położeniu, w jakim się znajduje obecnie.
Gdyby straciła pierwsze miejsce w Związku Niemieckim, przestałaby być
w ogóle niemieckim mocarstwem. Widzieliśmy, że Niemcy stanowią zaledwie
czwartą część całej ludności cesarstwa austriackiego. Dopóki prowincje
niemieckie, a także niektóre słowiańskie prowincje Austrii, jak np.
Czechy, Morawy, Śląsk, Styria, były, razem wzięte, jednym z członków
Związku Niemieckiego, dopóty Niemcy austriaccy, opierając się na całej
licznej reszcie mieszkańców Niemiec, mogli do pewnego stopnia patrzeć
na swe państwo jak na państwo niemieckie. Gdyby tylko jednak cesarstwo
austriackie oddzieliło się od Związku Niemieckiego, tak jak to się stało
obecnie, to dziewięcio-milionowa, a wówczas nawet jeszcze mniej liczna
ludność niemiecka Austrii okazałaby się w poważnej mniejszości, aby
móc zachować swą historyczną przewagę. Austriaccy Niemcy musieliby przestać
być poddanymi habsburskiego dworu i połączyć się z resztą Niemiec. Właśnie
w tym kierunku zmierzają teraz, jedni świadomie, inni nieświadomie,
i wskutek tej dążności cesarstwo austriackie jest skazane na rychłą
śmierć.
W momencie ustalenia
w Niemczech pruskiej hegemonii rząd austriacki byłby zmuszony oderwać
swoje niemieckie prowincje od całości Niemiec, ponieważ, po pierwsze
- pozostawiając je w Związku Niemieckim byłby faktycznie poddał je,
a tym samym i siebie, panowaniu króla pruskiego; po drugie - groziłoby
cesarstwu austriackiemu rozpadnięcie się na dwie części: na niemiecką,
uznającą hegemonię Prus, i na całą pozostałą, nie uznającą tej hegemonii,
co byłoby także równoznaczne z zagładą cesarstwa austriackiego.
Mógł wchodzić w
rachubę jeszcze inny środek ratunku, który chciał zastosować w 1850
roku książę Schwarzenberg. Nie udało mu się to jednak i udać nie mogło,
a mianowicie: wcielić do Związku Niemieckiego całe imperium z Węgrami,
z Transylwanią i ze wszystkimi jego prowincjami słowiańskimi i włoskimi
jako całość, jako państwo niepodzielne. Próba udać się nie mogła, ponieważ
Prusy przeciwstawiłyby się jej w sposób rozpaczliwy, a razem z Prusami
i większa część Niemiec byłaby projektowi przeciwna, jak to zresztą
było w 1850 roku; sprzeciwiłyby się także wszystkie inne wielkie mocarstwa,
zwłaszcza Rosja i Francja, wreszcie zbuntowałyby się pozostałe trzy
czwarte ludności austriackiej, a więc Słowianie, Rumuni, Włosi, dla
których sama myśl, że mogliby stać się Niemcami, których nienawidzą,
wydaje się haniebną.
Jest rzeczą naturalną,
że Prusy i całe Niemcy byłyby przeciwne tej próbie, której urzeczywistnienie
byłoby zgubą dla Prus i pozbawiłoby je ich czysto niemieckiego charakteru;
Niemcy zaś przestałyby być ojczyzną Niemców, przeobraziłyby się w jakąś
chaotyczną i przemocą gromadzoną zbieraninę najróżniejszych narodowości.
Rosja natomiast i Francja nie mogłyby się na to zgodzić, ponieważ Austria
podporządkowałaby sobie całe Niemcy i stałaby się nagle najpotężniejszym
mocarstwem na kontynencie Europy.
Austrii pozostawała
tylko jedna droga, a mianowicie: nie wchłaniać Niemiec, przystępując
do nich całkowicie, ale jednocześnie nie dopuścić do tego, żeby Prusy
stanęły na czele Związku Niemieckiego. Stosując taką politykę, Austria
mogła liczyć na czynną pomoc Francji i Rosji. Jeśli zaś chodzi o politykę
Rosji, to ona do ostatniej chwili, tj. do wojny krymskiej, polegała
na systematycznym podtrzymywaniu wzajemnego współzawodnictwa Austrii
i Prus, aby żadne z tych państw nie mogło uzyskać przewagi nad drugim,
a jednocześnie na wzniecaniu nieufności i strachu w małych i średnich
państwach niemieckich i popieraniu ich przeciwko Austrii i Prusom.
Wpływ, który Prusy
wywierały na pozostałe Niemcy, miał głównie moralny charakter; wpływ
ten rozszerzał się bowiem dzięki nadziei, że oto wkrótce rząd pruski,
który niedawno dał tak liczne dowody, iż zmierza w patriotycznym, oświeconym
i liberalnym kierunku, zgodnie z daną obietnicą przyzna konstytucję
swoim poddanym, a przez to samo stanie na czele postępowego ruchu w
całych Niemczech. A więc książę Metternich winien był troszczyć się
o to przede wszystkim, żeby król pruski poddanym swoim konstytucji nie
nadał i żeby razem z austriackim cesarzem stanął na czele reakcji w
Niemczech. W tym dążeniu znalazł on też najgorętsze poparcie ze strony
Francji, rządzonej przez Burbonów, i w cesarzu Aleksandrze, rządzonym
przez Arakczejewa. Książę Metternich znalazł równie gorące poparcie
i w samych Prusach, prawie u całej pruskiej szlachty oraz u wyższej
biurokracji wojskowej i cywilnej, wreszcie i u samego króla.
Król Fryderyk Wilhelm
III był człowiekiem bardzo dobrym, ale był to król, toteż - jak królowi
przystoi - był despotą z natury, z wychowania i z nawyku. Ponadto był
on pobożnym i wierzącym synem ewangelickiego Kościoła, pierwszy zaś
dogmat tego Kościoła głosi, że "wszelka władza dana jest od Boga".
Wierzył, więc na serio, że jest pomazańcem bożym, wierzył w swoje prawo,
a raczej, że obowiązkiem każdego poddanego jest być posłusznym monarsze
i wykonywać bez namysłu jego rozkazy. Takie rozumowanie nie mogło iść
w parze z liberalizmem. Prawda, że w epoce, gdy państwo dosięgła niedola,
obiecywał swym wiernym poddanym wprowadzenie najbardziej liberalnych
reform. Lecz czynił to poddając się wymaganiom interesu państwowego,
wobec którego, jako wobec siły wyższej, nawet sam monarcha musi być
posłuszny. Teraz niedola minęła, a więc i obietnica, której spełnienie
byłoby szkodliwe dla samego narodu, przestała obowiązywać.
Sytuację tę świetnie
objaśnił arcybiskup Eylert we współczesnym kazaniu: "Król - powiada
- postępował jak mądry ojciec. W rocznicę swych urodzin lub wyzdrowienia
ojciec, wzruszony miłością dzieci, złożył im różne obietnice; potem
z należytym spokojem zmienił je, przywracając znowu swoją naturalną
i zbawczą władzę". Nie tylko król, lecz dwór cały, cała generalicja
oraz wyższa biurokracja - wszyscy przejęli się tym duchem. W epoce niedoli,
którą ściągnęli na Prusy, zamilkli znosząc w milczeniu nieodwracalne
reformy barona Steina i jego głównych współpracowników. Teraz jednak,
gdy nieszczęście minęło, powrócili do swych intryg i czynią więcej hałasu
niż przedtem.
To byli szczerzy
reakcjoniści, nie mniej zdecydowani w swych poglądach niż król, a bodaj
nawet jeszcze więcej. Nie rozumieli idei patriotyzmu ogólnoniemieckiego
i z całej duszy jej nienawidzili. Niemiecki sztandar był im wstrętny
i uważali go za wyraz buntu. Znali tylko swoje kochane Prusy, które
zresztą gotowi byli zgubić po raz drugi, byleby tylko nie uczynić najmniejszych
ustępstw na rzecz znienawidzonych liberałów. Myśl o przyznaniu burżuazji
jakichkolwiek politycznych praw, zwłaszcza prawa krytyki i kontroli,
myśl o możliwym zrównaniu burżuazji z nimi samymi, wzbudzała w nich
po prostu przerażenie i nie dające się opisać oburzenie. Oni pragnęli
i żądali rozszerzenia i zaokrąglenia pruskich granic, ale wyłącznie
w drodze podbojów. Od samego początku cel ich był wytknięty wyraźnie;
w przeciwieństwie do partii liberalnej, która dążyła do zniemczenia
Prus, oni chcieli Niemcy sprusaczyć.
Przy tym niemal
wszyscy, począwszy od ich przywódcy, królewskiego przyjaciela, księcia
Wittensteina, który wkrótce został premierem, byli na żołdzie u księcia
Metternicha. Przeciwko nim występowała nieliczna grupa ludzi, przyjaciół
i współpracowników barona Steina, który otrzymał już dymisję. Ta garstka
państwowych patriotów czyniła w dalszym ciągu niewiarygodne wysiłki,
aby utrzymać króla na drodze liberalnych reform; nie znajdując jednak
oparcia nigdzie, tylko w opinii publicznej, lekceważonej zarówno przez
króla jak dwór, biurokrację i armię - szybko została obalona. Złoto
Metternicha i samorzutnie reakcyjne tendencje wyższych sfer niemieckich
okazały się o wiele silniejsze.
Aby więc urzeczywistnić
swe liberalne plany, Prusom pozostała jedna tylko droga: udoskonalać
i stopniowo zwiększać środki administracyjne i finansowe, a także siły
wojskowe, aby przygotować się do przyszłych podbojów w samych Niemczech,
tj. do stopniowego podboju całych Niemiec. Droga ta była zresztą zgodna
całkowicie z tradycjami i całą istotą pruskiej monarchii militarnej,
biurokratycznej, policyjnej, słowem - państwowej, tj. działającej za
pomocą zalegalizowanego gwałtu we wszystkich swoich zagranicznych oraz
wewnętrznych poczynaniach. Od tej chwili w niemieckich oficjalnych sferach
kształtował się ideał rozumnego i oświeconego despotyzmu, który rządził
Prusami aż do 1848 roku. Był on równie sprzeczny z liberalnymi dążeniami
pangermańskiego patriotyzmu, jak despotyczny abskurantyzm księcia Metternicha.
Proletariat
a państwo współczesne | Nieuchronność
Rewolucji Socjalnej | Pangermanizm
a panslawizm | Słowianie a organizacja
państwowa | Dążenie do hegemoni mocarstw
europejskich | Państwo rosyjskie
a wyzwolenie Słowian | Ustanowienie imperium
pangermańskiego | Niemiecki liberalizm | Metafizyka a rewolucja