Michał Bakunin
PAŃSTWOWOŚĆ A ANARCHIA
Walka dwóch partii w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Robotników

Państwo rosyjskie
a wyzwolenie Słowian
Niektórzy przypuszczają,
że Rosja może oddać Polsce przynajmniej Litwę. Nie mają racji. Rosja
nie może tego uczynić z tych samych przyczyn. Litwa (6)
zjednoczona z Polską niewątpliwie stałaby się wypadową bazą państwa
polskiego, które pod patriotycznymi sztandarami ruszyłoby na podbój
prowincji nadbałtyckich oraz Ukrainy. Wystarczy wyzwolić państwo polskie,
a natychmiast Warszawa porozumie się z Wilnem, Grodnem, Mińskiem, być
może nawet z Kijowem, nie mówiąc już o Podolu i Wołyniu.
Cóż więc uczynić?
Polacy są narodem tak niespokojnym, że nie można im pozostawić ani kawałka
wolnej ziemi; natychmiast zaczną tam spiskować, kontaktować się potajemnie
ze wszystkimi zabranymi prowincjami, żeby tylko odbudować polskie państwo.
W roku 1841 na przykład jedynym wolnym miastem był Kraków, więc Kraków
stał się ośrodkiem ogólnopolskiego ruchu rewolucyjnego.
Czyż nie jest rzeczą
jasną, że cesarstwo rosyjskie może istnieć nadal jedynie pod tym warunkiem,
że będzie gnębiło Polskę, stosując metody Murawjowa? Mówimy o cesarstwie,
nie o narodzie rosyjskim, który w naszym przekonaniu nie ma nic wspólnego
z cesarstwem; interesy narodu, wszystkie instynktowne jego dążenia są
całkowicie sprzeczne z interesami i celami, które stawia sobie cesarstwo.
Gdy tylko cesarstwo
runie i narody: wielkoruski, małoruski, białoruski i inne ustanowią
wolność, ambitne dążenia polskich patriotów państwowych nie będą dla
nich groźne, mogą one być zabójcze tylko dla imperium.
Dlatego właśnie
żaden cesarz wszechrosyjskiego imperium, jeżeli tylko będzie przy zdrowych
zmysłach i nie zostanie zmuszony nieodpartą koniecznością, nigdy nie
zgodzi się oswobodzić najmniejszej nawet części Polski. Jeżeli zaś nie
zwróci wolności Polakom, to czyż może wzywać Słowian do buntu?
Przyczyny, które
nie pozwoliły mu wznieść panslawistycznego sztandaru buntu, istnieją
również i obecnie, natomiast kiedyś cesarz mógł obiecywać sobie więcej
korzyści po tym buncie niż obecnie. Kiedyś mógł jeszcze liczyć na powstanie
Madziarów i Włochów uciskanych pod znienawidzonym jarzmem Austrii. Dziś
Włochy zachowałyby bez wątpienia neutralność, ponieważ jest bardzo prawdopodobne,
że Austria zwróciłaby im bez sporu, za cenę spokoju, te nieliczne pozostałości
ziem włoskich, jakie jeszcze znajdują się pod jej panowaniem. Jeśli
zaś chodzi o Madziarów, to niewątpliwie z całą pasją, zrodzoną przez
ich własny władczy stosunek do Słowian, opowiedzieliby się po stronie
Niemców przeciwko Rosji.
W wypadku panslawistycznej
wojny prowadzonej przez cesarza rosyjskiego z Niemcami mógłby on liczyć
jedynie na mniej lub bardziej czynny współudział Słowian, i to tylko
Słowian austriackich. Gdyby bowiem zamierzał wzniecić powstanie wśród
Słowian tureckich, znalazłby się w obliczu nowego wroga - Anglii, gorliwej
orędowniczki niezawisłej egzystencji państwa ottomańskiego. Słowiańska
ludność Austrii liczy około 17 milionów, w tym 5 milionów zamieszkałych
w Galicji, a tutaj działania bardziej lub mniej sympatyzujących z Rosją
Rusinów byłyby udaremnione przez wrogo nastrojonych Polaków. Pozostaje,
więc 12 milionów, na których powstanie cesarz rosyjski mógłby ewentualnie
liczyć. Trzeba by było jeszcze wyłączyć tych Słowian, którzy zostali
wcieleni do wojska austriackiego i którzy, zgodnie ze zwyczajem każdego
wojska, na rozkaz zwierzchników walczyliby z każdym. Ponadto przypomnieć
należy, że te 12 milionów nie koncentrują się w jednym lub kilku punktach,
lecz są rozproszone po całym terytorium cesarstwa austriackiego, posługują
się zupełnie innymi narzeczami i są zmieszane z Niemcami, z Madziarami,
z Rumunami lub wreszcie z ludnością włoską. Jest to siła dość wielka
dla utrzymania w ciągłym strachu austriackiego rządu i w ogóle Niemców,
ale zbyt mała, żeby rosyjskim wojskom móc zapewnić oparcie przeciw sojuszniczym
siłom pruskich Niemiec i Austrii.
Niestety! Rząd
rosyjski doskonale zna i ocenia tę sytuację, nigdy przeto nie miał i
nie poweźmie zamiaru prowadzenia panslawistycznej wojny z Austrią, wojny,
która przekształciłaby się nieuchronnie w wojnę przeciwko całym Niemcom.
Jeżeli jednak takich zamiarów nie żywi, to po co prowadzi za pośrednictwem
swych agentów prawdziwą panslawistyczną propagandę w austriackich posiadłościach?
Czyni to z tej samej i nader prostej przyczyny, o której była już mowa,
a mianowicie: dla rządu rosyjskiego jest rzeczą przyjemną i korzystną
posiadać takie mnóstwo gorliwych, a zarazem ślepych, żeby nie powiedzieć:
głupich, zwolenników we wszystkich prowincjach austriackich. Oni paraliżują,
krępują, niepokoją rząd austriacki, a tym samym wzmacniają wpływ Rosji
nie tylko w Austrii, lecz i w całych Niemczech. Rosja cesarska podburza
Słowian austriackich przeciw Madziarom i Niemcom, choć wie dobrze, że
w końcu wyda ich w ręce tychże Madziarów i Niemców. Nikczemna to gra,
ale na wskroś państwowa.
Cesarstwo wszechrosyjskie
znajdzie niewielu sojuszników na Zachodzie, którzy mogliby być dla niego
prawdziwym oparciem w razie panslawistycznej wojny przeciw Niemcom.
Z kim zaś musiałoby walczyć? Po pierwsze ze wszystkimi pruskimi i austriackimi
Niemcami, po drugie z Madziarami, po trzecie z Polakami.
Nie biorąc pod
uwagę Polaków ani nawet Madziarów, zapytamy: czy carska Rosja zdolna
jest prowadzić agresywną wojnę przeciwko zjednoczonym siłom całych Niemiec,
pruskich i austriackich, a choćby nawet tylko pruskich? Powiadamy: wojnę
agresywną, ponieważ wychodzi się tutaj z założenia, że Rosja przedsięweźmie
ją dla rzekomego wyzwolenia, a w istocie dla podboju Słowian austriackich.
Przede wszystkim
nie ulega wątpliwości, że w Rosji żadna wojna agresywna nie będzie wojną
narodową. Jest to reguła niemal powszechna; narody rzadko biorą żywy
udział w wojnach, które rządy ich przedsiębiorą i prowadzą poza granicami
ojczyzny. Takie wojny bywają najczęściej wyłącznie polityczne, jeżeli
ponadto nie wchodzi w grę sprawa religijna albo rewolucyjna. Takie były
dla Niemców, Francuzów, Holendrów, Anglików, a nawet dla Szwedów w XVI
wieku wojny między protestantami a katolikami. Takie też były dla Francji
w końcu wieku XVIII wojny rewolucyjne. Ale w najnowszej historii znamy
dwa wyjątkowe przykłady, kiedy masy ludowe ustosunkowały się z prawdziwą
sympatią do wojen politycznych prowadzonych przez ich rządy w celu rozszerzenia
granic państwa lub w imię innych, wyłącznie politycznych interesów.
Pierwszy przykład
dał lud francuski za czasów Napoleona I. Ale nie jest to jeszcze przypadek
całkowicie jednoznaczny, ponieważ wojska cesarskie były bezpośrednią
kontynuacją i niejako naturalnym rezultatem wojsk rewolucyjnych, tak
że lud francuski, nawet po upadku Napoleona, traktował je w dalszym
ciągu jako element tej samej sprawy rewolucyjnej.
O wiele bardziej
przekonywający jest przykład drugi, mianowicie przykład gorącego entuzjazmu,
jaki ożywiał cały naród niemiecki w stosunku do bezsensownej wielkiej
wojny podjętej przez nowo powstałe państwo prusko-niemieckie przeciwko
Drugiemu Cesarstwu francuskiemu. Istotnie, w tej znamiennej, dopiero
co minionej epoce cały naród niemiecki, wszystkie warstwy społeczeństwa
niemieckiego (z wyjątkiem może tylko niewielkiej garstki robotników)
przejęte były wyłącznie sprawą polityczną, sprawą umocnienia i rozszerzenia
granic państwa pangermańskiego. Sprawa ta jeszcze i teraz góruje nad
wszystkimi innymi w umysłach i sercach wszystkich Niemców bez różnicy
stanów, i to właśnie stanowi w naszych czasach o szczególnej sile Niemiec.
Dla każdego, kto
choć trochę zna i rozumie Rosję, powinno być jasne, że żadna wojna agresywna,
podjęta przez nasz rząd, nie będzie w Rosji wojną narodową. Po pierwsze
dlatego, że lud nasz nie tylko nie interesuje się żadnymi sprawami państwowymi,
ale żywi do nich wręcz instynktowną odrazę. Państwo - to jego więzienie;
po co ma więc to swoje więzienie umacniać? Po drugie, między rządem
a ludem nie ma żadnej więzi, ani jednej żywej nici, która mogłaby je
łączyć chociażby na chwilę, w jakiejkolwiek bądź sprawie, nie ma nawet
sposobu ani możliwości rozumienia się wzajemnego; co dla rządu jest
białe, to dla ludu jest czarne, i odwrotnie - co ludowi wydaje się zupełnie
białe, co jest dla niego życiem, wolnością - to dla rządu jest śmiercią.
Ktoś może zapytać
słowami Puszkina: "Czyż słowo rosyjskiego cara jest już pozbawione
siły?"
Tak, jest pozbawione
siły, gdy wymaga od ludu tego, co jest sprzeczne z jego interesem. Niechaj
car tylko mrugnie do ludu i zawoła: wiążcie i rżnijcie ziemian, urzędników
i kupców, zagarnijcie i podzielcie między sobą ich mienie, a wystarczy
jeden moment, żeby cały lud rosyjski powstał i żeby już nazajutrz na
ziemi rosyjskiej po kupcach, urzędnikach i ziemianach nie zostało ani
śladu. Ale dopóki car każe ludowi płacić podatki i dostarczać państwu
żołnierza, dopóki każe mu pracować na rzecz właścicieli ziemskich i
kupców, dopóty lud będzie to wypełniał niechętnie, pod groźbą kija,
jak to się dzieje obecnie, a ilekroć nadarzy się okazja, odmówi posłuszeństwa.
Gdzież tu więc magiczny czy czarodziejski wpływ carskiego słowa?
I cóż takiego cesarz
może powiedzieć ludowi, co poruszyłoby jego serce lub rozpaliło wyobraźnię?
W roku 1828 cesarz Mikołaj, wypowiadając wojnę Porcie Ottomańskiej pod
pretekstem krzywd, jakie się dzieją w Turcji greckim i słowiańskim naszym
współwyznawcom, spróbował rozbudzić wśród ludu fanatyzm religijny i
w tym celu rozkazał odczytać swój manifest w cerkwiach. Próba zakończyła
się fiaskiem. Jeżeli istnieje u nas zagorzała i fanatyczna religijność,
to chyba tylko u odszczepieńców, którzy najmniej ze wszystkich uznają
państwo i nawet samego cesarza. W cerkwi zaś prawosławnej i oficjalnej
panuje martwy, szablonowy ceremoniał obok najgłębszej obojętności religijnej.
Na początku kampanii
krymskiej, po wypowiedzeniu wojny przez Anglię i Francję, Mikołaj usiłował
raz jeszcze rozbudzić fanatyzm religijny w narodzie i podobnie bezowocne
były jego zabiegi. Przypomnijmy sobie, co mówiono wśród ludu podczas
tamtej wojny:
"Francuz żąda,
żeby nas wyzwolono z poddaństwa". Były ludowe oddziały pospolitego
ruszenia. Ale wszyscy wiedzą, w jaki sposób je sformowano. W przeważnej
części z rozkazu cesarza i z rozporządzenia władz. Był to taki sam pobór
rekruta, tylko przeprowadzony w innej formie i w określonym czasie.
W wielu miejscowościach obiecywano chłopom, że po zakończeniu wojny
otrzymają wolność.
Taki oto jest stosunek
naszego chłopstwa do spraw państwowych! Pośród kupiectwa i szlachty
patriotyzm przejawił się w sposób bardzo oryginalny: przez niemądre
przemówienia, głośne oświadczenia wiernopoddańcze, a przeważnie huczne
przyjęcia i pijatyki, Ale kiedy trzeba było, żeby jedni dali pieniądze,
a drudzy wyruszyli na wojnę osobiście na czele swoich chłopów - okazało
się, że ochotników jest bardzo niewielu. Każdy starał się dać za siebie
zastępstwo. Pospolite ruszenie narobiło wiele hałasu, a korzyści nie
przyniosło żadnej. A przecież wojna krymska nie była agresywna, ale
obronna, mogła więc i powinna była stać się wojną narodową - dlaczegoż
się jednak nie stała? Dlatego, że nasze klasy wyższe są zgniłe, nędzne,
nikczemne, a lud jest naturalnym wrogiem państwa.
I ten oto lud miałby
się poruszyć w imię sprawy słowiańskiej! Wśród naszych słowianofilów
jest garstka ludzi uczciwych, którzy poważnie wierzą, że lud rosyjski
pragnie spieszyć na pomoc "braciom Słowianom", o których istnieniu
nawet nie wie. Byłby bardzo zdziwiony, gdyby mu powiedziano, że on sam
jest ludem słowiańskim. P. Duchiński (7)
wraz ze swymi polskimi i francuskimi zwolennikami twierdzi oczywiście,
że w żyłach ludu wielkorosyjskiego nie płynie krew słowiańska, grzesząc
w ten sposób wobec prawdy historycznej i etnograficznej. Ale p. Duchiński,
który tak mało zna nasz lud, nie podejrzewa prawdopodobnie, że lud ten
nie troszczy się bynajmniej o swoje słowiańskie pochodzenie. Cóż mu
do tego, temu ludowi umęczonemu, głodującemu i zdławionemu przez ucisk
rzekomo słowiańskiego, w rzeczywistości zaś tatarsko-niemieckiego cesarstwa?
(8)
Nie powinniśmy
Słowian oszukiwać. Ci, którzy mówią im o jakimkolwiek udziale narodu
rosyjskiego w sprawie słowiańskiej, albo sami siebie okrutnie oszukują,
albo też kłamią w sposób niegodziwy i - oczywiście - w celach nieczystych.
I jeżeli my, rosyjscy socjaliści-rewolucjoniści, wzywamy proletariat
słowiański i młodzież słowiańską do walki o wspólną sprawę, to bynajmniej
nie na tej zasadzie, że łączy nas mniej lub bardziej wspólne słowiańskie
pochodzenie. Możemy uznać jeden tylko wspólny grunt: Rewolucję Socjalną,
poza którą nie widzimy ratunku ani dla własnego narodu, ani dla innych
narodów słowiańskich. Sądzimy też, że właśnie na tym gruncie - wskutek
wielu jednakowych cech charakteru, losów historycznych, dawnych i obecnych
dążeń wszystkich słowiańskich narodów, jak również wskutek ich jednakowego
stosunku do mocarstwowych zapędów germańskiego plemienia - mogą się
one bratersko zjednoczyć, nie po to, aby utworzyć jedno wspólne państwo,
lecz po to, żeby zniweczyć wszystkie państwa; nie po to, żeby stworzyć
swój zamknięty świat, lecz po to, aby razem wstąpić na arenę światową,
rozpoczynając z konieczności od zawarcia ścisłego przymierza z narodami
plemienia łacińskiego, którym, podobnie jak Słowianom, zagraża obecnie
polityka Niemców. Ale nawet i to przymierze przeciwko Niemcom powinno
trwać tylko dopóty, dopóki Niemcy - stwierdziwszy na podstawie własnego
doświadczenia, jak niezliczone klęski pociąga za sobą dla ludu istnienie
państwa, nawet państwa rzekomo ludowego - nie zrzucą z siebie jarzma
państwowego i wyrzekną się raz na zawsze swojej nieszczęsnej namiętności
do państwowej potęgi. Wówczas, dopiero wówczas trzy główne plemiona,
zamieszkujące Europę - łacińskie, słowiańskie i germańskie, wejdą ze
sobą w sojusz swobodnie, jak bracia.
Ale do tego czasu
sojusz narodów słowiańskich z narodami łacińskimi przeciwko podbojom,
grożącym im w jednakowym stopniu ze strony Niemców, pozostaje nadal
gorzką koniecznością.
Dziwne jest przeznaczenie
plemienia niemieckiego! Wzbudzając przeciwko sobie powszechną nienawiść
i powszechną trwogę, Niemcy tym samym jednoczą narody. W ten sposób
zjednoczyli Słowian; nie ulega bowiem wątpliwości, że nienawiść do Niemców,
głęboko zakorzeniona w sercach wszystkich narodów słowiańskich, o wiele
bardziej sprzyjała powodzeniu propagandy panslawistycznej niż wszelkie
przemówienia i intrygi moskiewskich i petersburskich agentów. Prawdopodobnie
i teraz nienawiść ta będzie pchała Słowian do sojuszu z narodami łacińskimi.
W tym sensie i
lud rosyjski jest w pełni ludem słowiańskim. Niemców nie darzy on sympatią,
lecz nie należy się łudzić, jego antypatia do Niemców nie sięga tak
daleko, żeby sam ruszył do walki z nimi. Przejawi się ona dopiero wtedy,
kiedy Niemcy sami wtargną do Rosji i zechcą w niej rządzić. Ale głęboko
omyli się ten, kto będzie liczyć na jakikolwiek udział naszego ludu
w agresywnym ruchu przeciwko Niemcom.
Wynika stąd, że
jeżeli naszemu rządowi przyjdzie do głowy ruszyć przeciwko komukolwiek,
będzie musiał uczynić to bez żadnej pomocy ze strony ludu, wyłącznie
własnymi środkami państwowymi, finansowymi i wojskowymi. Ale czy wystarczy
tych środków, żeby walczyć przeciwko Niemcom, co więcej, żeby z powodzeniem
prowadzić przeciwko nim agresywną wojnę?
Trzeba być nadzwyczaj
ciemnym lub ślepym, niedorosłym patriotą, żeby nie przyznać, że wszystkie
nasze środki wojskowe i nasza okrzyczana jakoby niezliczona armia jest
niczym w porównaniu z obecnymi środkami i armią niemiecką.
Żołnierz rosyjski
jest niewątpliwie odważny, ale wszak i żołnierze niemieccy nie są tchórzami;
dali tego dowód w trzech z rzędu kampaniach. Ponadto w ewentualnej wojnie
agresywnej ze strony Rosji wojska niemieckie będą walczyły u siebie,
pewne patriotycznego i tym razem rzeczywiście powszechnego poparcia
absolutnie wszystkich klas i całej ludności Niemiec, zagrzewane również
własnym fanatyzmem patriotycznym, gdy tymczasem wojownicy rosyjscy walczyć
będą bez sensu, bez pasji, posłuszni jedynie komendzie.
Co się zaś tyczy
porównania oficerów rosyjskich z niemieckimi, to z punktu widzenia po
prostu ludzkiego oddamy pierwszeństwo typowi naszego oficera, nie dlatego,
że on jest nasz, ale na zasadzie surowej sprawiedliwości. Mimo wysiłków
naszego ministra spraw wojskowych, p. Milutina, olbrzymia masa naszych
oficerów pozostała tym, czym była dawniej - masą nieokrzesaną, ciemną
i pod każdym niemal względem całkowicie nieświadomą; musztry, hulanki,
karty, pijatyka oraz, jeżeli jest po temu okazja, uprawiane regularnie
(i to właśnie wśród wyższych rang, zaczynając od dowódcy kompanii czy
szwadronu, czy baterii) legalne niemal złodziejstwo - wszystko to do
dziś stanowi codzienną, tolerowaną treść życia oficerów w Rosji. Jest
to środowisko niesłychanie puste i dzikie, wtedy nawet, kiedy mówi się
tam po francusku, ale i tu, wśród brutalnego i bezsensownego chaosu
można znaleźć serce ludzkie, zdolność instynktownego ukochania i zrozumienia
wszystkiego, co ludzkie, a także przy sprzyjających warunkach i pod
dobrym wpływem - zdolność stania się całkowicie świadomym przyjacielem
ludu.
W niemieckim środowisku
oficerskim nie ma nic poza formą, wojskowym regulaminem i wstrętnymi,
specyficznie oficerskimi fanaberiami, na które składają się dwa czynniki:
lokajska subordynacja wobec wszystkiego, co wyższe w hierarchii, oraz
zuchwały i pogardliwy stosunek do wszystkiego, co w ich mniemaniu jest
od nich niższe - przede wszystkim do ludu, a następnie do wszystkich,
którzy nie noszą munduru wojskowego, z wyjątkiem wyższych urzędników
cywilnych oraz szlachty.
W stosunku do swego
monarchy, księcia, króla, a obecnie cesarza Wszechniemiec, oficer niemiecki
jest niewolnikiem z przekonania, z namiętności. Na jego skinienie gotów
jest zawsze i wszędzie popełnić najokropniejsze zbrodnie, wyrżnąć, zniszczyć,
spalić dziesiątki, setki miast i osiedli, nie tylko cudzych, ale nawet
i swoich.
W stosunku do ludu
oficer niemiecki żywi nie tylko pogardę, ale i nienawiść, zakłada bowiem
z góry - czyniąc mu tym zbyt wiele zaszczytu - że lud się zawsze buntuje
albo jest zawsze do buntu gotowy!
Zresztą nie on
jeden tak przypuszcza; obecnie myślą tak wszystkie klasy uprzywilejowane,
a oficera niemieckiego i w ogóle każdego oficera regularnego wojska
można nazwać uprzywilejowanym psem łańcuchowym uprzywilejowanych klas.
Cały świat wyzyskiwaczy w Niemczech i poza Niemcami spogląda na lud
ze strachem i nieufnością, co niestety nie zawsze jest usprawiedliwione,
dowodzi jednak, że w masach ludowych zaczyna się już rodzić ta świadoma
siła, która zburzy ów świat.
Toteż oficer niemiecki,
jak dobry pies łańcuchowy, jeży się cały na samo wspomnienie mas ludowych.
Jego pojęcia o prawach i obowiązkach ludu są jak najbardziej patriarchalne.
Według jego mniemania lud musi pracować, żeby panowie byli ubrani i
syci, musi być posłuszny władzom bez szemrania, musi płacić podatki
państwowe i świadczenia gminne oraz pełnić służbę żołnierską, czyścić
mu buty, przyprowadzać konie, gdy oficer zakomenderuje i machnie szablą,
musi strzelać, kłuć i rąbać na prawo i na lewo, a kiedy rozkaże - musi
iść na śmierć "za kajzera i za Vaterland". Po upływie zaś
terminu właściwej służby wojskowej, o ile jest ranny i stał się kaleką,
musi żyć z jałmużny, a jeżeli wyszedł zdrów i cały, musi iść do rezerwy
i służyć tam do samej śmierci, zawsze posłuszny władzom, giąć się w
ukłonach przed każdym zwierzchnikiem i być gotowym umrzeć na każde żądanie.
Wszystko, co w
ludzie jest sprzeczne z tym ideałem, potrafi doprowadzić niemieckiego
oficera do wściekłości. Nietrudno sobie wyobrazić, jak musi on nienawidzić
rewolucjonistów; a tym ogólnym mianem obejmuje on wszystkich demokratów,
a nawet liberałów, słowem: każdego, kto w jakimkolwiek stopniu i w jakiejkolwiek
formie ośmieli się czynić, chcieć, myśleć w sposób sprzeczny ze świętą
myślą i wolą Jego Cesarskiej Mości, władcy Wszechniemiec.
Można sobie wyobrazić,
z jak szczególną nienawiścią musi się on odnosić do socjalistów-rewolucjonistów
czy choćby nawet do socjaldemokratów swojej ojczyzny. Samo już wspomnienie
o nich doprowadza go do szału, i jest on przekonany, że nie wypada mu
mówić o nich inaczej, jak tylko z pianą na ustach. Biada temu spośród
nich, kto się dostanie w jego ręce. Niestety, w ostatnich czasach wielu
socjaldemokratów w Niemczech przeszło przez ręce oficerskie. Ponieważ
oficer nie ma prawa torturować ich czy też niezwłocznie rozstrzelać,
ponieważ nie śmie występować czynnie, usiłuje przeto szeregiem najbardziej
dotkliwych zniewag, zaczepek, gestów, słów dać wyraz swojej wściekłości,
swojej nędznej złości. Ale gdyby mu tylko pozwolono, gdyby mu zwierzchnik
rozkazał - z jakąż zaciekłą gorliwością i, co najważniejsza, z jakąż
oficerską dumą byłby wziął na siebie rolę mordercy, oprawcy i kata.
A spójrzcie na
tę cywilizowaną bestię, na tego sługusa z przekonania i kata z powołania.
Jeżeli jest młody, zobaczycie ze zdumieniem nie jakiegoś potwora, lecz
jasnowłosego młodzieńca, krew z mlekiem, z delikatnym puszkiem na mordce,
skromnego, cichego, ale dumnego - fanaberie przebijają - i niezawodnie
sentymentalnego. Na pamięć umie Schillera i Goethego, cała humanistyczna
literatura wielkiego minionego stulecia przeszła przez jego głowę, nie
zostawiając w niej ani jednej ludzkiej myśli, ani jednego ludzkiego
uczucia w jego duszy.
Niemcom, głównie
zaś niemieckim urzędnikom i oficerom, powierzone zostało zadanie, jak
się wydaje, niemożliwe do rozwiązania: połączenie kultury z barbarzyństwem,
wiedzy ze służalczością. Sprawia to, że pod względem społecznym stają
się oni wstrętnymi, a zarazem nadzwyczaj śmiesznymi kreaturami w stosunku
do mas ludowych - złoczyńcami systematycznymi i bezlitosnymi, lecz za
to w służbie państwowej są to ludzie niezmiernie cenni.
Mieszczanie niemieccy
wiedzą o tym, wiedząc zaś, patriotycznie znoszą wszelkie możliwe z ich
strony zniewagi, a to dlatego, że poznają w nich własną naturę, głównie
zaś dlatego, że patrzą na te narodowe uprzywilejowane cesarskie psy,
które ich często z nudy kąsają, jako na najbardziej niezawodne przedmurze
cesarstwa pangermańskiego.
Nie można sobie
istotnie wymarzyć dla regularnej armii nic lepszego nad niemieckiego
oficera. Człowiek, który łączy w sobie wykształcenie z chamstwem, chamstwo
zaś z męstwem, ścisłe wykonywanie rozkazów z inicjatywą, systematyczność
z bestialstwem, a bestialstwo ze swoistą uczciwością, pewną, jednostronną
wprawdzie egzaltację z rzadko spotykaną uległością wobec woli zwierzchnictwa;
człowiek zdolny każdej chwili wyrżnąć czy zmiażdżyć dziesiątki, setki,
tysiące ludzi na najlżejsze skinienie zwierzchnictwa - cichy, skromny,
uległy, posłuszny, zawsze stojący na baczność przed przełożonymi, a
wyniosły, pogardliwie zimny i kiedy trzeba, okrutny w stosunku do żołnierza,
człowiek, którego całe życie zawiera się w dwóch słowach: słuchać i
komenderować - taki człowiek jest dla armii i dla państwa niezastąpiony.
Co się tyczy musztry
wojskowej, to sprawa ta, jedna z najważniejszych w organizacji dobrego
wojska, jest w armii niemieckiej doprowadzona do doskonałości systematycznej,
głęboko przemyślanej, praktycznie wypróbowanej i urzeczywistnionej.
Główną zasadę stanowiącą podstawę całej dyscypliny wyraża pewien aforyzm,
który niedawno jeszcze powtarzali liczni pruscy, sascy, bawarscy i inni
niemieccy oficerowie, włóczący się od czasu kampanii francuskiej całymi
gromadami po Szwajcarii, prawdopodobnie żeby poznać kraj i przy okazji
porobić plany, które mogą się przydać w przyszłości. Aforyzm ten brzmi:
"Aby zawładnąć
duszą żołnierza, trzeba przede wszystkim zawładnąć jego ciałem".
A jak zawładnąć
ciałem żołnierza? Za pomocą nieustannego szkolenia. Niech wam się nie
zdaje, że oficerowie niemieccy lekceważą marsze, nic podobnego. Widzą
w tym jeden z najlepszych sposobów, żeby usprawnić kończyny i żeby zawładnąć
ciałem żołnierza; potem następują ćwiczenia z karabinem, smarowanie
i polerowanie broni, czyszczenie mundurów. Trzeba, żeby żołnierz był
zajęty od rana do wieczora i żeby nieustannie czuł nad sobą i za sobą
surowe, zimne, magnetyzujące oko zwierzchności. W czasie zimy, kiedy
jest więcej wolnego czasu, zapędza się żołnierzy do szkoły, gdzie douczają
ich czytać, pisać, rachować, ale przede wszystkim każą im wkuwać na
pamięć regulamin wojskowy, przepojony boskim pietyzmem do cesarza i
pogardą dla ludu: cesarzowi prezentuj broń, a do ludu strzelaj. Oto
kwintesencja moralno-politycznego szkolenia żołnierzy.
Gdy żołnierz przeżyje
w tym świecie trzy do pięciu lat - może być już tylko potworem. Ale
i oficerowie dzielą podobny los, tylko w innej formie. Z żołnierza pragnie
się zrobić pałkę nieświadomą; oficer powinien być pałką świadomą, pałką
z przekonania, z interesu, z namiętności. Społeczność oficerska jest
jego światem; poza tę społeczność nie rusza się ani na krok i cały kolektyw
oficerski, przesiąknięty wyżej opisanym duchem, czuwa nad każdym. Biada
nieszczęsnemu, jeżeli z braku doświadczenia czy powodowany jakimś ludzkim
uczuciem ośmieli się zaprzyjaźnić z inną społecznością. Jeżeli społeczność
ta jest niewinna pod względem politycznym, będą się z niego tylko śmieli.
Jeżeli jednak panują w niej tendencje polityczne niezgodne z tendencjami
ogólnooficerskimi, tendencje liberalne, demokratyczne, nie mówiąc o
socjalrewolucyjnych, nieszczęsny oficer jest zgubiony. Każdy kolega
będzie na niego składał donosy.
Na ogół wyższe
dowództwo woli, aby oficerowie jak najwięcej przebywali we własnym towarzystwie,
i stara się pozostawiać im, podobnie jak i szeregowcom, możliwie najmniej
wolnego czasu. Musztrowanie żołnierzy i nieustanny ich dozór zajmuje
już trzy czwarte dnia. Pozostała jedna czwarta powinna być przeznaczona
na doskonalenie się w wojskowych naukach. Zanim oficer dosłuży się rangi
majora, musi zdać kilka egzaminów; oprócz tego oficerowie otrzymują
terminowe zadania o różnych tematach, i na tej podstawie ocenia się
ich zdolność do dalszego awansu.
Jak widzimy, świat
wojskowy w Niemczech, zresztą zupełnie podobnie jak we Francji, jest
światem całkowicie zamkniętym. Jego izolacja jest niezawodną rękojmią
utrzymywania go we wrogim stosunku do ludu.
Ale niemiecki świat wojskowy posiada ogromną wyższość nad francuskim
oraz nad wszystkimi innymi w Europie: niemieccy oficerowie górują nad
innymi oficerami świata pozytywnością i rozległością swej wiedzy, teoretyczną
i praktyczną znajomością spraw wojskowych, gorącym i pełnym pedantyzmu
oddaniem się wojskowemu rzemiosłu, dokładnością, starannością, wytrzymałością,
wytrwałą cierpliwością, jak również względną uczciwością.
Wskutek tych wszystkich
zalet organizacja i uzbrojenie armii niemieckich istnieje w rzeczywistości,
nie tylko na papierze, jak to było we Francji za Napoleona III i jak
najczęściej bywa u nas. Przy tym, dzięki właśnie tym niemieckim zaletom,
kontrola administracyjna, cywilna, a w szczególności wojskowa jest tak
zorganizowana, że długotrwałe oszustwo jest niemożliwe. A u nas, przeciwnie,
z dołu do góry i z góry do dołu ręka rękę myje, wskutek czego wyśledzenie
prawdy staje się rzeczą prawie niemożliwą.
Pomyślcie o tym
wszystkim i zadajcie sobie pytanie: czy armia rosyjska może liczyć na
powodzenie w zaczepnej wojnie z Niemcami? Powiecie, że Rosja może wystawić
milion wojska. Ale dobrze zorganizowanego i uzbrojonego wojska będzie
mniej niż milion. Przypuśćmy jednak, że mamy milion. Połowę trzeba będzie
zostawić rozproszoną po całej olbrzymiej przestrzeni cesarstwa, aby
utrzymać spokój wśród szczęśliwego ludu, który, tylko patrzeć, jak wścieknie
się z nadmiaru szczęścia. W samej Ukrainie, Litwie i Polsce - ileż wojska
zostawić trzeba! Jeżeli będziecie w stanie wysłać przeciwko Niemcom
pięćsettysięczną armię, to i tak wiele. Takiej armii Rosja jeszcze nigdy
nie wystawiła.
Tymczasem w Niemczech
spotyka was naprawdę armia milionowa, pierwsza w świecie pod względem
organizacji, musztry, wyszkolenia, ducha i uzbrojenia. A za tą armią
niby olbrzymie pospolite ruszenie stać będzie cały naród niemiecki,
który, być może, i to jest prawdopodobne, nie powstałby przeciwko Francuzom,
gdyby nawet w ostatniej wojnie zwyciężył nie Fryderyk pruski, lecz Napoleon
III, ale który, powtórzmy raz jeszcze, przeciwko rosyjskiemu najazdowi
powstanie jak jeden mąż.
Powiecie zapewne,
że w razie potrzeby Rosja, tj. cesarstwo Wszechrosji byłoby w stanie
wystawić jeszcze milion wojska; dlaczegóż by nie miało wystawić, choć
ów milion istnieć będzie tylko na papierze. Wystarczy wydać rozkaz o
nowym zaciągu rekrutów, tylu i tylu na tysiąc. I oto macie już wasz
milion. Ale jak go zebrać? Kto będzie go zaciągał? Wasi generałowie
rezerwy, generałowie-adiutanci, fligel-adiutanci, dowódcy batalionów
rezerwowych i garnizonowych istniejących tylko na papierze, wasi gubernatorowie,
urzędnicy - o Boże, ileż dziesiątków, bodaj nawet setek tysięcy zamorzą
oni głodem, zanim zebrać zdołają ten milion! A wreszcie skąd weźmiecie
dostateczną ilość oficerów, żeby zorganizować nową, milionową armię,
i czym ją uzbroicie? Kijami? Wszak nie macie dostatecznej ilości pieniędzy
na porządne uzbrojenie jednego miliona, a odgrażacie się, że uzbroicie
drugi milion. Żaden bankier nie udzieli wam kredytu; a jeżeli nawet
udzieli, to uzbrojenie milionowej armii pochłonie całe lata pracy.
Porównajmy wasze
ubóstwo i nieporadność z niemieckim bogactwem i siłą. Niemcy otrzymali
od Francji 5 miliardów; przypuśćmy, że trzy miliardy zostały zużytkowane
na pokrycie różnych wydatków, a więc na wynagrodzenie książąt, mężów
stanu, generałów, pułkowników, oficerów, oczywiście - nie żołnierzy,
a także na rozmaite podróże krajowe i zagraniczne.
Pozostają dwa miliardy,
które zużyto wyłącznie na uzbrojenie Niemiec, na budowę nowych lub na
umocnienie starych niezliczonych twierdz, na pokrycie zamówień na nowe
armaty, karabiny itd. Tak jest, całe Niemcy zamieniły się teraz w groźny,
na wszystkie strony najeżony arsenał. A wy, byle jak ćwiczeni i uzbrojeni,
macie nadzieję je zwyciężyć.
Zaraz w pierwszej
chwili, gdy tylko wściubicie nos na ziemię niemiecką, zostaniecie straszliwie
pobici i wasza zaczepna wojna zmieni się natychmiast w wojnę obronną.
Wojska niemieckie przekroczą granice wszechrosyjskiego cesarstwa.
Czy wówczas przynajmniej
obróci się przeciwko nim ogólne powstanie ludu rosyjskiego? Tak, jeżeli
Niemcy wkroczą do prowincji rosyjskich i pójdą na przykład prosto na
Moskwę. Jeżeli jednak tego głupstwa nie popełnią, lecz pójdą od północy
na Petersburg poprzez prowincje nadbałtyckie, wtedy znajdą wielu przyjaciół
nie tylko wśród mieszczaństwa, wśród ewangelickich pastorów i Żydów,
lecz także wśród niezadowolonych baronów oraz ich dzieci, studentów,
a za ich pośrednictwem także pośród naszych niezliczonych generałów
nadbałtyckich, oficerów, wyższych i niższych urzędników zapełniających
Petersburg i rozproszonych po całej Rosji; co więcej, pociągną oni Polskę
i Małoruś przeciwko cesarstwu rosyjskiemu.
To prawda, że od
czasów rozbioru Polski spośród wszystkich jej wrogów i ciemiężycieli
Prusy okazały się wrogiem najbardziej dokuczliwym, najbardziej systematycznym,
a przez to samo najbardziej niebezpiecznym. Rosja postępowała po barbarzyńsku,
jak dzika siła, która wszystkich rżnęła, wieszała, męczyła, zsyłała
tysiącami na Sybir, a jednak nie umiała zrusyfikować tej części Polski,
która jej przypadła w udziale, i dotychczas, pomimo Murawjowowskich
recept, nie potrafi. Austria ze swej strony także Galicji nie zniemczyła,
zresztą nie starała się o to. Natomiast Prusy, jako prawdziwy przedstawiciel
germańskiego ducha i wielkiej germańskiej misji, przymusowego i sztucznego
germanizowania krajów nie niemieckich, przystąpiły natychmiast do niemczenia
za wszelką cenę prowincji gdańskiej i Księstwa Poznańskiego, nie mówiąc
już o kraju królewieckim, który dostał im się o wiele wcześniej.
Dużo można by powiedzieć
o środkach, jakimi posługiwały się Prusy, aby ten cel osiągnąć. Między
innymi, duże znaczenie przypisywały one szeroko stosowanej kolonizacji
chłopów niemieckich na ziemi polskiej. Całkowite wyzwolenie chłopów
w 1807 roku oraz prawo wykupu ziemi i wszelkie możliwe ulgi ułatwiające
wykup sprzyjały również rządowi pruskiemu w uzyskaniu popularności nawet
wśród polskich chłopów. Następnie zakładano wiejskie szkoły, a w nich
i przez nie wprowadzono język niemiecki. Wskutek stosowania takich środków
okazało się, że już w 1848 roku więcej niż trzecia część Księstwa Poznańskiego
została zupełnie zniemczona. A o miastach nie ma co nawet mówić. Od
samego początku dziejów Polski w miastach mówiło się po niemiecku, ze
względu na mnóstwo niemieckich mieszczan, rzemieślników, głównie zaś
Żydów, którzy korzystali tam z szerokiej gościnności. Jest rzeczą znaną,
że od najdawniejszych czasów większość miast w tej części Polski podlegała
tak zwanemu prawu magdeburskiemu.
W ten sposób Prusy
osiągały swój cel w czasie pokoju. Gdy zaś patriotyzm polski wzniecał
lub usiłował wzniecić powstanie narodowe, Prusy oczywiście nie cofały
się przed zastosowaniem najbardziej stanowczych i barbarzyńskich środków.
Mieliśmy już sposobność zaznaczyć, że jeśli chodziło o uśmierzanie polskich
buntów nie tylko w swoich własnych granicach, lecz także w Królestwie
Polskim, Prusy okazywały zawsze niezmienną wierność i pełną zapału gotowość
niesienia pomocy rządowi rosyjskiemu. Żandarmi pruscy, co mówię, pruscy
szlachetni oficerowie wszystkich rodzajów broni, gwardii i armii, z
jakąś szczególną namiętnością polowali na Polaków ukrywających się w
pruskich posiadłościach, łapali ich i ze złośliwą uciechą oddawali w
ręce żandarmów rosyjskich, nierzadko wyrażając nadzieję, że ich w Rosji
powieszą. Pod tym względem Murawjow-Wieszatiel nie mógł się księcia
Bismarcka dość nachwalić.
Przed objęciem
rządów przez księcia Bismarcka Prusy stale robiły to samo, lecz robiły
wstydliwie, po cichu, i gdy tylko było to możliwe, wypierały się swoich
własnych czynów. Książę Bismarck pierwszy zrzucił maskę. Nie tylko przyznawał
się cynicznie i głośno do tego rodzaju czynów, lecz chwalił się także
przed parlamentem pruskim i europejską dyplomacją, że rząd jego używał
wszystkich swych wpływów na rząd rosyjski, aby namówić go do ostatecznego
zdławienia Polski, choćby najbardziej krwawymi środkami, zapewniając
go jednocześnie, że w tym względzie Prusy zawsze okażą Rosji jak najdalej
idącą pomoc.
Wreszcie teraz,
niedawno, książę Bismarck oświadczył wprost w parlamencie, że rząd powziął
stanowczą decyzję wykorzenienia resztek narodowości polskiej w polskich
prowincjach, prowincjach uszczęśliwionych przez prusko-niemieckie rządy.
Na nieszczęście, jak już wyżej zaznaczyliśmy, Polacy poznańscy zupełnie
tak samo jak Polacy galicyjscy związali ściślej niż kiedykolwiek własną
sprawę narodową z kwestią prymatu władzy papieskiej. Rzecznikami ich
stali się jezuici, ultramontanie, zakony oraz biskupi. Taki sojusz i
taka przyjaźń nie wyjdą Polakom na dobre, jak nie wyszły na dobre w
XVII wieku. Ale nie nasza to rzecz, lecz samych Polaków.
Mówimy o tym wszystkim po to tylko, aby wykazać, że Polacy nie mają
wroga bardziej niebezpiecznego i złośliwego niż książę Bismarck. Wydaje
się, że postawił on sobie za cel swego życia zetrzeć Polaków z powierzchni
ziemi. To mu nie przeszkodzi wezwać Polaków do buntu przeciw Rosji,
gdy interesy Niemiec będą tego wymagały. I Polacy niezawodnie powstaną
na to wezwanie, mimo nienawiści do Bismarcka i Prus, żeby nie powiedzieć:
do całych Niemiec, czego uświadomić sobie nie chcą, choć w głębi ich
duszy, podobnie jak w duszy innych słowiańskich narodów, żyje ta sama
historyczna nienawiść w stosunku do Niemców, i nie mogą zapomnieć o
śmiertelnych krzywdach, jakich doznali ze strony pruskich Niemców.
W Niemczech i w
samych Prusach od dawna istnieje liczna i poważna partia polityczna,
a nawet trzy partie: liberalno-postępowa, czysto demokratyczna i socjaldemokratyczna;
partie te, razem wzięte, stanowią niewątpliwie większość w parlamentach
niemieckim i pruskim, a tym bardziej zdecydowaną większość w samym społeczeństwie.
Partie te przewidują, po części pragną i jak gdyby prowokują wojnę Niemców
przeciwko Rosji i rozumieją, że powstanie i odbudowanie Polski w pewnych
określonych granicach będzie koniecznym warunkiem tej wojny.
Oczywiście, ani
książę Bismarck, ani żadna z tych partii nigdy nie zgodzą się oddać
Polsce wszystkich prowincji zabranych jej przez Prusy. Nie mówiąc już
o Królewcu, za nic w świecie nie oddadzą ani Gdańska, ani nawet najmniejszego
skrawka Prus Zachodnich. Także w Księstwie Poznańskim wydzielą dla siebie
znaczną część, jakoby zupełnie już zniemczoną, i z całej tej części
Polski, która dostała się Prusakom, zostawią dla Polaków bardzo niewiele.
Natomiast oddadzą im całą Galicję ze Lwowem i z Krakowem, ponieważ należy
ona obecnie do Austrii; jeszcze chętniej zwrócą im ziemie sięgające
daleko w głąb Rosji, ile tylko Polacy będą w stanie zabrać i utrzymać
przy sobie. Jednocześnie zaproponują Polakom potrzebne im pieniądze,
oczywiście w formie pożyczki udzielonej Polsce, a gwarantowanej przez
Niemcy, zaproponują także dostarczenie broni i pomoc wojskową.
Któż może wątpić,
że Polacy nie tylko zgodzą się na niemiecką propozycję, ale uchwycą
się jej z radością; położenie ich jest tak rozpaczliwe, że gdyby zaproponowano
im coś stokroć gorszego - i to by przyjęli.
Minęło już całe
stulecie od rozbioru Polski i w ciągu tych lat nie było prawie roku,
w którym nie zostałaby przelana krew polskich patriotów. Sto lat nieprzerwanej
walki, rozpaczliwych buntów! Czy jest jeszcze naród, który by mógł się
pochwalić podobnym męstwem?
Jakich sposobów
nie próbowali Polacy? Szlacheckie konspiracje, mieszczańskie spiski,
uzbrojone bandy, narodowe powstanie, wreszcie najróżniejsze zabiegi
dyplomatyczne, a nawet pomoc Kościoła. Wszystkiego próbowali, chwytali
się wszystkiego - i wszystko rwało się, wszystko zawiodło. Jakże mogą
odmówić, gdy same Niemcy, ich najgroźniejszy wróg, proponują pomoc na
określonych warunkach!
Zapewne, znajdą
się słowianofile, którzy oskarżą ich o zdradę. Ale o zdradę czego? Słowiańskiego
związku czy sprawy słowiańskiej? A w czymże się ujawnił ten związek,
jaki jest sens tej sprawy? Czy wyrazem ich miała być podróż pp. Palackiego
i Riegiera do Moskwy na panslawistyczną wystawę i w celu oddania hołdu
cesarzowi? W jaki sposób i kiedy, jakim to czynem Słowianie, jako Słowianie,
okazali Polakom swą braterską sympatię? Czy tym właśnie, że ci sami
pp. Palacky i Riegier oraz cała ich liczna świta zachodnio- i południowosłowiańska
całowali się w Warszawie z generałami rosyjskimi, którzy dopiero co
zmyli krew z rąk swoich, że ci sami panowie pili za braterstwo słowiańskie
i za zdrowie cesarza-kata? (9)
Polacy to męczennicy
i bohaterowie, przeszłość ich jest pełna wielkiej chwały; Słowianie
zaś to dzieci, które dopiero w przyszłości mogą osiągnąć znaczenie.
Słowiański świat, kwestia słowiańska - to nie rzeczywistość, lecz nadzieja,
i to nadzieja, która może się ziścić tylko przez Rewolucję Socjalną.
Jeżeli zaś chodzi o rewolucję, to Polacy - mówiąc oczywiście o patriotach
należących przeważnie do warstwy oświeconej, do szlachty - dotychczas
nie zdradzali ku niej wielkiej chęci.
A co może mieć
wspólnego świat słowiański, jeszcze nie istniejący, z patriotycznym
polskim światem, który się w jakimś stopniu przeżył? Istotnie, z wyjątkiem
paru osób, usiłujących podnieść kwestię słowiańską w polskim duchu i
na polskim gruncie, Polacy na ogół wcale się tą sprawą nie zajmują.
Bardziej zrozumiali i bliżsi są im Węgrzy, z którymi łączy ich pewne
podobieństwo oraz wiele wspólnych wspomnień historycznych; gdy tymczasem
od zachodnich i południowych Słowian dzielą ich głównie, a nawet, można
powiedzieć, w sposób zdecydowany, sympatie tych narodów żywione względem
Rosji, tj. względem tego spośród wrogów, którego Polacy najbardziej
nienawidzą.
W Polsce i wśród
polskiej emigracji, podobnie jak we wszystkich krajach, świat polityczny
dzielił się dawniej na wiele politycznych partii. Była partia arystokratyczna,
klerykalna i monarchiczno-konstytucyjna; była partia dyktatury wojskowej;
partia republikanów umiarkowanych, zwolenników Stanów Zjednoczonych;
partia czerwonych republikanów na wzór francuskiej; wreszcie nawet nieliczna
partia socjalnej demokracji, nie mówiąc już o mistyczno-sekciarskich,
a raczej religijnych ugrupowaniach. W istocie rzeczy jednak dość było
wniknąć głębiej w programy każdej z nich, aby się przekonać, że wszystkie
mają tą samą podstawę: namiętne dążenie do odbudowy państwa polskiego
w granicach z 1772 roku. Poza sprzecznościami powstałymi na skutek sporów
zwalczających się wzajemnie przywódców partii główna różnica pomiędzy
nimi polegała na tym, iż każda z nich była przekonana, że ten wspólny
cel, czyli odbudowę dawnej Polski, można osiągnąć tylko na drodze zalecanej
specjalnie przez daną partię.
Ogromna większość
polskiej emigracji przed 1850 rokiem była, można powiedzieć, rewolucyjna
dlatego właśnie, iż większość była przekonana, że tryumf rewolucji w
Europie pociągnie za sobą jako konieczne następstwo odbudowę niepodległej
Polski. I w istocie, w roku 1848 nie było w Europie ani jednego ruchu,
w którym Polacy nie braliby udziału, a często nawet byli jego przywódcami.
Pamiętamy, jak pewien Niemiec z Saksonii wyraził z tego powodu zdziwienie:
gdzie tylko rozruchy, tam na pewno są Polacy.
W 1850 roku wskutek
powszechnej klęski wiara w rewolucję upadła, rozbłysła napoleońska gwiazda
i wielu, bardzo wielu polskich emigrantów, ogromna ich większość stała
się zdeklarowanymi i zagorzałymi bonapartystami. O Boże, czegóż nie
oczekiwali i jakich nadziei nie żywili w związku z pomocą Napoleona
III! Nawet jawna, nikczemna jego zdrada w latach 1862 - 1863 nie była
w stanie zabić w nich tej wiary. Zginęła ona dopiero pod Sedanem.
Po tej katastrofie
polskim nadziejom pozostało tylko jedno schronienie: jezuicko-ultramontańskie.
Patrioci austriaccy oraz większość patriotów polskich rzucili się do
Galicji, rzucili się tam z rozpaczy. Ale wyobraźcie sobie, że Bismarck,
ich zdeklarowany wróg, zmuszony sytuacją Niemiec, wezwie ich do powstania
przeciwko Rosji; da im nadzieje, ba, dostarczy im pieniędzy, broni,
udzieli wojskowej pomocy. Czy to możliwe, aby mu odmówili?
To prawda, że w
zamian za tę pomoc Bismarck zażąda od Polaków formalnego zrzeczenia
się większej części starych ziem polskich, będących teraz we władaniu
Prus. Będzie to dla Polaków bardzo przykre, ale zmuszeni okolicznościami
i wobec perspektywy zwycięstwa nad Rosją, pocieszając się wreszcie myślą,
że niech tylko odbudują Polskę, to potem już odzyskają swoje - wszyscy
niezawodnie powstaną, i ze swego punktu widzenia będą mieli na pewno
rację.
Racja, że Polska
odbudowana przy pomocy wojsk niemieckich, pod protektoratem księcia
Bismarcka, będzie dziwną Polską. Lecz lepsza Polska dziwna niż żadna,
a wreszcie później - pomyślą na pewno Polacy - można będzie się wyzwolić
i spod kurateli księcia Bismarcka.
Słowem, Polacy
zgodzą się na wszystko i Polska powstanie, powstanie Litwa, a wkrótce
potem powstanie i Małoruś; polscy patrioci są wprawdzie marnymi socjalistami
i u siebie w domu nie będą się zajmowali rewolucyjno-socjalistyczną
propagandą; gdyby nawet chcieli, to ich protektor, książę Bismarck,
nie pozwoliłby na to - zbyt są blisko Niemiec; taka propaganda mogłaby
się jeszcze przedostać do Polski pruskiej. Ale czego nie będzie można
robić w Polsce, to można będzie robić w Rosji i przeciwko Rosji. Ileż
przyniesie korzyści zarówno Niemcom, jak i Polakom wzniecenie w Rosji
buntu chłopskiego, a wzniecić go nie będzie trudno; pomyślcie, ilu Polaków
i Niemców przebywa obecnie rozsianych po całej Rosji. Jeżeli nie wszyscy,
to większość z nich będzie naturalnymi sojusznikami Bismarcka i Polaków.
Wyobraźcie sobie taką sytuację: nasze wojska kompletnie rozbite uciekają;
w ślad za nimi na północ idą na Petersburg Niemcy, na zachodzie zaś
i na południu na Smoleńsk i Małoruś idą Polacy, a jednocześnie w Rosji
i na Małorusi wybucha powszechny chłopski zwycięski bunt wzniecony przez
propagandę z zewnątrz oraz od wewnątrz.
Oto, dlaczego można
z całą pewnością powiedzieć, że żaden rząd i żaden cesarz rosyjski,
o ile jest przy zdrowych zmysłach, nie wzniesie panslawistycznego sztandaru
i nigdy nie poprowadzi wojny przeciw Niemcom.
Po ostatecznej
klęsce, zadanej przez nowe i wielkie cesarstwo niemieckie najpierw Austrii,
następnie Francji, oba te państwa staną się na zawsze mocarstwami drugorzędnymi
i zależnymi od Niemiec. Nie tylko zresztą one, lecz także później i
nasze wszechrosyjskie cesarstwo, które zostało raz na zawsze odcięte
od Europy. Mówię oczywiście o cesarstwie, a nie o narodzie rosyjskim,
który znajdzie lub przebije sobie drogę wszędzie, gdy tylko zajdzie
tego potrzeba.
Lecz przed cesarstwem wszechrosyjskim wrota Europy są odtąd zamknięte;
klucze zaś są w przechowaniu u księcia Bismarcka, który za nic w świecie
nie odda ich księciu Gorczakowowi.
Gdy więc wrota
północno-zachodnie są dla Rosji na zawsze zamknięte, można mieć pewność,
że otworzą się przed nią tym szerzej wrota południowe i południowo-wschodnie:
Buchara, Persja i Afganistan aż do samych Indii Wschodnich, a wreszcie
może i wrota wiodące do ostatecznego celu wszystkich zamierzeń i dążeń,
do Konstantynopola? Od dawna już politycy rosyjscy, żarliwi obrońcy
wielkości i sławy naszego ukochanego imperium, zastanawiają się, czy
nie lepiej przenieść stolicę, centralny ośrodek wszystkich sił i całego
życia cesarstwa z północy na południe, z surowych brzegów Morza Bałtyckiego
na wiecznie kwitnące brzegi Morza Czarnego i Śródziemnego, jednym słowem:
z Petersburga do Konstantynopola.
Wprawdzie niektórzy
patrioci są tak zachłanni, że chcieliby utrzymać Petersburg i panowanie
na Bałtyku, a zarazem podbić Konstantynopol. Lecz pragnienie to jest
tak nierealne, że i oni, pomimo swej wiary we wszechmoc cesarstwa wszechrosyjskiego,
wyzbywają się powoli nadziei na jego urzeczywistnienie. Zresztą fakt,
który zdarzył się w ubiegłym roku, powinien był otworzyć im oczy. Ów
fakt - to przyłączenie Holsztyna, Szlezwiku i Hanoweru do Królestwa
Pruskiego, na skutek czego Prusy stały się mocarstwem wszechwładnie
panującym na morzu północnym.
Jest rzeczą pewną
i wszyscy o tym wiedzą, że żadne państwo nie zdoła stać się jednym z
wielkich mocarstw, jeżeli nie posiada rozległych granic morskich, które
by zapewniały mu bezpośrednią komunikację z całym światem i umożliwiały
branie bezpośredniego udziału w sprawach całego świata, w jego życiu
zarówno materialnym, jak społecznym i polityczno-moralnym. Dowód tak
oczywistych prawd jest całkowicie zbędny. Załóżmy, że jakieś państwo
najsilniejsze, najbardziej cywilizowane i szczęśliwe - o ile w państwie
szczęście ogółu jest możliwe - na skutek okoliczności zostało odcięte
od reszty świata. Możecie być pewni, że w ciągu pięćdziesięciu lat,
w okresie życia dwóch pokoleń, stanie się krajem zacofanym pod każdym
względem, jego siły osłabną, zatrą się granice między oświeceniem a
głupotą, a szczęście nasiąknie zapachem sera limburskiego.
Spójrzcie na Chiny;
wydaje się, że były one i mądre, i uczone, i prawdopodobnie też na swój
sposób szczęśliwe. Czemuż stały się tak słabe, że odrobina wysiłku ze
strony morskich mocarstw europejskich wystarczyła, by je opanować, a
przynajmniej podporządkować rozumnej sile i woli tych mocarstw? Dlatego,
że od stuleci w Chinach panuje stagnacja, przyczyn jej zaś należy szukać
w izolacji Chin w stosunku do nurtu życia światowego, izolacji powstałej
po części wskutek wewnętrznych instytucji, po części wskutek oddalenia
kraju od reszty świata.
Naród istniejący
w formie państwa musi spełnić wiele warunków, aby móc brać udział w
sprawach świata. Musi posiadać wrodzony rozum i wrodzoną energię, wysoki
poziom oświaty, zdolność do produkcyjnej pracy i szerokie swobody wewnątrz
kraju, które zresztą w państwie dla mas są niedostępne. Musi również,
i to koniecznie, rozwijać żeglugę i handel morski, ponieważ komunikacja
morska jako względnie najtańsza, najszybsza, najbardziej swobodna w
tym sensie, że morze jest własnością niczyją - przewyższa wszelkie inne
znane rodzaje komunikacji, nie wyłączając oczywiście kolei. Żegluga
napowietrzna może kiedyś okaże się pod każdym względem jeszcze bardziej
dogodna i szczególnie ważna; być może, w końcu dzięki niej zrównają
się warunki rozwoju życia we wszystkich krajach. Trudno jednak dziś
mówić o niej jako o poważnym środku komunikacyjnym. Żegluga morska mimo
wszystko jest głównym środkiem, który prowadzi do dobrobytu narodów.
Nadejdzie czas,
gdy nie będzie już państw - a wszystkie wysiłki socjalrewolucyjnej partii
w Europie zmierzają do ich zniszczenia - nadejdzie czas, kiedy na gruzach
państw politycznych z całą swobodą powstanie zorganizowany od dołu ku
górze wolny braterski związek wolnych stowarzyszeń wytwórczych, gmin
i prowincjonalnych federacji, który obejmie bez żadnych różnic, bo zgodnie
z ich wolą, ludzi wszystkich języków i narodowości. Wówczas droga do
morza otworzy się dla wszystkich w równej mierze, dla mieszkańców wybrzeży
bezpośrednio, dla ludności mieszkającej z dala od morza za pośrednictwem
linii kolejowych, uwolnionych całkowicie od wszelkiego państwowego nadzoru,
opłat, ceł, ograniczeń, zakazów, pozwoleń, bez ciągłego czepiania się
o byle co i prób przystosowania do coraz innych wymagań. Lecz nawet
i wówczas mieszkańcy wybrzeży będą korzystać z wielu naturalnych przywilejów
nie tylko materialnych, lecz także intelektualno-moralnych. Bezpośrednie
kontakty z rynkiem światowym i ze wszystkimi żywotnymi sprawami świata
nadzwyczaj sprzyjają rozwojowi, i choćby wszyscy mieli jednaki dostęp
do morza, mimo to mieszkańcy ziem położonych dalej od brzegu, pozbawieni
naturalnych przywilejów, zawsze będą żyli i rozwijali się wolniej i
z większym opóźnieniem niż mieszkańcy wybrzeży.
Z tych względów
właśnie żegluga napowietrzna będzie miała kiedyś kolosalne znaczenie.
Atmosfera powietrzna - to ocean, który wszędzie się rozpościera, jego
brzegi są wszędzie, tak że wszyscy ludzie bez wyjątku, osiedleni nawet
w najbardziej zapadłych zakątkach, są mieszkańcami jego wybrzeży. Dopóki
jednak żegluga napowietrzna nie zastąpi morskiej, dopóty mieszkańcy
wybrzeży będą wyprzedzać innych pod wszelkimi względami, stanowiąc rodzaj
arystokracji w łonie ludzkości.
Narody zamieszkujące
wybrzeża tworzyły historię i odegrały główną rolę w dziele postępu.
Pierwszym takim narodem, twórcą całej cywilizacji, byli Grecy - i w
istocie, można powiedzieć, że cała Grecja jest jednym pasmem wybrzeży.
Starożytny Rzym zdobył potęgę w świecie dopiero wówczas, gdy się stał
państwem morskim. Komu zaś dzieje nowożytne zawdzięczają wskrzeszenie
wolności politycznej, życia społecznego, handlu, sztuki, nauki, wolnej
myśli, słowem, odrodzenie ludzkości? Włochom, które, jak Grecja, otoczone
są morzem. Kto odziedziczył po Włoszech pierwsze miejsce w dziele światowego
postępu? Holandia, Anglia, Francja i wreszcie Ameryka.
Zwróćmy uwagę na
Niemcy. Dlaczego, pomimo wielu niewątpliwych zalet, którymi są obdarzone
niemieckie narody, takich jak niezwykła pracowitość, zdolność do refleksji
i do nauki, poczucie estetyczne, dzięki któremu rozkwitła sztuka wielkich
artystów i poetów, oraz głęboki transcendentalizm, który zrodził nie
mniej wielkich filozofów - dlaczego, pytam, Niemcy pod wszelkimi względami
zostały tak daleko w tyle w stosunku do Francji i Anglii? Zajmują one
pierwsze miejsce w świecie pod jednym tylko względem, a mianowicie pod
względem rozwoju biurokracji, policyjnego i wojskowego ładu państwowego;
lecz czemu ich handel jest mniej rozwinięty niż w Holandii, a przemysł
gorzej niż w Belgii?
Niektórzy sądzą,
że główną przyczyną tego stanu w Niemczech jest brak wolności, brak
umiłowania wolności i brak potrzeby wolności. Jest to odpowiedź częściowo
słuszna, ale niepełna. Drugą, równie ważną przyczyną jest bowiem brak
rozległego wybrzeża. Jeszcze w XIII wieku, mianowicie w epoce powstania
Hanzy, Niemcy nie odczuwały braku wybrzeża morskiego przynajmniej na
zachodzie. Holandia i Belgia stanowiły z nimi jedną całość. W tym stuleciu
wydawało się, że handel Niemiec rozwija się z wielkim rozmachem. Tymczasem
już od XIV wieku miasta holenderskie, ożywione duchem przedsiębiorczości
i śmiałego ryzyka oraz umiłowania wolności, usiłowały jawnie zdobyć
samodzielność i niechętnie patrzyły na swój związek z Niemcami. W wieku
XVI nastąpił ostateczny rozłam, i wielkie imperium, niezdarny spadkobierca
imperium rzymskiego, stało się państwem całkowicie niemal śródlądowym.
Pozostała mu tylko wąska furtka do morza pomiędzy Holandią i Danią,
furtka absolutnie nie wystarczająca, by tak ogromny kraj mógł swobodnie
oddychać. W rezultacie Niemcy ogarnęła senność bardzo już bliska chińskiej
martwocie.
Od tej chwili cały
polityczny postępowy ruch w Niemczech, który dążył do utworzenia nowego,
silnego państwa, skoncentrował się w niewielkim elektoracie brandenburskim.
Istotnie, uparte dążenia elektorów brandenburskich, zmierzające do zawładnięcia
brzegami Morza Bałtyckiego, wyświadczyły Niemcom dużą przysługę, stworzyły,
rzec można, podwaliny ich obecnej wielkości; najpierw elektorzy zagarnęli
Królewiec, potem w czasie pierwszego rozbioru Polski wzięli Gdańsk.
To jednak wszystko Niemcom nie wystarczało, trzeba było jeszcze zdobyć
Kilonię i cały w ogóle Szlezwik i Holsztyn.
Nowe pruskie podboje
dokonywane były przy poklasku całych Niemiec. Wszyscyśmy obserwowali,
z jaką pasją Niemcy, ze wszystkich bez wyjątku poszczególnych państwowych
Vaterlandów - północnych i południowych, zachodnich, wschodnich i centralnych
- śledzili od roku 1848 rozwój szlezwicko-holsztyńskiej sprawy. Mylili
się głęboko ci, którzy w tej pasji widzieli współczucie dla rodzonych
braci Niemców, jakoby dławionych despotyzmem duńskim. Tu w grę wchodziły
zupełnie inne interesy państwowe, pangermańskie, polegające na rozszerzeniu
granic morskich, opanowaniu morskiej komunikacji, na stworzeniu potężnej
floty niemieckiej.
Już w latach 1840
i 1841 podjęto problem niemieckiej floty. Pamiętamy, z jakim entuzjazmem
całe Niemcy przyjęły wiersz Herwegha: "Flota niemiecka".
Niemcy, powtarzam
raz jeszcze, są narodem w najwyższym stopniu przesiąkniętym duchem państwowości,
tak że ta państwowość góruje nad wszystkimi innymi ich pasjami i niszczy
w nich zdecydowanie instynkt wolności. I właśnie ta cecha decyduje obecnie
o ich szczególnej wielkości; ona jest i przez pewien czas jeszcze będzie
niezmiennym i bezpośrednim oparciem dla wszystkich ambitnych planów
cesarza niemieckiego. Na niej może się oprzeć mocno książę Bismarck.
Niemcy to naród
oświecony; wiedzą, że bez trwałych granic morskich nie ma i nie może
istnieć wielkie państwo. Dlatego właśnie wbrew historycznej, etnograficznej
i geograficznej prawdzie twierdzą jeszcze i dzisiaj, że Triest był,
jest i będzie miastem niemieckim, że cały Dunaj jest rzeką niemiecką.
Niemcy rwą się do morza. I jeżeli ich nie powstrzyma Rewolucja Socjalna,
można z pewnością twierdzić, że zanim upłynie dwadzieścia, dziesięć,
a może jeszcze mniej lat - obecne wydarzenia następują po sobie tak
szybko - Niemcy w krótkim czasie podbiją całą niemiecką Danię, całą
niemiecką Holandię, całą niemiecką Belgię. Można powiedzieć, że wszystko
to jest naturalną konsekwencją ich sytuacji politycznej, ich instynktownych
dążeń.
Niemcy przeszły
już pierwszy etap tej drogi.

Przypisy
6)
W oryginale: Moskwa. (przyp. red.)
7)
Duchiński Franciszek (1817-1893) - historyk, działacz polityczny, wykładał
w Szkole Polskiej w Paryżu, a następnie był kustoszem Zbiorów Raperswilskich.
W latach 1858-1864 wydał szereg broszur, w których głosił odrębność
rasową Rosjan od plemion słowiańskich. Dobierając stronniczo fakty i
materiały historyczne, naginając je do z góry powziętej tezy, twierdził,
że Rosjanie są pochodzenia mongolskiego, i wzywał do krucjaty "Wszechariów"
przeciwko "Moskwie", za co był ostro krytykowany i wyśmiewany
przez polskie demokratyczne środowisko emigracyjne. (przyp. red.)
8)
Bakunin łączy tezę historyka rosyjskiego N. I. Kostomarowa (1817-1885)
o decydującym wpływie tatarskim na kształtowanie się organizacji państwowej
Moskiewskiej Rusi z rozpowszechnionym w słowianofilstwie rosyjskim poglądem
o obcym, głównie niemieckim pochodzeniu państwowości rosyjskiej. (przyp.
red.)
9)
Palacky Franciszek (1798-1876) - czeski historyk i polityk, działacz
czeskiego ruchu narodowego, panslawista. Riegier Franciszek Władysław
(1818-1903) - literat i polityk czeski, działacz czeskiego ruchu narodowego.
(przyp. red.)
Proletariat
a państwo współczesne | Nieuchronność
Rewolucji Socjalnej | Pangermanizm
a panslawizm | Słowianie a organizacja
państwowa | Dążenie do hegemoni mocarstw
europejskich | Państwo rosyjskie a wyzwolenie
Słowian | Ustanowienie imperium
pangermańskiego | Niemiecki liberalizm | Metafizyka a rewolucja