Równo miesiąc temu prezydent Poznania czekał na rozpoczęcie absolutoryjnej sesji rady miasta z wypiekami na twarzy. Happening, o który nikt nie prosił, ale wszyscy na niego czekali okazał się punktem zwrotnym w mobilizacji grup i indywidualnych mieszkńców niezadowolonych z podejmowanych przez magistrat decyzji, wykluczania i ignorowania jakiegokolwiek głosu mieszkańców – jeśli akurat nie są deweloperami, bądź beneficjentami innych gałęzi gospodarki – umacniania oligarchicznej pozycji garstki na szczycie drabiny społecznej, czy nawet sposobu komunikacji charakterystycznej bardziej dla watażki w jednej z republik bananowych a nie urzędnika w demokratycznym i nowoczesnym mieście.