Wszystkie artykuły
czwartek, 06 wrzesień 2012 Dariusz Zalega Znalezione w sieci

Nie dali się złamać...

Najdłuższy w powojennej Polsce, największy po 1989 r. - 20 lat temu wybuchł strajk w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Tychach. To był jeden z tych masowych protestów z lat 1992-1993, które – jak pisał późniejszy minister Jerzy Hausner - „stworzyły po raz pierwszy w tej skali wyzwanie dla rządzących elit i zagrożenie dla kontynuacji procesu transformacji”. Fabryka Samochodów Małolitrażowych w 1992 r.: ponad 20 tys. pracowników w kilkunastu zakładach, z których największe mieściły się w Bielsku-Białej i przede wszystkim w Tychach (ok. 14 tys. pracowników). Ale nie chodzi tylko o liczby – to także prestiż, tradycja, wykształcona klasa robotnicza i grono inżynierskie. Tyle, że brakuje na inwestycje, nie wiadomo co dalej – choć coś już wiadomo: FSM S.A. jest pierwszym tak wielkim zakładem przygotowywanym do prywatyzacji. W maju 1992 r. do pracowników docierają informacje o negocjacjach przedstawicieli rządu z delegacją włoskiego Fiata. Nie zapowiada się jednak źle. Włosi mieli odkupić od Skarbu Państwa 51% akcji. Pozostałe akcje, po zrealizowaniu zapisów ówczesnej ustawy prywatyzacyjnej – czyli po zaspokojeniu roszczeń pracowniczych (pracownikom przysługiwało 10 % nieodpłatnych akcji zakładu) – miały pozostać w rękach Skarbu Państwa. I tu szok. W lipcu okazuje się, że nie tylko pracownicy nie dostaną żadnych akcji, to jeszcze Fiat przejmie aż 90% akcji. - Przejmie – nie kupi. Bowiem wartość tej transakcji ustalono na 18 milionów starych złotych – czyli równowartość czteromiesięcznego zarobku pracownika na linii montażowej w FSM – jak wspomina Krzysztof Mordasiewicz, jeden z uczestników późniejszego strajku. Ludzie po prostu się wkurzyli... Gorące lato Lato 1992 było gorące – nie tylko z powodu temperatury. „Akcje strajkowe wszczęte latem 1992 r. równocześnie w wielu przedsiębiorstwach w różnych regionach stanowią niewątpliwie kumulację niezadowolenia i sprzeciwu, który narastał stopniowo, lecz systematycznie”[1] - pisał Hausner. Przez cały kraj przetoczyła się największa od 1989 r. fala strajków. W szczytowym okresie uczestniczyło w nich kilkaset tysięcy pracowników różnych branż: górników, kolejarzy, no i pracowników FSM. Rankiem 22 lipca 90 proc. pracowników tyskiego FSM zeszło ze stanowisk. Zwrócono się do przedstawicieli związków o przejęcie kierowania strajkiem. Wszystkie związki przystały na to, choć niektóre z oporami (bo rozpostarły słynny parasol ochronny nad reformami). Dyrektor nam sprowadził samochód straży pożarnej z nagłośnieniem. Przewodniczący Solidarności stanął na strażackim samochodzie, na którym zamontowano nagłośnienie, i zaczął się wykręcać. Zdenerwowani ludzie zaczęli trząść samochodem i krzyczeć, żeby poparł protest. - Ważne jest to, że Solidarność weszła, legalizując strajk, bo była już w sporze zbiorowym. Wycofała się jednak zaraz potem i zostawiła swoich członków i nas na lodzie – wspomina Franciszek Gierot, ówczesny przewodniczący Solidarności'80 w zakładzie[2]. Jako warunek przystąpienia do pracy stawiano realizację pięciu postulatów, m.in.: podwyżki płac do 10% ceny rynkowej samochodu cinquecento, wypłacenie każdemu pracownikowi premii przed rozpoczęciem przerwy remontowej oraz ochrony osób biorących udział w strajku. Jeden ze strajkujących: - Jeżeli na sprzedaży fabryki nie zarobiła Polska, to niech chociaż zarobią pracujący tu Polacy. Niech nam płacą Włosi jak swoim w Turynie: 10% rynkowej ceny auta. Układ sił związkowych w FSM był wówczas prosty: blisko 2 tysiące ludzi w Solidarności, 1,5 tys. u Metalowców (OPZZ), plus parę mniejszych związków. A wśród nich Solidarność'80, założona ledwo rok wcześniej (150 członków). Równie prosta była postawa dyrekcji: albo koniec strajku, albo prokurator i odsiadka. Tym bardziej, że część związków już okrakiem wycofała się z protestu. W tym Solidarność – dwa dni po wybuchu protestu. Krzysztof Mordasiewicz, wówczas członek Solidarności: „Na masówce utworzył się szpaler ludzi, którzy gwizdali i rzucali na ziemię legitymacje Solidarności”. Mordasiewicz przeszedł wówczas, wraz z tysiącem (!) kolegów, do Solidarności'80. Wojewoda katowicki Wojciech Czech przestrzegał: „Fala strajków może zrodzić chaos”. Powstał 50-osobowy komitet strajkowy. Dyrekcja jednak odrzuca rozmowy – uznaje komitet za nielegalny. Rozmawiała – ale ze związkami, które wycofały się ze strajku. Pojawił się też inny problem – z kim rozmawiać: jeszcze z przedstawicielami rządu, czy już z Fiatem. W końcu komitet strajkowy wystawił do rozmów komisję zakładową „Solidarności 80” - legalnie działający, zarejestrowany związek. Oficjalnych rozmów nie prowadzono, ale były zakulisowe – w klimacie jak z filmów szpiegowskich. Związkowcy S'80 umówili się z dyrektorem w jednym z hoteli. Na trasie otrzymali informację, że na którymś kilometrze drogi mają się zatrzymać i zjechać. Nie mogło być przecieków, że odbywają się jakieś rozmowy. Ale i tak nie było ich efektów. Janusz Lewandowski, minister przekształceń własnościowych, od razu zapowiedział: – Rząd nie będzie tolerował porozumień dotyczących podwyżek płac wynegocjowanych w warunkach dzikiego strajku. Delegacja strajkujących pojechała w połowie sierpnia do Lewandowskiego. W spotkaniu brał udział także Jacek Kuroń. - Kuroń krzyczał, że mamy natychmiast stamtąd wyjść i że nas wszystkich zwolni – wspomina Gierot. Mordasiewicz: „Wiedzieliśmy że oni nie mogą dać nam wygrać, bo to im sparaliżuje wszystkie przekształcenia, a w ślad za nami pójdą inni. Oni się bali, że to im się rozejdzie na cały kraj.” Bali się tym bardziej, że 6 sierpnia powstał Międzyzwiązkowy Krajowy Komitet Negocjacyjno-Strajkowy, w skład którego weszli liderzy wszystkich liczących się związków zawodowych, poza Solidarnością. Nieoficjalnie strajkującym pomagał Lepper i OPZZ, które oficjalnie wycofało się ze strajku. Do Tychów zjeżdżali różni ludzie: Bugaj, Bujak, Małachowski, paru innych posłów, sporo wariatów, a nawet Świtoń, któremu kobiety z zakładu przewróciły samochód, bo wołał przez krzykaczkę, że strajkujący są z SB... Trzeba złamać ten strajk Mordasiewicz: „Lato strasznie upalne, a w pewnym momencie, żeby nas złamać, zakazano dostarczania wody mineralnej. Wiele razy próbowano nas złamać takimi drobiazgami. Rozpuszczono informację, że przyjechał z Włoch spec od łamania strajków”. „Rzeczpospolita” przedrukowywała fragmenty książki „Angelli i sieć władzy”, opisująca wielkie strajki w Turynie, a przede wszystkim to, jak szef Fiata je łamał... Zastraszano wielu strajkujących, którzy w innych działach mieli zatrudnionych członków rodziny. Dyrekcja groziła, że ich pozwalnia, jeżeli strajkujący nie wycofa się z protestu. Część ludzi poddała się. Codziennie odchodziło po kilka osób – ale na kilkanaście tysięcy protestujących. Ale też strajk, to zero wypłaty. Zdołowana Solidarność próbowała ratować swój wizerunek pozornymi mediacjami. - Ludzie w ogóle nie chcieli się zgodzić, żeby oni weszli do zakładu. A myśmy ich wpuszczali, żeby pokazać, jak oni oszukują. Dzięki Danielowi Podrzyckiemu mieliśmy wcześniej informacje z Ministerstwa Gospodarki, że nie będzie żadnych podwyżek, i że w ogóle nie uwzględniono naszych postulatów – wspomina Gierot. Było pewne, że pojawią się łamistrajki. Ściągano ich nie tylko podstawionymi autobusami, ale nawet specjalnymi pociągami. Przy płocie zakładu dochodziło do pyskówek. Atmosfera była gorąca. Nawet strajkujące kobiety zza płotu mówiły wprost, że każdy kto by chciał wejść za płot, dostanie „wpierdol”. Strajkujący namalowali na parkingach przed zakładem wielkie napisy: „Tu stoją łamistrajki”. Tam już nikt nie chciał stać. Raz delegacja protestujących weszła też w tłum i zaczęła rozmawiać. Okazało się, że nie wszyscy byli przeciwni strajkowi. Wicedyrektor Jerzy Siemianowski powiedział, że strajkujący zachowują się jak „faszystowscy bojówkarze”. 355 osób złożyło wtedy w prokuraturze wniosek o ściganie dyrektora za znieważenie strajkujących. Prokuratura odpowiedziała, że do znieważenia doszło, ale... brak interesu społecznego, by ścigać to przestępstwo z oskarżenia publicznego. Pozostała droga prywatnego oskarżenia, a to wymaga pieniędzy, których strajkujący nie mieli. - Solidarność'80 zamieniła Tychy w swoją Stocznię - pieklił się jeden z niestrajkujących członków Solidarności. Strajk wpłynął na całe miasto. Dzieci bawiły się w piaskownicach w strajk. Te, których rodzice strajkowali, nosiły opaski i mówiły na swoich kolegów: „zdrajcy”, „łamistrajki”. Podobnie zdarzało się w szkołach. Rozpadały się małżeństwa, bo ona wybrała strajk, a on pozostał za płotem. 1 sierpnia fabrykę mieli przejąć Włosi. Przesunięto tą datę na 1 września. Oświadczenie Komitetu Strajkowego: „Z powodu niewiarygodności polskiego właściciela, wyrażającej się brakiem troski o majątek FSM są, domagamy się rozmów z dyrekcją Fiata”. Komitet wysyła faks z poczty w mieście – nie ma innej możliwości. Władze i dyrekcja straszą wycofaniem się Włochów. Strajkujący: - To blef, bo Włosi bardzo tanio kupili zakład. Straszono bankructwem zakładu. - Nie myśmy doprowadzili do tego, że zakład jest bankrutem. Zrobił to w ostatnich latach rząd, a raczej jego polityka – tłumaczy komitet strajkowy. - Zadłużenie FSM przekracza 13 bilionów złotych (starych – przyp. DZ). Możemy powiedzieć: strajkując obniżamy straty, bo do każdego wyeksportowanego do Włoch cinquecento dopłaca się 18 mln starych złotych. Jeden ze strajkujących: - My wiemy, że dyrekcja jest wygadana i w pojedynkach słownych mamy z nią małe szanse. Na rękę ich jednak weźmiemy. My tu rządzimy... W połowie sierpnia miała się skończyć przerwa remontowa, co wymagało zmiany formuły protestu. Dotychczasowy strajk rotacyjny przekształcono w okupacyjny, ograniczając ruch na terenie zakładu. Mordasiewicz: „Było to konieczne z kilku względów. Po pierwsze, nie byłoby możliwości dalszego kierowania strajkiem, a po drugie chcieliśmy zabezpieczyć zakład. Wtedy wszystko by było możliwe, łącznie z sabotażem”. Początkowo atmosfera w okupowanym zakładzie była nawet piknikowa: ludzie grali w piłkę, zorganizowano konkurs na najlepszą „willę” z tektury, w której chroniono się przed upalnym słońcem. Ale na bramkach były już dokładne kontrole. Szło na noże. Po informacji o pierwszej liście 400 osób do zwolnienia, strajkujący rozpoczęli okupację budynku dyrekcji. Przyjechało 70 radiowozów, pół tysiąca policjantów, w tym kompania antyterrorystyczna z Krakowa. Gierot: - Policjanci straszyli, że już wchodzą, a niektórzy z naszej strony już szykowali pręty do obrony. Po policyjnym ultimatum strajkujący - kwadrans przed interwencją - opuścili jednak budynek. Komitet strajkowy wydał polecenie, żeby stawiać tylko bierny opór. Kierujący akcją komisarz Andrzej Chmura powiedział potem publicznie, że uważa, iż policja nie powinna być wykorzystywana do tego typu działań. 22 sierpnia tyscy księża wydali odezwę do mieszkańców - po konsultacjach z Solidarnością, w której wezwali do dialogu, równocześnie ogłaszając: „Istnieje zasadnicza różnica między obecnym strajkiem, a protestami z lat 1980 i 1988. Tamte, również motywowane sytuacją ekonomiczną, doprowadziły w rezultacie do zasadniczych zmian w państwie. Dziś protest załogi, wykorzystywany niezależnie od jej woli w celach politycznych przez niektóre centrale związkowe, może przynieść skutki jedynie ekonomiczne, katastrofalne dla pracowników, rodzin i lokalnej społeczności”. Tydzień później, w podobnym tonie, opublikowano oświadczenie biskupów śląskich, w którym ponadto wprost podkreślono: „Kościół opowiada się za prywatną własnością środków produkcji”. Strajkujący zwrócili się do tyskich proboszczów, żeby w czasie mszy wystawili skarbonki na wolne datki dla rodzin strajkujących. Kilku z nich zgodziło się, ale zablokował to arcybiskup Damian Zimoń, który uznał strajk za „akcję polityczną”. A pieniądze były potrzebne – ludzie zadłużali się, pozbywali ostatnich oszczędności, wyprzedawali co mogli... - W ostateczności sprzedamy samochody, które w końcu wyszły spod naszych rąk! - mówił dziennikarzowi jeden z protestujących. Pod koniec sierpnia wybuchł wielki pożar lasów raciborskich. Straż zakładowa pojechała go gasić, a strajkujący – na prośbę strażaków - przejęli ochronę przeciwpożarową zakładu. Komitet strajkowy zadbał o wszystko. Mieszano lakier w zbiornikach, żeby nie zastygł. Były grupy, które zabezpieczały poszczególne wydziały, gdzie nie wolno było wchodzić. Mieli własną kuchnię, w lokalnych sklepach zawsze otrzymywali parę koszy bułek za darmo, żywność przywozili rolnicy z Samoobrony... W pewnym momencie, spontanicznie, zaczął się strajk głodowy. Z kilkudziesięciu głodujących, kilkunastu hospitalizowano. A i tak gotowość do głodówki zgłosiło 200 osób. W tygodniku „Nowe Echo” na czołówce ukazał się tekst z tytułem: „Dyktatura głodujących” Klincz Strajk przeciągał się. Włosi milczeli. Nerwy siadały. Strajkujący zaproponowali przedstawicielom czterech państw zakup zakładu. Okazało się to tylko blefem. 13 września komitet strajkowy zwrócił się z prośbą o mediacje do arcybiskupa Zimonia. Rozmowy, w których rolę pośrednika odgrywali przedstawiciele biskupa, odbyły się 14 września – trwały od 11 do 2 w nocy. Strajk zakończono. Jak wspominał kilka miesięcy później Zimoń: „Byliśmy wśród robotników jako duszpasterze, broniliśmy ich przed manipulacją ze strony niektórych central związków zawodowych”[3]. Zgodnie z porozumieniem najniższa płaca w Fiacie miała wynosić 75% średniej krajowej, utrzymano zakładową służbę zdrowia (przetrwała do teraz na wysokim poziomie), uczestnicy strajku nie mieli być represjonowani (ale i tak 77 osobom wręczono dyscyplinarki). No i ugruntowała swoją pozycję już najsilniejszego związku w zakładzie Solidarność'80 – późniejszy Sierpień'80”, który doprowadził do zawarcia układu zbiorowego – co było rzadkością w tamtych czasach. Gwarantowano w nim coroczne podwyżki, korzystne dla pracowników systemy premiowania. Od razu rozgorzała dyskusja: kto wygrał strajk? W jednym z tygodników lokalnych, tekst zatytułowany „Przegraliśmy!”: „Przegrali zwolennicy reform rynkowych, poszanowania obiektywnych praw ekonomicznych z prawem własności na czele”[4]. Mordasiewicz: „Zaraz po strajku uczono o nim w szkołach, na Wiedzy o Społeczeństwie. Mówili dzieciom, że mamy postawę roszczeniową i nie rozumiemy konieczności wynikających z przemian ustrojowych”. We wrześniu 1992 r. rzecznik grupy Fiat powiedział francuskiemu dziennikarzowi: - Chcemy stworzyć w Polsce ten sam klimat społeczny co we Włoszech, czyli „stopniowo” doprowadzić poziom socjalny i płacowy do poziomu włoskich fabryk[5]. Po latach okazało się jednak, że to raczej włoskie pensje zaczęto ściągać do polskiego poziomu. Strajki z 1992 pokazały jednak, że klasa robotnicza wcale nie odeszła do lamusa historii. Tinta W październiku 1992 r. CBOS przeprowadził badanie „Mieszkańcy Tych o strajku w FSM”[6]. Na pytanie, co było przyczyną strajku, 38% odpowiedziało, że zbyt niski poziom zarobków, a tyle samo, że niezadowolenie z różnic w dochodach między włoskimi i polskimi pracownikami. Zdaniem autorów opracowania strajk w Tychach spowodowany był również tzw. „efektem demonstracji” - „robotnicy zobaczyli, że za taką samą pracę można otrzymać różne wynagrodzenie”. W chwili rozpoczęcia strajku miał on w mieście 45% zwolenników i 25% przeciwników. We wrześniu, przy przedłużającym się ostrym konflikcie, poparcie wyrównało się – po 33% za i przeciw. Jednak aż 60% uznawało, że racje strajkujących były uzasadnione. W podsumowaniu raportu czytamy: „wszystkie zaangażowane w mniejszym lub większym stopniu w strajk instytucje – z wyjątkiem Kościoła – straciły w opinii mieszkańców, natomiast wśród osób związanych ze strajkiem zyskała Solidarność'80”. Przypisy: [1] Jerzy Hausner, „Populistyczne zagrożenie w procesie transformacji społeczeństwa socjalistycznego”, Warszawa 1992, Fundacja im. F. Eberta w Polsce. [2] Michał Radziechowski, „Nielegalni'92”, Trybuna Robotnicza, 9 sierpnia 2007. [3] Abp Damian Zimoń, „Drogą Kościoła jest człowiek”, Kuria Metropolitalna, Katowice 1995. [4] J. Pikiewicz, „Przegraliśmy”, Echo, 23.09-29.09.1992. [5] „Fiat dans la piege polonais”, Le Figaro, 8 września 1992. [6] Za: Echo, 4.11-10.11.1992. Dariusz Zalega Artykuł ukazał się w "Le Monde diplomatique - edycja polska". Najdłuższy w powojennej Polsce, największy po 1989 r. - 20 lat temu wybuchł strajk w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Tychach. To był jeden z tych masowych protestów z lat 1992-1993, które – jak pisał późniejszy minister Jerzy Hausner - „stworzyły po raz pierwszy w tej skali wyzwanie dla rządzących elit i zagrożenie dla kontynuacji procesu transformacji”.Fabryka Samochodów Małolitrażowych w 1992 r.: ponad 20 tys. pracowników w kilkunastu zakładach, z których największe mieściły się w Bielsku-Białej i przede wszystkim w Tychach (ok. 14 tys. pracowników). Ale nie chodzi tylko o liczby – to także prestiż, tradycja, wykształcona klasa robotnicza i grono inżynierskie. Tyle, że brakuje na inwestycje, nie wiadomo co dalej – choć coś już wiadomo: FSM S.A. jest pierwszym tak wielkim zakładem przygotowywanym do prywatyzacji. 
czwartek, 06 wrzesień 2012 rozbrat.org Poznań

Stolarska: Śruba powstrzymany po raz kolejny

W środę, 5 września rano, do kamienicy przy ulicy Stolarskiej, blokowanej przez lokatorów, ponownie chcieli wtargnąć robotnicy Piotra Śruby. Pretekstem była kontrola Nadzoru Budowlanego. Wejść wraz z inspektorami do budynku chcieli - powołując się na niejasne pełnomocnictwa. Na miejsce przybyła też policja. Obecnych było kilkunastu działaczy Federacji Anarchistycznej i Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Mieszkańcy początkowo nie wpuścili nikogo, po pertraktacjach weszli inspektorzy, dwoje funkcjonariuszy i przedstawiciel Piotra Śruby, który ostatecznie opuścił budynek po zakończeniu kontroli. Dziś robotnicy Śruby okazywali się też umowami najmu, twierdzili przy tym, że są mieszkańcami kamienicy. Pod tym pretekstem żądali, aby ich wpuścić. Również dziś lokatorzy blokujący kamienicę otrzymali pisma, w których wzywa się ich do natychmiastowego opuszczenia mieszkań. Lokatorzy mają uzasadnione podstawy by nie wpuszczać na teren kamienicy pracowników, których szef jest oskarżony o nękanie oraz wydano względem niego zakaz zbliżania na odległość 100 metrów do kamienicy. Mieszkańcy kamienicy żądają przyjazdu właścicieli – Lechosława Gawrońskiego oraz Grzegorza Liberkowskiego, którzy jak dotąd wyzbywają się odpowiedzialności za zlecanie nękania.
wtorek, 04 wrzesień 2012 Jarosław Susz Polityka

Mały polityk... Zaczipować go jak psa!

Lech Wałęsa, jak by go nie oceniać, to polityk wielkiego kalibru, były lider robotniczy. Zdarzało mu się w historii publicznej aktywności wypowiadać piramidalne bzdury, w związku z czym niewielu traktuje serio to, co mówi. Ostatnio jednak powiedział coś, co nawet jak na niego brzmi dość oryginalnie: zaproponował, by wszystkim kandydatom na polityków montować, jak psom, czipy, byśmy mogli wiedzieć co robią, z kim śpią itd. W kontekście uprawnień i dojść polityków do kontroli współobywateli wydaje się to dobrą przeciwwagą. Zwłaszcza, że nawet polityczne liliputy włączają dziś w swoją działalność węszenie i zbieranie „haków”. Jacek Jaśkowiak, prawnik, niedoszły prezydent Poznania, przedstawiciel wielce postępowych i zielonych „Ich Poznaniaków” wziął się właśnie za dziennikarstwo. Ale nie za zwykłe dziennikarstwo! Zaczyna on swoją pracę od śledzenia wpisów znajomych dziennikarza „GW”, z którym się rozprawia, na Facebooku. Jeśli jeszcze macie Facebooka radzę wam: strzeżcie się; razem z Jarosławem Puckiem, urzędnikiem ZKZL-u, Jaśkowiak rozpoczyna śledczą intifadę prawych i statecznych obywateli miasta. Nie straszna Jaśkowiakowi cyniczna woltyżerka logiczna („ weszli anarchiści i nadużywający alkoholu bezdomni grzecznie opuścili kamienicę - zapewne pod most”). Mając czytelników i czytelniczki za stado baranów, autor tyrady w obronie porządku zastanego miesza sprawę lichwiarzy i klientów Amber Gold oraz sprawę białostoskich neonazistów skazanych na rok więzienia z brutalną likwidacją skłotu Warsztat w Poznaniu. Lider „ruchu” miejskiego znajduje także upodobanie w powtarzaniu idiotyzmów zaczerpniętych z prawicowych brukowców: z poglądów anarchistów na temat państwa pseudosylogizmem dowodzi, że do Warszawy 11 listopada  nie przyjechali blokować marszu nacjonalistów i zwolenników autorytaryzmu, ale brać udział w zadymach (oczywista oczywistość: nie świętują znaczy - chcą dymić, mali politycy i śledczy-amatorzy zawsze poruszają się tropem jedynie dwu wykluczających się możliwości). Cynizm polityka „ruchu miejskiego” polega na tym, że milczał, gdy miasto dokonywało masowych eksmisji przy asyście sił policyjnych. Milczał, gdy prywaciarze najmowali bandy karków wykurzających legalnych mieszkańców swoich kamienic. Tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. Jaśkowiak, pseudo-opozycjonista wobec Ryszarda Grobelnego i jego grona, zabiera głos dopiero wtedy, gdy przychodzi mu bronić „świętej własności prywatnej”. Zrównuje w imię tego uzbrojonych w pały, zakonspirowanych w zorganizowaną grupę przestępczą o utajnionych strukturach, antysemickich bandziorów z Białegostoku ze środowiskiem anarchistycznym, działającym jawnie, walczącym pokojowo o konstytucyjne (!) prawa obywatelskie. Przedstawiciel pokolenia, które uwłaszczyło się na prospericie spowodowanej m.in. ruchami kapitału, powstałej z wyprzedaży majątku społecznego radzi dzisiejszym osiemnastolatkom „trochę popracować” i zatrudniać pracowników. Trochę popracować i wyzyskiwać, to odwieczna gospodarcza mantra neoliberałów, takich jak Jaśkowiak, Grobelny, Palikot, Kaczyński, Pawlak, Miller, Belka, Balcerowicz, Gronkiewicz-Waltz itd. A co jeśli nie chcemy? Co jeśli nie chcemy trochę popracować i wyzyskiwać, by na przykład mieć klub go-go na środku starówki, zatrudniać na czarno ubrane na różowo młode dziewczyny nagabujące i doprowadzające mężczyzn pod klub? Co jeśli nie chcemy trochę popracować i wyzyskiwać, gdy w przeciwieństwie do ślepych na wydarzenia globalne Jaśkowiaków, Balcerowiczów i innych widzimy, że ich system się wali i szukamy alternatyw innych niż państwo policyjne i hierarchia dziubania? Alternatyw szukamy, bo musimy! Co wtedy, kiedy każde z nas dojdzie do punktu, w którym powie „sprawdzam!” patrząc na grę, w której konstytucją wyjętą ze skrzynki pocztowej w 1997 można już tylko bronić (anarchiści broniący prawa to dla części świetny temat do dowcipów!); albo użyć jej w ubikacji. Co jeśli mamy dość takich cwaniaczkowatych wypowiedzi jak ta, w której prawnik i członek „ruchu miejskiego” nie zauważa wzmożonej aktywności policji wobec rzeczywistych aktywistów miejskich, nie zauważa procesów, jednego za drugim, przegrywanych przez policję nękającą anarchistów. Co jeśli legalnymi środkami sprzeciwiamy się polityce miasta, bizantyjskim wydatkom na meczyki rujnującym budżet miasta, które krytykują nie tylko środowiska wolnościowe, ale i kibice skupieni wokół swoich klubów? Wtedy nie tylko „nieznani podglądacze” zbierają o nas informacje do swoich baz danych. Wtedy Jaśkowiaki i inne cwaniaki mówią nam, że nie mamy prawa krytykować ich porządku, bo nie płacimy podatków. Postępując w ten sposób sprawiają, że czujemy się jak święci anieli, co to nie jedzą, ubrań nie mają i piwka nie piją. Przypomnieć należy takim Jaśkowiakom, że płacimy za jedzenie, wodę, komunikację, benzynę, książki – słowem uczestniczymy w gospodarce i płacimy podatki. O naszej kulturotwórczej roli w ramach kapitalistycznego pojmowania tkanki miejskiej i zwiększania kapitału miasta nie warto w tym miejscu wspominać. Antykapitalistyczną terrorystkę Ulrike Meinchoff, którą wymienił w poście redakcyjny kolega kolegi, którego zaatakował w swoim artykule Jaśkowiak (wybaczcie tę konstrukcję, karkołomną jak cała pseudoargumentacja autora wymierzona niby to w redaktora „GW”, a tak naprawdę anarchistów) w więzieniu potajemnie wykończyło wraz z jej towarzyszami państwo. Tak głosi legenda. Być może, gdyby zaczipowano odpowiednio wcześnie polityków RFN, dysponowalibyśmy danymi mogącymi ją potwierdzić, obalić czy podać prawdziwy bieg wypadków. Być może, gdyby odpowiednio wcześnie zaczipowano Jaśkowiaka, dowiedzielibyśmy się więcej na temat motywacji stojących za tak manipulatorskim i zwyczajnie niskim głosem w debacie w sprawie skłotu Warsztat. Tak właśnie Głos Wielkopolski, woli legitymizować na swych łamach mierność, nie zostawiając miejsca na merytoryczną dyskusje, w swoim, a nie społeczeństwa interesie. Lech Wałęsa, jak by go nie oceniać, to polityk wielkiego kalibru, były lider robotniczy. Zdarzało mu się w historii publicznej aktywności wypowiadać piramidalne bzdury, w związku z czym niewielu traktuje serio to, co mówi. Ostatnio jednak powiedział coś, co nawet jak na niego brzmi dość oryginalnie: zaproponował, by wszystkim kandydatom na polityków montować, jak psom, czipy, byśmy mogli wiedzieć co robią, z kim śpią itd. W kontekście uprawnień i dojść polityków do kontroli współobywateli wydaje się to dobrą przeciwwagą. Zwłaszcza, że nawet polityczne liliputy włączają dziś w swoją działalność węszenie i zbieranie „haków”.
wtorek, 04 wrzesień 2012 Jarosław Urbański Budżet Poznania

Finanse miejskie w zapaści

Kwestie budżetowe nie należą do zagadnień łatwych. Ci którzy się na tym względnie dobrze znają, zasilają czy wspierają przede wszystkim szeregi rządzących. Utrzymywane jest przekonanie, że kompetentnie wypowiadać się o budżecie mogą tylko wtajemniczeni, a obywatele mają się zdać na ich opinie. Stawianie znaku równości pomiędzy władzą i wiedzą ma swoje długie tradycje. Nie powinniśmy jednak temu przekonaniu ulegać.
Kolektyw Warsztat pragnie zauważyć, że kamienica przy ul. Podgórze 2/3 stała opuszczona przez okres ponad 5-ciu lat. Poprzedni najemcy zostali stamtąd usunięci. Nasze środowisko interesowało się budynkiem od kilkunastu miesięcy. Z rozmów z sąsiadami wynikało, że nikt z właścicieli nie dogląda własności, nie było z nimi również ‒ do czasu eksmisji ‒ kontaktu. Dochodziło więc tam do dewastacji: wycięte metalowe elementy konstrukcyjne (w tym nośne!), zburzona klatka schodowa, wymontowane okna, dziurawy dach, część zabudowań waląca  się, występowało zagrożenie epidemiologiczne (obecność szczurów, gnieżdżące się gołębie i insekty). Zdarzały się przypadki zaprószenia ognia, a nawet wypadki śmiertelne. Wtedy pojawiało się jakiekolwiek zabezpieczenie: kłódka, która jednak szybko znikała.
niedziela, 02 wrzesień 2012 rozbrat.org Poznań

Demonstracja przeciw faszyzmowi

1 września odbyła się w Poznaniu demonstracja pod hasłem "Nigdy więcej wojny, nigdy więcej faszyzmu". Około 180 osób pojawiło się pod pomnikiem żydowskich ofiar niemieckiego obozu pracy, znajdującego się w trakcie wojny w naszym mieście. Na wstępie przypomniano, że zazwyczaj w oficjalnych uroczystościach znacznie częściej przypomina się walczących i ginących żołnierzy niż cywilne ofiary, które mordowane były najczęściej nie mając jakiejkolwiek możliwości obrony. Następnie przypomniano, że jednym z powodów wybuchu II Wojny Światowej był nacjonalizm, najagresywniej akcentowany w ideologiach faszyzmu i nazizmu. Te doktryny usprawiedliwiały militaryzację społeczeństw jednocześnie dając fundament przyszłych zbrodni wojennych. Tym bardziej kuriozalna jest sytuacja, w której ugrupowania wprost odwołujące się do faszyzmu i mające faszystowską tradycję sięgającą jeszcze lat trzydziestych ubiegłego wieku próbują z 1 września uczynić okazję do szerzenia swoich autorytarnych pogladów.
sobota, 01 wrzesień 2012 rozbrat.org Poznań

Dwudniowy piknik na Stolarskiej

Mieszkańcy kamienicy przy ulicy Stolarskiej nadal kontynuują swój protest. Nie mogąc liczyć na realną pomoc ze strony miejskich decydentów, postanowili zaapelować do zwykłych mieszkańców Poznania. Tak właśnie narodził się pomysł dwudniowego pikniku. W przygotowanie pikniku oprócz samych lokatorów włączyli się uczestnicy i uczestniczki poznańskiej sekcji Federacji Anarchistycznej, Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów, artyści Teatru 8 dnia i Stowarzyszenie „My Poznaniacy”.
W roku, gdy Najwyższa Izba Kontroli ogłosiła bezprecedensową wieść, że 6,5 miliona ludzi w Polsce żyje w warunkach „nędzy mieszkaniowej”, zaś w samym środku tej katastrofy 200 tysięcy mieszkań zostanie wycofanych z użytku ze względu na opłakany stan; W roku, gdy Główny Urząd Statystyczny podał, że przeciętny mieszkaniec tego kraju, gdyby zdecydował się przeznaczyć całą swoją pensję na zakup mieszkania, mógłby kupić niecałe pół metra kwadratowego – prawie dwa razy mniej niż dziesięć lat temu;
W środę 29 sierpnia został rozbity w Poznaniu skłot „Warsztat”. Okoliczności tego zajścia konfrontują po raz kolejny mieszkańców miasta z cynizmem władzy. Przypomnijmy: trwa ostry konflikt lokatorów z ulicy Stolarskiej ze spekulantami, którzy przejmują kamienice z mieszkańcami, a następnie, wynajmując „czyścicieli”, pozbywają  się ich w sposób nielegalny i brutalny. Takie „oczyszczone” z mieszkańców kamienice sprzedają na wolnym rynku z wielokrotnym przebiciem. A przypadek lokatorów ze Stolarskiej, to tylko najnowszy znany wszystkim przykład – w tarapatach było i jest wielu innych mieszkańców, zarówno  z „biednych” i z „bogatych dzielnic”. Budynek przy ulicy Podgórze 2, to czteropiętrowa kamienica wraz z kilkoma niższymi, przyległymi obiektami. Wcześniej stał pusty 5-6 lat, od kiedy to właściciele pozbyli się poprzednich mieszkańców. Niszczał i padał łupem zbieraczy złomu. Był miejscem libacji i „zabaw” w wybijanie szyb. Jednak pięć miesiąc temu został zajęty przez skłotersów,  czyli ludzi, którzy na całym świecie od 50 lat zajmują pustostany i ruiny przystosowując je do mieszkania, ale też do działań społecznych. Na Podgórzu znaleźli się wśród nich studenci bez przydziału na akademik, bezrobotni bez pieniędzy na stancje - młode kobiety i mężczyźni. Zaczęli remontować to miejsce. Wstawili szyby, drzwi, połatali dach, uprzątnęli hałdy śmieci i gruzu. Gotowali się na nadejście zimy. Skłot „Warsztat” (bo tak został nazwany przez nowych mieszkańców) miał stać się również przestrzenią otwartą dla mieszkańców dzielnicy, jak też całego miasta. Inauguracja miała się odbyć 31.08. festiwalem „Otwarcie”. Przygotowano bogaty program kulturalny z gośćmi z Polski i zagranicy. Następnego dnia po tym jak informacja trafiła do mediów pojawił się jeden ze współwłaścicieli nieruchomości wraz z asystą policji. W polskim prawie jest zapis o tzw. ochronie spokoju posiadania, który cywilizuje stosunki mieszkaniowe. Dzięki niemu właściciel nieinteresujący się swoja własnością, po okresie kilku miesięcy nie może oskarżyć mieszkańców np. o włamanie. Jeżeli chciałby usunąć lokatorów, musi uruchomić procedurę eksmisyjną: sąd, wyrok, komornik (z asysta policji). Niestety bez tego, działania są nielegalne. W środowym wydarzeniu uczestniczyło około 40 policjantów, zarówno z doborowych, antyterrorystycznych oddziałów jak i oficerów policji. Straszono automatyczną bronią ostra, użyto przemocy fizycznej jak i gazu. Wszytko wobec bezbronnych ludzi. W ten sposób policja osłaniała włamanie się do budynku. Interwencja trwała ponad cztery godziny,  gdyż po wyłamaniu zamków, zastanawiano się dopiero jakich narzędzi prawnych można użyć dla interpretacji tej „interwencji” – jaki znaleźć paragraf. To nie pierwszy przypadek tak nierozważnych i brutalnych działań władz. W styczniu 2009 roku (a więc podczas trwania okresu ochronnego) na ul. Żydowskiej policja wraz ze strażą miejską również dokonała ewikcji. Przez media przetoczyła się wtedy krytyka wyrażona przez prawników i dziennikarzy jak i zwykłych mieszkańców. Rzecznik straży miejskiej zabłysnął wtedy stwierdzeniem, że „to nie była eksmisja, tylko wyproszenie”. Te działania mają jednak również silne znaczenie polityczne. Ta sama policja, która na jeden telefon kamienicznika, jest w wstanie zorganizować armię uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy, nie robi prawie nic (od biedy wyśle jakiś patrol), kiedy mamy do czynienia z uporczywym, wielomiesięcznym nękaniu lokatorów przez właścicieli, jak w przypadku ulicy Piaskowej, a obecnie przy Stolarskiej. Ci ostatni w samoobronie zabarykadowali się w kamienicy, żeby „administrator” nie wyłączył im prądu i nie odciął kanalizacji. Gazu, wody, Internetu już nie mają od wielu tygodni. Policja i władze zasłaniają się „dziurami w prawie” kiedy mają bronić lokatorów, by kilka ulic dalej wykorzystują błyskawicznie te same „dziury” do ochrony interesów kamieniczników! Przyczyn tych działań należy szukać w dominującej od 20 lat ideologii „świetnego prawa własności”. Jeśli ma się coś na poważnie zmienić należy tę ideologię odrzucić. W dzisiejszej wersji jest ona nie do obrony. Barbarzyństwem nie do pomyślenia jest, że w cywilizowanym kraju, uprzywilejowani posiadają po kilka p u s t y c h kamienic, a biedni nie maja gdzie mieszkać tylko dlatego, że nie stać ich na 40-letnie kredyty. Miało to już kiedyś miejsce w Zachodniej Europie - 40 lat temu - kiedy w odpowiedzi na spekulacje i gromadzenie kapitału w nieruchomościach powstały skrajne nierówności na rynku mieszkaniowym. Tysiące pustych budynków i tysiące ludzi bez dachu nad głową. Odpowiedzią stał się masowy ruch skłoterski zajmujący pustostany. Bardzo wiele z nich nie tylko, że zostały zaakceptowane przez mieszkańców miast i bezpośrednich sąsiadów, ale zostało później zalegalizowanych. W Polsce dziś znajdujemy się niemal dokładnie w takim samym miejscu. Dochodzi do tego nieudolna polityka mieszkaniowa władz samorządowych. Brak mieszkań komunalnych oraz socjalnych  sprzyja windowaniu cen na rynku nieruchomości i sprawia, że tysiące rodzin faktycznie nie ma się gdzie podziać. Gnieździ się w przeludnionych lokalach, albo ostatecznie wynajmuje coś na „wolnym rynku” zadłużając się do niebotycznych sum, lub po prostu... zajmuje pustostany. Poznańskie sądy wydały 2600 wyroków eksmisyjnych do lokali socjalnych, których zapotrzebowanie miasto pokrywa rocznie zaledwie w 1-2% (wg ustaleń NIK). Kamienicznicy wyciągają z tego tytułu kilkanaście milionów złotych odszkodowań rocznie, a kiedy trzeba „oczyścić kamienicę” to doskonale wiedzą, że lokali socjalnych dla wysiedlanych lokatorów po prostu nie ma, zatem nęka się ich, aż sami uciekną. Nie uciekajmy! w podzięce za stawiany opór przy nielegalnej eksmisji zapraszamy wszystkich, a szczególnie sąsiadów, i budowlańców nie wpuszczających na rusztowania policyjnej grupy operacyjnej. na festiwal „Otwarcie” w piątek 31.08 od godz. 15. na ulicę Podgórze Nie pozwólmy im prywatyzować naszej przestrzeni życia! Odzyskajmy wpływ na swoja ulice! W środę 29 sierpnia został rozbity w Poznaniu skłot „Warsztat”. Okoliczności tego zajścia konfrontują po raz kolejny mieszkańców miasta z cynizmem władzy. Przypomnijmy: trwa ostry konflikt lokatorów z ulicy Stolarskiej ze spekulantami, którzy przejmują kamienice z mieszkańcami, a następnie, wynajmując „czyścicieli”, pozbywają  się ich w sposób nielegalny i brutalny. Takie „oczyszczone” z mieszkańców kamienice sprzedają na wolnym rynku z wielokrotnym przebiciem. A przypadek lokatorów ze Stolarskiej, to tylko najnowszy znany wszystkim przykład – w tarapatach było i jest wielu innych mieszkańców, zarówno  z „biednych” i z „bogatych dzielnic”.
czwartek, 30 sierpień 2012 rozbrat.org News in english

Eviction of the Workshop squat

“The Workshop” squat-in-making has been forcibly evicted yesterday (8/29/2012) in Poznań, western Poland by the police, followed by the property owner. The announced opening party was scheduled on Friday, 8/31.