Trudno zatem podejrzewać Daniela Levy o sympatie pro-irańskie, a mimo to stawia on tezę, że Izrael przeliczył się ze swoimi siłami i może tym razem wojnę przegrać. Zaczyna swój artykuł od stwierdzenia, że „obok ciągłych doniesień o sukcesach w tej wojnie, w izraelskich mediach pojawia się nowy ton, zakłócający izraelskie poczucie niezwyciężoności – pierwsze oznaki narracji o porażce”.
Prosty plan
Plan na zwycięstwo w tym starciu był – wydaje się – banalnie prosty. Raport szefostwa Mosadu, przedstawiony premierowi Netanjahu na początku stycznia br., stwierdzał, że możliwe jest pokonanie Iranu poprzez wzniecenie w tym kraju powstania, po wcześniejszej dekapitacji reżimu, czyli mówiąc innymi słowami, po wymordowaniu głównych przywódców państwowych. Pomysł ten miał zostać także przedstawiony w Białym Domu, gdzie zyskał uznanie Donalda Trumpa.
O planie tym Daniel Levy nie pisze jako pierwszy. Spekulacje na ten temat pojawiły się w zasadzie zaraz na początku marca, u zarania tej wojny. To, że w Iranie od wielu lat systematycznie wybuchają protesty, nie jest tajemnicą. Sam pisałem o tym w artykule opublikowanym na stronach rozbrat.org w lipcu 2024 roku. Twierdziłem w nim, że reżim w Teheranie – pomimo izraelskich prowokacji – nie rozpocznie otwartej wojny w związku z trwającymi walkami w Gazie, nie wystąpi zbrojnie w obronie Palestyńczyków, bo obawia się reakcji własnego społeczeństwa.
Na wszelkie zatem izraelskie ataki, jak np. zbombardowanie irańskiej ambasady w Damaszku, Teheran odpowiadał powściągliwie. Nie zareagował także po wyeliminowaniu przez Mosad najbliższych swoich sojuszników, czyli przywódców libańskiego Hezbollahu we wrześniu 2024 roku w tzw. zamachu pagerowym. Zaatakowany przez Izrael, a następnie USA w czerwcu zeszłego roku (kiedy wybuchła tzw. wojna dwunastodniowa), Teheran także nie był skory uderzyć z całej siły. Odpowiedź była – jak poprzednie – raczej symboliczna.
W negocjacjach z przedstawicielami władz amerykańskich, które poprzedzały wybuch obecnej wojny, Iran był gotów iść na daleko idące ustępstwa, prawdopodobnie włącznie z pozbyciem się owych ponad 400 kg wzbogaconego uranu, który miał niby być jedną z głównych przyczyn wybuchu konfliktu. Wiemy to z kolei bezpośrednio od przedstawicieli rządu Omanu i innych osób, które pośredniczyły w negocjacjach między zwaśnionymi stronami. W związku z trudnościami gospodarczymi Iranowi w pierwszej kolejności zależało na zdjęciu z niego nałożonych i utrzymywanych od wielu lat przez Zachód sankcji gospodarczych, a nie na wszczęciu wyniszczającej wojny.
Wszystko to najwyraźniej w Izraelu i USA potraktowano jako oznaki słabości Republiki Islamskiej. Kiedy w styczniu w Iranie wezbrała kolejna fala niepokojów społecznych, uznano, że – pomimo zaawansowanych rozmów pokojowych – dogadywać się z irańskim reżimem nie ma sensu. Wystarczy pozbyć się jego głównych liderów, aby dyktatura ajatollahów upadła i została zastąpiona przez rząd uległym Stanom Zjednoczonym. Marzono nawet o przywróceniu monarchii Pahlawich i czasów, kiedy amerykański kapitał kontrolował 40% irańskiej ropy naftowej.
Niespodziewany scenariusz
Jednak wystąpienia społeczne w Iranie zostały krwawo stłumione, zanim przyszła obiecana pomoc z Ameryki, na którą – po prawdzie – nie wiadomo czy ktokolwiek oczekiwał. Dlaczego do tego doszło? Otóż – moim zdaniem – przyczyną niepowodzenia protestów było to, iż w sprawę wmieszały się rządy Izraela i USA. Zgodnie ze scenariuszem obalenia ajatollahów do walk przystąpiły uzbrojone bojówki. Izrael nie ukrywał, że to za jego sprawą przemycono broń do Iranu. Ostatecznie strzelanina spowodowała, że z ulic znikli pokojowi demonstranci, a korespondenci ze zdumieniem stwierdzili, że protest osłabł, nie cieszy się już masowym poparciem. W czasie walk miało zginąć nawet kilkanaście tysięcy osób, choć dokładna liczba nie jest znana.
W tych okolicznościach masowe izraelskie i amerykańskie bombardowania (kilkanaście tysięcy celów) i dekapitacja głównych przywódców reżimu na początku wojny, włącznie z zamordowaniem ajatollaha Chamenei, nic już nie dały. Ludzie nie wyszli ponownie na ulice. Planowany zamach stanu pod przykrywką rewolucji społecznej się nie powiódł. Co więcej, irański reżim okazał się o wiele silniejszy, niż się spodziewano i na zmasowany atak tym razem skutecznie odpowiedział. Operacja (w istocie agresja), która miała trwać kilka dni, góra dwa tygodnie, przeradza się na naszych oczach w długotrwały konflikt zbrojny, który może nie skończyć się nawet przez wiele miesięcy.
Wracając do artykułu z Al Jazeery – Daniel Levy pyta w nim, czy Izrael jest dobrze przygotowany na taki wcześniej niespodziewany scenariusz. Jego rząd pomylił się nie tylko w odniesieniu do Iranu, ale także Hezbollahu. Głośny „pagerowy zamach” nie osłabił struktur tej organizacji tak mocno, jak o tym spekulowano. Równolegle do bombardowań Iranu izraelska armia rozpoczęła ofensywę lądową w Libanie w nadziei na szybki i łatwy sukces. Jednak natrafiono na tyleż niespodziewany, co zdecydowany opór.
„Ponownie – pisze Daniel Levy – zdolność Izraela do niszczenia i wyrządzania szkód jest niepodważalna: milion Libańczyków zostało przesiedlonych, mosty łączące południe Libanu z resztą kraju zostały zbombardowane i wyłączone z użytku, a zniszczenia były ogromne. To kolejna kampania militarna bez jasnego finału”.
Wreszcie w Strefie Gazy Hamas wciąż się broni; nie został rozbrojony. Do wojny dołączyli Huti (jemeński ruch o charakterze polityczno-militarnym), obstrzeliwując ponownie Izrael. I tak dalej. Konflikt – za sprawą Izraela – rozlał się na cały bliskowschodni region i grozi destabilizacją światowej gospodarki.
W związku z tym wszystkim pojawia się pytanie, czy przypadkiem to nie Izraelowi grozi zapaść, czy nawet upadek? Wiele celów strategicznych w Izraelu zostało dotkniętych wskutek celnych irańskich bombardowań. Izraelczycy spędzili ostatnie tygodnie w schronach przeciwbombowych i kryjówkach. Gospodarka nie funkcjonuje, jak powinna; większość firm została zamknięta. Zamknięte są też szkoły. Ogłoszono pobór do wojska, bo armia cierpi z powodu niedoborów kadrowych. Wyczerpują się zapasy izraelskich i amerykańskich pocisków przechwytujących rakiety i drony nadlatujące ze strony Iranu, Libanu i Jemenu. Światowa opinia publiczna odwraca się od Izraela, obwiniając go za wojnę, destrukcje i ludobójstwo w Gazie.
Asymetryczny konflikt i widmo politycznej klęski
„Izrael – konstatuje Levy – stosuje wyłącznie militarne podejście, pozbawione jakiegokolwiek realistycznego planu politycznego. […] Dążenie do realizacji szeroko pojętego projektu »Wielkiego Izraela« stało się domyślną doktryną bezpieczeństwa narodowego, obejmującą między innymi pokonanie i wykorzenienie każdej palestyńskiej wspólnoty narodowej oraz próbę ustanowienia Izraela jako dominującego hegemona twardej siły w regionie”.
Dalej pisze, że pomimo oczywistego zagrożenia: „Izrael był i będzie główną przeszkodą w zakończeniu wojny z Iranem. Należy założyć, że będzie on nadal zachęcał i prowokował eskalację konfliktu oraz podważał wszelkie negocjacje i rozmowy o zawieszeniu broni, w tym nakłaniał USA do operacji lądowych. Interesy Izraela są więc diametralnie różne od interesów stron pragnących zakończyć tę wojnę...”.
Według Levy’ego niebezpieczeństwo dla Stanów Zjednoczonych tkwi natomiast w tym, iż długotrwała wojna z Iranem może ostatecznie pogrzebać amerykańską hegemonię, czy – jak mówią sympatycy USA – jej przywództwo na świecie. Jednocześnie autor przypomina, że „kryzys sueski” z 1956 roku, kiedy Wielka Brytania i Francja, obok Izraela, przystąpiły do wojny na Bliskim Wschodzie, jest dziś postrzegany „jako decydujący moment końca imperiów dla tych krajów”.
Wróćmy do naszego tytułowego pytania: „Czy Izrael i USA mogą przegrać wojnę z Iranem?” W przypadku tego konfliktu mówi się najczęściej, że ma on charakter asymetryczny, to jest taki, w którym występuje wyraźna dysproporcja sił między stronami. Wszyscy zakładali, że przewaga USA i Izraela jest tak duża, że osłabiony sankcjami, wewnętrznymi niepokojami i wcześniejszymi uderzeniami Iran nie zdoła skutecznie się oprzeć, szybko podda się lub ulegnie chaosowi. Tymczasem – według zgodnej opinii ekspertów wojennych – Iran zdołał stawić czoła.
Ivan Arreguín w swojej książce pt. „Jak słabi wygrywają wojny. Teoria konfliktu asymetrycznego” z 2005 roku przekonuje, że na przestrzeni całego wieku XIX i XX szanse teoretycznie słabszych rosły. O ile w pierwszej połowie XIX wieku wygrywali oni tylko w jednym przypadku na 10, to w drugiej połowie XX wieku szanse się wyrównały – prawdopodobieństwo zwycięstwa teoretycznie słabszego, było tak samo duże, jak silniejszego.
Trump i Netanjahu zaraz w pierwszych dniach konfliktu ogłosili, że wygrali wojnę. Jednak po ponad miesiącu walk większość obserwatorów twierdzi, że do sukcesu jest im jeszcze daleko i nie jest on w ogóle pewny. Inna sprawa, że w starciach asymetrycznych zwycięstwo często nie jest jasno określone, nie ma kapitulacji jednej ze stron; co więcej obie zwykle twierdzą, że pokonały przeciwnika. Jak w boksie: wynik nie jest skutkiem nokautu, ale decyzji sędziów. Irański reżim, choć poobijany ustał na nogach, to Stany Zjednoczone zamierzają zejść z ringu. Na ten moment większość opinii światowej jest skłonna uważać, iż USA przegrały, co może mieć też daleko idące konsekwencje dla Izraela.
Wykorzystane źródła:
Daniel Levy, „Did Israel miscalculate in launching the war on Iran?”, www.aljazeera.com z dn. 30.03.2026, https://www.aljazeera.com/opinions/2026/3/30/did-israel-miscalculate-in-launching-the-war-on-iran
Ivan Arreguín „Jak słabi wygrywają wojny. Teoria konfliktu asymetrycznego”, Cambridge University Press 2005, s. 4.



