sobota, 22 wrzesień 2012
rozbrat.org
Poznań
Artystyczny Dzień na Stolarskiej - relacja
Dobrze, że mieszkańcy kamienicy przy ulicy Stolarskiej 2 mogli dziś liczyć na ładną pogodę, która towarzyszyła im oraz uczestnikom Artystycznego Dnia na Stolarskiej. Niestety łatwiej przychodzi zaklinanie pogody, niż przełamanie urzędniczego betonu oraz aroganckich właścicieli kamienicy i ich najemnych zbirów. To właśnie z tego powodu konflikt w kamienicy trwa już cztery miesiące. Na całe szczęście większą empatię i prawdziwego ducha solidarności są w stanie okazać zwykli mieszkańcy Poznania.
sobota, 22 wrzesień 2012
Piotr Krzyżaniak
Analizy
Polityka społeczna presji
Czym jest presja? Najprościej rzecz ujmując to nacisk na kogoś w celu zmuszenia go do czegoś. Polityka społeczna zaś to zespół przyjętych i realizowanych przez władze publiczne w długiej perspektywie czasowej działań na rzecz zaspokojenia potrzeb i rozwiązywania problemów społecznych, przy mniejszym lub większym udziale sektora organizacji pozarządowych (1). Najważniejsze cele polityki społecznej to bezpieczeństwo socjalne, wyrównywanie szans, a także – o czym często zapominamy – utrzymywanie ładu społecznego. Z tym ostatnim związany jest nieodzownie element presji, choć nie zawsze w pełni zamierzonej. Instytucje polityki społecznej to narzędzia kształtowania nowych stosunków społecznych. W Polsce pełnią one niebagatelną funkcję w trwającym od końca lat osiemdziesiątych procesie przekształcania struktury społeczeństwa dla potrzeb kapitalistycznej gospodarki wolnorynkowej.Owa funkcja objawia się w trzech zasadniczych postaciach presji. Pierwsza z nich to presja stażu lub też presja wypracowanych lat. Uzależnienie pewnych uprawnień od konieczności przepracowania odpowiedniej liczby lat lub miesięcy w zakreślonym przedziale czasowym (np. prawo do emerytury czy prawo do zasiłku dla bezrobotnych), przy względnie dużej nietrwałości zatrudnienia, zmusza ludzi do podejmowania pracy na gorszych warunkach, które nie interesowałyby ich w sytuacji, w której nie podlegaliby presji.Druga z postaci presji to presja dochodu. Wiele świadczeń opieki społecznej – choć niskich, to jednak pewniejszych niż wynagrodzenie za pracę przy niepewnych warunkach zatrudnienia – jest uzależnionych od kryteriów dochodowych sprecyzowanych tak, że maksymalny dochód pozwalający na otrzymanie świadczenia w realnym życiu jest zbyt niski, aby normalnie funkcjonować(2), stąd też nie jest możliwe jego udokumentowanie np. minimalne wynagrodzenie za pracę dla trzyosobowej rodziny to zbyt dużo, by móc ubiegać się o pomoc z opieki społecznej. Skutkuje to tajeniem źródeł dochodu, poszerza szarą strefę w zatrudnieniu i w dalszej perspektywie sprzyja destrukcji stabilnych form zatrudnienia.Trzecią z postaci presji jest presja terminu. System instytucjonalny, w którego ramach realizowana jest polityka społeczna, wymaga od beneficjantów podporządkowania swojego trybu życia licznym terminom, którym uchybienie wiąże się z doniosłymi życiowo negatywnymi konsekwencjami, takimi jak np. utrata ubezpieczenia.Presja stażuNajlepiej uwidaczniają ją społeczne konsekwencje funkcjonowania systemu emerytalnego. Konieczny do uzyskania emerytury staż pracy w wysokości 20 lat dla kobiet i 25 lat dla mężczyzn w warunkach permanentnego braku pewności w zatrudnieniu, znacznie obniża preferencje pracowników odnośnie oferowanych przez pracodawcę warunków. Tu presja ujawnia się w sposób oczywisty i z grubsza każdemu znany. Presja stażu często występuje jednak w bardziej subtelnej formie.W jednej z ogólnopolskich sieci handlowych próbowano powołać do życia organizację związku zawodowego. Pracownik wyznaczony do reprezentacji wobec pracodawcy powstającej struktury – autor niniejszego artykułu – został zwolniony nazajutrz po ujawnieniu się pracodawcy. Po kilku tygodniach zgłosił się do niego jeden z pracowników sieci z prośbą o pomoc przy kontynuowaniu organizowania związku. Po kilkunastu dniach zmienił jednak zdanie, argumentując to w następujący sposób: „Gdy mnie zwolnią tak jak ciebie, to jak wytłumaczę swojej córce, że musi przestać chodzić na lekcje gry na pianinie, których nie będę w stanie opłacić? Jak teraz mnie zwolnią, po zaledwie czterech miesiącach pracy, to nie będzie mi przysługiwał nawet zasiłek dla bezrobotnych”.Miał rację, do uzyskania zasiłku dla bezrobotnych potrzeba 12 udokumentowanych miesięcy pracy w okresie nie dłuższym niż 18 miesięcy. Przed zatrudnieniem się w owej sieci handlowej najwyraźniej miał on dłuższą przerwę w zatrudnieniu. Gdy udało mu się w końcu znaleźć tam pracę, jego rodzina odżyła, zaczęła normalnie funkcjonować. Jego niechęć do panujących tam warunków pracy musiała ustąpić przed nieubłaganą presją stażu – minimalnego bezpieczeństwa okupionego pogodzeniem się, przynajmniej chwilowym, z niechcianą rzeczywistością. Jednak po uzyskaniu minimum bezpieczeństwa w postaci prawa do zasiłku dla bezrobotnych, ochota na przeciwstawienie się zastanym realiom mija, a status quo pozostaje nienaruszony. Wspomniany pracownik już nigdy więcej nie zgłosił się z prośbą o pomoc w zorganizowaniu tam organizacji zakładowej.Presja dochoduTen, kto starał się kiedykolwiek o zasiłek z Ośrodka Pomocy Społecznej, wie, iż swój dochód – choćby go właściwie nie było – trzeba rzetelnie udokumentować. Zdarzyło się kiedyś w Zielonej Górze, iż pewną nadgorliwą pracownicę opieki społecznej podczas wywiadu środowiskowego, w chwili gdy miała się już pożegnać ze swoim podopiecznym, zafrapowała jego niefortunna wypowiedź. Zwierzył się on, że tak źle mu się powodzi, iż zaczął zbierać puszki.- Czy nosi pan je do skupu – spytała.- No tak, zawsze to trochę grosza.- A ile jest pan miesięcznie w stanie na tym zarobić?- Och, niewiele – odszukał kwit ze skupu i na swoją zgubę odczytał kwotę – ostatnio 17,50 zł.- A jak często chodzi pan do tego skupu,- Tylko czasami, raz lub dwa razy w miesiącu, to żadne pieniądze, zabieram puszkę tylko przy okazji, nie robię tego tak jak niektórzy „zawodowo”, jak uda mi się zarobić na tym dwadzieścia pięć złotych w miesiącu to rekord, ale to żadne pieniądze.Wyjaśnienia nie pomogły.- Niech pan w takim razie napisze oświadczenie – powiedziała i podała mu pustą kartkę.- Jakie oświadczenie?!- Pisz pan proszę: Oświadczam, że otrzymuję dochód w kwocie do 25 złotych miesięcznie ze sprzedaży surowców wtórnych…Tyle wystarczyło, żeby nie przyznać mu ponownie zasiłku celowego w kwocie 20 złotych na pomoc w uregulowanie opłat za prąd elektryczny i, co dla niego było wówczas istotniejsze, pozbawić go uprawnienia do odbioru deputatów żywnościowych. Przestał być beneficjantem pomocy społecznej, gdyż o kilka złotych przekroczył kryterium dochodowe wynoszące 477 zł (od 1 października 2012 roku wzrośnie ono do 542 zł).Presję dochodu jeszcze wydatniej można zaobserwować na płaszczyźnie gminnej polityki mieszkaniowej. Żeby otrzymać mieszkanie z zasobów komunalnych gminy, należy spełnić wymagane kryteria dochodowe. Na przykład w Nowej Soli w woj. lubuskim, by uzyskać mieszkanie komunalne lub socjalne (o ile to drugie nie zostało przyznane wyrokiem sądu), dochód miesięczny osoby samotnie gospodarującej nie może w okresie trzech miesięcy poprzedzających złożenie wniosku przekroczyć 150% najniższej emerytury brutto. Opierając się na bieżącym komunikacie Prezesa ZUS dotyczącym stawek najniższych gwarantowanych świadczeń emerytalno-rentowych – kwota najniższej emerytury wynosi 799,18 zł – obliczymy, iż próg dochodowy, powyżej którego mieszkanie z zasobów gminy Nowa Sól nie przysługuje samotnie gospodarującemu, wynosi niespełna 1198,77 zł brutto. To mniej niż wynagrodzenie minimalne tj. najniższe ustawowe wynagrodzenie, jakie może otrzymać osoba zatrudniona na umowę o pracę na pełnym etacie. To zaś, dla porównania, zgodnie z obowiązującym rozporządzaniem Rady Ministrów, wynosi 1500 zł brutto. Oznacza to, że osoba, która nie założyła rodziny i udało jej się znaleźć pracę – co wcale nie jest takie proste w powiecie, w którym stopa bezrobocia w lipcu 2012 r., kiedy bezrobocie spada w związku z pracami sezonowymi, wynosiła aż 23,5% – nawet jeżeli będzie to praca za najniższą możliwą płacę, ale w ramach stosunku pracy, której staż liczy się do emerytury i w ramach której korzysta się z uprawnień pracowniczych, to zgodnie z zasadami przyznawania lokali nie otrzyma ona mieszkania od miasta.Sytuacja wygląda nieco lepiej, jeżeli przyjrzymy się kryterium dochodowemu na osobę w rodzinę. Jest one równe minimalnej emeryturze w przeliczeniu na jednego członka gospodarstwa domowego. Przykładowo dochód małżeństwa z jednym dzieckiem upoważniający do starania się o mieszkanie z zasobów komunalnych w Nowej Soli nie może przekroczyć 2397,54 zł. Jednakże to i tak grubo poniżej przeciętnego wynagrodzenia, które zgodnie z komunikatem Prezesa GUS w ubiegłym roku wynosiło 3399,52 zł.Nowa Sól nie jest wyjątkiem, podobne kryteria obowiązują w gminach w całej Polsce. Pierwszym lepszym przykładem może być tu Szreńsk w woj. mazowieckim. Tutaj, w przeciwieństwie do Nowej Soli, przewidziano odrębne progi dla osób starających się o mieszkanie komunalne i socjalne. O ile w pierwszym przypadku zasady te są podobne do tych nowosolskich, z tą jednak różnicą, że tu weryfikacji podlega miesięczny dochód nie z trzech, lecz z dziewięciu miesięcy, to w wypadku mieszkań socjalnych progi te są dodatkowo niższe i wynoszą 125% najniższej emerytury (998,97 zł) dla jednoosobowego gospodarstwa domowego i 75% (599,38 zł) na osobę dla gospodarstwa wieloosobowego.Niektóre gminy oprócz określenia maksymalnego dochodu, powyżej którego osobie lub rodzinie mieszkanie nie przysługuje, ustalają także minimalne wymagania dochodowe. Takim miastem jest Radom. Tu osoba samotnie gospodarująca, ubiegająca się o lokal komunalny musi wykazać, iż otrzymywała w ciągu ostatnich trzech miesięcy dochód nie niższy niż 100% najniższej emerytury (799,18) i nie wyższy niż 150% (1198,77 zł). Natomiast rodzina musi się wykazać dochodem w przeliczeniu na osobę nie niższym niż 75% (599,38 zł) i nie wyższym niż 125% (998,97 zł).Restrykcyjne kryteria przyznawania lokali mieszkalnych są charakterystyczne dla wiejskich gmin oraz małych i średnich miast o wysokiej stopie bezrobocia. Zaostrzone kryteria przydziału mieszkań zawężają zakres osób, o których zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych gminy musiałyby zadbać. W ten sposób wykluczają one z możliwości korzystania z zasobów komunalnych liczne grupy mieszkańców, których nie stać na wynajem mieszkania po cenach rynkowych lub na kupno własnego mieszkania.Innym problemem, jaki powoduje ta sytuacja, jest poszerzenie szarej strefy w zatrudnieniu. Presja dochodu zmusza ludzi do zatajania swoich faktycznych zarobków. Te, do których odwołują się uchwały gmin jako na maksymalny dochód przy przyznaniu lokalu, są zbyt niskie, żeby za nie przeżyć, a czasami nawet wykluczają legalne zatrudnienie. Większość mieszkańców nowosolskich domów socjalnych pracujących w szarej strefie przyznaje, iż sami prosili pracodawcę, by rozliczał się z nimi nieoficjalnie, bez umowy. Ich sytuacja jest trudna, ponieważ uzyskują umowę o najem lokalu socjalnego często tylko na trzy miesiące. Zanim ten termin upłynie, muszą złożyć kolejny wniosek o przyznanie lokalu socjalnego ponownie, dokumentując swój dochód z ostatnich trzech miesięcy. Gdyby ich dochód w międzyczasie wzrósł, nie przyznano by im ponownie lokalu socjalnego. Pozostaliby bez tytułu prawnego do lokalu, aż z czasem gmina złożyłaby w sądzie pozew o eksmisję.By uchronić się przed tym zagrożeniem, osoby te godzą się na zatrudnienie bez umowy lub na podstawie tzw. umów śmieciowych, w których zaniżano realnie otrzymywane wynagrodzenie. Rezygnując z kodeksowej ochrony zatrudnienia, płacy i warunków pracy w rzeczywistości stają się tańsi od innych pracowników – nie obowiązują ich płatne urlopy, nie chodzą na chorobowe, nie dotyczą ich normy czasu pracy…Pracodawcy korzystają nie tylko z ich taniej siły roboczej, ale już sama ich obecność na rynku pracy przynosi im niewątpliwe korzyści. Gdy istnieje rosnąca grupa osób zmuszona pod presją do sprzedaży swej siły roboczej na o wiele mniej korzystnych niż przeciętnie warunkach, to zgodnie z prawem podaży i popytu, spada ze strony pracodawców zainteresowanie poprawą oferowanych pracownikom warunków pracy i płacy. W ten sposób powstają enklawy wyzysku niedające nadziei na godziwe zatrudnienie i coś więcej niż głodowe pensje.Presja terminuKażdy, kto choć raz w życiu ubiegał się o status bezrobotnego wie, co to znaczy przeoczyć termin. Szczególnie doniosłe znaczenie ma ów termin dla beneficjentów opieki społecznej. Zaświadczenie z Urzędu Pracy o posiadanym statusie bezrobotnego, stanowiące wykładnik aktywności na rynku pracy ubiegającego się o pomoc, jest tu kluczowym narzędziem weryfikacji.Czym grozi niestawienie się w wyznaczonym terminie u pośrednika pracy? Jeśli zdarzyło się to po raz pierwszy – utratą statusu bezrobotnego na 120 dni, po raz drugi – na okres 180 dni, a każdy kolejny raz – na 270 dni. To zaś, poza utratą ubezpieczenia, zwykle skutkuje także utratą dodatku mieszkaniowego i świadczeń z opieki społecznej. Osoba taka zostaje bez środków do życia, a – jak wykażemy dalej – konsekwencją przeoczenia terminu może być także utrata dachu nad głową.Trzy miesiące zwłoki w płaceniu czynszu upoważniają właściciela lokalu do podjęcia starań w celu wypowiedzenia umowy najmu. Wobec trzymiesięcznej zaległości w opłatach za lokal, wynajmujący wzywa lokatora do uregulowania zaległych i bieżących należności wyznaczając mu dodatkowy miesiąc na spłatę. Jeżeli lokator nie będzie w stanie tego uczynić, wynajmujący wypowiada mu umowę najmu. Cztery miesiące bierności w opłatach dzielą lokatora od wypowiedzenia umowy najmu – dokładnie tyle samo, ile czas, na który w razie niestawiennictwa w urzędzie został on pozbawiony statusu bezrobotnego, od którego zależy jego uprawnienie do otrzymywania dodatku mieszkaniowego.Nawet jeżeli gminy zarządzające lokalami komunalnymi często nie egzekwują swoich uprawnień w tak drastyczny sposób – lokatorzy po eksmisji nadal stanowią dla nich problem – to z możliwości usunięcia niepłacącego lokatora bezwzględnie korzystają właściciele reprywatyzowanych kamienic. Utrata tytułu prawnego do lokalu jest podstawą do wytoczenia powództwa o eksmisję. Co do zasady, jeśli lokator zdołał się już zarejestrować w Urzędzie Pracy, sąd zobligowany jest przyznać mu lokal socjalny z zasobów gminy, jeśli nie, komornik eksmituje go do pomieszczenia tymczasowego, a potem na bruk. Zmiany w listopadzie ubiegłego roku znacznie uprościły to postępowanie. Obecnie jeżeli gmina nie dostarczy pomieszczenia tymczasowego w ciągu sześciu miesięcy, komornik zobowiązany jest usunąć dłużnika do noclegowni lub innej wskazanej przez gminę placówki zapewniającej miejsce noclegowe.Podwyższenie progów jest konieczneWiększość z wyżej opisanych sytuacji jest wynikiem nakładania się różnych płaszczyzn, w obrębie których realizowane są założenia polityki społecznej, np. widzimy jak restrykcyjne założenia realizowanej przez gminę polityki mieszkaniowej przekładają się na relacje panujące w obrębie rynku pracy, lub też jak uchybienie terminowi stawienia się w urzędzie pracy może w dalszej perspektywie skutkować eksmisją. Presja ma charakter złożony, jest produktem skorelowania różnych, na pozór ze sobą niezwiązanych unormowań prawnych, w które wpisuje się praktyka silniejszych ekonomicznie grup społecznych. Przecież uchybienie terminowi w Urzędzie Pracy nie skutkowałoby eksmisją, gdyby nie właściciel kamienicy, który bez skrupułów wykorzysta każdą okazję, by pozbyć się niechcianego lokatora.Powyższe przykłady pokazują instytucje polityki społecznej państwa jako narzędzia presji wpisujące się w mechanizmy kontroli podporządkowane wąskiej klasie posiadaczy, nie oznacza to jednak, że mają one charakter jednoznacznie negatywny. Nie podlega bowiem dyskusji, że ich likwidacja w obecnych warunkach skończyłaby się społeczną katastrofą. Instytucje te organizują egzystencję szerokim warstwom spauperyzowanej klasy robotniczej. Negatywne aspekty tych instytucji może zniwelować tylko ich demokratyzacja, polegająca na wypracowywaniu mechanizmów umożliwiających dostęp szerokim warstwom społeczeństwa do sprawowania nad nimi kontroli. Pierwszym krokiem na drodze demokratyzacji instytucji polityki społecznej powinno być podwyższenie progów dochodowych uprawniających do korzystania z pomocy powyżej poziomu minimum socjalnego.16 września 2012Artykuł pojawił się pierwotnie na stronach pisma „Praktyka Teoretyczna” wydawanego przez Pracownię Pytań Granicznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w PoznaniuPrzypisy:1. Zob. J. Suchecka, Ekonomia zdrowia i opieki zdrowotnej, Warszawa-Kraków 2010, s. 62.2. Maksymalny dochód upoważniający do otrzymywania świadczeń z pomocy społecznej ustalony jest znacznie poniżej minimum socjalnego zdefiniowanego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Dodatkowo w przypadku indywidualnych gospodarstw domowych przez cały okres począwszy od 1994 roku do dziś (ostatnie dane pochodzą z ubiegłego roku), tj. od roku dla którego IPiSS pierwszy raz oszacowało minimum egzystencji (minimum biologiczne), próg dochodowy balansuje na jego granicy. W wypadku rodzin, szczególnie tych wielodzietnych, próg dochodowy upoważniający do otrzymywania świadczeń socjalnych sytuuje się znacznie poniżej minimum egzystencji.
czwartek, 20 wrzesień 2012
rozbrat.org
Poznań
Strefa Wolna od Śruby
13 września 2012 roku oficjalnie zostały rozpoczęte działania w ramach Koalicji Dla Mieszkańców Stolarskiej. Na początek został odczytany i przybity do barykad kamienicy apel solidarnościowy z mieszkańcami Stolarskiej. Powstał również blog koalicyjny stolarska.wordpress.com, na którym można złożyć podpis pod listem wspierających lokatorów poznańskiej kamienicy oraz dołączyć się do akcji „Zrób to na stolarskiej”.
wtorek, 18 wrzesień 2012
Molly
Świat
Ewikcja skłotu Delta w greckich Salonikach
Około godz. 7:30 w środę, 12 września w Salonikach, co najmniej pięć szwadronów jednostek MAT do walki z zamieszkami oraz dwa jeepy z antyterrorystycznej jednostki specjalnej EKAM otoczyły anarchistyczny squat Delta i chwilę później przystąpiły do szturmu. Dziesięć osób aresztowano w budynku. Zatrzymano także grupę osób przed budynkiem. Ponadto większa grupa przybyła by okazać solidarność z mieszkańcami została otoczona i odcięta przez policję. Policjanci przeszukali zajmowany od 2007 roku wielopiętrowy budynek. Skonfiskowano wiele rzeczy osobistych lokatorów w tym komputery, dyski twarde a nawet gotówkę.
poniedziałek, 17 wrzesień 2012
rozbrat.org
Poznań
Policja inwigiluje gości zaproszonych do WTK
7 czerwca br. poznańska lokalna telewizacja WTK zorganizowała debatę na temat Euro 2012. Blisko dwugodzinny program został podzielony na dwie 45-minutowe części. Wzięły w niej udział dwie 11-osobowe drużyny - jedna „za” EURO w Poznaniu, a druga „przeciw”. Wśród przeciwników znajdowalo się m.in. kilkoro działaczy i działaczek Federacji Anarchistycznej i Stowarzyszenia My-Poznaniacy.
poniedziałek, 17 wrzesień 2012
Piotr Laskowski i inni
Znalezione w sieci
Emma Goldman - anarchistka w drodze do wolności
Europa Wschodnia stała się na przełomie XIX i XX w. wylęgarnią wywrotowców. Polskim pochodzeniem szczycili się Ignacy Hryniewiecki, zabójca cara Aleksandra II, i Leon Czołgosz, który zastrzelił amerykańskiego prezydenta Williama McKinleya. Emma Goldman, Żydówka z Kowna, została najbardziej znaną anarchistką świata
poniedziałek, 17 wrzesień 2012
rozbrat.org
Walki społeczne w Polsce
Polscy faszyści przed wojną i dziś – część 1
W dniu 1 września odbył się na Rozbracie panel pt. „Polscy faszyści przed wojną i dziś”. Poniżej przedstawiamy najważniejsze tezy wygłoszone przez prelegentów. Były one wstępem do późniejszej ożywionej dyskusji w gronie uczestników spotkania (ponad 50 osób). Za kilka dni przedstawimy następną część prezentacji.
piątek, 14 wrzesień 2012
rozbrat.org
Świat
Solidarność z Jeremym ‘Anarchaosem’ Hammondem i innymi haktywistami
Politycznie uświadomiony twórca stron internetowych, Jeremy ‘Anarchaos’ Hammond, jest oskarżony o wykorzystywanie swej komputerowej wiedzy do atakowania grup konserwatywnych i organów państwa. Zarzuca mu się przynależność do kolektywu haktywistycznego Anonymous oraz udostępnienie serwisowi WikiLeaks dokumentów w ostatnim przecieku ze Stratforu. Hammond nie jest jedyną osobą, którą dotyka państwowe oskarżenie za walkę o wolność informacji.
czwartek, 13 wrzesień 2012
Jarosław Urbański
Analizy
Mięso i polityka
Z lotu ptaka widzimy przeciętne osiedle mieszkalne, w dole dostrzegamy sylwetki ludzi, dachy domów i samochodów, bawiące się na boisku dzieci. Potem kadr przesuwa się wzdłuż malowniczych pól uprawnych, na których zauważamy pracujące maszyny rolnicze. Tak zaczyna się film „To tylko zwierzęta" Łukasza Musiała i Adama Ptaszyńskiego. Powoli jednak zza horyzontu wyłania się szereg zabudowań, a muzyka zaczyna brzmieć coraz bardziej agresywnie. Kiedy budynki wypełniają cały kadry, orientujemy się, że znaleźliśmy się w innym świecie – codziennego cierpienia i śmierci. Współegzystuje on z naszym, przeczuwamy jego istnienie, ale go nie znamy.
czwartek, 13 wrzesień 2012
rozbrat.org
Poznań
Koalicja dla Mieszkańców Stolarskiej. Podpisz apel!
Poniżej publikujemy apel Koalicji dla Mieszkańców Stolarskiej, zachęcając do jego podpisywania oraz wspierania kolejnych działań koalicji. Inicjacją dla owych działań był wczorajszy happening pt. „Strefa wolna od Śruby”. Wspólnie z mieszkańcami poznania namalowano na ulicy granicę zakazu zbliżania, wyznaczoną przez poznańską prokuraturę dla Piotra Ś., którego firma na zlecenie Lechosława Gawrońskiego nęka lokatorów przy ul. Stolarskiej. Dziś miały miejsce kolejne działania jak czytamy na stronie Koalicji: O godz. 12.00 odbędą się na Stolarskiej obrony prac licencjackich z antropologii. O 15.00 rusza Koło Gospodyń Miejskich. O 17.00 Radna Osiedlowa z Wildy zagra na gitarze.
Więcej...
poniedziałek, 10 wrzesień 2012
rozbrat.org
Poznań
ZKZL zamierza wysiedlić kobietę w ciąży. Eksmisja na Gnieźnieńskiej odroczona
Jutro (wtorek) o godzinie 9 rano miała się odbyć na zlecenie ZKZL eksmisja matki z dwoma małymi córkami. Kobieta jest w ciąży z trzecim dzieckiem Pierwszą eksmisję zaplanowano na 6 sierpnia br. Komornik wówczas odstąpił od wykonania wyroku. Na miejscu była liczna grupa aktywistów gotowy blokować ewikcję oraz poznańskie media. (Pisaliśmy o tym TUTAJ)
czwartek, 06 wrzesień 2012
Dariusz Zalega
Znalezione w sieci
Nie dali się złamać...
Najdłuższy w powojennej Polsce, największy po 1989 r. - 20 lat temu wybuchł strajk w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Tychach. To był jeden z tych masowych protestów z lat 1992-1993, które – jak pisał późniejszy minister Jerzy Hausner - „stworzyły po raz pierwszy w tej skali wyzwanie dla rządzących elit i zagrożenie dla kontynuacji procesu transformacji”.
Fabryka Samochodów Małolitrażowych w 1992 r.: ponad 20 tys. pracowników w kilkunastu zakładach, z których największe mieściły się w Bielsku-Białej i przede wszystkim w Tychach (ok. 14 tys. pracowników). Ale nie chodzi tylko o liczby – to także prestiż, tradycja, wykształcona klasa robotnicza i grono inżynierskie. Tyle, że brakuje na inwestycje, nie wiadomo co dalej – choć coś już wiadomo: FSM S.A. jest pierwszym tak wielkim zakładem przygotowywanym do prywatyzacji.
W maju 1992 r. do pracowników docierają informacje o negocjacjach przedstawicieli rządu z delegacją włoskiego Fiata. Nie zapowiada się jednak źle. Włosi mieli odkupić od Skarbu Państwa 51% akcji. Pozostałe akcje, po zrealizowaniu zapisów ówczesnej ustawy prywatyzacyjnej – czyli po zaspokojeniu roszczeń pracowniczych (pracownikom przysługiwało 10 % nieodpłatnych akcji zakładu) – miały pozostać w rękach Skarbu Państwa.
I tu szok. W lipcu okazuje się, że nie tylko pracownicy nie dostaną żadnych akcji, to jeszcze Fiat przejmie aż 90% akcji. - Przejmie – nie kupi. Bowiem wartość tej transakcji ustalono na 18 milionów starych złotych – czyli równowartość czteromiesięcznego zarobku pracownika na linii montażowej w FSM – jak wspomina Krzysztof Mordasiewicz, jeden z uczestników późniejszego strajku. Ludzie po prostu się wkurzyli...
Gorące lato
Lato 1992 było gorące – nie tylko z powodu temperatury. „Akcje strajkowe wszczęte latem 1992 r. równocześnie w wielu przedsiębiorstwach w różnych regionach stanowią niewątpliwie kumulację niezadowolenia i sprzeciwu, który narastał stopniowo, lecz systematycznie”[1] - pisał Hausner. Przez cały kraj przetoczyła się największa od 1989 r. fala strajków. W szczytowym okresie uczestniczyło w nich kilkaset tysięcy pracowników różnych branż: górników, kolejarzy, no i pracowników FSM.
Rankiem 22 lipca 90 proc. pracowników tyskiego FSM zeszło ze stanowisk. Zwrócono się do przedstawicieli związków o przejęcie kierowania strajkiem. Wszystkie związki przystały na to, choć niektóre z oporami (bo rozpostarły słynny parasol ochronny nad reformami). Dyrektor nam sprowadził samochód straży pożarnej z nagłośnieniem. Przewodniczący Solidarności stanął na strażackim samochodzie, na którym zamontowano nagłośnienie, i zaczął się wykręcać. Zdenerwowani ludzie zaczęli trząść samochodem i krzyczeć, żeby poparł protest. - Ważne jest to, że Solidarność weszła, legalizując strajk, bo była już w sporze zbiorowym. Wycofała się jednak zaraz potem i zostawiła swoich członków i nas na lodzie – wspomina Franciszek Gierot, ówczesny przewodniczący Solidarności'80 w zakładzie[2].
Jako warunek przystąpienia do pracy stawiano realizację pięciu postulatów, m.in.: podwyżki płac do 10% ceny rynkowej samochodu cinquecento, wypłacenie każdemu pracownikowi premii przed rozpoczęciem przerwy remontowej oraz ochrony osób biorących udział w strajku.
Jeden ze strajkujących: - Jeżeli na sprzedaży fabryki nie zarobiła Polska, to niech chociaż zarobią pracujący tu Polacy. Niech nam płacą Włosi jak swoim w Turynie: 10% rynkowej ceny auta.
Układ sił związkowych w FSM był wówczas prosty: blisko 2 tysiące ludzi w Solidarności, 1,5 tys. u Metalowców (OPZZ), plus parę mniejszych związków. A wśród nich Solidarność'80, założona ledwo rok wcześniej (150 członków).
Równie prosta była postawa dyrekcji: albo koniec strajku, albo prokurator i odsiadka. Tym bardziej, że część związków już okrakiem wycofała się z protestu. W tym Solidarność – dwa dni po wybuchu protestu.
Krzysztof Mordasiewicz, wówczas członek Solidarności: „Na masówce utworzył się szpaler ludzi, którzy gwizdali i rzucali na ziemię legitymacje Solidarności”. Mordasiewicz przeszedł wówczas, wraz z tysiącem (!) kolegów, do Solidarności'80.
Wojewoda katowicki Wojciech Czech przestrzegał: „Fala strajków może zrodzić chaos”.
Powstał 50-osobowy komitet strajkowy. Dyrekcja jednak odrzuca rozmowy – uznaje komitet za nielegalny. Rozmawiała – ale ze związkami, które wycofały się ze strajku. Pojawił się też inny problem – z kim rozmawiać: jeszcze z przedstawicielami rządu, czy już z Fiatem. W końcu komitet strajkowy wystawił do rozmów komisję zakładową „Solidarności 80” - legalnie działający, zarejestrowany związek.
Oficjalnych rozmów nie prowadzono, ale były zakulisowe – w klimacie jak z filmów szpiegowskich. Związkowcy S'80 umówili się z dyrektorem w jednym z hoteli. Na trasie otrzymali informację, że na którymś kilometrze drogi mają się zatrzymać i zjechać. Nie mogło być przecieków, że odbywają się jakieś rozmowy. Ale i tak nie było ich efektów.
Janusz Lewandowski, minister przekształceń własnościowych, od razu zapowiedział: – Rząd nie będzie tolerował porozumień dotyczących podwyżek płac wynegocjowanych w warunkach dzikiego strajku.
Delegacja strajkujących pojechała w połowie sierpnia do Lewandowskiego. W spotkaniu brał udział także Jacek Kuroń. - Kuroń krzyczał, że mamy natychmiast stamtąd wyjść i że nas wszystkich zwolni – wspomina Gierot.
Mordasiewicz: „Wiedzieliśmy że oni nie mogą dać nam wygrać, bo to im sparaliżuje wszystkie przekształcenia, a w ślad za nami pójdą inni. Oni się bali, że to im się rozejdzie na cały kraj.” Bali się tym bardziej, że 6 sierpnia powstał Międzyzwiązkowy Krajowy Komitet Negocjacyjno-Strajkowy, w skład którego weszli liderzy wszystkich liczących się związków zawodowych, poza Solidarnością.
Nieoficjalnie strajkującym pomagał Lepper i OPZZ, które oficjalnie wycofało się ze strajku. Do Tychów zjeżdżali różni ludzie: Bugaj, Bujak, Małachowski, paru innych posłów, sporo wariatów, a nawet Świtoń, któremu kobiety z zakładu przewróciły samochód, bo wołał przez krzykaczkę, że strajkujący są z SB...
Trzeba złamać ten strajk
Mordasiewicz: „Lato strasznie upalne, a w pewnym momencie, żeby nas złamać, zakazano dostarczania wody mineralnej. Wiele razy próbowano nas złamać takimi drobiazgami. Rozpuszczono informację, że przyjechał z Włoch spec od łamania strajków”.
„Rzeczpospolita” przedrukowywała fragmenty książki „Angelli i sieć władzy”, opisująca wielkie strajki w Turynie, a przede wszystkim to, jak szef Fiata je łamał...
Zastraszano wielu strajkujących, którzy w innych działach mieli zatrudnionych członków rodziny. Dyrekcja groziła, że ich pozwalnia, jeżeli strajkujący nie wycofa się z protestu.
Część ludzi poddała się. Codziennie odchodziło po kilka osób – ale na kilkanaście tysięcy protestujących. Ale też strajk, to zero wypłaty.
Zdołowana Solidarność próbowała ratować swój wizerunek pozornymi mediacjami. - Ludzie w ogóle nie chcieli się zgodzić, żeby oni weszli do zakładu. A myśmy ich wpuszczali, żeby pokazać, jak oni oszukują. Dzięki Danielowi Podrzyckiemu mieliśmy wcześniej informacje z Ministerstwa Gospodarki, że nie będzie żadnych podwyżek, i że w ogóle nie uwzględniono naszych postulatów – wspomina Gierot.
Było pewne, że pojawią się łamistrajki. Ściągano ich nie tylko podstawionymi autobusami, ale nawet specjalnymi pociągami. Przy płocie zakładu dochodziło do pyskówek. Atmosfera była gorąca. Nawet strajkujące kobiety zza płotu mówiły wprost, że każdy kto by chciał wejść za płot, dostanie „wpierdol”. Strajkujący namalowali na parkingach przed zakładem wielkie napisy: „Tu stoją łamistrajki”. Tam już nikt nie chciał stać. Raz delegacja protestujących weszła też w tłum i zaczęła rozmawiać. Okazało się, że nie wszyscy byli przeciwni strajkowi.
Wicedyrektor Jerzy Siemianowski powiedział, że strajkujący zachowują się jak „faszystowscy bojówkarze”. 355 osób złożyło wtedy w prokuraturze wniosek o ściganie dyrektora za znieważenie strajkujących. Prokuratura odpowiedziała, że do znieważenia doszło, ale... brak interesu społecznego, by ścigać to przestępstwo z oskarżenia publicznego. Pozostała droga prywatnego oskarżenia, a to wymaga pieniędzy, których strajkujący nie mieli.
- Solidarność'80 zamieniła Tychy w swoją Stocznię - pieklił się jeden z niestrajkujących członków Solidarności.
Strajk wpłynął na całe miasto. Dzieci bawiły się w piaskownicach w strajk. Te, których rodzice strajkowali, nosiły opaski i mówiły na swoich kolegów: „zdrajcy”, „łamistrajki”. Podobnie zdarzało się w szkołach. Rozpadały się małżeństwa, bo ona wybrała strajk, a on pozostał za płotem.
1 sierpnia fabrykę mieli przejąć Włosi. Przesunięto tą datę na 1 września. Oświadczenie Komitetu Strajkowego: „Z powodu niewiarygodności polskiego właściciela, wyrażającej się brakiem troski o majątek FSM są, domagamy się rozmów z dyrekcją Fiata”. Komitet wysyła faks z poczty w mieście – nie ma innej możliwości.
Władze i dyrekcja straszą wycofaniem się Włochów. Strajkujący: - To blef, bo Włosi bardzo tanio kupili zakład.
Straszono bankructwem zakładu. - Nie myśmy doprowadzili do tego, że zakład jest bankrutem. Zrobił to w ostatnich latach rząd, a raczej jego polityka – tłumaczy komitet strajkowy. - Zadłużenie FSM przekracza 13 bilionów złotych (starych – przyp. DZ). Możemy powiedzieć: strajkując obniżamy straty, bo do każdego wyeksportowanego do Włoch cinquecento dopłaca się 18 mln starych złotych.
Jeden ze strajkujących: - My wiemy, że dyrekcja jest wygadana i w pojedynkach słownych mamy z nią małe szanse. Na rękę ich jednak weźmiemy.
My tu rządzimy...
W połowie sierpnia miała się skończyć przerwa remontowa, co wymagało zmiany formuły protestu. Dotychczasowy strajk rotacyjny przekształcono w okupacyjny, ograniczając ruch na terenie zakładu.
Mordasiewicz: „Było to konieczne z kilku względów. Po pierwsze, nie byłoby możliwości dalszego kierowania strajkiem, a po drugie chcieliśmy zabezpieczyć zakład. Wtedy wszystko by było możliwe, łącznie z sabotażem”.
Początkowo atmosfera w okupowanym zakładzie była nawet piknikowa: ludzie grali w piłkę, zorganizowano konkurs na najlepszą „willę” z tektury, w której chroniono się przed upalnym słońcem. Ale na bramkach były już dokładne kontrole.
Szło na noże. Po informacji o pierwszej liście 400 osób do zwolnienia, strajkujący rozpoczęli okupację budynku dyrekcji. Przyjechało 70 radiowozów, pół tysiąca policjantów, w tym kompania antyterrorystyczna z Krakowa.
Gierot: - Policjanci straszyli, że już wchodzą, a niektórzy z naszej strony już szykowali pręty do obrony.
Po policyjnym ultimatum strajkujący - kwadrans przed interwencją - opuścili jednak budynek. Komitet strajkowy wydał polecenie, żeby stawiać tylko bierny opór. Kierujący akcją komisarz Andrzej Chmura powiedział potem publicznie, że uważa, iż policja nie powinna być wykorzystywana do tego typu działań.
22 sierpnia tyscy księża wydali odezwę do mieszkańców - po konsultacjach z Solidarnością, w której wezwali do dialogu, równocześnie ogłaszając: „Istnieje zasadnicza różnica między obecnym strajkiem, a protestami z lat 1980 i 1988. Tamte, również motywowane sytuacją ekonomiczną, doprowadziły w rezultacie do zasadniczych zmian w państwie. Dziś protest załogi, wykorzystywany niezależnie od jej woli w celach politycznych przez niektóre centrale związkowe, może przynieść skutki jedynie ekonomiczne, katastrofalne dla pracowników, rodzin i lokalnej społeczności”. Tydzień później, w podobnym tonie, opublikowano oświadczenie biskupów śląskich, w którym ponadto wprost podkreślono: „Kościół opowiada się za prywatną własnością środków produkcji”.
Strajkujący zwrócili się do tyskich proboszczów, żeby w czasie mszy wystawili skarbonki na wolne datki dla rodzin strajkujących. Kilku z nich zgodziło się, ale zablokował to arcybiskup Damian Zimoń, który uznał strajk za „akcję polityczną”. A pieniądze były potrzebne – ludzie zadłużali się, pozbywali ostatnich oszczędności, wyprzedawali co mogli...
- W ostateczności sprzedamy samochody, które w końcu wyszły spod naszych rąk! - mówił dziennikarzowi jeden z protestujących.
Pod koniec sierpnia wybuchł wielki pożar lasów raciborskich. Straż zakładowa pojechała go gasić, a strajkujący – na prośbę strażaków - przejęli ochronę przeciwpożarową zakładu. Komitet strajkowy zadbał o wszystko. Mieszano lakier w zbiornikach, żeby nie zastygł. Były grupy, które zabezpieczały poszczególne wydziały, gdzie nie wolno było wchodzić. Mieli własną kuchnię, w lokalnych sklepach zawsze otrzymywali parę koszy bułek za darmo, żywność przywozili rolnicy z Samoobrony...
W pewnym momencie, spontanicznie, zaczął się strajk głodowy. Z kilkudziesięciu głodujących, kilkunastu hospitalizowano. A i tak gotowość do głodówki zgłosiło 200 osób.
W tygodniku „Nowe Echo” na czołówce ukazał się tekst z tytułem: „Dyktatura głodujących”
Klincz
Strajk przeciągał się. Włosi milczeli. Nerwy siadały.
Strajkujący zaproponowali przedstawicielom czterech państw zakup zakładu. Okazało się to tylko blefem.
13 września komitet strajkowy zwrócił się z prośbą o mediacje do arcybiskupa Zimonia. Rozmowy, w których rolę pośrednika odgrywali przedstawiciele biskupa, odbyły się 14 września – trwały od 11 do 2 w nocy. Strajk zakończono. Jak wspominał kilka miesięcy później Zimoń: „Byliśmy wśród robotników jako duszpasterze, broniliśmy ich przed manipulacją ze strony niektórych central związków zawodowych”[3].
Zgodnie z porozumieniem najniższa płaca w Fiacie miała wynosić 75% średniej krajowej, utrzymano zakładową służbę zdrowia (przetrwała do teraz na wysokim poziomie), uczestnicy strajku nie mieli być represjonowani (ale i tak 77 osobom wręczono dyscyplinarki). No i ugruntowała swoją pozycję już najsilniejszego związku w zakładzie Solidarność'80 – późniejszy Sierpień'80”, który doprowadził do zawarcia układu zbiorowego – co było rzadkością w tamtych czasach. Gwarantowano w nim coroczne podwyżki, korzystne dla pracowników systemy premiowania.
Od razu rozgorzała dyskusja: kto wygrał strajk? W jednym z tygodników lokalnych, tekst zatytułowany „Przegraliśmy!”: „Przegrali zwolennicy reform rynkowych, poszanowania obiektywnych praw ekonomicznych z prawem własności na czele”[4].
Mordasiewicz: „Zaraz po strajku uczono o nim w szkołach, na Wiedzy o Społeczeństwie. Mówili dzieciom, że mamy postawę roszczeniową i nie rozumiemy konieczności wynikających z przemian ustrojowych”.
We wrześniu 1992 r. rzecznik grupy Fiat powiedział francuskiemu dziennikarzowi: - Chcemy stworzyć w Polsce ten sam klimat społeczny co we Włoszech, czyli „stopniowo” doprowadzić poziom socjalny i płacowy do poziomu włoskich fabryk[5].
Po latach okazało się jednak, że to raczej włoskie pensje zaczęto ściągać do polskiego poziomu. Strajki z 1992 pokazały jednak, że klasa robotnicza wcale nie odeszła do lamusa historii.
Tinta
W październiku 1992 r. CBOS przeprowadził badanie „Mieszkańcy Tych o strajku w FSM”[6]. Na pytanie, co było przyczyną strajku, 38% odpowiedziało, że zbyt niski poziom zarobków, a tyle samo, że niezadowolenie z różnic w dochodach między włoskimi i polskimi pracownikami. Zdaniem autorów opracowania strajk w Tychach spowodowany był również tzw. „efektem demonstracji” - „robotnicy zobaczyli, że za taką samą pracę można otrzymać różne wynagrodzenie”. W chwili rozpoczęcia strajku miał on w mieście 45% zwolenników i 25% przeciwników. We wrześniu, przy przedłużającym się ostrym konflikcie, poparcie wyrównało się – po 33% za i przeciw. Jednak aż 60% uznawało, że racje strajkujących były uzasadnione. W podsumowaniu raportu czytamy: „wszystkie zaangażowane w mniejszym lub większym stopniu w strajk instytucje – z wyjątkiem Kościoła – straciły w opinii mieszkańców, natomiast wśród osób związanych ze strajkiem zyskała Solidarność'80”.
Przypisy:
[1] Jerzy Hausner, „Populistyczne zagrożenie w procesie transformacji społeczeństwa socjalistycznego”, Warszawa 1992, Fundacja im. F. Eberta w Polsce.
[2] Michał Radziechowski, „Nielegalni'92”, Trybuna Robotnicza, 9 sierpnia 2007.
[3] Abp Damian Zimoń, „Drogą Kościoła jest człowiek”, Kuria Metropolitalna, Katowice 1995.
[4] J. Pikiewicz, „Przegraliśmy”, Echo, 23.09-29.09.1992.
[5] „Fiat dans la piege polonais”, Le Figaro, 8 września 1992.
[6] Za: Echo, 4.11-10.11.1992.
Dariusz Zalega
Artykuł ukazał się w "Le Monde diplomatique - edycja polska".
Najdłuższy w powojennej Polsce, największy po 1989 r. - 20 lat temu wybuchł strajk w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Tychach. To był jeden z tych masowych protestów z lat 1992-1993, które – jak pisał późniejszy minister Jerzy Hausner - „stworzyły po raz pierwszy w tej skali wyzwanie dla rządzących elit i zagrożenie dla kontynuacji procesu transformacji”.Fabryka Samochodów Małolitrażowych w 1992 r.: ponad 20 tys. pracowników w kilkunastu zakładach, z których największe mieściły się w Bielsku-Białej i przede wszystkim w Tychach (ok. 14 tys. pracowników). Ale nie chodzi tylko o liczby – to także prestiż, tradycja, wykształcona klasa robotnicza i grono inżynierskie. Tyle, że brakuje na inwestycje, nie wiadomo co dalej – choć coś już wiadomo: FSM S.A. jest pierwszym tak wielkim zakładem przygotowywanym do prywatyzacji.
czwartek, 06 wrzesień 2012
rozbrat.org
Poznań
Stolarska: Śruba powstrzymany po raz kolejny
W środę, 5 września rano, do kamienicy przy ulicy Stolarskiej, blokowanej przez lokatorów, ponownie chcieli wtargnąć robotnicy Piotra Śruby. Pretekstem była kontrola Nadzoru Budowlanego. Wejść wraz z inspektorami do budynku chcieli - powołując się na niejasne pełnomocnictwa. Na miejsce przybyła też policja. Obecnych było kilkunastu działaczy Federacji Anarchistycznej i Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów.
Mieszkańcy początkowo nie wpuścili nikogo, po pertraktacjach weszli inspektorzy, dwoje funkcjonariuszy i przedstawiciel Piotra Śruby, który ostatecznie opuścił budynek po zakończeniu kontroli.
Dziś robotnicy Śruby okazywali się też umowami najmu, twierdzili przy tym, że są mieszkańcami kamienicy. Pod tym pretekstem żądali, aby ich wpuścić.
Również dziś lokatorzy blokujący kamienicę otrzymali pisma, w których wzywa się ich do natychmiastowego opuszczenia mieszkań.
Lokatorzy mają uzasadnione podstawy by nie wpuszczać na teren kamienicy pracowników, których szef jest oskarżony o nękanie oraz wydano względem niego zakaz zbliżania na odległość 100 metrów do kamienicy.
Mieszkańcy kamienicy żądają przyjazdu właścicieli – Lechosława Gawrońskiego oraz Grzegorza Liberkowskiego, którzy jak dotąd wyzbywają się odpowiedzialności za zlecanie nękania.
wtorek, 04 wrzesień 2012
Jarosław Susz
Polityka
Mały polityk... Zaczipować go jak psa!
Lech Wałęsa, jak by go nie oceniać, to polityk wielkiego kalibru, były lider robotniczy. Zdarzało mu się w historii publicznej aktywności wypowiadać piramidalne bzdury, w związku z czym niewielu traktuje serio to, co mówi. Ostatnio jednak powiedział coś, co nawet jak na niego brzmi dość oryginalnie: zaproponował, by wszystkim kandydatom na polityków montować, jak psom, czipy, byśmy mogli wiedzieć co robią, z kim śpią itd. W kontekście uprawnień i dojść polityków do kontroli współobywateli wydaje się to dobrą przeciwwagą. Zwłaszcza, że nawet polityczne liliputy włączają dziś w swoją działalność węszenie i zbieranie „haków”.
Jacek Jaśkowiak, prawnik, niedoszły prezydent Poznania, przedstawiciel wielce postępowych i zielonych „Ich Poznaniaków” wziął się właśnie za dziennikarstwo. Ale nie za zwykłe dziennikarstwo! Zaczyna on swoją pracę od śledzenia wpisów znajomych dziennikarza „GW”, z którym się rozprawia, na Facebooku. Jeśli jeszcze macie Facebooka radzę wam: strzeżcie się; razem z Jarosławem Puckiem, urzędnikiem ZKZL-u, Jaśkowiak rozpoczyna śledczą intifadę prawych i statecznych obywateli miasta.
Nie straszna Jaśkowiakowi cyniczna woltyżerka logiczna („ weszli anarchiści i nadużywający alkoholu bezdomni grzecznie opuścili kamienicę - zapewne pod most”). Mając czytelników i czytelniczki za stado baranów, autor tyrady w obronie porządku zastanego miesza sprawę lichwiarzy i klientów Amber Gold oraz sprawę białostoskich neonazistów skazanych na rok więzienia z brutalną likwidacją skłotu Warsztat w Poznaniu. Lider „ruchu” miejskiego znajduje także upodobanie w powtarzaniu idiotyzmów zaczerpniętych z prawicowych brukowców: z poglądów anarchistów na temat państwa pseudosylogizmem dowodzi, że do Warszawy 11 listopada nie przyjechali blokować marszu nacjonalistów i zwolenników autorytaryzmu, ale brać udział w zadymach (oczywista oczywistość: nie świętują znaczy - chcą dymić, mali politycy i śledczy-amatorzy zawsze poruszają się tropem jedynie dwu wykluczających się możliwości). Cynizm polityka „ruchu miejskiego” polega na tym, że milczał, gdy miasto dokonywało masowych eksmisji przy asyście sił policyjnych. Milczał, gdy prywaciarze najmowali bandy karków wykurzających legalnych mieszkańców swoich kamienic.
Tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. Jaśkowiak, pseudo-opozycjonista wobec Ryszarda Grobelnego i jego grona, zabiera głos dopiero wtedy, gdy przychodzi mu bronić „świętej własności prywatnej”. Zrównuje w imię tego uzbrojonych w pały, zakonspirowanych w zorganizowaną grupę przestępczą o utajnionych strukturach, antysemickich bandziorów z Białegostoku ze środowiskiem anarchistycznym, działającym jawnie, walczącym pokojowo o konstytucyjne (!) prawa obywatelskie. Przedstawiciel pokolenia, które uwłaszczyło się na prospericie spowodowanej m.in. ruchami kapitału, powstałej z wyprzedaży majątku społecznego radzi dzisiejszym osiemnastolatkom „trochę popracować” i zatrudniać pracowników. Trochę popracować i wyzyskiwać, to odwieczna gospodarcza mantra neoliberałów, takich jak Jaśkowiak, Grobelny, Palikot, Kaczyński, Pawlak, Miller, Belka, Balcerowicz, Gronkiewicz-Waltz itd.
A co jeśli nie chcemy? Co jeśli nie chcemy trochę popracować i wyzyskiwać, by na przykład mieć klub go-go na środku starówki, zatrudniać na czarno ubrane na różowo młode dziewczyny nagabujące i doprowadzające mężczyzn pod klub? Co jeśli nie chcemy trochę popracować i wyzyskiwać, gdy w przeciwieństwie do ślepych na wydarzenia globalne Jaśkowiaków, Balcerowiczów i innych widzimy, że ich system się wali i szukamy alternatyw innych niż państwo policyjne i hierarchia dziubania? Alternatyw szukamy, bo musimy! Co wtedy, kiedy każde z nas dojdzie do punktu, w którym powie „sprawdzam!” patrząc na grę, w której konstytucją wyjętą ze skrzynki pocztowej w 1997 można już tylko bronić (anarchiści broniący prawa to dla części świetny temat do dowcipów!); albo użyć jej w ubikacji. Co jeśli mamy dość takich cwaniaczkowatych wypowiedzi jak ta, w której prawnik i członek „ruchu miejskiego” nie zauważa wzmożonej aktywności policji wobec rzeczywistych aktywistów miejskich, nie zauważa procesów, jednego za drugim, przegrywanych przez policję nękającą anarchistów. Co jeśli legalnymi środkami sprzeciwiamy się polityce miasta, bizantyjskim wydatkom na meczyki rujnującym budżet miasta, które krytykują nie tylko środowiska wolnościowe, ale i kibice skupieni wokół swoich klubów? Wtedy nie tylko „nieznani podglądacze” zbierają o nas informacje do swoich baz danych. Wtedy Jaśkowiaki i inne cwaniaki mówią nam, że nie mamy prawa krytykować ich porządku, bo nie płacimy podatków. Postępując w ten sposób sprawiają, że czujemy się jak święci anieli, co to nie jedzą, ubrań nie mają i piwka nie piją. Przypomnieć należy takim Jaśkowiakom, że płacimy za jedzenie, wodę, komunikację, benzynę, książki – słowem uczestniczymy w gospodarce i płacimy podatki. O naszej kulturotwórczej roli w ramach kapitalistycznego pojmowania tkanki miejskiej i zwiększania kapitału miasta nie warto w tym miejscu wspominać.
Antykapitalistyczną terrorystkę Ulrike Meinchoff, którą wymienił w poście redakcyjny kolega kolegi, którego zaatakował w swoim artykule Jaśkowiak (wybaczcie tę konstrukcję, karkołomną jak cała pseudoargumentacja autora wymierzona niby to w redaktora „GW”, a tak naprawdę anarchistów) w więzieniu potajemnie wykończyło wraz z jej towarzyszami państwo. Tak głosi legenda. Być może, gdyby zaczipowano odpowiednio wcześnie polityków RFN, dysponowalibyśmy danymi mogącymi ją potwierdzić, obalić czy podać prawdziwy bieg wypadków. Być może, gdyby odpowiednio wcześnie zaczipowano Jaśkowiaka, dowiedzielibyśmy się więcej na temat motywacji stojących za tak manipulatorskim i zwyczajnie niskim głosem w debacie w sprawie skłotu Warsztat. Tak właśnie Głos Wielkopolski, woli legitymizować na swych łamach mierność, nie zostawiając miejsca na merytoryczną dyskusje, w swoim, a nie społeczeństwa interesie.
Lech Wałęsa, jak by go nie oceniać, to polityk wielkiego kalibru, były lider robotniczy. Zdarzało mu się w historii publicznej aktywności wypowiadać piramidalne bzdury, w związku z czym niewielu traktuje serio to, co mówi. Ostatnio jednak powiedział coś, co nawet jak na niego brzmi dość oryginalnie: zaproponował, by wszystkim kandydatom na polityków montować, jak psom, czipy, byśmy mogli wiedzieć co robią, z kim śpią itd. W kontekście uprawnień i dojść polityków do kontroli współobywateli wydaje się to dobrą przeciwwagą. Zwłaszcza, że nawet polityczne liliputy włączają dziś w swoją działalność węszenie i zbieranie „haków”.
Strona 88 z 185