Politycy, profesorzy i homo-studentki

  • Kinga Krzysztowiak
  • poniedziałek, 25 luty 2013
Na wyższych uczelniach wrze. Po oświadczeniu poznańskich i krakowskich wykładowców, którzy stanęli w obronie najbardziej zaściankowych poglądów na sprawę związków partnerskich, część studentów i studentek odpowiedziała akcją pod hasłem „Homoterapia”. Parlament Samorządu Studenckiego UAM poczuł się zobligowany do wydania oświadczenia w tej sprawie. W jego opinii uczelnia winna „pozostać przede wszystkim miejscem rozwoju nauki i kształcenia światłych obywateli naszego państwa, nie miejscem wymiany manifestów politycznych”.

Powstaje pytanie, dlaczego parlament studencki nie zabrał głosu w sprawie listu członków AKO (Akademicki Klub Obywatelski im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego), nazywającego homoseksualność i transseksualność anomalią? Pracownicy naukowi Uniwersytetu, wykorzystując stopnie naukowe oraz pozycję w świecie nauki, twierdzą, iż homoseksualność i transeksualność są anomaliami. Głos zabrali w momencie ważnej debaty politycznej. W oświadczeniu napisali, że o zmianie statusu homoseksualizmu z „zaburzenia” na „stan” i skreśleniu go z listy chorób ONZ „zadecydowały nie badania naukowe, a referendum przeprowadzone wśród psychiatrów i psychologów”. Podważają tym samym zasadność skreślenia tych form seksualności z listy chorób. Sugerują, że można owe stany traktować jako patologiczne odstępstwa od „normy”.  Osoby broniące posłanki Krystyny Pawłowicz formułują sugestię o ewentualnej możliwości leczenia lub/i izolowania (fizycznego, symbolicznego, społecznego i prawnego) osób o odmiennej seksualności.

List otwarty członków AKO nie był jedynie obroną posłanki Pawłowicz przed pozbawieniem jej posady na uczelni. Zawierał on również określone postulaty zmierzające do politycznego i społecznego wykluczenia pewnej mniejszości i elementy teorii mające owe postulaty podpierać. List określał co jest naturalne, a zatem użyteczne i pożądane (z biologicznego i społecznego punktu widzenia), a co naturalnym nie jest i powinno zastać uznane za marginalne. Jest to wspieranie przez naukę dyskryminacji. Dyskryminacji, która za murami uczelni przybiera postać nierzadko przemocy fizycznej. Argumenty naukowców stają się jej uzasadnieniem i rozgrzeszeniem. Czy takie działanie  – według samorządu studenckiego – było zgodne z zasadami funkcjonowania na uczelni?

Happening został zorganizowany przez studentów i studentki by uświadomić autorom listu w obronie Pawłowicz realne znaczenie głoszonych przez nich poglądów naukowych. Po czyjej stronie staje „samorząd”? Dlaczego milczy w sprawach dyskryminacji części członków wspólnoty akademickiej, a larum podnosi tylko po to, aby zamknąć usta pokrzywdzonym?

Happening i poprawność polityczna

Happening często posługuje się dobitnym i radykalnym językiem. Jego podstawową rolą, jako działania artystycznego i zaangażowanego społecznie, jest wzbudzenie szerokiego zainteresowania poruszanym tematem i wywołanie debaty. Także debaty akademickiej. Sam happening nie niesie za sobą tyle ładunku i znaczenia, co jego społeczny oddźwięk i dyskusja z nim związana.

Osoby publiczne, w tym pracownicy uniwersytetu i naukowcy, występując z określonymi postulatami politycznymi, muszą liczyć się z możliwością krytycznej odpowiedzi. Tak jak w demokratycznym społeczeństwie ludzie mają prawo do demonstrowania swoich poglądów, wyrażania żądań, tak studenci mają prawo do głośnego, artystycznego i politycznego zajmowania stanowiska w danej kwestii. Do wyrażania sprzeciwu wobec działań pracowników naukowych. Tym bardziej, jeżeli mają one realny i bezpośredni wpływ na życie studentów, tak w murach uczelni, jak i poza nimi.

Mówienie z różnych pozycji ma różną moc. Ograniczenie wypowiedzi uderza przeważnie w głos mniejszości. Głośny i dobitny "krzyk" jest potrzebny by zachwiać dobrym samopoczuciem tych, którzy w sferze publicznej atakują z pozycji władzy politycznej i naukowej.

Demokracja wzbudza panikę

Ile to pokoleń studentów i studentek słyszało, że uniwersytet nie jest „wieżą z kości słoniowej”. Nie jest odizolowaną wyspą w uniwersum życia społecznego i politycznego. Czy nie jest wyrazem głupoty i ignorancji postulowanie odcięcia się wyższych uczelni od debat publicznych? Stłumienia ich w imię fałszywej neutralności i położenia kresu wszelkim przejawom politycznej bądź artystycznej aktywności? Czy prawo do politycznej ekspresji mają tylko doktorzy i profesorowie? Kontrowersyjne wypowiedzi profesorów nie inspiruje studenckich samorządowców do zabrania głosu. Na drodze swej indywidualnej kariery już dziś zostali potulnymi baranami, gotowymi zrobić wszystko, aby nie narazić się na gniew uniwersyteckiej kadry. Samorząd pozostaje ślepy na realne relacje panujące na uczelni i poza nią. Studenci nie są, czego samorząd by pragnął, jałowymi politycznie kosmitami.

W części środowiska akademickiego zapanowała panika. Okazało się, że na spokojne i konformistyczne uczelnie wdarły się politycznie postulaty i żądania. Są one echem i reakcją na zaściankowe idee części naukowców, wspierających konserwatywne partie. Realna demokracja i swoboda wypowiedzi zapukała do drzwi doktorów i profesorów, a ich ogarnęła trwoga. Władze uczelni organizują patrole wykładowców, których zadaniem jest denuncjowanie wszelkich podejrzanych, odbiegających od normy działań grup studentów (czytaj TUTAJ). Tylko czekać, aż wynajęte firmy ochroniarskie będą strzegły wejść do uczelni, przeszukiwały studentów, sprawdzały ich legitymacje i określały, czy ich wygląd oraz zachowanie odpowiadają uniwersyteckiemu etosowi.