System pracy najemnej jest wynikiem przywłaszczenia indywidualnego narzędzi produkcji i ziemi; jest on zarazem koniecznym warunkiem rozwoju produkcji kapitalistycznej: wraz z nią musi też zginąć.
Piotr Kropotkin

KontenerART 2010. Rewitalizacja czy gentryfikacja poznańskiego Chwaliszewa?

Mikołaj Iwański, Rafał Jakubowicz
[...] jeśli przekopią stare koryto Warty,
będzie tu pierdyliard kawiarenek jak w Pradze [...]

Edward Pasewicz, Przed szybą wielką i czystą(1)

kontener1

Mikołaj Iwański (ur. 1979), filozof, wykładowca Politechniki Koszalińskiej, mieszka w Poznaniu.
Rafał Jakubowicz (ur. 1974), artysta i krytyk sztuki, mieszka w Poznaniu.

Tekst powstał w związku z Międzynarodową Konferencją Naukową pt. URBAN TRANSITIONS. FOOTPRINTS OF SOCIAL, CULTURAL AND ECONOMIC CHANGE, organizowaną przez Katedrę Socjologii i Filozofii oraz SKN „Intersophia”, która odbędzie się 21-22 października 2010 r. na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu
http://www.ut.ue.poznan.pl/sg.html
KontenerART to „mobilne centrum kultury”, które funkcjonuje w Poznaniu, już po raz trzeci, od maja do października 2010 roku. Projekt został oprotestowany przez mieszkańców okolicznych domów, którzy dostrzegli w nim jedynie uciążliwości, związane m.in. z nadmiarem decybeli.(2) Dyskusja, tocząca się na łamach poznańskiej „Gazety Wyborczej”, spolaryzowała czytelników, dzieląc ich na zwolenników idei Kontenerów oraz przeciwników hałasu w centrum, lobbujących za cichym śródmieściem. Tymczasem wydaje się, że problem tkwi gdzie indziej.

Pierwsza edycja KontenerARTu, w 2008 roku, na Placu Wolności, była czymś zupełnie innym niż druga, a zwłaszcza zaś trzecia, na Chwaliszewie. Inicjatorzy podkreślają, że przedsięwzięcie wpisuje się w program rewitalizacji zdegradowanej, biednej i zaniedbanej dzielnicy. Podczas gdy na Placu Wolności, zdominowanym głównie przez banki oraz inne instytucje finansowe, projekt można było postrzegać w pozytywnym kontekście odzyskiwania centrum miasta, obecnie – w starym korycie Warty – należy go widzieć przede wszystkim w pejoratywnym wymiarze gentryfikacji. Zastanawiające, że nikt dotąd – w prasowej debacie – nie podjął tego zagadnienia.

Rewitalizacja

Rewitalizacja, czyli działanie skupione na ożywianiu zdegradowanych obszarów miast, może być rozumiana na wiele różnych sposobów, co powoduje, że każda właściwie inwestycja – począwszy od drobnego remontu chodnika, renowacji fasady kamienicy, zainstalowania kamer monitoringu czy otwarcia przytulnej kawiarenki, poprzez budowę apartamentowca, aż po adaptację starej fabryki na gigantyczne centrum handlowo-kulturalne – mieści się w ramach tego pojęcia. Rewitalizacja jest słowem-opakowaniem, w którym można świetnie sprzedać właściwie dowolne działanie. Socjolog, Piotr Luczys, przeprowadził analizę terminu rewitalizacja, wyszczególniając kilka możliwych znaczeń.(3) Pisał: Kiedy słyszę „rewitalizacja” myślę o sterylności, dążeniu do czystości, ale w znaczeniu jałowości, pustki znaczeniowej, sterylizującej standaryzacji [...] Mówienie o rewitalizacji często podszyte jest misją czynienia miejskim tego, co miejskie nie było, zagospodarowania pustych terenów w szacie miasta, pokrywania białych plam na mapie nowymi znacznikami obecności. To oddawanie miastu tego, co – choć znajduje się na jego obszarze administracyjnym – rozprasza funkcjonalność, przerywa szlaki komunikacyjne, burzy schemat estetyczny; tego, co pozostaje znakiem przestankowym w miejskim dryfie, tego, co odrywa naszą uwagę od miasta swoją niemiejskością, swoim niedopasowaniem. To wstawianie plomb, uzupełnień w obraz miasta, rodzaj endogennej misji urbanizacyjnej. Dlaczego? Ponieważ tak rozumiana rewitalizacja definiuje pustkę jako niemiejską, pozbawiając ją znaczenia w przestrzeni zurbanizowanej. A przecież może ona być łącznikiem, pośrednikiem, wspomnieniem, drogą dojścia, mieć różne walory i znaczenia. [...] Słyszę o komercjalizowaniu i zawłaszczaniu przestrzeni, hamowaniu rozwoju przestrzeni publicznych, globalizacyjnym odzyskiwaniu przestrzeni [...](4)Autor zwrócił uwagę, że rewitalizacja może być zarówno pozytywna, jak i negatywna; może mieć moc ożywiającą jak i unicestwiającą.(5) Moc unicestwiającą ma niewątpliwie taka rewitalizacja, w której kryje się widmo gentryfikacji, krążące obecnie nad ubogimi, zdegradowanymi dzielnicami polskich miast.

Rewitalizacja/gentryfikacja

Gentryfikacja – pisała Asia Kubiakowska – jest polityką państwową (tyle tylko że zamaskowaną pod pojęciem „rewitalizacji”), a postępujące procesy podwyższania rynkowej wartości centralnie położonych dzielnic przedstawiane są z dumą jako oficjalne sukcesy.(6) Termin rewitalizacja, zaczerpnięty z biologii oraz medycyny, ma jednoznacznie pozytywne konotacje, kojarzy się bowiem z przywracaniem sił witalnych, ożywianiem, regenerowaniem chorych organów, co stanowi rzekomo naturalny proces, również w odniesieniu do tkanki miejskiej. Strategia propagowania rewitalizacji ukrywa zatem – jak pisał Neil Smith – społeczne źródła oraz cele zmiany miejskiej, wymazując politykę wygranych i przegranych, z której wyrasta.(7) Pod eufemistycznym pojęciem rewitalizacji często kryje się, w praktyce, gentryfikacja. Pojęcie „gentryfikacja” wywodzi się – pisała Anna Karwińska – od angielskiego słowa gentry (szlachta), chodzi tu zatem o rodzaj „nobilitacji” miejsca, nadania mu statusu, „klejnotu”, jakby można powiedzieć odwołując się do tradycji szlacheckiej w Polsce.(8) Karwińska rozróżnia trzy typy gentryfikacji: ekonomiczną, społeczną i symboliczną (kulturową).(9) Gentryfikacja oznacza przemiany, zarówno społeczne jak i przestrzenne, jakie zachodzą w dzielnicach mieszkaniowych. Opisuje zmianę substancji mieszkaniowej, struktury społecznej oraz wizerunku dzielnicy. Gentryfikacja to teoria przestrzeni miejskiej sformułowana początkowo w odniesieniu do dużych miast USA w latach 70. Następnie, w latach 80., została przeniesiona na grunt niemiecki. Odnosi się do definicji zaproponowanej, w 1964 roku, przez brytyjską socjolożkę, Ruth Glass, opisującą przemiany społeczne londyńskiej dzielnicy Islington.(10) Język rewitalizacji osładza – jak to określił Neil Smith –  gentryfikację. Ponieważ język gentryfikacji wyraża prawdę o przesunięciu klasowym związanym z „rewitalizacją” miasta, stała się ona brudnym słowem dla deweloperów, polityków i finansistów.(11) Dlatego właśnie zarówno lokalni politycy, urzędnicy, deweloperzy jak i artyści wolą posługiwać się terminem „rewitalizacja”, którego nadużywają, najczęściej zupełnie bezrefleksyjnie. Gentryfikacja oznacza rozwój zaniedbanego zakątka miasta, który dzięki modnym klubom i luksusowym apartamentowcom przestaje się już kojarzyć z ruderami i menelami. Polscy urbaniści – zwrócił uwagę Wojciech Orliński – używają wprawdzie od dłuższego czasu określenia rewitalizacja, ale po pierwsze, takie ono polskie jak gentryfikacja, a po drugie – słowo rewitalizacja, czyli ożywienie, budzi od razu pozytywne skojarzenia.(12)

Procesom gentryfikacji towarzyszy najczęściej milczenie oraz bierność mieszkańców, których przemiany dotykają. Ich sporadyczne protesty niewiele wnoszą, są mało skuteczne, gdyż podjęcie walki z lokalną polityką oraz kapitałem, urzędnikami oraz deweloperami, kończy się zazwyczaj porażką. Najprościej rzecz ujmując, gentryfikacja – pisał Mateusz Gierszon – jest to proces nobilitacji dzielnicy, a więc podnoszenia jej statusu i wartości jako produktu czy zasobu ze wszystkimi tego skutkami. Podkreślić trzeba, że jest to proces zewnętrzny wobec dzielnicy i lokalnej społeczności. Zewnętrzny w sposób dwojaki, po pierwsze siły inicjujące go pochodzą spoza dzielnicy; z sali Rady Miasta i Biura Planowania Przestrzennego lub zza biurek deweloperów. Równocześnie, a może przede wszystkim, mieszkańcy dzielnicy jako element decyzyjny i partycypujący, niemal nie uczestniczą w planowaniu. Dzięki praktycznej dominacji prawa własności nad zasadą dobra wspólnego, w dzielnicach przeprowadzane są rewolucyjne zmiany, na które mieszkańcy nie mają żadnego wpływu.(13) W przypadku Chwaliszewa istotne znaczenie odgrywa plan Urzędu Miasta oraz lobbingowa działalność Stowarzyszenia „Chwaliszewo” (o czym szerzej piszemy w dalszej części tekstu). Autor zauważa, że: Pochodzenie sił inicjujących rewitalizację/gentryfikację jest mniej istotne, lecz nie bez znaczenia. Impuls może być wysłany zarówno z Urzędu Miasta, jak i lokalnych stowarzyszeń, kościołów czy koalicji tych grup. Najistotniejsze są jednak zakładane cele, zestawienie projektu rewitalizacji z możliwościami dzielnicy oraz stopniem partycypacji mieszkańców. Podkreślić trzeba, że o ile rzeczywista rewitalizacja może, lecz nie musi, być zaplanowana, to na pewno zawsze zakłada możliwość rozwoju żywiołowych procesów wewnątrz dzielnicy. Natomiast „rewitalizacja” ukrywająca gentryfikację jest zawsze projektowana, zwykle bardzo szczegółowo i całościowo. Proces gentryfikacji jest więc często świadomym wyborem władz miasta.(14) Gentryfikacja przyczynia się do gettoizacji przestrzeni. Jak słusznie zauważył Piotr Luczys: getta inkluzji zostają otoczone gettami ekskluzji. Trwanie w zamknięciu obu formacji przestrzennych osłabia znaczenie miasta, a wzmacnia znaczenie obszaru, miejsca czy osiedla, wewnętrznie dywersyfikując tożsamość obywateli XXI-wiecznych polis (co dodatkowo wspiera procesy decentralizacji, fragmentaryzacji i polaryzacji elementów tkanki miejskiej).(15)

Gentryfikacja w Polsce – przykłady

Procesom rewitalizacji/gentryfikacji w naszym kraju towarzyszy niespotykany nigdzie indziej powszechny entuzjazm oraz optymizm. W Polsce na razie do zjawiska gentryfikacji podchodzimy najczęściej z radosną naiwnością. Cieszymy się, gdy w Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu w miejscu zaniedbanych ruder czy niepotrzebnych dzielnic przemysłowych wyrastają – pisał Wojciech Orliński – nowe luksusowe apartamentowce czy drogie centra artystyczno-rozrywkowe jak Fabryka Trzciny na warszawskiej Pradze.(16) Brak pogłębionej, krytycznej refleksji nad konsekwencjami takich inwestycji. Jedynie anarchiści biją na alarm.

Jako przykłady daleko posuniętych procesów gentryfikacji w Polsce możemy wskazać chociażby obecną sytuację warszawskiej Pragi, wrocławskich Włodkowic oraz krakowskiego Kazimierza, który stał się jedną z głównych atrakcji turystycznych miasta. Ucierpiał na tym poziom życia mieszkańców Kazimierza, którzy muszą znosić nocne hałasy. Sklepy, w których robili zakupy, są sukcesywnie zastępowane przez restauracje, na które ich nie stać, a skwerki zieleni i ogródki stały się dzikimi parkingami. Lokatorzy nie mogą się wynieść gdzie indziej, bo to głównie najemcy mieszkań kwaterunkowych, bez prawa własności do zajmowanych lokali. W dodatku nowi właściciele na różne sposoby próbują się ich pozbyć, np. zaniedbując remonty. To doskonale znane mieszkańcom miast zachodniej Europy zjawisko zwane „landlord harassment”, czyli nękanie lokatora przez właściciela budynku – drugą stroną gentryfikacji jest bowiem zawsze konieczność pozbycia się tych wszystkich, którzy – jak pisał Orliński – nie pasują do nowego obrazu dzielnicy.(17) Problem dotyczy m.in. również Stoczni Gdańskiej oraz przyległych do niej terenów. Warto przywołać konflikt Kolonii Artystów z gdańskim deweloperem, który w 2001 roku użyczył części destruktów postoczniowych na działalność artystyczną. Przez kolejne lata funkcjonowały tam pracownie, PGRart oraz Instytut Sztuki Wyspa. W 2008 roku, po zbudowaniu marki miejsca jako rozpoznawalnego punktu na mapie kulturalnej trójmiasta deweloper postanowił znacznie zawęzić obszar pozostawiony do dyspozycji artystów, przeznaczając pozyskane w ten sposób tereny na cele komercyjne. Kapitał wypracowany przez obecność kultury niezależnej został w tym momencie w podręcznikowy wręcz sposób spieniężony, zgodnie z żelazną strategią gentryfikacji.(18) Na terenie Stoczni (nazywanej Młodym Miastem) nie było jednak mieszkańców, dzięki czemu nie rozegrały się życiowe dramaty. W miejscach tych, z powodu zainteresowania ich egzotyką, charakterem, a często nawet kiepską reputacją, powstały, lub są projektowane – pisał Gierszon – wysokiej jakości estetycznej i funkcjonalnej przestrzenie miejskie, zespoły apartamentowców, muzea, galerie i biurowce.(19)

Rola artystów w procesie gentryfikacji

Swoistą zapowiedzią gentryfikacji może być wejście do danej dzielnicy artystów. Ich pojawienie się stanowi – pisał Rafał Rudnicki – namacalny dowód na zmianę charakteru okolicy, zarówno pod względem bezpieczeństwa jak i w warstwie symbolicznej – od zdegradowanego, zaniedbanego miejsca, do którego „normalny” człowiek się nie zapuszcza, po modne artystyczne przestrzenie o niepowtarzalnej atmosferze, które warto odwiedzić lub nawet w nich zamieszkać. Schemat ten powtórzył się w wielu miastach na świecie.(20) Zainteresowanie artystów określonym, na początku „dziewiczym” obszarem, może mieć charakter spontaniczny, względnie być inspirowane polityką miasta lub – jak w przypadku warszawskiej byłej fabryki wódek Koneser – zachętami ze strony deweloperów. Władze miast bardzo często starają się przyciągać do zdegradowanych dzielnic artystów, oferując im stosunkowo niskie stawki czynszów, w nadziei, że ich pojawienie się przyciągnie nowych mieszkańców i użytkowników przestrzeni. Innym sposobem wykorzystania kultury w projektach „odnowy” miejskiej stały się – zauważył Rudnicki – finansowane z publicznych pieniędzy, bądź w ramach partnerstwa prywatno-publicznego, inwestycje w obiekty służące instytucjom z szeroko rozumianą kulturą, które dzięki swojej nowatorskiej formie architektonicznej miały stać się ikonami miast i magnesem przyciągającym kolejnych inwestorów.(21) W przypadku Chwaliszewa taką ikoną jest oczywiście projekt Nowej Gazowni. Artyści w całym procesie są niezbędni, gdyż [...] stanowią awangardę zmian i przyczyniają się do przekształcenia sposobu postrzegania dzielnicy przez innych mieszkańców metropolii.(22) Trudno postrzegać młodych, pozytywnie odbieranych ludzi, nonkonformistów, graficiarzy i bębniarzy, jako element zagrożenia, widząc w nich pionierów kolonizacji, działających na rzecz deweloperów. Artyści wytwarzają atmosferę, po czym mija czas i jeden drogi sklep postanawia – mówił Jacek Dominiczak – się tam przenieść. Za nim wszystkie.(23)

KontenerART

Wróćmy do poznańskiego KontenerARTu, który anonsowany był jako otwarta przestrzeń dla artystów i ludzi sztuki. Jako rodzaj pracowni, miejsce spotkań, których miasto nie zapewnia. Pomysłodawcami są mieszkający w Poznaniu twórcy i animatorzy kultury, Ewa Łowżył – artystka, fotografka i kostiumografka oraz Zbigniew Łowżył – kompozytor, pianista i perkusista. Projekt KontenerART powstał – pisała Ewa Łowżył – trzy lata temu w sytuacji permanentnego kryzysu w sprawie miejsca dla pracy artystów w Poznaniu. Nasze miasto jest ubogie w adresy, które mogłyby służyć jako tanie w utrzymaniu pracownie dla współczesnych twórców mieszkających w Poznaniu lub odwiedzających nasze miasto. A jest ich wielu.(24) Trudno się z tym nie zgodzić. Należy podziwiać energię oraz determinację inicjatorów projektu, którym samodzielnie tak wiele udało się zrobić. Nie zwalnia to jednak od krytyki uruchamianych przy okazji procesów, które wydają się niepokojące.

Proszę mi pokazać miejsca, które są otwarte na inicjatywę pracowni artystycznych, miejsca spotkań artystów. Rolę taką spełnia tylko – zwróciła uwagę Ewa Łowżył – kilka poznańskich knajp czy klubów. Działających jednak pod presją zwykłej ekonomii – wszak czynsze w Poznaniu są na poziomie Warszawy. Inspiracją dla KontenerART były właśnie moje spotkania z wybitnymi twórcami, którzy z różnych przyczyn wybrali Poznań jako miejsce życia.(25) KontenerART, którego organizatorem jest Fundacja Vox-Artis, działa już ponad trzy miesiące. Idea odnosi się do światowych akcji wykorzystujących kontenery jako przestrzeń ekspozycyjną, np. Container Art, która odbyła się m.in. w Bergamo, Varese, Nowym Jorku, Genui, Rzymie i Mediolanie.(26) Na terenie dzikiego parkingu dzielnicy Chwaliszewo, nieopodal ul. Mostowej, ustawiono przestronne, eleganckie, przeszklone moduły kontenerów, z możliwością wejścia na dach, przed nimi rozsypano piasek, tworząc mini plażę. Ewa Łowżył podkreślała, że celem było otwarcie się i dostępność, dlatego większość kontenerów była całkowicie oszklona. Chodziło o bezpieczne wyjście w miasto i zaproszenie mieszkańców do interakcji.(27) Można usiąść na drewnianych siedziskach, odpocząć na wygodnych leżakach, a nawet poleniuchować na hamakach. Odbywają się tu koncerty, różnego rodzaju warsztaty (m.in. dla dzieci), spotkania autorskie oraz akcje ekologiczne (m.in. w ramach partnerstwa z Fundacją All For Planet związaną z Allegro). Również wydarzenia o charakterze bardziej ludycznym, jak np. granie na bębnach (m.in. bicie rekordu Guinnessa na Największą Orkiestrę Recyklingową Świata), chodzenie na szczudłach, wspinaczka, graffiti. KontenerART użyczył przestrzeni Festiwalowi Ethno Port oraz podjął współpracę z Tzadik Festival. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to spektakularny sukces organizatorów. Projekt miał funkcjonować jako miejsce spotkań i wzajemnych – jak to określiła inicjatorka – inspiracji dla ludzi.(28) Jako miejsce spotkań z kulturą i ciekawymi ludźmi, które ożywiają pasywny do tej pory teren Chwaliszewa i Starego Koryta Warty (29) Idylliczny obraz koegzystencji artystów i mieszkańców zmącił jednak wspomniany protest oraz publikowane w „Gazecie Wyborczej” listy, skłaniające do zastanowienia się, w jakie mechanizmy wpisuje się to przedsięwzięcie.
Protest mieszkańców i dyskusja na łamach „Gazety Wyborczej”
Organizatorzy KontenerARTu zaprosili do współpracy modny klub Dragon, mieszący się przy ul. Zamkowej, który zajmuje się obsługą baru oraz logistyczną stroną projektu. Piotr Kliński, inicjator protestu mieszkańców okolicznych domów, pod którym podpisało się prawie 60 osób, napisał: w przypadku inicjatywy KontenerART oburza fakt, że hasła działalności artystycznej, kulturalnej, proekologicznej wykorzystuje się do przykrycia pospolitego wyszynku i pijackich imprez ciągnących się często do białego rana.(30) Trudno przystać na określenie tego miejsca mianem „pospolitego wyszynku”. Jednak trzeba się zgodzić, że działający w ramach KontenerART, klub Dragon, również działa pod presją zwykłej ekonomii, zysku, dokładnie taką samą presją, jak inne poznańskie knajpy. Schodzą się – mówił Piotr Kliński – różni ludzie, w większości pijani. Krzyczą, załatwiają się w krzaki, awanturują się, rozbijają butelki.(31) Czy oby na pewno? Czy Kliński nie przesadza, nie przejaskrawia rzeczywistego obrazu sytuacji, co służy jedynie zwiększeniu efektu – wzmocnieniu wymowy protestu? Przecież wesołe, ale spokojne rozmowy przy piwie nie muszą oznaczać od razu dantejskich scen; „pijackich imprez”, „załatwiania się w krzaki”, „awanturowania się” i „rozbijania butelek”. Wystarczy przyjść, by się przekonać, że zazwyczaj nic takiego, na terenie KontenerARTu, się nie dzieje.

Niemniej, z perspektywy protestujących, KontenerART to głównie problem hałasu, co może być zrozumiałe wówczas, gdy odbywają się koncerty (nie trwające jednak „do białego rana”). Tym razem to nie bywalcy Kontenerów narzekają na mieszkańców „niebezpiecznego” Chwaliszewa, ale odwrotnie: ci, którzy zostali zdefiniowani jako stwarzający problemy, których rzekomo należy socjalizować przez sztukę, którzy powinni być wdzięczni za kierowaną do nich ofertę kulturalną, protestują przeciw zakłócaniu spokoju i domniemanym ekscesom. Co mogą zrobić w tej sytuacji mieszkańcy? Zamknąć okna. Przenieść sypialnię na inne piętro. Ponieważ dobrze wiedzą, że władze nigdy nie były po ich stronie, bo władza z reguły nie jest po stronie mieszkańców biednych dzielnic, na których ciąży odium przestępczości, tzw. „elementu”, „degeneracji” czy „marginesu”.

W maju 2008 roku, w związku z montażem kamer miejskiego monitoringu, ukazała się taka oto informacja: Cztery kamery pojawią się na cieszącym się złą sławą Chwaliszewie, które już w latach przedwojennych było „wylęgarnią” poznańskich bandytów a i teraz należy do miejsc „gdzie nie warto się pałętać”. Młodociani przestępcy, wandale, pseudo-artyści grafficiarze, złodzieje samochodowi i kieszonkowcy powinni więc mieć utrudnione zadanie, a ucieczka na Chwaliszewo z łupem skradzionym np. na Starym Rynku nie będzie najlepszym pomysłem.(32) Przypisywanie przez media oraz mieszkańców bogatych dzielnic osobom pochodzącym ze zdegradowanych obszarów negatywnych cech (typu skłonność do używania przemocy, złodziejstwo, wandalizm, bandytyzm, narkomania), tylko ze względu na miejsce ich zamieszka, to oczywiście przejaw tzw. „stygmatyzacji terytorialnej” (wg francuskiego socjologa, Loïca Wacquanta).(33) Lokatorzy mieszkań komunalnych, socjalnych i reprywatyzowanych powszechnie obrzucani są – spostrzegł Rafał Rudnicki – epitetami „nierobów”, „alkoholików” i „meneli”, bądź wyłudzających pomoc „naciągaczy” [...] Zupełnie inaczej za to przedstawia się „kolonizatorów” z zewnątrz (np. artyści), którzy ukazywani są jako siła oświecająca „dzikich tubylców” i „otwierająca” zdegradowane obszary na napływ kolejnych użytkowników przestrzeni. Niestety część z nich przyjmuje przypisaną im rolę, zaczynając postrzegać siebie i swoich sąsiadów w tych kategoriach.(34) W Polsce ludzie z ubogich dzielnic od dawna czują się wydziedziczeni i wyobcowani. Nie istnieje wspólnota sąsiedzka. Nie mają poczucia, że są społecznością, w związku z czym nie bardzo potrafią dostrzec i przeciwstawić swoją siłę, dumę i godność, działaniom gentryfikacyjnym.

Piotr Kliński zwrócił uwagę, że nie do przyjęcia jest sposób realizacji pomysłu KontenerARTu.(35) Może właśnie ów spontaniczny sąsiedzki protest, wyraz oddolnej postawy obywatelskiej, niezależnie od skali uciążliwości związanych z poziomem hałasu, stanowi najlepszą formę rzeczywistej rewitalizacji Chwaliszewa, przez fakt, że daje mieszkańcom realne poczucie, że mogą się zmobilizować, zjednoczyć wokół wspólnej sprawy i wreszcie coś w swym otoczeniu zmienić, albo przynajmniej próbować zmienić. To zdecydowanie lepsze niż inne znane, stereotypowo kojarzone z mieszkańcami biednych rewirów, mniej demokratyczne, inwazyjne formy wyrażania niezadowolenia, w obliczu postępującej gentryfikacji, np. rzucanie ogryzkami, jajkami, butelkami lub kamieniami, wybijanie – w akcie desperacji – szyb, bądź podpalanie samochodów. Ale czy równie skuteczne? Czy protestujący mogą coś osiągnąć? Czy wyjdą tylko – wobec opinii publicznej – na pieniaczy i malkontentów?

Pomysł postawienia kilkunastu kontenerów tętniących sztuką na reprezentacyjnym placu w sercu miasta przyszedł mi do głowy, gdy uświadomiłam sobie jak wielką siłą twórczą może być poczucie bezdomności. Polska od kilku lat stała się najdroższym państwem Europy. W ślad za tym poszła coraz bardziej radykalna polityka mieszkaniowa. Współczesne polskie miasta prowadząc komercyjną politykę przestrzenną nie dają szansy młodym niezależnym artystom i środowiskom twórczym. Liczy się deweloper, pieniądz, sukces finansowy. Czy to również jest najważniejsze – retorycznie pytała Ewa Łowżył – w życiu społeczeństwa?(36) W 2008 roku KontenerART wziął w tymczasowe posiadanie niewielką część Placu Wolności, manifestując w ten sposób, w najbardziej reprezentacyjnej przestrzeni publicznej, problem braku sensownej polityki miasta w odniesieniu do mieszkających w Poznaniu twórców. Niewątpliwie projekt był trafiony. Okazał się zarówno organizacyjnym, jak i frekwencyjnym sukcesem. Jednak w 2009 i 2010 roku KontenerART wkroczył na Chwaliszewo – biedną dzielnicę, co można postrzegać jako przygotowanie gruntu deweloperom, jako początek kolonizacji obszarów wokół starego koryta Warty. Co więcej, organizatorzy nie podjęli starań, by współtworzyć przedsięwzięcie z lokatorami okolicznych domów, by wysłuchać ich problemów oraz potrzeb. „Poczucie bezdomności, mogące być wielką siłą twórczą artysty” – to wyszukana metafora. Dla wielu ludzi bezdomność ma jednak zupełnie inny – zdecydowanie mniej poetycki wymiar. Jest boleśnie wręcz namacalna. W KontnerART zabrakło odniesień do problemu eksmisji na bruk, bezdomności, którą zapewne wielu zalegających z czynszem chwaliszewian jest – względnie wkrótce będzie – zagrożonych. A przydałby się choćby komentarz do prowadzonej od 2008 roku kuriozalnej akcji, kampanii społecznej, realizowanej w ramach Programu Przeciwdziałania Procesowi Żebractwa, podczas której w mieście pojawiły się billboardy z hasłami: „Żebractwo to wybór, nie konieczność”, „Stop żebractwu w Poznaniu” oraz „Nie ma dających, nie będzie biorących”.(37) Dodajmy, że problem pozostaje aktualny, ponieważ właśnie rozpoczęła się druga część owej bezwzględnej kampanii czyszczenia miasta.(38)

Większość deweloperów liczy – pisał Kuba Szreder – na efekt nowojorskiego Soho. Zaprasza artystów w konkretnym celu, próbując wywołać proces gentryfikacji. Czyli – mówiąc mniej oględnie – wyprzeć z danego terenu słabych i ubogich, żeby zrobić miejsce dla bogatych i silnych, a przy okazji zgarnąć premię inwestycyjną. W Polsce na oznaczenie tego procesu używamy, zresztą niesłusznie, słowa „rewitalizacja”. Bardzo często lokalni politycy chwalą się rewitalizacją różnych dzielnic i obiektów. Przykładem jest krakowski Kazimierz, gdańska Stocznia (nazywana obecnie Młodym Miastem) czy też łódzka Manufaktura. Jest to słowo – fetysz, wzięte z wniosków aplikacyjnych do Unii Europejskiej i innych fundacji. Przywołuje bardzo niesłusznie skojarzenia z odrodzeniem, ożywieniem itd.(39) Organizatorzy KontenerARTu nie zostali zaproszeni, co prawda, przez deweloperów, ale przyznają oni, że obiekt wpisuje się w plan rewitalizacji centrum Poznania, opracowany przez Urząd Miasta, z którego czerpią środki finansowe (trzyletnia subwencja Poznań Miasto know how).(40) Chciałoby się zapytać, w jaki sposób inicjatorzy projektu rozumieją pojęcie rewitalizacji. Bowiem w kontekście ambicji rewitalizacji Chwaliszewa KontenerART spełnia negatywną rolę. Mieszkańcy tej pięknej dzielnicy nigdy chyba nie czuli się tak obco w swoim miejscu zamieszkania. Zostali sprowadzeni do roli podglądaczy ogródka drogiego lokalu – mieniącej się kolorowymi światłami wyspy (może poza dziećmi, które przychodzą głównie z uwagi na deficytowy w tym rejonie czysty piasek). Zabrano im, w okresie letnim, kawałek ich dzielnicy – Chwaliszewa. Tak dokonują się rewitalizacyjne koszmary, które otrzymują wysokie noty w urzędowych konkursach o dotacje. KontenerART wydaje się mieć tyle, mniej więcej, wspólnego z rewitalizacją Chwaliszwa, co niedawno ukończony i oddany do użytku apartamentowiec Nowa Sienna. Jest bowiem efektem podobnego myślenia o rewitalizacji.

Protest mieszkańców wywołał szereg polemik. Podejmując decyzję o zamieszkaniu w danej okolicy – pisał Michał Wybieralski, dziennikarz poznańskiej „Gazety Wyborczej”, w tekście dotyczącym sporu wokół Kontenerów – powinniśmy zrobić rachunek zysków i strat. W centrum zyskuje się m.in. bliskość restauracji, instytucji kultury, klubów itd. Kosztem, jaki musimy jednak ponieść, jest przyzwyczajenie się do ulicznego gwaru i nocnych odgłosów dochodzących z pobliskiego klubu. Alternatywą są ciche dzielnice mieszkalne, gdzie nie ma kulturalno-rozrywkowych lokali, ale dojazd do centrum jest dłuższy i bardziej kosztowny.(41) Jasne. Jeśli dysponujemy odpowiednimi środkami, by wybrać dzielnicę, w której chcemy zamieszkać. Problem jednak w tym, że mieszkańcy Chwaliszewa to w większości ludzie niezamożni, starsi, którzy żyją tu od pokoleń, którzy nie decydowali się, świadomie, na zamieszkanie w sąsiedztwie hałaśliwego klubu (bo go tam wcześniej nie było), którzy nie mogą podjąć decyzji o przeprowadzce do cichej dzielnicy mieszkalnej – enklawy dobrobytu, do której dojeżdża się własnym samochodem. Wielu z nich może się wynieść jedynie do slamsów – prawdziwych kontenerów albo tzw. trailerów, znanych z amerykańskich park lots. Nie jest to jedynie tani chwyt retoryczny, ponieważ poznański Zarząd Komunalnych Zasobów Lokalowych zaproponował w ubiegłym roku skandaliczny sposób rozwiązania problemu dłużników zalegających z czynszem, tzn. wykwaterowanie ludzi do zastępczych „osiedli” socjalnych kontenerów na ulicach Kopaniny, Forteczna i Ugory.(42) Dwadzieścia pięć kontenerów, takich samych jak te, które stoją na placach budowy, za prawie pół miliona złotych miasto kupiło jeszcze w zeszłym roku. Zarząd Komunalnych Zasobów Lokalowych chce – pisała Maria Bielicka – przeprowadzić do nich z komunalnych mieszkań samotnych mężczyzn, którzy nie płacą czynszów, piją, uprzykrzają życie sąsiadom i dewastują, czyli tych, w których sąsiedztwie nikt nie chce mieszkać.(43) Dziesięć kontenerów ma stanąć przy ul. Średzkiej. „Akcja” wysiedlenia – bo trudno to inaczej nazwać – ma się odbyć jeszcze tego lata. Efektem „naturalnej” selekcji mieszkańców, wg zasobów materialnych, będzie wyparcie znacznej ich części, oznaczające de facto zniszczenie lokalnych więzi, tym samym napiętnowanie ich oraz upokorzenie. Jak to trafnie określił Jarosław Urbański: kontenery staną się szybko nowym standardem i znakiem ekonomicznej opresji najuboższych warstw społecznych.(44) Warto bliżej przyjrzeć się realizowanej przez lokalnych urzędników polityce. W Poznaniu miasto przez wiele lat nie budowało mieszkań komunalnych, a istniejących zasobów z chęcią się pozbywało. Obserwowany ostatnio zwrot i oddanie do użytku więcej lokali komunalnych, spowodowany jest nie chęcią zapewniania mieszkań najuboższym, ale przeprowadzenia gentryfikacji (uburżuazyjnienia), niektórych centralnych dzielnic miasta. Wyprowadza się z nich do nowo wybudowanych komunalnych bloków dotychczasowych lokatorów, a wyremontowane (pod hasłem rewitalizacji) mieszkania sprzedaje się na rynku za 10 tys. zł. za metr kwadratowy bogatym klientom, „powracającym” do miasta. Biedni mieszkańcy co ciekawszych kawałów miasta, są w tym procederze ewidentną przeszkodą, a kontenery – spostrzegł Urbański – to odpowiedź na pytanie, jak się ich najszybciej pozbyć.(45) Klub, określony mianem artystycznego projektu, miał być przecież dla mieszkańców, także tych biednych, a nie przeciwko nim. Celem KontenerARTu nie było chyba przyspieszenie eksmisji najuboższych mieszkańców Chwaliszewa do kontenerów – tyle, że już bez dumnego szyldu: „ART”?

Czemu Ewa Łowżył wybrała właśnie Chwaliszewo? Może należało wybrać bardziej odosobnione miejsce, np. Cytadelę, Maltę bądź Łęgi Dębińskie, unikając w ten sposób całego zamieszania? Dzięki obecności KontenerART to miejsce po prostu zrobiło się – tłumaczyła Łowżył – atrakcyjniejsze, ludzie sami chętniej zaczęli tu przychodzić. Ale to nie są nasi goście, nie możemy brać za nich odpowiedzialności.(46) Co to znaczy „nasi” i „nie nasi” goście? Michał Wybieralski, który zwykle, w podobnych sporach, staje po stronie mieszkańców, tym razem stanął po stronie KontenerARTu, w zasadzie tylko dlatego, że projekt nie jest szemraną dyskoteką ale miejscem ciekawych imprez kulturalnych.(47) Czym różni się jednak – z perspektywy lokatora – hałas generowany przez dresiarską dyskotekę od hałasu generowanego przez modny klub? I niby dlaczego traktować artystów jako klasę uprzywilejowaną, której wolno więcej niż np. bywalcom klubu Broadway na ul. Gwarnej? Dziennikarz „Gazety Wyborczej” proponuje zaskakujące rozwiązanie: KontenerArt musi zostać. Nawet kosztem tego, że z Chwaliszewa na przedmieścia wyprowadzi się kilkanaście osób.(48) Nawet gdyby jedna osoba miała się z tego powodu wyprowadzić – koszt jest zbyt wielki. Kontenery, „mobilne centrum kultury” można – w przeciwieństwie do ludzi – przenieść w inne miejsce, właściwie bez żadnych strat. Komentarz Wybieralskiego jest wyraźnym opowiedzeniem się za procesem gentryfikacji dzielnicy.

Michał Wybieralski przemówił w interesie tzw. „kasty kreatywnej” (artystów, projektantów, designerów, pracowników agencji reklamowych oraz menadżerów korporacji), odwołując się do teorii kasty kreatywnej i miejsc kreatywnych Richarda Floridy. Od momentu, kiedy do dzielnicy sprowadzają się artyści, wydarzenia przybierają niemal zawsze ten sam bieg – nieważne, czy dzieje się to w Berlinie, Hamburgu czy w Kolonii, w Amsterdamie, Kopenhadze, Barcelonie, Londynie, Warszawie czy w Pradze. Śladem klasy kreatywnej wnet podążają – pisała Tanja Dückers – modne kawiarnie i restauracje, które zaludniają się wystylizowanymi młodzieńcami z pięciodniowym zarostem i podlotkami w sukienkach z lumpeksu.(49) Można tu dostrzec, niestety, specyficzny schemat tzw. „rewitalizacji”, niepokojąco wpisujący się w groźne procesy gentryfikacji. Artyści wchodzą, rzecz jasna z misją, na zapomniany przez wszystkich teren (w tym przypadku stare koryto Warty na Chwaliszewie), który nagle staje się modną dzielnicą. Jak wyglądać może dalszy scenariusz? W okolicy podnoszą się ceny, wzrastają – zgodnie z logiką wolnego rynku – czynsze. Powstają snobistyczne knajpy, kawiarenki, pracownie, niszowe galerie i ekskluzywne sklepy oraz butiki. Wkrótce również oddziały banków. Miejsce szybko zyskuje status kulturotwórczego, co przyciąga uwagę inwestorów. Następnie kolej na deweloperów. I – po jakimś czasie – dotychczasowi, wieloletni mieszkańcy muszą się, niestety, wyprowadzić. Są eksmitowani przez zaporowe ceny oraz – jak to określiła Asia Kubiakowska – nowobogacką, snobistyczną estetykę życia.(50) Wraz z nimi – gdy czynsze wzrosną powyżej pewnego pułapu – wyprowadzić się muszą artyści, miejscy pionierzy, którzy po spełnieniu swej roli, również padają ofiarą zainicjowanych przez siebie przemian i zostają wyparci przez kapitał, nadchodzący wraz z kolejną, bardziej zasobną falą kolonizatorów. Priorytetem stają się – pisała Kubiakowska – mieszczańskie fetysze czystości – sterylności i przesadnej kontroli wynikającej z histerycznego strachu przed utratą prywatnego mienia.(51) Okolica staje się martwa kulturowo, zamieniając się w odrestaurowaną, mieszczańską „cepelię”, jak krakowski Kazimierz. „Wyczyszczona”, sterylna dzielnica traci wreszcie na atrakcyjności w oczach osiedlających się w niej dobrze sytuowanych mieszczan, menadżerów, japiszonów i nowobogackich; staje się bowiem nudna jak oni sami, nazbyt przypomina miejsca z których się wyprowadzili. Artyści przestają być uważani za buntowniczą awangardę. Ich obecność w danej dzielnicy staje się raczej pierwszą oznaką nadciągającej gentryfikacji, a w nich samych dostrzega się – stwierdziła Dückers – przedstawicieli nowej burżuazji.(52) Symbioza na styku artyści-władze samorządowe-właściciele nieruchomości-deweloperzy jest w takich sytuacjach powszechna. Warto by poświęcić nieco uwagi owym dobrze już rozpoznanym na Zachodzie mechanizmom, spróbować się nad nimi – w ramach projektu KontenerART – zastanowić. Tym bardziej, że teren może być łakomym kąskiem dla deweloperów, głównie z uwagi na atrakcyjną lokalizację – bliskość Starego Rynku i sąsiedztwo Nowej Gazowni, swoistego okrętu flagowego rewitalizacji tej części miasta i prawdopodobnie nowego – obok Starego Browaru – symbolu Poznania. W 2008 roku rozpoczęła się, pomiędzy starym i nowym korytem, budowa nowoczesnych, luksusowych kompleksów mieszkalno-usługowych. Do pełnego zagospodarowania pozostaje jeszcze właśnie stare koryto oraz nabrzeża Warty, wraz z Półwyspem (Cyplem) Chwaliszewskim, gdzie planowany jest nadrzeczny park i port rekreacyjny typu marina.

Chwaliszewo i Stowarzyszenie „Chwaliszewo”

Od ponad roku działa Stowarzyszenie „Chwaliszewo” którego celem jest wspieranie rewitalizacji oraz wypromowanie dzielnicy. Aby odmienić los tej części Starego Miasta w marcu 2009 roku postanowiliśmy powołać do życia Stowarzyszenie „Chwaliszewo". Wspólnymi siłami chcemy doprowadzić – deklaruje prezes Jerzy Ruciński – do rewitalizacji dzielnicy ze szczególnym uwzględnieniem zabytkowych obiektów, ciągów komunikacyjnych, parków i zieleni miejskiej. Zamierzamy realizować swoje cele między innymi poprzez współpracę z władzami miasta, lokalnymi autorytetami, środowiskami opiniotwórczymi, przedstawicielami nauki i mediów.(53) Na stronie internetowej czytamy również: Stowarzyszenie „Chwaliszewo" powstało z myślą przywrócenia poznańskiej dzielnicy jej dawnej świetności. Chcielibyśmy, by zabytkowe budynki odzyskały dawny blask poprzez rewitalizację ich fasad i – w razie konieczności – remonty generalne. Odtworzenie dawnych, brukowanych traktów komunikacyjnych ze stylizowanym oświetleniem ulic to proces, któremu już nadano bieg. Kawiarenki, w których można odpocząć przy doskonalej kawie z dala od miejskiego zgiełku, nadrzeczny bulwar z aleją spacerową – to wszystko przed nami. Przecież Chwaliszewo to magiczne miejsce, czekające na swoją szansę. Zrobimy wszystko, by taką szansę otrzymało i wykorzystało.(54) Czy jednak szansa Chwaliszewa będzie również szansą jego mieszkańców? Jak na ich los wpłynie odmiana losu tej części Starego Miasta? Czy po przywróceniu dzielnicy jej dawnej świetności, po usprawnieniu komunikacji, po remontach fasad oraz generalnych remontach kamienic, powstaniu parków, nadrzecznych bulwarów oraz owego pierdyliarda kawiarenek (jak to określił poeta), po zamianie podwórek w restauracje, pizzerie i piwne ogródki, nie wzrosną w okolicy czynsze do takiego pułapu, że dotychczasowi mieszkańcy nie będą mogli ich opłacić? Będą zatem beneficjentami czy ofiarami przemian? Oblicze dzielnicy się zmieni, warunki mieszkalne z pewnością się polepszą. Jednak ludzie biedni, bezrobotni, starsi oraz słabo wykształceni raczej na tym nie skorzystają. W statucie ujęto zapis, że Stowarzyszenie „Chwaliszewo” realizuje swoje cele m.in. poprzez podejmowanie działań lobbingowych zmierzających do upowszechniania założeń uchwały nr C VI/1256/ IV/2006 Rady Miasta Poznania z dnia 24.10.2006 roku w sprawie przyjecia „Miejskiego Programu Rewitalizacji dla Miasta Poznania – druga edycja (55), co czyni, oczywiście, pro publico bono.(56) Należy zatem rozumieć, że prezes Ruciński lobbuje społecznie, w interesie ogółu (mieszkańców?), nie czerpiąc z rewitalizacji dzielnicy żadnych profitów. Czyli nie jest nawet właścicielem nieruchomości? Chcemy – mówił – wykorzystać zainteresowanie Starą Gazownią, aktywność deweloperów, którzy budują tu apartamentowce np. przy ul. Siennej do stworzenia szerszego programu rewitalizacji całej historycznej dzielnicy.(57) Stowarzyszenie tworzy piętnaście osób. Swoją drogą, ciekawe, czy zasiadają w nim reprezentanci lokatorów komunalnych lokali. I czy ich ocena sytuacji jest zbieżna z poglądami prezesa.

Wydaje się wątpliwe, czy wskutek rewitalizacji/gentryfikacji dzielnica Chwaliszewo (w sensie dzielnica wraz z mieszkańcami) zostanie otwarta na resztę miasta. W tej sytuacji bardziej trafne wydaje się stwierdzenie o tworzeniu nowej dzielnicy, w tym samym miejscu, o tej samej nazwie i często wykorzystującej sławę swej poprzedniczki. Proces ten jest charakterystyczny, a zarazem ironiczny, ponieważ moda na te niegdyś „zakazane” miejsca wynika właśnie z charakteru lokalnej społeczności i estetyki dzielnicy. Nie są one jednak towarami, które można sprzedać, dlatego wymagane jest pojawienie się nowej zabudowy, lecz imitującej utrzymanie ciągłości ze starą, a stara społeczność musi zniknąć, lecz pozostawić swoje symbole. Wraz ze wzrostem popularności wzrasta wysokość czynszów, które to z powodzeniem eliminują dawnych mieszkańców, a przejęcie żywiołowej kultury ma charakter pasożytniczy. Powstają homogeniczne, czyste i martwe pod względem kulturowym (pomimo rozwiniętych instytucji kulturalnych) dzielnice. Takie działanie – pisał Mateusz Gierszon – niszczy miasto, które od zawsze było miejscem spotkań, na względnie niewielkim terenie, różnych ludzi i kultur.(58) Prezes Ruciński wypowiedział się również, dla „Gazety Wyborczej”, w sprawie sporu wokół KontenerARTu: Sama idea KontenerART jest pozytywna i wpisuje się w proces rewitalizacji okolicy. Ale jeśli wygląda to tak, jak relacjonują sąsiedzi, a służby i instytucje nie reagują, to jest to jedno wielkie nieporozumienie. Zatem dostrzegł pozytywny, „rewitalizacyjny” potencjał w obecności artystów, jako pierwszej fali kolonizatorów, zajmując jednak postawę nieokreśloną w odniesieniu do konfliktu. Jego zdaniem teren należałoby ogrodzić i oświetlić, a także zapewnić patrole policji i straży miejskiej, które pilnowałyby porządku.(59) Słowem, w getcie biedy należy wydzielić oazę dobrobytu i zabawy, jednocześnie dyscyplinując „tubylców” przy pomocy służb porządkowych.

Chwaliszewo cieszy się złą sławą niebezpiecznej dzielnicy nie od dziś, ani też od czasów, które pamiętałby którykolwiek z obecnych decydentów miejskich czy członków Stowarzyszenia „Chwaliszewo”. Początkowo była to niewielka osada nad Wartą, położona między Poznaniem a Ostrowem Tumskim. W 1444 roku powstało miasteczko, liczące około stu mieszkańców, które na początku XIX wieku zostało włączone do Poznania. Chwaliszewo stało się typową dzielnicą portową, regularnie zalewaną w trakcie powodzi, żyjącą z rzemiosła oraz dostępu do rzeki. Nigdy nie stanowiło prestiżowego punktu miasta. Było wręcz skrzętnie omijane, zwłaszcza po zmierzchu. We współczesnej historii Chwaliszewa miały miejsce dwa punkty zwrotne. Pierwszym były zniszczenia wojenne, które unicestwiły poważną część historycznej zabudowy. Drugim było zasypanie, w latach 60., starego koryta Warty (gdzie mieści się obecnie KontenerART), co bezpowrotnie odebrało dzielnicy tradycyjny charakter. Mimo tych niepowodzeń struktura społeczna nie uległa zdecydowanej zmianie. Warto mieć to na uwadze, słuchając postulatów powrotu do rzekomej dawnej świetności. O jaką dawną świetność tu chodzi?

W lutym 2010 roku Stowarzyszenie „Chwaliszewo” kibicowało konkursowi adresowanemu do studentów Politechniki Poznańskiej, przygotowanemu we współpracy z Urzędem Miasta Poznania, którego efekty można było zobaczyć na pokonkursowej wystawie. Każdy sposób jest dobry, by zwrócić uwagę urzędu miasta na Chwaliszewo. A bardzo byśmy chcieli, żeby tutaj był bulwar spacerowy i galerie sztuki. Już mamy – mówił prezes Ruciński – zrewitalizowane dwie ulice: Tylne Chwaliszewo i Czartoria, tak jak sobie tego życzył konserwator zabytków. Ale całość to kwestia lat. A my dopiero zaczynamy... Prezes w ogóle nie bierze pod uwagę faktu, że Chwaliszewo to nie tylko tereny i budynki do „zrewitalizowania”, ale także lokalna społeczność. Ruciński wypowiada się tak, jak gdyby owa społeczność w ogóle nie istniała (czy dlatego, że jest słaba i praktycznie bezsilna politycznie?). Ta dzielnica powinna się stać – twierdzi – atrakcją turystyczną z galeriami, sklepikami, którą z przyjemnością by szli turyści w drodze na Ostrów Tumski, ale zdaję sobie sprawę, ile by to kosztowało.(60) Jego sojusznikami prócz miejskich urzędników i deweloperów stają się studenci, młodzi architekci oraz właśnie artyści. Artykułowane przez Jerzego Rucińskiego hurraoptymistyczne frazesy o rewitalizacji poprzez kulturę i rekreację brzmią fałszywie i cynicznie, ponieważ działalność kulturalna jest zwykle listkiem figowym wchodzącego, wszechpotężnego kapitału. Czy (i kiedy) powstanie, na poznańskim Chwaliszewie, stowarzyszenie zrzeszające najemców lokali komunalnych?

Woda i ogień. Plany Zarządu Zieleni Miejskiej

Jarosław Łukaszewski, w artykule Grobla kwitnie, to widać, kreśli świetlaną przyszłość, jaka czeka dzielnicę. Dzielnicę skazaną, rzec można, na gentryfikacyjny sukces. Pomiędzy Mostem Rocha a Gazownią popłynie roślinna struga: funkie, byliny, trawy, żywopłoty z buku czerwonego. Nawiążemy w ten sposób do płynącej w pobliżu Warty. Ale pokazać chcemy – mówi Julia Syska-Wieczorek z Zarządu Zieleni Miejskiej – walkę żywiołów – wody i ognia.(61) Skwer Grobli udekorować mają żywopłoty z cisu, kwitnące wiśnie, irysy. Działania te wpisują się w trwającą od 2007 roku modernizację skweru pomiędzy ulicami Mostową, Groblą i Za Groblą. Są już parkowe alejki, piaskownice, zjeżdżalnie, drabinki. Pojawią się niebawem bujaki, huśtawki, kołobiegi. Tylko czy dzieci będą wiedziały, jak z nich korzystać? Podpowiemy dzieciom – postawimy tablice z opisami podwórkowych gier – oznajmiła, z rozbrajającym infantylizmem, Syska-Wieczorek.(62) Wyobraźmy sobie dzieci bawiące się wg tablicowej instrukcji, zgodnie z planem miejskich urzędników. Koszmar. Fajnie tutaj. Dużo lepiej niż w Pobiedziskach, gdzie mieszkałem wcześniej – autor artykułu przywołał wypowiedź jedenastoletniego Oskara, który wprowadził się, wraz z rodzicami, na Groblę, w zeszłym roku.(63) Może opisy „podwórkowych” gier i zabaw przeznaczone będą więc dla dzieci, które mają się tu sprowadzić – zastępując pociechy obecnych mieszkańców?

Przy ulicy Za Groblą siedzibę ma firma Think Art, miejsce m.in. treningów, seminariów, warsztatów. Inicjatywa nastawiona na planowanie, projektowanie przestrzeni, design. Think Art działa także jako komercyjna galeria sztuki. To celowy i świadomy wybór. Bo miasto powinno rozwijać się w tym kierunku. Symptomy już są – była opera „Cyganeria” w odrestaurowanej Starej Gazowni, są remontowane kamienice i być może będą – mówi Izabela Rudzka – nadwarciańskie bulwary.(64) Rudzka chce uczynić z Grobli jedną z ikon Poznania. Znałam ten rewir wcześniej i wiem, że nie cieszy się on – mówi – najlepszą sławą. Ale perspektywy rozwoju na pewno ma.(65) Grażyna Banaszkiewicz, po rozmowie z Izabelą Rudzką, w której artystka wprowadziła dziennikarkę w meandry swych projektów oraz wizji, pisała: mówi mi [Rudzka], że poprzez analizę procesu tworzenia (na przykładzie malarstwa i rzeźby), chce dotrzeć do wszelkich menadżerów, żeby rozszerzyć ich potencjał podejmowania decyzji, dalej wprowadzanie każdego kto się tu zgłosi, poprzez prezentację nauki i najnowszych technologii, w arkana modyfikacji przestrzeni, dobieranie sztuki w harmonii z osobowością, zaprzyjaźnianie się ze sztuką, budowanie kolekcji.(66) Banaszkiewicz puentuje: widzę, że boli ją rzeczywistość, że jest, jak wspomniałam, pełna ideałów. No i trzymam kciuki.(67) Dodajmy, że od 2007 roku na Grobli konsekwentnie inwestuje deweloper Maexpa.

Artyści-kapitał-władza

Pozornie odległe i nieskoordynowane projekty, inicjatywy oraz działania, stykają się na pewnym poziomie. Łączy je bowiem wspólny cel – gentryfikacja. Interesy różnych grup okazują się tu zbieżne.

Na szczęście innowacyjne technologie budownictwa i coraz większa akceptacja alternatywnego stylu życia otwierają w Polsce nowe szanse. Artysta może już zamieszkać w dowolnym miejscu: na dachu, na rzece, w parku. Czy władze miasta podejmą wyzwanie? Czy wykorzystają szansę bezpośredniego kontaktu ze sztuką i kulturą? – pytała Ewa Łowżył.(68) Piękna, romantyczna, ale i naiwna wizja. Po jednej stronie znaleźli się artyści, postrzegani jako cyganeria, bohema, nomadzi, którymi już dawno przestali być. Po drugiej zaś stronie Łowżył lokuje władzę, której twórcy rzekomo rzucają wyzwanie, jakkolwiek przecież trudno obecnie jednoznacznie wskazać ośrodki tzw. władzy, sytuującej się raczej w systemie wzajemnych zależności i powiązań gospodarczych niż w konkretnych instytucjach. W ostatnich latach jesteśmy świadkami fuzji środowisk twórczych i wielkiego biznesu. Wizerunek artysty jako dziwaka i eremity stroniącego od ludzi i żyjącego na marginesie społeczeństwa należy – jak słusznie spostrzegła Tanja Dückers – do przeszłości. Dzisiejsi przedstawiciele świata sztuki przypominają raczej błaznów, którzy są wszędzie, gdzie coś się dzieje. Nawiązują oni kontakty jak rasowi biznesmeni, uważają, by nie przegapić targów sztuki, a samolotem latają tak często, jak zwykli śmiertelnicy jeżdżą autobusem.(69) Współcześni artyści raczej nie są skłonni zamieszkać na rzece, w lesie czy parku – w namiocie lub kontenerze (do czego przymuszonych może zostać wielu zalegających z czynszem lokatorów). Ich ambicje lokują się gdzie indziej. Grając o własną pozycję, o władzę w przestrzeni symbolicznej oraz finansowy sukces, flirtują z urzędnikami i kapitałem. Artyści w designerskich okularach, ubrani zgodnie z obowiązującymi trendami mody, już od dłuższego czasu nie żywią antymieszczańskich resentymentów, lecz chcą być – pisała Dückers – częścią establishmentu. Dorastali oni bowiem w czasach, kiedy sztuka była jedną z najszybciej rozwijających się gałęzi gospodarki, działalność artystyczna awansowała do roli przemysłu usługowego, a jej wytwory stały się lukratywną lokatą kapitału.(70) Jeśli artyści są dziś jeszcze jakąś awangardą to chyba tylko awangardą kolonizatorów.

W projekt zaangażował się prezydent Poznania, Ryszard Grobleny, który uświetnił – krótko przed medialnym konfliktem wokół KontenerARTu – otwarcie sponsorowanej przez firmę Enea darmowej wypożyczalni rowerów.(71) Czyli tym razem władze miasta podjęły jednak rzucone przez Ewę Łowżył wyzwanie. Zdjęcia przedstawiające prezydenta na tle Kontenerów można odczytać zarówno w perspektywie sygnału dla mieszkańców: „władza jest po naszej stronie”, jak i postrzegać w wymiarze kampanii związanej ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi. Wszak trzeba jakoś dotrzeć do młodych ludzi – potencjalnych wyborców. KontenerART (wydarzenia związane ze sztuką, literaturą, muzyką, sportem i ekologią) jawi się jako wymarzone wręcz miejsce, by poprawić nieco wizerunek, pokazując się w pozytywnym świetle – kostiumie zatroskanego sprawami kultury mecenasa. Miejscy urzędnicy zazwyczaj lubią, gdy „się dzieje”. Byle oczywiście propozycje artystów nie były zbyt odważne, krytyczne czy – jak to się zwykło określać – „kontrowersyjne”. Warto odnotować, na marginesie, negatywny stosunek prezydenta oraz magistratu do Skłotu Rozbrat, również prowadzącego – już od 16 lat – działalność społeczno-kulturalną, czego nie są w stanie przełamać ani kolejne demonstracje, ani zorganizowana przez „Gazetę Wyborczą” debata.(72)

Można powiedzieć, że wszyscy, w jakimś stopniu, jesteśmy ofiarami systemu, w którym funkcjonujemy i którego jesteśmy zarazem najemnikami. Należy jednak mieć świadomość mechanizmów, w które podejmowane przez nas działania – nawet mimowolnie – się wpisują. Trzeba im się uważnie przyglądać i – w miarę potrzeby oraz możliwości – przeciwstawiać. Warto uzmysłowić sobie, że wejście artystów w biedną dzielnicę nie jest neutralną zabawą, ale może być postrzegane w perspektywie pierwszego etapu jej kolonizacji. Warto zastanowić się, czy projekty artystyczne nie są używane/wykorzystywane, w sposób instrumentalny, przez lokalnych polityków i biznesmenów. Bo gentryfikacja będzie w Polsce, z roku na rok, coraz bardziej wyraźnym, postępującym procesem.

Warto zadać pytanie o koszty społeczne przy projektach rewitalizacyjnych, dokonywanych rękoma artystów, urzędników samorządowych, właścicieli nieruchomości oraz lobbystów. Czy da się poprawić komfort życia bez niszczenia struktury społecznej (jakkolwiek byłaby ona skomplikowana i nieprzystająca do urzędniczych ambicji)? Jedno jest pewne – nie można odgórnie projektować rewitalizacji, bez przeprowadzenia ewaluacji środowiskowych oraz konsultacji społecznych, bez solidnego studium socjologicznego, które wyraźnie określi zakres zmiany społecznej, w razie powodzenia projektu. Inaczej dokona się jedynie, oczekiwana przez deweloperów i właścicieli nieruchomości, wymiana mieszkańców. Jak mówi Jacek Dominiczak, jeden z propagatorów architektury dialogicznej: Nie spotkałem się z projektem, który odniósłby sukces na zasadzie: zebrali się architekci, zaprojektowali przestrzeń i wszystko zaczęło działać.(73) Przede wszystkim należy uwzględnić potrzeby ludzi, wsłuchując się w ich głos. Chwaliszewo, dzięki swemu położeniu, jest miejscem niezwykle atrakcyjnym dla komercyjnych inwestorów. Nieco zniechęcać ich mogą niewystarczające rozwiązania komunikacyjne (co chce zmienić prezes Ruciński). Warto zauważyć, że część sąsiedniej dzielnicy, zwanej Małymi Garbarami, została oddana w ręce deweloperów, z przeznaczeniem niemalże wyłącznie na funkcję mieszkalną (Osiedle Nad Wartą). Małe Garbary, które były opustoszałym, poprzemysłowym terenem, mogły być doskonałą okazją dla wprowadzenia usług (m.in. klubów i kawiarenek), biur oraz przestrzeni rekreacyjnych (nadrzecznego bulwaru), co odbyłoby się bez konieczności wyparcia lokatorów. Niestety, presja inwestorów oraz brak długofalowego planowania doprowadził do zmarnowania okazji na zaspokojenie naturalnego, w centrum miasta, popytu na powierzchnie komercyjne. Czy za ten błąd będą musieli teraz zapłacić mieszkańcy Chwaliszewa?

Rewitalizacja czy gentryfikacja Chwaliszewa?

Wszyscy jednym głosem powtarzają, że KontenerART przyczynia się do rewitalizacji Chwaliszewa. Chwalą projekt i mu przyklaskują. Na uwagę zasługuje rewitalizacyjna funkcja zdarzenia, które zrealizowano w zaniedbanym Chwaliszewie. Efektem lokacji było – pisała Karolina Krupska – samoczynne przekształcenie się tego obszaru na czas trwania akcji w nowe centrum kulturalne Poznania.(74) Zdaniem Kuby Błoszyka: Stare Koryto Warty dzięki tej inicjatywie po prostu odżywa. Jak zapewniają organizatorzy, przynajmniej na tym odcinku widać postępującą rewitalizację. W podobnym duchu wypowiedział się Andrzej Maszewski, dyrektor goszczącego w KontenerART Festiwalu Ethno Port: Możemy być dumni z tego, że dzięki kulturze to magiczne miejsce na nowo staje się piękne.(75)

Rewitalizacja może, ale nie musi, oznaczać gentryfikacji. Także obecność w dzielnicy artystów niekoniecznie jest jej zapowiedzią. Zapytajmy więc raz jeszcze, czy Chwaliszewo zagrożone jest gentryfikacją? Jakie przesłanki wskazują jej niebezpieczeństwo? Mamy jasny sygnał z Urzędu Miasta w postaci strategicznego Planu Rozwoju Miasta Poznania na lata 2005-2010, których przedmiotem jest Chwaliszewo jako element Traktu Cesarsko-Królewskiego. Mamy dalekosiężne plany i działania Zarządu Zieleni Miejskiej. Mamy również inicjatywę w postaci Stowarzyszenia „Chwaliszewo”, wspierającego proces rewitalizacji dzielnicy, m.in. za pomocą szeroko rozumianego lobbingu, odwołującego się przy tym do jej dawnej świetności, którą rzekomo należy przywrócić (co wpisuje się w zjawisko tzw. rewanżyzmu klasy średniej i wyższej). Mamy złą sławę zakazanej dzielnicy, która może stać się mitem-marką, przyciągającą zarówno turystów, jak i majętnych klientów, poszukujących atrakcyjnych i oryginalnych lokalizacji na biura oraz mieszkania-apartamenty. Mamy architektoniczną dominantę w postaci rewitalizowanej Nowej Gazowni – gigantycznego centrum kultury i sztuki. Mamy atrakcyjną niską zabudowę – odbudowane po wojnie kamienice, które znajdują się niedaleko Starego Rynku, w dodatku w zacisznym miejscu, w pobliżu rzeki, której nabrzeża mają zostać zamienione w tereny rekreacyjne. Mamy pierwsze inwestycje – drogie, monitorowane apartamentowce, jak Nowa Sienna. Obserwujemy wzmożenie patroli policji, straży miejskiej oraz prywatnych ochroniarzy. Mamy wreszcie artystów w roli pionierów kolonizacji, czyli KontenerART i skupione wokół niego środowisko. Mamy Think Art, komercyjną galerię, która nie ukrywa swych gentryfikacyjnych ambicji, chęci współpracy z menadżerami. Mamy klub Cafe Mięsna oraz letnią filię innej popularnej knajpy, czyli Dragona. No i oczywiście deweloperów (np. Nowa Sienna Building, Maexpa, D&D Investment). Czy zatem na poznańskim Chwaliszewie powtórzy się scenariusz znany m.in. z warszawskiej Pragi, krakowskiego Kazimierza i wrocławskich Włodkowic oraz Nadodrza? Czy wskutek zachodzących przemian dotychczasowi mieszkańcy zostaną wyparci z dzielnicy? Brak szerszej wizji rozwoju rejonu Starego Miasta, doraźność podejmowanych działań, presja inwestorów i właścicieli nieruchomości oraz brak reprezentacji mieszkańców w decyzyjnych gremiach nie wróży dobrze na przyszłość. Możemy chyba obawiać się, niestety, najgorszego.

Czy artyści mogą coś zrobić dla mieszkańców?

W przypadku takich projektów, jak KontenerART, musimy odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: chcemy stworzyć przestrzeń artystów dla artystów czy przestrzeń artystów dla mieszkańców? Jeśli rzeczywiście zamierzamy wyjść do mieszkańców, to musimy zastanowić się, jak ich traktować, w jaki sposób z nimi rozmawiać. Bo charakterystyczne dla prowincjonalnych domów kultury myślenie kategoriami integrowania ludzi ze sztuką stanowi przeżytek. Czy można znaleźć inną drogę? Przede wszystkim należałoby zapytać, czy w ogóle możliwe jest zrealizowanie projektu, w biednej dzielnicy, bez wpisywania się w procesy gentryfikacji? I jaka powinna być w tym rola artystów? Wymaga to namysłu, analizy kontekstu, w którym działamy, oraz stworzenia intelektualnego zaplecza, zbudowania wspólnej platformy twórców i naukowców. Nie jest to oczywiście łatwe ani proste. A w dodatku obarczone widmem porażki.

Imprezy typu KontenerART są potrzebne. Nawet więcej – są konieczne, zwłaszcza w takim mieście jak Poznań. Trzeba jednak przedyskutować ich kształt oraz sens, a także lokalizację. Wymagają gruntownego przemyślenia, wypracowania spójnej i klarownej wizji, a następnie jej konsekwentnej realizacji. Powinny one funkcjonować, po pierwsze – jak słusznie zauważyła pomysłodawczyni – bez presji ekonomii. Po drugie – we współpracy z mieszkańcami, z szacunkiem wobec ich świata, nie zaś w atmosferze z nimi konfliktu. I po trzecie wreszcie – bez wpisywania się w procesy gentryfikacji. W przypadku realizacji projektu na Chwaliszewie, może należałoby po prostu porozmawiać z ludźmi o przemianach ich dzielnicy, które są prawdopodobnie nieuchronne, gdyż zostały już przesądzone – skrzętnie zaplanowane. Postarać się uzmysłowić im nadciągające zagrożenie transformacji i jej spodziewane efekty. Może warto by spróbować wyposażyć ich w instrumenty, za pomocą których będą mogli się tym procesom w niedalekiej przyszłości skutecznie przeciwstawić. Może nauczyć ich, jak powinni się organizować, by stworzyć realną siłę – grupę nacisku na urzędników i deweloperów, by blokować niechciane inwestycje, które im zagrażają, by negocjować kształt i charakter proponowanych zmian, stwarzając przeciwwagę dla wizji snutych przez Stowarzyszenie „Chwaliszewo”. Może zaprosić np. Jarosława Urbańskiego, socjologa i działacza społecznego, jednego z założycieli Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza, który poprowadziłby warsztaty? Innymi słowy spróbować coś dla nich zrobić, jakoś im pomóc. Bowiem rzeczywistą alternatywą dla „zewnętrznych” rewaloryzacji, a w gruncie rzeczy samoobroną mieszkańców przez gentryfikacją są – jak pisał Mateusz Gierszon – oddolne ruchy i projekty aktywizacji sąsiedztw.(76)

Ewa Łowżył deklarowała: Mnie się marzy miasto interaktywne, mieszkańcy otwarci i wyedukowani. Biorący twórczy czynny udział w życiu, rozumiejący wartość sztuki i kultury, nie tylko konsumenci.(77) Tymczasem okoliczni mieszkańcy nie korzystają z edukacyjno-artystyczno-klubowej oferty KontenerART oraz Dragona. Uczestnictwo jest poza ich ekonomicznym zasięgiem. W tej sytuacji nie mogą być nawet konsumentami. Co więcej, nie znajdują, jak widać, w ofercie Kontenerów, kierowanej do siebie propozycji. Mieszkańcy pozostają więc obcy u siebie, po drugiej stronie niewidocznego muru. Marzenie Ewy Łowżył nie może się spełnić, ponieważ projekt pomyślany został w sposób, który stwarza przeszkody, trudne do pokonania bariery. Wcześniej to miejsce było bezpańskie, przywróciliśmy mu status kulturalnego. Cały czas wyciągamy – przekonywała Ewa Łowżył – rękę do mieszkańców.(78) Piotr Kliński sparafrazował to dobitnie, choć zapewne nazbyt emocjonalnie: [...] okazało się, że ręka organizatorów jest zwrócona do okolicznych mieszkańców, tyle że w „geście Kozakiewicza”.(79) Piękna wizja otwartych i wyedukowanych, wrażliwych na sztukę mieszkańców, długo jeszcze pozostanie fikcją. Jedyne, co mogą zrobić – rozładowując bezsilną złość – to napisać protest i zbierać podpisy. Z kolei artyści, ludzie spontanicznie odwiedzający to miejsce, mogą spoglądać, z dachu kontenera, na okoliczne podwórka ciągle jeszcze atrakcyjnego, bo autentycznego Chwaliszewa, jak na quasi rezerwat, którego mieszkańcy wydają się żywymi eksponatami.

Protestujący osiągnęli tyle, że udało się wypracować kompromis w kwestii ciszy nocnej i śmiecenia. W tygodniu projekt będzie – jak zapowiedzieli organizatorzy – działał do godz. 22.00, a w weekendy do 23.00, zadeklarowano też większą ilość patroli straży miejskiej oraz policji (monitoring również stanowi – przypomnijmy – jeden z przejawów gentryfikacji). Teren, na którym stoją kontenery, zostanie – informował na łamach „Gazety Wyborczej” Seweryn Lipoński – ogrodzony.(80) Niewidoczny mur, oddzielający KontenerART/Dragona od lokatorów sąsiednich domów, może się stać, już wkrótce, widoczny, konkretny. Nie jest to dobre rozwiązanie, dla żadnej ze stron, choć być może obie tego chciały; każda z innych powodów. Oznaczać to będzie smutne przypieczętowanie separacji i alienacji mieszkańców dzielnicy, którzy będą odtąd czuli, że są postrzegani jako intruzi. Tym samym lokalna społeczność okaże się dla KontenerARTu – już w sposób nieskrywany – zbędna, zdefiniowana jedynie w kategorii problemu. Na podobnej zasadzie, z równą niechęcią i wrogością, lokatorzy będą zapewne postrzegać bywalców Kontenerów. A chyba nie o to chodziło inicjatorom – nie tak przecież brzmiały ich deklarowane intencje.

Reasumując, zapytajmy, co przesądziło o niewątpliwym sukcesie pierwszej edycji KontenerARTu i raczej wątpliwym sukcesie trzeciej (nie oceniamy wartości artystycznej proponowanych wydarzeń ani ich poziomu). Przede wszystkim zmiana miejsca, wywracająca zupełnie wcześniejszą optykę postrzegania przedsięwzięcia, której nie towarzyszyła dostateczna reorganizacja założeń i celów. Naiwne wpisanie się w promowaną przez miasto koncepcję rewitalizacji dzielnicy – w istocie zaś ukrytej gentryfikacji, czego nie „kupili” mieszkańcy. Wkrótce, w ramach KontenerARTu, ruszy swoisty think tank – odbędzie się tzw. burza mózgów nad rewitalizacją zapomnianych części miasta, pod nazwą Flux Containers 2010, pilotowana przez Biuro Promocji Miasta.(81) Może będzie to okazja do przemyślenia i przedyskutowania procesu rewitalizacji/gentryfikacji Chwaliszewa.

Trudno być przeciwnikiem rewitalizacji, renowacji i modernizacji, bo od razu narażamy się na druzgoczącą krytykę. Przecież większości zależy na tym, by nie było tzw. syfu, by kamienice były odnowione, a parki i skwery zadbane. Jesteśmy zakładnikami estetycznego terroru, nieustannie aspirującymi do mitologizowanych standardów europejskich. Trudno być również przeciwnikiem akcji i warsztatów, czyli współpracy artystów z mieszkańcami biednych dzielnic, bowiem edukacja artystyczna stanowi niewątpliwą wartość; ciągle narzekamy na jej niedostatek. Jednak większość tego rodzaju przedsięwzięć, obojętnie jak dobrze merytorycznie przygotowanych, służy zazwyczaj oswajaniu miejscowych, co w efekcie kończy się „naturalnym” przejmowaniem zajmowanych przez nich mieszkań. Nic chyba tak skutecznie nie zniechęca potencjalnych gentryfikatorów jak widok niechętnych wobec przybyszów z zewnątrz „dzikich tubylców”, facetów stojących pod sklepem spożywczym czy w okolicznych bramach. Dlatego, być może, najlepsze co mogą zrobić mieszkańcy, we własnym interesie, to starać się odstraszyć bądź przegonić artystów przybywających z misją. W maju 2006 roku, w poznańskiej dzielnicy Śródka, powstał pionierski antykwariat i kawiarnia, Pokój z Widokiem (miejsce wystaw, spotkań z pisarzami, warsztatów fotograficznych itp.), który działał do końca 2008 roku, wpisując się w rewitalizację Śródki (gdzie również powstało kilka apartamentowców).(82) Należałoby żałować fajnego, kulturotwórczego miejsca. Ale można też cieszyć się, że rewitalizacja/gentryfiakcja tej dzielnicy została odsunięta w czasie, przynajmniej nieco spowolniona. Czy artyści i animatorzy kultury, kierując się rzeczywistym dobrem mieszkańców, nie powinni zaniechać starań o czynienie ich bardziej otwartymi i wyedukowanymi?

Można odnieść wrażenie, że tempo i intensywność, z jakimi Polska włączyła się w wolny obieg światowego kapitału, nie pozostawił ani chwili na dynamiczny, oddolny rozwój przestrzeni miejskiej – spontaniczne zagospodarowywanie pustostanów, rozwój inicjatyw społecznych sprzeciwiających się prawu rynkowej opłacalności. Wygrywamy za to światowe konkursy na największe supermarkety i centra handlowe, a grodzone, strzeżone osiedla dla klasy średniej stały się rzadko poddawaną pod rozwagę normą. Najwyższy czas, aby i w Polsce mieszkańcy dopomnieli się – pisała Asia Kubiakowska – o swoje „prawo do miasta”.(83) Mieszkańcy biednych dzielnic często przeczuwają, że pojawienie się „obcych” zapowiada coś niepokojącego. Coś, czego nie rozumieją, ale czemu próbują się – intuicyjnie – przeciwstawić. W efekcie starają się wykurzyć niechcianych przybyszów. Joanna Erbel, socjolożka i współautorka mobilnego projektu KNOT, realizowanego w tym samym czasie, w różnych miastach Europy (niedawno w Berlinie, obecnie w Warszawie, niebawem w Bukareszcie), w ramach projektu The Promised City (84) opisała wspólną ze znajomymi wizytę w winiarni na warszawskiej Pradze, na ul. Inżynierskiej. Kwestia prawa do miasta objawiła się pod postacią dwóch jajek, które ktoś wyrzucił z okna kamienicy na chodnik, koło ich stolika. Dwa rozbite jajka silnie przypominały nam, że nasza obecność z winem, piwem, makaronem kupionymi w knajpie, na którą nie stać większości mieszkańców kamienicy, w której się ona mieści jest głęboko problematyczna. Chcąc nie chcąc ze swoimi gustami i przyjemnością picia dobrego wina jesteśmy – napisała Joanna Erbel – agentami i agentkami gentryfikacji. Nasz sposób bycia w mieście był tym, co jednemu z lokalnych mieszkańców przeszkadzało.(85) Niestosownie byłoby podobne, chuligańskie zachowania popierać i pochwalać. Ale chyba łatwo je – w obliczu absurdalnego entuzjazmu, z jakim dokonuje się w Polsce rewitalizacji/gentryfikacji – zrozumieć. Niedługo zapewne to już nie Manhattan będzie uważany za najbardziej patologiczny przykład gentryfikacji na świecie. Chyba że zaczniemy – jak pisał Wojciech Orliński – ratować nasze miasta, bijąc dziennikarzy w gentryfikowanych dzielnicach...(86)

W ramach KontenerARTu zapewne udało się zrealizować wiele godnych uwagi koncertów oraz interesujących spotkań i warsztatów. Jednak projekt został oprotestowany przez część jego adresatów, którzy jakoś nie chcą być cool, nie chcą stać się wyluzowanymi clubbersami. I chyba trudno ich o to winić. Może więc warto przemyśleć i przeformułować dalszą strategię. Bo chyba zabrakło, w tym przypadku, know-how, którym to sloganem reklamuje się Poznań. A może przeciwnie – taki sposób realizacji projektu, służący rewitalizacji/gentryfikacji dzielnicy, idealnie wręcz wpisuje się w poznańskie, neoliberalne know-how?

sierpień/wrzesień 2010



1) Edward Pasewicz, Wiersze, Dwutygodnik Strona Kultury, 03. 2009. http://www.dwutygodnik.com/artykul/113-wiersze.html

2) Seweryn Lipoński, Kultura za cenę spokoju? Spór wokół KontenerART, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 17.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8149418,Kultura_za_cene_spokoju__Spor_wokol_KontenerArt.html

3) Por. Piotr Luczys, Kiedy słyszę (mówię) „rewitalizacja” myślę..., „Czas Kultury” nr 25 3/2010(156) rok XXVI, ss.12-18.

4) Tamże, ss. 15-17.

5) Tamże, s. 17.

6) Asia Kubiakowska, Rynkowy urok biedy nie do odparcia, czyli gentryfikacja po berlińsku i warszawsku, „Centrum Informacji Anarchistycznej”, 13.04.2010 http://cia.bzzz.net/rynkowy_urok_biedy_nie_do_odparcia_czyli_gentryfikacja_po_berlinsku_i_warszawsku_0

7) Neil Smith, Nowy globalizm, nowa urbanistyka: gentryfikacja jako globalna strategia urbanistyczna, „Przegląd Anarchistyczny”, nr 11, wiosna/lato 2010, s. 57.

8) Anna Karwińska, Gospodarka przestrzenna. Uwarunkowania społeczno-kulturowe, Warszawa 2008, s. 53.

9) Tamże.

10) Por. „Przegląd Anarchistyczny”, nr 11 wiosna/lato 2010, s. 109.

11) Neil Smith, Nowy globalizm, nowa urbanistyka: gentryfikacja jako globalna strategia urbanistyczna, „Przegląd Anarchistyczny”, nr 11, wiosna/lato 2010, s. 57.

12) Wojciech Orliński, Szanuj menela swego. Gentryfikacja czy rewitalizacja?, „Gazeta Wyborcza”, „Duży Format”, 01.07.2008. http://wyborcza.pl/1,76842,5411425,Szanuj_menela_swego__Gentryfikacja_czy_rewitalizacja_.html?as=3&startsz=x

13) Mateusz Gierszon, Podmiotowość dzielnicy. Między gentryfikacją a rewitalizacją, „Przegląd Anarchistyczny”, nr 11 wiosna/lato 2010, s. 91.

14) Tamże, ss. 91-92.

15) Por. Piotr Luczys, Kiedy słyszę (mówię) „rewitalizacja” myślę..., „Czas Kultury” nr 25 3/2010(156) rok XXVI, s. 12.

16) Wojciech Orliński, Szanuj menela swego. Gentryfikacja czy rewitalizacja?, „Gazeta Wyborcza”, „Duży Format”, 01.07.2008
http://wyborcza.pl/1,76842,5411425,Szanuj_menela_swego__Gentryfikacja_czy_rewitalizacja_.html?as=3&startsz=x

17) Tamże.

18) Por. http://modelator.blogspot.com/2008/01/zmiany-w-kolonii-artystw.html

19) Tamże, s. 91.

20) Rafał Rudnicki, Gentryfikacja: przyczyny, mechanizmy działania i warszawskie przykłady zjawiska, „Przegląd Anarchistyczny” nr 11, wiosna/lato 2010, s. 65.

21) Tamże.

22) Tamże, s. 70.

23) Intelektualistów od zaraz – Rozmowa z Jackiem Dominiczakiem, architektem, rozmawiał Michał Chyła, 19.03.2004. http://www.abcnet.com.pl/node/753

24) Ewa Łowżył, Kontenery sztuki nie zaszkodzą Nowej Gazowni, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 29.12.2009
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,91100,7404074,Kontenery_sztuki_nie_zaszkodza_Nowej_Gazowni.html

25) Tamże.

26) Por. Karolina Krupska, Kontenery w nowej odsłonie, „Projekt Miejski”, 16.03.2010
http://projektmiejski.pl/2010/03/16/483/#more-483

27) Cyt. za: tamże.

28) Ewa Łowżył, Kontenery sztuki nie zaszkodzą Nowej Gazowni, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 29.12.2009
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,91100,7404074,Kontenery_sztuki_nie_zaszkodza_Nowej_Gazowni.html

29) http://www.kontenerart.pl/?prasa,2

30) Piotr Kliński, Spór o KontenerART. Kultura pod hasłem TKM?
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8156833,Spor_o_KontenerART__Kultura_pod_haslem_TKM_.html

31) Seweryn Lipoński, Kultura za cenę spokoju? Spór wokół KontenerART, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 17.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8149418,Kultura_za_cene_spokoju__Spor_wokol_KontenerArt.html

32) Od Chwaliszewa do „Pigalaka”, „PolskaLokalna.pl Wielkopolskie”, 26.05.2008
http://polskalokalna.pl/wiadomosci/wielkopolskie/news/od-chwaliszewa-do-pigalaka,1115711,226

33) Por. Rafał Rudnicki, Gentryfikacja: przyczyny, mechanizmy działania i warszawskie przykłady zjawiska, „Przegląd Anarchistyczny”, nr 11, wiosna/lato 2010, s. 68.

34) Tamże.

35) Seweryn Lipoński, Kultura za cenę spokoju? Spór wokół KontenerART, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 17.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8149418,Kultura_za_cene_spokoju__Spor_wokol_KontenerArt.html

36) Cyt. za: KontenerArt, Straszna sztuka, blog Izy Kowalczyk, 28.09.2008
http://strasznasztuka.blox.pl/2008/09/KontenerArt.html

37) Por. http://www.lepszypoznan.pl/2010/07/08/zebractwo-to-wybor-nie-koniecznosc.html
Por. http://www.poznan.pl/mim/public/publikacje/folders.html?id=14111&instance=1017&parent=0&lang=pl
Por. Także: Marsz żebraków – happening, Rozbrat, 28.05.2008
http://www.rozbrat.org/informacje/ruch/368-marsz-zebrakow-happening

38) http://www.poznan.pl/mim/public/wiadmag/news.html?co=print&id=38512&instance=1016&lang=pl&parent=0

39) Kuba Szreder, Koneserzy braku kontekstu, Nieregularnik Wolnej Kultury Część 2, Indeks 73
http://www.indeks73.pl/pl_,web_journal,_,124,_,434.php

40) Seweryn Lipoński, Spokojniejszy KontenerART: muzyka do 22, 22.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8167643,Spokojniejszy_KontenerART__muzyka_do_22.html

41) Michał Wybieralski, KontenerArt musi zostać, „Gazeta Wyborcza”, 18.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8150858,Nocne_zycie_kosztem_ludzi__komfort_albo_koncert.html

42) Sposoby na dłużników, Blubry.pl, 27.05.2009
http://blubry.pl/artykul2848,sposoby_na_dluznikow.html

43) Maria Bielicka, współpraca Jakub Polcyn, Czy wyprowadzka do kontenera to wyrok?, „Gazeta Wyborcza”, 26.06.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36037,8080036,Czy_wyprowadzka_do_kontenera_to_wyrok_.html

44) Jarosław Urbański, Zsyłka do kontenera, „Lokatorzy.pl”, 15.10.2009
http://www.lokatorzy.pl/artykuly/zsylka-do-kontenera

45) Tamże.

46) Michał Wybieralski, KontenerArt musi zostać, „Gazeta Wyborcza”, 18.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8150858,Nocne_zycie_kosztem_ludzi__komfort_albo_koncert.html

47) Tamże.

48) Tamże.

49) Tanja Dückers, Artyści obłaskawieni, „Press Europe”, 16.07.2010
http://www.presseurop.eu/pl/content/article/295921-artysci-oblaskawieni

50) Asia Kubiakowska, Rynkowy urok biedy nie do odparcia, czyli gentryfikacja po berlińsku i warszawsku, „Centrum Informacji Anarchistycznej”, 13.04.2010. http://cia.bzzz.net/rynkowy_urok_biedy_nie_do_odparcia_czyli_gentryfikacja_po_berlinsku_i_warszawsku_0

51) Tamże.

52) Tanja Dückers, Artyści obłaskawieni, „Press Europe”, 16.07.2010
http://www.presseurop.eu/pl/content/article/295921-artysci-oblaskawieni

53) http://www.chwaliszewo.com.pl/

54) http://www.chwaliszewo.com.pl/index.php?page=nasze-plany

55) http://www.chwaliszewo.com.pl/Statut.pdf

56) http://pl.wikipedia.org/wiki/Chwaliszewo_(Poznań)

57) Przywrócić Chwaliszewo Poznaniowi, Moje Miasto Poznań, 20.05.2009
http://www.mmpoznan.pl/5049/2009/5/20/przywrocic-chwaliszewo-poznaniowi?category=news

58) Mateusz Gierszon, Podmiotowość dzielnicy. Między gentryfikacją a rewitalizacją, „Przegląd Anarchistyczny”, nr 11 wiosna/lato 2010, ss. 97-98

59) Seweryn Lipoński, Kultura za cenę spokoju? Spór wokół KontenerART, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 17.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8149418,Kultura_za_cene_spokoju__Spor_wokol_KontenerArt.html

60) Studenci zmieniają Chwaliszewo, Moje Miasto Poznań, 18.02.2010
http://www.mmpoznan.pl/9795/2010/2/18/studenci-zmieniaja-chwaliszewo?districtChanged=true

61) Jarosław Łukszewicz, Grobla kwitnie, to widać, „Gazeta Wyborcza, 04.09.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8333930,Grobla_kwitnie__to_widac.html

62) Tamże

63) Tamże

64) Tamże

65) Tamże

66) Grażyna Banaszkiewicz, Myślenie sztuką, „Europartner”
http://www.europartner.com.pl/drukuj.php?co=articles_pl&jaki=1259&archiw=

67) Tamże

68) Cyt. za: KontenerArt, Straszna sztuka, blog Izy Kowalczyk, 28.09.2008
http://strasznasztuka.blox.pl/2008/09/KontenerArt.html

69) Tanja Dückers, Artyści obłaskawieni, „Press Europe”, 16.07.2010
http://www.presseurop.eu/pl/content/article/295921-artysci-oblaskawieni

70) Tamże.

71) Michał Wybieralski, Współpraca Weronika Witkowiak, Angela Szymkowiak, Nowa wypożyczalnia rowerów: pierwsza darmowa, „Gazeta Wyboracz”, 12.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8130362.html

72) Por. Michał Wybieralski, Prezydent Grobelny widzi Rozbrat na peryferiach, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 16.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8148054,Prezydent_Grobelny_widzi_Rozbrat_na_peryferiach.html
Por. także: Kolektyw Rozbrat, Oświadczenie w sprawie propozycji prezydenta, Rozbrat.org
http://www.rozbrat.org/gluszyna
Por. także: wyb, kn, Rozbrat nie chce na Sypniewo, koło bazy F-16, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 19.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8155359,Rozbrat_nie_chce_na_Sypniewo_kolo_bazy_F_16.html

73) Intelektualistów od zaraz - Rozmowa z Jackiem Dominiczakiem, architektem, rozmawiał Michał Chyła, 19.03.2004
http://www.abcnet.com.pl/node/753

74) Karolina Krupska, Kontenery w nowej odsłonie, „Projekt Miejski”, 16.03.2010
http://projektmiejski.pl/2010/03/16/483/#more-483

75) Kuba Błoszyk, Ethno Port w duecie z KontenerART, „Moje Miasto Poznań”, 09.06.2010
http://www.mmpoznan.pl/11669/2010/6/9/ethno-port--w-duecie-z-kontenerart?category=kultura

76) Mateusz Gierszon, Podmiotowość dzielnicy. Między gentryfikacją a rewitalizacją, „Przegąld Anarchistyczny”, nr 11 wiosna/lato 2010, s. 100

77) Ewa Łowżył, Kontenery sztuki nie zaszkodzą Nowej Gazowni, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 29.12.2009
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,91100,7404074,Kontenery_sztuki_nie_zaszkodza_Nowej_Gazowni.html

78) Seweryn Lipoński, Kultura za cenę spokoju? Spór wokół KontenerART, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 17.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8149418,Kultura_za_cene_spokoju__Spor_wokol_KontenerArt.html

79) Piotr Kliński, Spór o KontenerART. Kultura pod hasłem TKM?, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 20.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8156833,Spor_o_KontenerART__Kultura_pod_haslem_TKM_.html

80) Seweryn Lipoński, Spokojniejszy KontenerART: muzyka do 22, 22.07.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8167643,Spokojniejszy_KontenerART__muzyka_do_22.html

81) Por. Michał Wybieralski, Kontenery pełne warsztatów, „Gazeta Wyborcza”, 02.08.2010
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,8206848,Kontenery_pelne_warsztatow.html
Por. także: Warsztaty twórcze w kontenterach, Moje miasto Poznań, 03.08.2010
http://www.mmpoznan.pl/12604/2010/8/3/warsztaty-tworcze-w-kontenerach?category=kultura
Por. także: kontenerArt: jeszcze więcej twórczego myślenia, epoznań, 03.08.2010
http://www.epoznan.pl/news-news-20123-KontenerArt_jeszcze_wiecej_tworczego_myslenia

82) Antykwariat Pokój z widokiem
http://www.poznan.pl/mim/public/s8a/pages.html?id=1025&ch=5572&instance=1017&lang=pl

83) Asia Kubiakowska, Rynkowy urok biedy nie do odparcia, czyli gentryfikacja po berlińsku i warszawsku, „Centrum Informacji Anarchistycznej”, 13.04.2010
http://cia.bzzz.net/rynkowy_urok_biedy_nie_do_odparcia_czyli_gentryfikacja_po_berlinsku_i_warszawsku_0

84) Por. Joanna Erbel. Rozmowa z Markusem Baderem i Oliverem Baurhennem, Knot: Łączymy wyobraźnię z rzeczywistością!, „Krytyka Polityczna”, 03.05.2010
http://www.krytykapolityczna.pl/Serwis-kulturalny/Knot-Laczymy-wyobraznie-z-rzeczywistoscia/menu-id-305.html
Por. także: Joanna Erbel, KNOT: Otwarte laboratorium myśli i ciał, „Obieg”, 12.06.2010
http://www.obieg.pl/prezentacje/17670

85) Joanna Erbel, Trzy jajka, praski antagonizm i błękitna karta, „Krytyka polityczna”, 22.07.2010
http://www.krytykapolityczna.pl/Serwiskulturalny/ErbelTrzyjajkapraskiantagonizmiblekitnakarta/menuid-305.html

86) Wojciech Orliński, Szanuj menela swego. Gentryfikacja czy rewitalizacja?, „Gazeta Wyborcza”, „Duży Format”, 01.07.2008
http://wyborcza.pl/1,76842,5411425,Szanuj_menela_swego__Gentryfikacja_czy_rewitalizacja_.html?as=3&startsz=x

Komentarze

0| 4 | Ryszard2011-04-22 14:02
Upadek Kina Malta jest wręcz sztandarowym przykładem jak środowiska artystyczne padają ofiarą procesów, których są częścią, lub które same nieświadomie inicjują. Warto, żeby takie wydarzenia wywoływały dyskusję w tych środowiskach.
0| 3 | marcin.k2011-04-22 09:53
A Kino Malta to dobrze, że padło? Dobrze panie autor? Gentryfikowało Śródkę, że ho ho. Ale już na szczęście nie ma kina, nie ma "lepszej wiary" co się snobuje na Bergmana i Aronoffskiego. A może wysadzić w powietrze most Jordana? Pokażcie, że macie cojones salonowi anarchiści. Jeszcze winiarnię Bridge na Ostrówku zaatakujcie - przecież to agenturalna macka światowego Babilonu.
0| 2 | Gość2010-09-10 11:34
świetny tekst, naprawdę otwiera umysł na zupełnie inną perspektywę. i co najważniejsze, myślę że analogiczną sytuację gentryfikacji można znaleźć w każdym większym mieście Polski - również w moim. pozdrawiam, dzięki.
0| 1 | Gość2010-09-08 19:52
Bardzo się chwali, że takie teksty się tutaj pojawiają. Nigdy nie patrzyłem na to wszystko w ten sposób. Dzięki.

Nie masz uprawnień, aby dodawać komentarze. Musisz się zarejestrować

Reklama

Translate page

Belarusian Bulgarian Chinese (Simplified) Croatian Czech Danish Dutch English Estonian Finnish French German Greek Hungarian Icelandic Italian Japanese Korean Latvian Lithuanian Norwegian Portuguese Romanian Russian Serbian Spanish Swedish Ukrainian