Czy gej może być użyteczny dla państwa?

  • Kinga Krzysztowiak
  • piątek, 01 luty 2013
Zacznę ten artykuł trywialnie - na pewno każdy i każda z nas zadał sobie kiedyś pytanie, po co żyje. I pewnie istnieje na to pytanie milion odpowiedzi, wszystkie udzielane raczej z perspektywy indywidualnej. Mało kto odpowie na to zagadnienie – „moim życiowym celem jest dobro ojczyzny”, „żyję dla rozwoju narodowej gospodarki oraz wzrostu PKB”, zapewne nikt nie stwierdzi „moim priorytetem jest utrzymanie kapitalizmu”. Tymczasem wszyscy, solidarnie jak w żadnej innej materii, ten plan realizujemy. Państwo tego od nas oczekuje, a tych, którzy ten plan sumiennie realizują, głaszcze po głowie (czego nie należy mylić z realnym wspieraniem).

Najlepiej wybrzmiało to w zeszłotygodniowej sejmowej debacie poświęconej tzw. związkom partnerskim. Wśród całego inwentarza niewybrednych, chamskich i homofobicznych wypowiedzi szczególnie często pojawiał się argument formułowany z pseudoracjonalnej pozycji państwa jako regulatora życia społecznego. Otóż możemy liczyć na to, że państwo uzna nasze interesy i zgodzi się na uznanie naszego statusu w społeczeństwie wyłącznie wówczas, gdy jesteśmy dla państwa użyteczni. Jakie jest kryterium użyteczności, definiuje jeden z posłów zabierających głos na sejmowej mównicy – realizują go „(…) heteroseksualne małżeństwa, które rodzą dzieci, czym bezpośrednio przyczyniają się do wzrostu gospodarczego, bo wychowują przyszłych pracowników i podatników”. Myśl tę w dalszej części debaty rozwija kolejny wybraniec, podkreślając aspekt reprodukowania się narodu - „To, że państwo chroni małżeństwo, kobietę i mężczyznę, jest w interesie państwa, ponieważ gwarantuje się po prostu odtwarzanie biologiczne narodu. Inne związki tego nie dają. Jest to obciążenie, bo to nie jest tylko sama przyjemność, ale też obowiązek, i konsekwencja, wychowania dzieci.”

Tymczasem według konserwatywnej prawicy „związki homoerotyczne, przy całej swojej nienaturalności, nie służą państwu”, ponieważ „ po prostu nie mogą się rozmnażać”, „brakuje im całkowicie elementów biologicznych i antropologicznych, małżeństwa i rodziny,  które mogłyby być racjonalną podstawą do zalegalizowania prawnego takich związków, brak potomstwa”. A ponieważ za prawami idą pewne obowiązki prokreacyjne „nie może być tak, że dwóch gości łączy się w parę, by płacić mniejsze podatki oraz korzystać z innych uprawnień i przywilejów przysługujących małżeństwu i rodzinie.”

Przeciwnicy uznania prawnego statusu par jednopłciowych mają także szereg wyobrażeń, na czym zatem musi opierać się relacja, której zamiarem lub owocem nie jest posiadanie potomstwa. Przebija z nich seksualizacja i typowe dla homofobii sprowadzanie istoty mniejszościowej orientacji do zaspokojenia popędu płciowego. „Proponowane związki mają cel czysto hedonistyczny, autodestrukcyjny dla człowieka (partnera) i członków jego rodziny.” - fantazjuje jedna z posłanek, a inna osoba dodaje - „Zwrot 'wspólne pożycie' odnoszony w projektach do układów homo nie ma sensu, gdyż w tych relacjach nie ma żadnego 'pożycia'. W tych układach jest co najwyżej tylko jałowe „użycie” drugiego człowieka traktowanego jak przedmiot.”

Pomijając jednak najbardziej przykuwające uwagę komentarze po tzw. prawej stronie sejmowej sali, warto jednak zrekonstruować, co jest osią tych dyskusji. Zapewne nie szczęście osobiste (choć taką perspektywę próbowali przyjąć niektórzy zwolennicy ustaw o związkach partnerskich), życie w zgodzie ze sobą oraz w poczuciu bezpieczeństwa, ale właśnie jako taka użyteczność nas jako członków i członkiń określonej wspólnoty zwanej społeczeństwem (narodem). Liczy się tylko to, czy stanowimy tzw. jałowe związki, czyli takie, w których nie produkujemy kolejnych pokoleń ciężko pracujących obywateli.

Retoryka ta bierze swój początek już w fundamentach ustroju, wyrażonych w ustawie zasadniczej. Art. 18 konstytucji stwierdza, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.” - a pojęcia te w swoim rdzeniu mają funkcję prokreacyjną, jak trafnie konkluduje jedna z posłanek. W tej perspektywie nie ma znaczenia, czy tzw. lewica jest za związkami jednopłciowymi, a prawica grzmi „po moim trupie”. W istocie perspektywa dyskusji się nie zmienia – podczas gdy jedni odmawiają osobom homoseksualnym użyteczności dla państwa, drudzy próbują udowodnić, że geje i lesbijki mogą być jednak produktywni i przydatni. Próbują niejako udowodnić, że „żyjemy dla rozwoju narodowej gospodarki oraz wzrostu PKB” lub „na chwałę ojczyzny, tylko niech mnie ona usynowi”.

Deklaracja zatem (jak często to słyszymy!), że życie ludzkie, jakie ono by nie było, jest najważniejsze, okazuje się nieprawdziwa. W każdym razie nie każde życie jest tyle samo warte. Ważniejsze jest to, które utrzymujemy dla celów prokreacyjnych, w celu sprzedawania swojej pracy i płacenia podatków państwu. Życie jako wartość – jak mówią filozofowie – autoteliczna, sama dla siebie, okazuje się, że nie istnieje. Jednostki pod względem rozrodczym i ekonomicznym definiowane jako dysfunkcyjne (poza pewnymi - wiadomo - wyjątkami), są jednocześnie marginalizowane i poddawane presji normalizacji, w skrajny przypadkach eliminowane w sensie dyskursywnym (np. nie ma dla nich miejsca w systemie prawa) lub nawet dosłownym. W tych okolicznościach przedstawicielki i przedstawiciele ruchu LGTB często – dowodząc swojej użyteczności - popadają w zastawione sidła. Starają się za wszelką cenę dowieść swojej użyteczności  podkreślając, iż są jednak płatnikami podatków i dobrymi pracownikami, albo deklarując, że mogą przecież także adoptować dzieci i je wychowywać. W ten sposób wzmacniają argumentację, która ostatecznie obraca się przeciw im samym.

Fragmenty pisane kursywą są wypowiedziami posłów i posłanek i pochodzą ze Sprawozdania Stenograficznego z 32. Posiedzenia Sejmu z dnia 24.01.2013.

Artykuły powiązane